Reklamy

Kategoria: Bareizmy

Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego

Cyt. „Praca badawcza na zlecenie partii Zielonych pokazuje czarno na białym: producenci sprzętu AGD i elektroniki celowo projektują go tak, by popsuł się tuż po upływie gwarancji. „To czyste świństwo” mówią Zieloni.

Obojętnie, czy chodzi o drukarki komputerowe, żarówki, pralki czy słuchawki – ich żywot jest ograniczony nie możliwościami techniki czy zmęczeniem materiału, ale umyślnym działaniem projektantów i producentów. Do tego wniosku doszła grupa rzeczoznawców po badaniu wykonanym na zlecenie niemieckiej partii Zielonych. Wymienia się w nim cały szereg artykułów, w przypadku których można mówić o celowym oszustwie dokonywanym przez producentów. Używają oni komponentów, które powodują szybkie uszkodzenie sprzętu. Stosują też techniczne tricki dla skrócenia okresu użytkowania urządzeń.

Jak stwierdzili eksperci, można mówić o systematycznym nabijaniu klientów w butelkę, którzy są w ten sposób zmuszani do coraz częstszych zakupów sprzętu. Koszty takich celowych uszkodzeń sumują się do kilku miliardów euro rocznie. Jeden z autorów raportu na ten temat, ekspert w dziedzinie ochrony konsumenta Stefan Schridde, zaznaczył w wywiadzie dla „Saarbruecker Zeitung”, że w minionych latach on sam weryfikował informacje o 2000 takich przypadków.

Dorothea Steiner z partii Zielonych stwierdziła, że jest to „świństwo”, bo tak zawodny sprzęt przyczynia się do tego, że rosną góry śmieci. Rzeczniczka Zielonych ds. ochrony konsumenta Nicole Maisch domaga się jak najszybszej nowelizacji przepisów ws. gwarancji i reklamacji oraz napraw.

Z pełną premedytacją

Proces przyspieszonego zużywania się sprzętu ma nawet swą fachową nazwę: „planned obsolescence”. Federalne Zrzeszenie Ochrony Konsumenta już przed kilkoma tygodniami stwierdziło, że nie wysuwa co prawda pod adresem producentów zarzutu, jakoby planowali usterki sprzętu już na etapie jego projektowania. „Lecz mniej lub bardziej świadomie liczą się z możliwością uszkodzenia i przy projektowaniu nie zwracają szczególnej uwagi na długowieczność urządzeń”, stwierdzono w opinii zrzeszenia. Jednak także i konsumenci nie są zupełnie bez winy, ponieważ wielu z nich uważa sprzęt domowy za gadżety, które muszą odpowiadać najnowszym trendom w modzie i bez żalu odsyła je do lamusa, pomimo, że jeszcze działają.

Perfidne, słabe miejsca

Konkretnym przykładem zabiegu skracającego żywot urządzenia jest na przykład instalacja części urządzenia wrażliwych na działanie wysokich temperatur w miejscu, gdzie takie temperatury panują. Ma to miejsce na przykład w zmywarkach do naczyń. Podobnie działa metoda instalacji baterii tak, by użytkownik nie miał możliwości ich wymiany – tak dzieje się na przykład w smartfonach, notebookach czy elektrycznych szczoteczkach do zębów. Jak stwierdzono w trakcie badań, w przypadku drukarek komputerowych częstokroć projektowane są one tak, by po zadrukowaniu określonej liczby stron odmawiały posłuszeństwa. Dzieje się tak za sprawą specjalnego elementu w oprogramowaniu. Kiedy uda się ten system przechytrzyć, drukarka bez zarzutu działa dalej.

Często stosowanym zabiegiem jest także wykonanie z plastiku części urządzenia, które są szczególnie narażone na uszkodzenie przy długotrwałym użyciu, jak koła zębate w mikserach czy krajalnicach.

Krótkie cykle – mało innowacji

Gdyby producenci stosowali materiały bardziej odporne na zużycie lub wykonywali urządzenia bardziej starannie, znacznie możnaby wydłużać długowieczność sprzętu. W słuchawkach na przykład często dochodzi do przerwania przewodów wykonanych ze zbyt delikatnych materiałów.

