Felietony i artykuły autorskie

„CO JESZCZE (NIE) JEST FIKCJĄ?” BAŚŃ Z PRZESŁANIEM

Razu pewnego żył sobie młody człowiek, który ćwiczył sztuki walki i jeszcze jedną dyscyplinę sportową. Chciał być najlepszy w tym, co robi, więc szukał dodatkowych metod, by do tej doskonałości dotrzeć. Usłyszał od kogoś o pewnym starym człowieku, który dawniej był mistrzem sztuk walki, a teraz uprawia rolę daleko za miastem, na drugim końcu kraju. Udał się więc w podróż do mistrza.

Podróż była bardzo długa. Gdy znalazł się już w jego domu, zdziwił się, że sam mistrz mieszka w tak skromnie urządzonym miejscu. Zapytał więc go, czy ten skromny dom mu wystarcza:

-Gdzie jest cała reszta rzeczy potrzebnych do życia, mistrzu?

-Zadam Ci inne pytanie: gdzie są Twoje rzeczy? Czy ten bagaż, który masz, wystarcza Ci na różne życiowe wędrówki? Pomimo tego, że jest on  wielki i zapewne ciężki, jest w niej i tak niewiele rzeczy.

-No ja tu jestem tylko jako gość, przyjechałem tylko na chwilę.

-Rozejrzyj się więc ponownie po moim mieszkaniu, i pomyśl to samo o mnie. Ja tu też jestem tylko na chwilę.

-Nie rozumiem..

-Nie musisz – odpowiedział mistrz. Powiem Ci teraz coś innego. Zapewne słyszałeś o tak zwanej „Górze Cudów”, prawda? Ona znajduje się tu w okolicy, tak jak wiele innych gór i dolin.

-Tak, słyszałem. Każdy kto tam wejdzie, zostaje odmieniony. Każdy, komu choć raz udaje się tam pobyć, już nigdy nie jest tym samym człowiekiem. Ta góra ma magiczną moc. Nie bez powodu nazwano ją Górą Cudów.

-Chcesz tam dotrzeć, mój uczniu?

-Tak – odpowiedział.

-Więc jutro rano ruszamy w drogę. Idź do pokoiku na górze, tam jest miejsce do spania dla Ciebie. 

Uczeń spał niespokojnym i przerywanym snem. Miał dużo snów. Raz śniło mu się, że wchodzi na sam szczyt i następuje cała kaskada cudów. To było po prostu nie do wyobrażenia.. Innym razem śniło mu się, że gdy tylko chciał wejść na szczyt, to następował jakiś wypadek i spadał na sam dół. Lub ktoś inny go ściągał i zrzucał w dół, bo chciał mieć górę tylko dla siebie. Inne sny to całe mnóstwo ludzi ścigających się w drodze na szczyt, i on sam. Mistrza już dawno nie było, przepadł gdzieś niżej. Został on sam i cała zgraja ścigających go ludzi. Każdy z nich myślał, że miejsca na szczycie jest mało, za mało by dla wszystkich starczyło. Więc musieli nie tylko ścigać się, ale też rywalizować. I to nieczysto rywalizować, bo skoro nie dla wszystkich starcza, to wszystkie chwyty dozwolone..

-Wstawaj, już czas! Dostałem cynk od sąsiada, że jesteśmy ścigani! Musimy opuścić dom i wyruszyć w drogę!

Poszturchiwanie i głośne słowa zbudziły ucznia ze stanu ni to snu, ni to jawy. Był zszokowany tym, co usłyszał. Zobaczył, że na dworze było jeszcze ciemno, słońce nie wzeszło. To najciemniejszy moment nocy. Tuż przed świtem.

-Ale kto nas ściga?! O co tu chodzi?!

-Jak to kto?! -Odpowiedział mistrz. ONI! Źli ludzie! Bardzo źli!

-Ale kim są Ci oni?! I za co nas ścigają?!

-Pakuj to, co niezbędne, nie ma czasu na tłumaczenia! Podczas wędrówki dowiesz się wszystkiego. Teraz musimy wyjść i zgubić pościg!

Wyruszyli kilkanaście minut po tych słowach. Mieli ze sobą dość skromne wyposażenie, ale pozwalało ono na zdobycie Szczytu Cudów i zejście z niego. Tylko po co iść na górę, skoro pałętają się tu jakieś szemrane typy i czyhają na nas?