Zdaniem ekspertów, celowym działaniem przemysłu jest także, by przy pomocy krótkiego cyklu wypuszczania nowych modeli skłaniać klientów do częstszych nowych zakupów, pomimo, że posiadane urządzenia jeszcze bez zarzutu działają. Szczególnie wyraźne jest to w przypadku tabletów i smartfonów, w których techniczne innowacje implementowane są stopniowo, pomimo, że możliwe byłoby ich wdrożenie za jednym razem. Lecz wtedy klienci nie mieliby tak często motywacji do zakupu najnowszego, ulepszonego modelu.

afp / Małgorzata Matzke

red. odp.: Elżbieta Stasik

Reklamy
Reklamy

Marzenia na kredyt: banki i komornicy zrujnowały im życie. „Nie starcza nam nawet na jedzenie!”

Komentarz Jarek Kefir: globalne załamanie systemu ekonomicznego jest jeszcze bliżej niż myślimy. We Włoszech premierem zostanie prawdopodobnie człowiek, który w 1993 roku obłożył oszczędności wszystkich Włochów. W Niemczech zatrzymano pojazd przewożący nowiuśkie banknoty.. Marek niemieckich, z datą emisji: czerwiec 2013.

Jest jedna nauka z tego wydarzenia: ten, kto ma dużo, straci wszystko, a ten, kto ma niewiele – straci niewiele. Ten kto kupował „marzenia na kredyt” i kto w pieniądzu lokował: nadzieje, bezpieczeństwo, stabilizację, marzenia – straci wszystko: nie tylko status posiadania, ale także owe nadzieje, bezpieczeństwo, marzenia. Ten, kto ma mało – straci mało, najczęściej kawalerkę w kamienicy na wynajem, kilkaset złotych bieżących oszczędności i długi / debety.

Pamiętam, jak jeszcze w 2008 roku ludzie brali kredyty na 40 lat, na 140% wartości nieruchomości.. Kredyt w 2008 roku wynosił np 700.000, zaś po wzroście kursu Franka i wzroście stóp procentowych, ludzie mają do oddania bankowi po milion złotych. I pomyśleć, że robili to DOROŚLI LUDZIE, najczęściej z kilkoma fakultetami, pracujący w wielkich korporacjach.

Żyjemy w czasach, gdy pryskają jak bańka mydlana nie tylko marzenia o dobrobycie za pieniądze banku, ale także nawet podstawowe pragnienia o jakiejkolwiek materialnej stabilizacji. Pamiętam opowieści mojej babci, jak w czasach Wojny i po niej, luzie by przeżyć zbierali grzyby, jagody, runo leśne – a gdy ich zabrakło, gotowali zwykłą trawę.


Cytat. „Na własne mieszkanie, na dom. Czasem na samochód lub „odrobinę luksusu”. Kilka lat temu stać nas było na kredyt, jednym podpisem kupowaliśmy sobie lepsze życie. Dzisiaj przychodzi za nie rachunek. Waluty drożeją, płace maleją, bank domaga się kolejnej wpłaty. No i te myśli: Na czym oszczędzić? A może oddać dom? I co będzie, gdy mnie zwolnią z pracy? Czy marzenia na kredyt jeszcze nam smakują?

Barbara, adiunkt na uczelni, i Irek, grafik. Warszawiacy, rodzice dwójki kilkulatków. Ich miesięczny domowy budżet to 4300 złotych. Rata kredytu zamieszkanie po obecnym kursie franka: 3400 zł. Zdarza się, że po opłaceniu rachunków nie zostaje im nic.

Barbara: – Niedawno przypomniała mi się wojenna opowieść prababci. Mówiła: “Żeby nakarmić dzieci, biegałyśmy z siostrą na pola kraść ziemniaki i marchewkę. Nad głowami latały nam bomby”. Nie porównuję jej przeżyć do swoich, ale ten obrazek miałam w głowie, kiedy rok temu byliśmy w największym finansowym dole, a mąż wybrał się z sąsiadem na pobliski bazar. Przyniósł obite śliwki, pomidory, kilka ładnych kalafiorów i kabaczków. “Będzie obiad na dwa dni”, mówił dumny, jakby wrócił z grzybobrania z koszem prawdziwków. A mnie było wstyd: wykształcony, zdrowy facet, który od kilku miesięcy nie może znaleźć pracy. Ale gdy robiłam kolejny wek, pomyślałam: “Schowaj dumę, zostało wam sto złotych, a wypłata za dwa tygodnie”.

Nie zawsze było źle. Rok 2007, koniec lata, wtedy wszyscy znajomi kupowali większe mieszkania albo mówili, że planują. Miałam pewny etat na dwóch uczelniach, Irek pracował dla koncernu. Wspólnie zarabialiśmy 11 tysięcy. Frank kosztował trochę ponad 2 złote i według prognoz mógł wzrosnąć maksimum do 2,30. Trzech analityków w różnych bankach przekonywało nas, że gospodarka będzie się rozwijać. Udowadniali, że kredyt w szwajcarskiej walucie jest tańszy niż w złotówkach. Trudno nam było się z tym nie zgodzić.

Szukałam w internecie idealnego miejsca dla nas. Znajdowałam fajne mieszkania, ale gdy dzwoniłam do pośredników, słyszałam: “sprzedane, dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną”. Najlepsze oferty znikały z rynku momentalnie. Spodobało mi się Miasteczko Wilanów – trochę snobistyczne, ale ciche, czyste, ze spójną architekturą i zielonymi terenami wokoło. Zadzwoniłam do dewelopera. “Mam ostatnie siedemdziesiąt metrów z wielkimi oknami”, powiedziała miła pani. Weszłam do tego mieszkania z betonową podłogą, surowymi ścianami i zachwyciłam się przestrzenią, widokiem na lasy w Powsinie.

Jednak mąż nagle zaczął się bać. Mówił: “690 tysięcy kredytu na 30 lat to szaleństwo!”. Cały Irek, jemu wystarczała 38-metrowa kawalerka w centrum miasta, w której mieszkaliśmy z małym synkiem. Nieważne, że nie było gdzie wyjść na spacer, że stara winda wciąż się psuła, więc musiałam taszczyć wózek i zakupy na czwarte piętro. Dwa tygodnie później okazało się, że jestem w ciąży. “Jak wyobrażasz sobie naszą czwórkę w tej norze?”, denerwowałam się. Irek zmiękł, powiedział: “OK, kupmy to mieszkanie”. Ale kawalerki nie chciał sprzedać. “Wynajmiemy i będziemy mieli gdzie wrócić, gdy powinie nam się noga”. Na wszelki wypadek przepisał ją na brata.

Ja się nie bałam kredytów. Gdy wychodziłam za mąż, miałam już na opla corsę i laptopa. Złożyliśmy wniosek. Wzięliśmy planowane 690 tysięcy plus 50 tysięcy na wykończenie mieszkania. Wkrótce okazało się, że dodatkowa suma starczyła tylko na podłogę, gniazdka, parapety i kuchnię ze sprzętem AGD. A gdzie łazienka, szafy do przedpokoju i meble? Kiedy zapytałam sprzedawcę w OBI, które panele na podłogę poleca, zapytał: “Urządza pani mieszkanie na wynajem? Nie? A chodziła pani kiedyś po panelach? Słychać wtedy okropne stukanie. Nie ma co oszczędzać stu złotych na metrze, trzeba kupić parkiet”.

Znajomi też mnie podkręcali: “Rolety tylko na zamówienie, te z marketów spadają z okien. Nie oszczędzaj na zmywarce, bo za dwa lata ją wyrzucisz”. Wkrótce dobraliśmy jeszcze dwa kredyty: 17 i 18 tysięcy. Oczywiście, że się bałam obciążeń, ale z drugiej strony myślałam: kiedy mamy się urządzać, jak nie teraz?

“Igracie z ogniem”, mówił mój teść. Ale ja nie popieram tego typowo polskiego czarnowidztwa. Oboje z Irkiem zakochaliśmy się w nowym mieszkaniu. “Miałaś dobry pomysł!”, mówił mąż i rozsiadał się z koniakiem na naszej sofie. Większość rzeczy kupiliśmy na kredyt: lampę, krzesła, komplety ręczników i pościeli. Siostra się dziwiła: – “Gdy mnie się coś spodoba, co miesiąc odkładam. – Ja tak nie potrafię, jestem impulsywna. Zresztą stać mnie na raty zero procent” – mówiłam.

Przez rok żyło nam się nieźle, zaczęliśmy nawet oszczędzać. Suma wszystkich rat nie przekraczała połowy naszych wspólnych miesięcznych dochodów. Tyle że z dwojgiem dzieci i z dala od centrum potrzebowałam samochodu. Znajomi sprzedawali kilkuletnią hondę civic. “Nie najtańszy samochód, ale od zaufanych ludzi, to ważne, gdy wozi się dzieci”, przekonywałam męża. Poszliśmy do banku. I po raz pierwszy usłyszałam: “Przykro mi, nie mają państwo zdolności kredytowej na całą kwotę”.