Szli najpierw przez bujne lasy otaczające szczyt. Mgliste świała wioski były już dawno za nimi. Drogę oświetlał jedynie księżyc w pełni jak i światła gwiazd. Nie mogli nieść nic, co oświetliłoby im drogę. Przecież byli ścigani. I to przez kogoś złego. Przez nie wiadomo kogo. Przez ONYCH. Musieli przedzierać się gęstym i mrocznym borem, ale nie przez ściażki wyjeżdżone przez pojazdy i wydeptane przez pieszych. Wchodząc już powoli na szczyt, musieli obrać rzadko uczęszczaną ścieżynkę. Uczeń często upadał. Miał podrapane ręce, nogi poparzone przez pokrzywy. Było już trochę stromo. W pewnym momencie wyszli na górską polanę. Mistrz powiedział, że już na pewno minęli pościg. Mogli usiąść i odpocząć. Patrzyli w dół. Wioska było już daleko za nimi. Niezwykłe, czerwone, pomarańczowe i żółte barwy nieboskłonu uświadomiły im, że zbliża się dzień. Był on lada chwila, gdyż patrząc hen w dal, dostrzegli nagle pierwszy błysk wyłaniającego się słońca. Po zjedzeniu przyrządzonego prowiantu, którego mieli niewiele, ruszyli dalej.

W pewnym momencie zatrzymują się przed dość długim mostem, przewieszonym nad bagnem. Nie był to most w zwyczajnym tego słowa znaczeniu, tylko bardzo prymitywna, i o zgrozo, niebezpieczna konstrukcja. Most był zbudowany z dwóch równoległych linek i deseczek po których można było przejść nogami. Dodatkowo most nie był wypoziomowany prosto, tylko przechylony lekko w lewo.

-Żarty się skończyły, mój synu. Przechodzimy przez most i tutaj Cię nie jestem w stanie tego nauczyć. Choć idziemy nad cuchnącym bagnem, a most jest przewieszony lekko w lewo, to pamiętaj o stałym utrzymaniu równowagi. Musisz znaleźć środek pomimo tego, że most będzie Cię mimowolnie ściągał w jedną stronę.

Mistrz przeszedł szybko i niemal bezszelestnie po moście. Uczeń był pełen podziwu. Ćwiczył sztuki walki, ale czy on sam da radę przez taki most przejść? -Pomyślał. Ale koniec końców, musiał spóbować. Postawił pierwszy krok. Stopa na pierwszej deseczce mostu, i już równowaga zachwiana. Druga.. Trzecia.. Boże, jakie to trudne. Most chybocze mną z jednej strony na drugą. Czemu, cholera, nie jest ułożony prosto?! Ta sztuka sprawiała uczniowi trudność, i to nawet pomimo jego sportowego doświadczenia. Tuż pod koniec, gdy był blisko postawienia stopy na lądzie, gwałtownie zachwiał się i upadł. Na szczęście nie wpadł cały w to bagno. Nie, nie było tak źle. Spadł pół metra niżej, nużając się w bagnie tylko do pasa. Przerażony uczeń z pomocą mistrza wydostał się na ląd. On, jakby to przeczuwając, chwycił go za dłoń i pomógł wyjść.

-Czy jestem od tego, by ciągle ratować Ci dupsko? -Pytanie mistrza było bardziej niż spodziewane.

-A, wal się, haha! -Odpowiedź ucznia również była stereotypowa, jak i ich późniejszy śmiech, choć musiało minąć trochę czasu, by adrenalina spowodowana przez upadek minęła.

Potem wędrowali przez coraz bardziej strome, skaliste i tym samym, niebezpieczne rejony. Dzień był w pełnym rozkwicie. Piękna pogoda towarzyszyła im przez cały czas wędrówki. Słońce świeciło wysoko na niebie. Nagle uczeń stanął jak wryty. Przed nimi kolejny most, równie prymitywny jak poprzedni. Ale tym razem most był przechylony w prawo i sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zapuszczonego. Tutaj dotarło chyba już niewielu.. -Myślał sobie uczeń. Ale nie to wywołało u niego takiego uczucia strachu, jak fakt, że pod nimi była.. Przepaść! Tak, most ten był przewieszony nad wielką górską przepaścią..

-Cóż mam Ci powiedzieć, mój uczniu. Musimy przejść przez ten most, jeśli chcesz dotrzeć na szczyt. Nie ma innej drogi. Możesz zawrócić, ale wtedy Twój rozwój ustanie, a potem zacznie się cofać. Sroga i bolesna nauka równowagi, jaką doświadczyłeś, drogi mężczyzno, podczas przechodzenia przez poprzedni most, musi zostać teraz przez Ciebie wykorzystana. Jeśli się zachwiejesz i spadniesz, to już Ci nie pomogę. Dojdzie do tragedii, stracisz wtedy wszystko. Ja serio nie jestem tu od ratowania Twojego dupska, ja przy poprzednim moście nie żartowałem, choć oboje długo mieliśmy z tego ubaw. Decyduj. -Powiedział mistrz.