“Banki różnie liczą, a wygrywa ten, który liczy bardziej liberalnie”, powiedziała koleżanka i dała mi numer do swojego doradcy. Do dziś go pamiętam: młody mężczyzna w różowej koszuli tłumaczył: “Kiedy dostaje pani do wypełnienia ankietę o kosztach życia rodziny, trzeba je zaniżać. Pisać, że dla jednej dorosłej osoby to maksimum 550 złotych, a dla dziecka 200″. Pozytywną decyzję dostaliśmy w piętnaście minut. Doszła nowa rata: 700 złotych przez pięć lat.

Miałam chwilę wątpliwości, czy nie jedziemy po bandzie, ale po podliczeniu dochodów wyszło mi, że na ten kolejny kredyt jednak nas stać. Fakt, raty zabierały coraz większą część pensji, ale do tego byłam przyzwyczajona. Dopiero kiedy frank zaczął drożeć, zaczęłam się bać. Rosło także oprocentowanie kredytów w złotówkach. “Transakcja odrzucona”, słyszałam coraz częściej, gdy chciałam zapłacić kartą w sklepie.

“Jeśli któreś z nas dostanie wymówienie, leżymy”, straszył Irek. Ale ja byłam optymistką: “Mieszkamy w Warszawie, tu nigdy nie mieliśmy problemów ze znalezieniem pracy. Pamiętasz? Dwa tygodnie poszukiwań to było maksimum”. I wyciągałam z szafy segregator z napisem: “Basia i Irek. Dyplomy, świadectwa, szkolenia”. To nasza polisa!

Gdy przestało nam starczać na życie, mój samochód sprzedaliśmy jako pierwszy. Bo w styczniu 2011 r. Irek stracił pracę, a kilka miesięcy potem cholerny frank skoczył na 3,5 złotego. Znaleźliśmy się pod ścianą. W ciągu trzech miesięcy mąż był na kilkunastu rozmowach. Propozycję dostał jedynie ze Szczecina za 3 tysiące netto. Nie chcieliśmy się rozstawać, poza tym ta kwota nas nie urządzała. Bo nagle z domowego budżetu zniknęło ponad 7 tysięcy, które zarabiał Irek. Suma zobowiązań z czynszem, telewizją kablową, rachunkami za telefon przekraczała sześć. Nasze oszczędności: 4700.

Zrezygnowaliśmy z kablówki, a ja z abonamentu na komórkę, do telefonu kupiłam kartę. Sklep spożywczy w bloku okazał się za drogi, więc wsiadałam do autobusu i jechałam do Biedronki. Dzieci przestały chodzić na angielski. Znajomi dzwonili: “wpadniemy w weekend”. Na początku wstydziłam się powiedzieć: “Nie mam was czym poczęstować”, kłamałam, że jesteśmy zajęci. Ale wkrótce musiałam prosić ludzi o wsparcie.

Pożyczałam od rodziny, od mamy 10 tysięcy. Znajomi mówili: “Nie poratujemy cię, też mamy raty”, ale ostatecznie ktoś pożyczył tysiąc, dwa, ktoś 300 złotych. Wierzyłam, że ta sytuacja potrwa chwilę. Ale codziennie w gazetach czytałam, że będzie gorzej: z pracą, z benzyną, z frankiem. “Nadeszły czasy, przed którymi cię ostrzegałem”, mój mąż cedził przez zęby.

Gdy dzwonili z banku z działu windykacji, oddawał mi słuchawkę: “To twój dobrobyt na kredyt, więc teraz się tłumacz”. Walczyłam, by się nie rozłączyć, kiedy pani z windykacji obcesowym tonem mówiła: “Pani Barbaro! Tracę do państwa cierpliwość!”. Czułam, że ma satysfakcję, że może mnie pouczać, musztrować, a potem dawać kolejną szansę. Przymilałam się i prosiłam o tydzień odroczenia, aż wreszcie wynegocjowałam trzymiesięczne zawieszenie spłaty rat za mieszkanie. W tym czasie oddawałam zaległości innym bankom i modliłam się, żeby Irek dostał pracę. Nie dostał. To znaczy dostawał zlecenia, przynosił do domu 2 lub 3 tysiące miesięcznie. Mówił: “Mało ci? Popytaj, ile zarabiają ludzie”.

Kiedy bratowa upomniała się o dług, oddaliśmy jej i zaczęliśmy zalegać z czynszem, a potem z prądem. Negocjowałam z RWE, żeby nam go nie odcięli. Z bezsilności czasem tłukłam szklanki. Irek o sprzedaży kawalerki nie chciał słyszeć. “Nie pozbędę się wszystkiego! Będę miał do czego wrócić, gdy zlicytują nam ten a-par-ta-ment!”. Obwiniał mnie o kłopoty, ja nazywałam go nieudacznikiem. Kłóciliśmy się o kasę, zaczęliśmy wszystko dzielić na moje, twoje. Nie jadł tego, co ugotowałam, kupował sobie mielonki w puszce.