Nietrudno przewidzieć dalszego biegu wypadków. Mistrz zwinnie i z gracją przeszedł przez most, niemal nie patrząc na swoje stopy i nie oglądając się w dół. Było to zarówno godne podziwu, jak i budzące obawy o własne możliwości u ucznia. No tak, myslał sobie uczeń. On niejedną osobę tędy przeprowadził. Był przedownikiem, ale nie był niańką. To od niego samego zależy czy mu się uda, czy…

-No dalej, ruszaj się, nie ma sensu myśleć o niebieskich migdałach! -Głos zza drugiej strony przepaści zachęcał do przejścia przez nieuniknione.

Uczeń postanowił, że nie będzie spoglądał w dół. Skoncentruje się tylko na deseczkach mostu, trzymaniu równowagi i chwili teraźniejszej. Choć w głowie zdążyło mu się zakotłować chyba z tysiąc różnych myśli, przy czym jedna była gorsza od poprzedniej, to postawił wszystko na jedną kartę. Pogodził się z tym, że może stracić życie. Szedł przez most z gracją, pogodzony z tym, co być może najbardziej ostateczne z ostatecznych. Odczucie, jakie miał, gdy już bezpiecznie postawił swoje stopy na lądzie, po drugiej stronie przepaści, było nie do opisania. Dziękował w duchu za każdy dotychczas spędzony dzień, za każdą chwilę. One były tak cenne.

-Jeszcze trochę, i zdobędziemy szczyt. Wytrwałości. To już ostatnia prosta, a raczej, ostatnia stroma.

-No dobrze, a możesz mi wyjaśnić kilka rzeczy? Co znajdziemy na szczycie? Kim byli owi „oni” którzy nas ścigali?

-Nie zadawaj tych pytań teraz. Tam się wszystkiego dowiesz. To na szczycie wydarzy się cud zrozumienia. Teraz jeszcze nie jesteś na to gotowy i nie zrozumiałbyś odpowiedzi.

Chcąc nie chcąc, uczeń musiał się z tym pogodzić, zakasać rękawy i pójść dalej. A było już stromo i ciężko. Na szczyt dostali się już wtedy, gdy słońce miało się ku zachodowi. Niebo gdzieniegdzie już czerwieniało. Pierwszym zaskoczeniem było dla ucznia to, że szczyt Góry Cudów wcale nie jest taki równy, jak mu się wydawało. Wiadomo, na dziecięcych rysunkach szczyt góry jest albo idealnie szpiczasty, niczym trójkąt z jego bokami, albo idealnie prosty jak stół. A tutaj były mniejsze i większe wzniesienia. Były grupy ogromnych głazów, na które można było się powspinać. Jednak to nie było największym zaskoczeniem dla człowieka, który zdobył szczyt świata.

-No, więc jesteśmy. Udało się. Widzę, widzę to wszystko. Ale co dalej?

-Może to Cię w pewien sposób zasmucić, ale.. to wszystko. Dokładnie to, co widzisz. A co byś jeszcze chciał? Ani ja, ani tym bardziej góra nie mamy Ci do zaoferowania nic ponad to, co jest, co widzisz i co czujesz teraz. -Powiedział mistrz.

-Jak to?! Przecież osiągając jej szczyt miałem się zmienić! A nic się nie stało! Nie odczuwam żadnej zmiany, żadnego zapowiadanego przez ludzi cudu! To jakieś pieprzone zadupie! Oszukałeś mnie! -Słowa ucznia były pełne żalu i goryczy.

-Rozczarowałem Cię, prawda? Ale taki był cel. Rozczarowałem Cię, czyli odczarowałem z iluzji, w którą wierzyłeś. Lepiej zobacz rzeczy, które przeoczyłeś, czekając na cuda, które nie nadeszły i nie nadejdą. Usiądź spokojnie i rozejrzyj się. W ciszy.

Uczeń postanowił to zrobić. Pierwsze co przykuło jego uwagę, to krzywizna Ziemi widziana z nieprawdopodobnej wysokości.

-Czemu ten kres świata tam na końcu nie jest prosty, ale jest krzywy?! I co to za niebieski pasek tam na samym końcu?! Ledwie go widać, ale widać. I słońce już zachodzi, będziemy musieli spędzić tu noc.