Po pracy udzielałam korepetycji, wracałam do domu przed 22, prawie nie widywałam dzieci. Obowiązki przejął Irek, skoro pracował tylko trzy dni w tygodniu. Raz wypaliłam: “Może jedź do Irlandii, będziesz nam przysyłał euro”. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Matka radziła: “Sprzedajcie coś wartościowego”. Ale co? Nie miałam torebek Prady, kina domowego ani drogich mebli. “Przecież nie zdemontuję wanny i nie sprzedam jej na Allegro”, mówiłam.

Kiedyś zadzwoniłam do banku i powiedziałam: “Nie mamy pieniędzy, zabierzcie tomieszkanie”. Usłyszałam: “Windykacja komornicza jest dla banku nieopłacalna. Proszę znaleźć kupca na własną rękę”. Wtedy dowiedziałam się, że po obecnym kursie franka jesteśmy winni bankowi prawie milion. Amieszkania na naszym osiedlu od 2007 roku staniały o 5-10 procent. Tego wieczoru za pieniądze z korepetycji kupiłam dwa wina i poszłam do sąsiadki, która także nie wyrabia z ratami. Upiłyśmy się vino nobile, na które nie było nas stać, w jej ekskluzywnym niedużymmieszkaniu.

Od trzech miesięcy odbieram o połowę mniej telefonów, przestali dzwonić z banków. Irek zlitował się i sprzedał kawalerkę. Spłaciliśmy kredyty konsumpcyjne, debety, zaległości, został nam tylko kredythipoteczny. Resztę pieniędzy z mieszkania wpłacił na bankową lokatę, nie wyjmuje ani złotówki, choć myślałam, że zabierze dzieci nad morze. Niedawno dostał etat: 4500 złotych netto, jednak między nami nic się nie zmieniło, kryzys finansowy bardzo nas oddalił. Myślę, że się rozstaniemy, tylko nie mamy jak, bo sprzedaż mieszkania się nie opłaca, a ja zarabiam za mało, żeby utrzymać w nim siebie i dzieci.

Czasem, gdy przekręcam klucz w zamku, nie czuję radości, że wracam do domu, tylko ściskanie w dołku, bo tu skończyło się nasze marzenie o szczęściu. Niedawno przyjaciółka, która idzie na macierzyński, poprosiła, żebym przez pół roku poprowadziła za nią zajęcia w prywatnej uczelni. Zarobię dodatkowe kilka tysięcy, odżyjemy!

Kilka dni temu mijałyśmy z córką znaną cukiernię, w środku były tłumy. “Mamo, kup mi taki tort na urodziny”, Nadia pokazała palcem. Kosztował 160 złotych. Powiedziałam: “Na razie możemy na niego tylko popatrzeć, ale wkrótce i na nas przyjdzie kolej”.

Iga i Marek z Wrocławia, ona: właścicielka salonu kosmetycznego, on: ubezpieczyciel. Rodzice pięciolatki. Żeby wyjść z długów, musieli sprzedać mieszkanie. Dziś wynajmują dwa pokoje. Na własne mieszkanie nie mają szans, dla banków są niewiarygodni.

Iga: Pakowaliśmy walizki, gdy wpadła mama: – “Stuknijcie się w głowę! Macie tyle kredytów i jedziecie za granicę?! – Tak, chcemy mieć coś z życia, a Kaja chce zobaczyć ciepłe morze” – powiedziałam. Wyjeżdżaliśmy na Rodos. Znaleźliśmy atrakcyjną ofertę last minute w kameralnym hotelu przy plaży. Mama nie rozumiała, że w naszej sytuacji: przy 300 tysiącach zadłużenia na sprzęt w salonie kosmetycznym, 50 tysiącach debetu i 20 tysiącach w kartach kredytowych, tydzień w Grecji niewiele zmieni. Ot, banki poczekają na swoje pieniądze dwa, trzy tygodnie dłużej albo miesiąc.

Co nam mogą zrobić? Nie mamy majątku poza tym sprzętem. I tak widniejemy już w BIK-u jako nierzetelni kredytobiorcy, więc żaden bank większej pożyczki nam nie da. Z bankami, komornikami przeszliśmy z mężem tyle, że nie wiem, co by się musiało stać, żebym wpadła w panikę. Właśnie zalegamy z płatnościami na 4 tysiące. I co? Zen. Nie panikujemy, tylko spokojnie czekamy na przypływ gotówki, jak to drobni przedsiębiorcy. Wczoraj zadzwonił windykator. Powiedziałam mu to co zawsze: “Uregulujemy należność za siedem dni roboczych”. Choć tak naprawdę nie mam pojęcia, czy do tego czasu uzbieramy całą kwotę. Podaję jakąś datę, bo wiem, że on musi sobie coś zanotować, inaczej się nie odczepi.

Pamiętam, że kiedyś, po pierwszej wizycie komornika trzy lata temu, dostałam krwotoku z nosa. Po kilku miesiącach nerwówki finansowej lekarz wykrył u mnie guza tarczycy, podejrzewał, że jest złośliwy. Po biopsji okazało się, że na szczęście nie był to rak. Usłyszałam: “Proszę o siebie dbać i unikać stresu”. Pomyślałam: “Stresu? Czy ja się stresuję? Nie. Ja jestem w permanentnym lęku, który mija tylko po większej dawce lorafenu”. Gdy wyszłam, zobaczyłam męża, który czekał na korytarzu. Kiedy się dowiedział, że nic mi nie jest, powiedział: “Już nic gorszego niż oczekiwanie na ten wynik nas nie spotka”. Długo staliśmy objęci.

Pożyczaliśmy, by lepiej żyć, ale przecież bez ekstrawagancji! Po raz pierwszy wzięliśmy kredyt na dwuletnie bordowe renault twingo. I ślub, gdy zabrakło nam 5 tysięcy. Mieszkanie odziedziczyliśmy po dziadkach Marka: skromne dwa pokoje z małą kuchnią, której remont zrobiliśmy na kredyt. Pracowałam wtedy jako menedżer niższego szczebla w salonie kosmetycznym, mąż zajmował się ubezpieczeniami. Wspólnie zarabialiśmy niecałe 6 tysięcy, rata kredytów wynosiła 1500.

“Iga, szukaj pracy, mają kogoś na twoje miejsce”, dowiedziałam się od zastępcy kierowniczki, gdy byłam na macierzyńskim. Panikowałam: małe dziecko, raty, wydatki, a ja na bezrobociu! Miałam niewiele czasu, żeby coś wymyślić. “Lokal do wynajęcia”, przeczytałam ogłoszenie w bloku na nowym osiedlu. A gdyby zrobić tam małe spa?”, zaczęłam się zastanawiać. “Oszalałaś? Takie ryzyko!”, mówiła moja matka, ale Marek podchwycił pomysł: “W okolicy żadnej konkurencji. Może to dla nas szansa?”.

Wiedziałam, że za trzy miesiące dostanę wymówienie, więc uznałam, że to ostatni moment, by starać się o kredyt. Potrzebowaliśmy więcej, niż mogliśmy wziąć, bank chciał zabezpieczenia, więc zdecydowaliśmy, że będzie nim nasze mieszkanie. Szczęśliwa urządzałam salon. Inwestowałam w żyrandole, miękkie szlafroki, drogie zapachowe świece. Szło nam nieźle. Trafiliśmy w niszę. Zmieniliśmy twingo na nową corollę.

Mieli wpaść znajomi, więc szłam do delikatesów i kupowałam melona, prosciutto, krewetki. Polskie serki topione coraz częściej zastępowała oryginalna mozzarella. Kremy Ziai – Sensai. W mieszkaniu zrobiliśmy nowe podłogi, odnowiliśmy łazienkę. Czy się zachłysnęliśmy lepszym życiem? No cóż, dochody nakręcają potrzeby, ale ten stan trwał niecałe dwa lata, więc nie zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Gdy dziś widzę w sklepach płaszcze za 2 tysiące złotych, wkurzam się, bo myślę: kogo w Polsce na to stać? Ale potem przypominam sobie siebie z czasów, gdy salon nieźle prosperował: torby Furli, MaxMary kupiłam na debet. Gdy nadeszły chude lata, miałam co sprzedawać na Allegro.

Pogrążył nas bank. Dosłownie. Zainteresowany miejscem, w którym mieliśmy gabinet, zaproponował właścicielowi lokalu dużo wyższą cenę za wynajem. Nie byliśmy w stanie jej przebić. W ciągu trzech miesięcy musieliśmy salon zamknąć. Przenieśliśmy się w inne miejsce i straciliśmy sporo klientek. Potem zjadła nas konkurencja. W okolicy powstała ekskluzywna klinika urody z zabiegami medycyny estetycznej. Mieli sprzęt i kadrę, na jaką nie było nas stać.