Mistrz postanowił odpowiedzieć na pytania ucznia w zdumiewający sposób:

-To niebieskie tam na końcu to morze. Należy ono jeszcze do naszego pięknego kraju. Słyszałeś o nim kiedyś od wędrownych kupców. To jezioro większe, niż kiedykolwiek widziałeś. To rzeka dłuższa, niż jakakolwiek którą jesteś w stanie sobie wyobrazić.

-Słyszałem o morzu, mistrzu. Jest ono położone jeszcze dalej od mojej krainy, niż ta nieszczęsna góra. Chyba nigdy tam nie dotrę..

-Dotrzesz i tam. Zaufaj mi. A teraz zobacz na kres świata. Jest krzywy, prawda? Jest taki, bo planeta na której mieszkamy jest kulą. Przyjdzie kiedyś czas, że nasi dalecy potomkowie stworzą wielkie oko, które poleci na skrzydłach z ognia wysoko w niebo. Jeszcze wyżej, niż my teraz. Wyżej niż ptaki. Wyżej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić. Dzięki niemu będziemy mogli zobaczyć naszą planetę w całości. Wszystkie wioski i miasta. Wszystkie ludy i narody. Wszystkie lasy, pola, rzeki i morza. To oko będzie też patrzeć w drugą stronę – w gwiazdy, w te jasne punkciki które widzisz każdej nocy. Będzie poszukiwać śladów naszych zaginionych sióstr i braci tam daleko, tak daleko jak tylko można. Czy oni tam hen daleko istnieją, i czy ich odnajdą, nie wiem nawet ja.

-To fascynujące -powiedział uczeń. Mów więc dalej.

-Będąc na szczycie świata widzisz to wszystko z góry. Na przykład te duże, rozświetlone miasta. Jak duże lub jak małe wydają Ci się teraz wszystkie znane niesnaski miedzy nimi? Wszystkie one z daleka i z góry wyglądają podobnie, prawda? I lepiej byc obserwatorem? Lepiej to widzieć z góry? Ale rozwiązać te konflikty i pogodzić tych ludzi można tylko będąc na dole. Musimy niebawem zejść na dół, to też konieczne. Ale zachowaj ten widok w pamięci. Będąc na dole, pomiędzy ich konfliktami, pomagając im, też warto być obserwatorem.

-Tyle rzeczy robimy niepotrzebnie. Bezcelowo.. A co z zapowiadanymi przez Ciebie cudami? -Uczeń był nieugięty w pytaniach.

-Tyle rzeczy robimy bezcelowo, powiadasz? No, na przykład weszliśmy na tę górę, durniu. -Mistrz zaśmiał się do rozpuku, a uczeń podzielił jego rozbawienie. Kontynuował dalej: -Cóż, musiałeś tu wejść, by się przekonać, że nie warto marnować czasu i energii na cuda, które nie nadejdą. To jest bardzo męczące. Bo nie tylko czujesz się wtedy bezsilny, ale panicznie gonisz za widmem. Masz wtedy nadzieję, że ktoś Cię zbawi. Że coś innego rządzi Twoim życiem. Na przykład, że jakaś głupia i stroma góra Cię wybawi z opresji. Lub że masz się słuchać kapłana z dołu, który w świątyni mówi Ci, że Ziemia jest płaska. I najważniejsze, gdy czekasz na te cuda nie widy, często nie rozwiązujesz swoich prawdziwych problemów.

-Dobrze, mistrzu.. Ale czemu kapłani nas okłamują?! Acha, i jeszcze jedno! Kim byli Ci ludzie, którzy nas ścigali?! Kim są „oni”?!

-Oni to my. My to oni.

-Yyy, nie rozumiem -odpowiedział mocno zmieszany uczeń.

-Nie ma żadnych onych. Musiałem Ci o tym powiedzieć, ponieważ byś się nie przebudził ze snu i wędrówka na górę byłaby niemożliwa. Spałbyś jak ta lala pewnie jeszcze długo po świcie. Nie byłoby tu nas teraz. To dodało Ci też sił na początku wędrówki, gdy szedłeś zaspany przez ciemny las. Pytasz, czemu kapłani nie powiedzą swoim owieczkom, że mieszkamy na kulistej Ziemi? Pewnie masz jeszcze mnóstwo pytań w tym tonie? Cóż.. Ty już nie jesteś owcą. Ale ludzie na dole nie są gotowi, by poznać prawdę. Nie mogliby sobie tego nawet wyobrazić, bo jak zobaczysz kulistą Ziemię, bez wysłania tego magicznego oka wysoko w niebo? Jednak nie wieszaj psów na kapłanach, że nas okłamują. Oni robią to, co jest potrzebne na daną chwilę. Ludzie z naszych wiosek i miast potrzebują wsparcia. Potrzebują tego, by ktoś im powiedział, że wyższa istota, że Bóg ma nad wszystkim pieczę. Że ich kocha. Bo to prawda. Dzięki temu rolnik w spokoju uprawia ziemię, a rzemieślnik nie musi się zamartwiać co dalej, tylko wytwarza niezbędne nam przedmioty. A reszta nie ma, przynajmniej dla nas obu i dla nam podobnych, aż takiego znaczenia.

-No dobrze.. Więc wszystko w moich rękach. Ale co teraz?! -Powiedział uczeń. -Inni przecież też chcą wejść na tę górę. Inni też są w drodze. Chcą zobaczyć to, co my. Ba! Nawet powinni to zobaczyć. Tak, powinni! Zresztą, gdy nocą wychodziliśmy z wioski, to na jej skraju, przy oświetlonym dworku, kątem oka widziałem staruszkę w towarzystwie młodej damy.. Miały obie po małym bagażu. Były przyjazne, tak ich wtedy odebrałem. Ale nawet nie zdążyłem im odmachać, bo bałem się tego, co mi powiedziałeś gdy się przebudziłem. Może one też chcą wejść na górę?

-Pytasz, co teraz? Nic. Tak się dzieje od miliardów lat. I tak będzie dalej. To normalne. Ty byłeś tacy, jak Ci na dole. Oni będą kiedyś tacy, jak Ty. Przyjdzie na nich także czas. A te dwie kobiety? Hahaha! Widzisz, to też przeoczyłeś, ech.. Ta staruszka to moja żona. Tak, też idą na górę i o ile mnie intuicja i doświadczenie przewodnika nie mylą, dotrą tu za dwie godziny. A ta młoda dama? Cóż, wolałbym Ci nic nie mówić.. Ale jak tu dotrą, to może po prostu z nią pogadaj, co? Bardzo lubi pływać. W tym sporcie to ona jest mistrzem. Przepłynęła jedno z większych jezior z naszej krainy. Ale wiesz… -Tu mistrz w zagadkowy sposób spojrzał na ucznia.

-Mówisz o tym morzu, hen daleko? -Zapytał uczeń. -Że warto tam..

-A mógłbyś się w końcu zamknąć i popatrzeć ze mną na ten cholerny zachód słońca? -Mistrz mrugnął do niego porozumiewawczo okiem.

-Dobra, dobra, niech Ci będzie!

Autor: Jarek Kefir © Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie na inne strony tylko za zgodą autora.

Moja strona jest niezależna od wielkich koncernów, od ideologii i od polityków. Utrzymuję ją z reklam i z Waszych dobrowolnych darowizn. Nie ma u mnie przymusowych opłat za treści. Dzięki temu mogę zachować niezależność i dostarczać Ci wartościowych informacji, które są cenzurowane i trudno dostępne. Wesprzyj moje publikacje, jak je lubisz i jeśli wnoszą do Twojego życia coś cennego:

  • Na konto bankowe:
    Dla: Jarosław Adam
    Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
    Tytułem: Darowizna
    .
  • Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
    Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
    IBAN: PL16102047950000910201396282
    .
  • Na Pay Pal: Kliknij na ten link [LINK TUTAJ]

 

5 odpowiedzi »

  1. Piękne podsumowanie serii tegorocznych artykułów. 🙂
    Człowiek po przekroczeniu każdej kolejnej granicy niby jest ten sam, ale już nie taki sam. Ktoś, kto wdrapie się na „Górę Cudów” raczej nie spocznie na laurach i będzie poszukiwał jeszcze wyższej góry, z której da się zobaczyć więcej, bo zawsze będzie go intrygowało, co jest za widnokręgiem. Prawdopodobnie znowu, już bogatszy o pewne doświadczenia, zaryzykuje unurzanie się w cuchnącym bagnie albo zawiśnięcie nad przepaścią.
    Ważne, by przy tym zdobywaniu coraz wyższych szczytów nie stracić z pola widzenia cudów, które codziennie dzieją się wokół nas. 🙂

    • Erika, trafne porównanie ludzi do substancji magnetycznych. Jedne są silnie przyciągane przez magnesy, inne słabo, jeszcze inne są przez nie odpychane.
      Ja od pewnego czasu czuję, że jestem już gotowa na nowe wyzwania. Pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.