Zamożne kobiety zaczęły chodzić do nich, a te średnio zarabiające przestawały korzystać z zabiegów w ogóle. Jedna mi powiedziała: “Jest kryzys, frank szaleje, więc gdy mam wydać 200 złotych u kosmetyczki, zastanowię się, czy nie kupić dziecku butów”. Nasza branża odczuła kryzys. Mój kupiony na kredyt sprzęt przestał na siebie zarabiać. Żeby mieć na przedszkole córki, ubezpieczenie za samochód, pensje dla pracowników, na raty, czynsze, rachunki za telefon, musieliśmy pożyczać z banków.

Wtedy było jeszcze dobrze. Raz w miesiącu mogliśmy sobie pozwolić na kino z dzieckiem, choć dzieliliśmy się – raz Kaję zabierałam ja, raz mąż, żeby było taniej. Gorzej, gdy córka zachorowała i musiałam jej wykupić drogie leki. Braliśmy szybkie, wysoko oprocentowane pożyczki, licząc, że wkrótce przyjdą lepsze czasy. Inwestowałam w reklamę, promocję, kosmetyki, ale było coraz gorzej. Musiałam zwolnić dwóch pracowników.

Z jednym bankiem wynegocjowałam dłuższy okres kredytowania, a więc mniejsze raty, z innymi odroczenie spłaty na trzy miesiące. Wtedy likwidowałam debet, by nie rosły odsetki i by móc za trzy miesiące znów spłacać kredyt. Warzywa, mięso kupowałam tam, gdzie były najtańsze, tak samo bułki – brałam od razu dwadzieścia tych po 20 groszy i mroziłam. Łapałam równowagę, myśląc: “Najważniejsze, że mam wspaniałe dziecko, męża, że mimo wszystko umiemy być razem”, ale trafiał mnie szlag, gdy znajomi przysyłali MMS-y z wakacji albo kiedy umawiałam się na spotkanie służbowe w kawiarni i udawałam, że zapomniałam portfela, bo nie miałam na kawę.

To był czas, w którym mogłam tylko czekać, że coś się ruszy. Nieraz pożyczałam od przyjaciół, a gdy nie miałam z czego oddać, mówiłam: “Przyjdź do salonu, kosmetyczka zrobi ci mikrodermabrazję”. Koleżanki przychodziły i mimo wszystko zostawiały pieniądze. Z litości. Jestem wdzięczna mężowi, że nigdy nie usłyszałam: “To przez ciebie, ty uparłaś się na ten biznes”, ale mój ojciec grzmiał: “Byłaś naiwna i zachłanna, wiedziałem, że tak to się skończy!”.

Były momenty, że w salonie szło mi lepiej, płaciłam wtedy zaległy czynsz, kupowałam zapasy jedzenia na czarną godzinę. A banki? Mieliśmy dylemat: któremu zapłacić, a który przetrzymać. Czy wpłacić całą ratę i być może nie mieć na życie, czy spłacić tylko część? Z czasem przestaliśmy spłacać w ogóle. Marek mówił: “To nie ma sensu, jesteśmy w matni, musimy sprzedać mieszkanie, inaczej komornik to zrobi za bezcen”. Było trudno znaleźć chętnego na lokum z obciążoną hipoteką, ale opuściliśmy cenę i się udało. Dosyć łatwo się z nim rozstaliśmy, kojarzyło nam się wyłącznie z kłopotami, które tu przeżywaliśmy.

Na kilka miesięcy zamieszkaliśmy w dwóch pokojach w domu mojego brata. “A gdzie wasza odpowiedzialność?! Jak mogliście do tego doprowadzić?!”, słyszałam od rodziców codziennie. “Pani Igo, boli mnie serce, gdy widzę, że na moim lakierowanym stole stawia pani gorącą szklankę”, tak musztruje mnie właścicielka mieszkania, które dziś wynajmujemy. Wpada co któryś miesiąc sprawdzić, czy wszystko w porządku. Bo choć finansowo stajemy na nogi, kredytu na mieszkanie nie dostaniemy już raczej nigdy.

Koleżanka mnie pociesza: “A myślisz, że mieszkanie na kredyt jest twoje? To iluzja: meblujesz, dopieszczasz, a gdy powinie ci się noga, bank kładzie na nim łapę”. Ona wciąż się dziwi, jak udało się nam wyjść na prostą. “Dzięki ryzyku”, odpowiadam. Po sprzedaży mieszkania oddaliśmy pieniądze znajomym, rodzinie, spłaciliśmy najwyżej oprocentowany kredyt. Resztę zainwestowałam… w eleganckie spa w dobrym punkcie.

“Gdy klasa średnia w kryzysie ma kłopoty, trzeba tworzyć miejsca dla najbogatszych”, mówiłam bratu i przekonałam, by w zamian za udziały w spółce zainwestował w mój salon ponad 100 tysięcy. Już widzimy, że się nam udało, choć to dopiero początek. Na razie nie zarabiamy kokosów, jednak zaczynamy żyć godnie. Starcza na jedzenie, kino, leki, buty na zimę. Znajoma, która też przez długi czas nie spłacała długów w banku, powiedziała mi: “Najłatwiej dostać kredyt na małą rzecz: patelnię, blender, więc czasem biorę, mimo że mogłabym kupić za gotówkę. Żeby wykazać, że spłacam regularnie. Dzięki temu za jakiś czas będę wiarygodna”.

Może to dobry pomysł? Ja już się naprawdę nie boję, bo wiem, że finansowo nic gorszego niż to, co było, nas nie spotka. “Żyjemy w czasach, w których bezpieczeństwo materialne nie istnieje”, mówią znajomi, którzy mają kredyty we frankach. Oparcia szukam więc w rodzinie, w miłości. To najważniejsze, bo przekonałam się, że mogę żyć za naprawdę niewiele.

Dorota, lekarka z miasta pod Kielcami, matka dwójki dzieci, i Grzegorz, jej drugi mąż. “Żeby uniknąć sprzedaży domu przez komornika, muszą państwo się rozwieść – doradził im prawnik. – Samotnej matki nikt nie odważy się eksmitować”.

Dorota: “Nie chcę słyszeć o ekranach dotykowych ani o aparatach z milionami megapikseli!”, wydarłam się na sprzedawcę w sklepie RTV, kiedy zaczął wciskać mojemu 13-letniemu synowi nowego smartfona w pakiecie z tabletem. “Dostaniesz zwykłą tanią komórkę”, powiedziałam Antkowi, a on wybiegł ze sklepu. “Proszę się nie denerwować, mamy raty zero procent”, wołał sprzedawca. Ale ja o kredytach nie chcę już słyszeć. Dość się przez nie nadenerwowałam. Dziś uważam, że w życiu nie można być pazernym, a dorabiać się trzeba stopniowo, tylko szkoda, że wcześniej nie byłam taka mądra.

Rok 2005. Któregoś dnia wróciłam do domu i zobaczyłam na stole list. Mąż dziękował za wspólne jedenaście lat. Pisał, że odchodzi do innej i wyjeżdża do innego miasta. Szok, dół, wściekłość – wszystko minęło po dwóch tygodniach. Nigdy nie byliśmy dobrym małżeństwem, nie miałam po kim rozpaczać. Zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie, żeby się nie szarpać. Tylko w starym mieszkaniu ze ślepą kuchnią nie umiałam się już odnaleźć. Wszystko przypominało mi lata, o których wolałam zapomnieć.

Nad nami mieszkała teściowa, która przychodziła codziennie. Któregoś dnia powiedziała: “Dobrze, że jesteś blisko, będę miała opiekę, jestem coraz starsza”. A potem zaczęłam marzyć. O trzypokojowym domku pod miastem, położonym wśród lip, z niedużą działką i stawem. Sprzedawał go mój kuzyn, chciał 300 tysięcy. “Zrobiłbym tu sobie boisko do kosza”, ekscytował się syn. “Miałabym pokój”, mówiła córka. Zaczęłam podliczać: moje mieszkanie warte jest 120 tysięcy. Miesięcznie zarabiam w sumie 3200. Na etacie w szpitalu mam 1600, w przychodni 1100. Z dyżurów 500 złotych miesięcznie, ale zawszę mogę brać ich więcej. Alimentów dostaję 600. W banku powiedzieli, że mam zdolność na maksimum 200 tysięcy i tylko w złotówkach. Przy kredycie na 30 lat płaciłabym 1100 zł miesięcznie. “To całkiem nieźle, niebezpiecznie jest wtedy, gdy rata zjada połowę pensji”.

Rodzice nie żyli, ale wspierał mnie dziadek: “Sprzedawaj klitę i kupuj dom, idź za marzeniami, wnusiu! W razie czego sprzedasz moją działkę”. Był koniec 2005 roku, kiedy zdecydowałam: zaczynamy nowe życie. Materace do spania, kilka szaf i biurko dla syna, tyle potrzebowaliśmy, żeby się tam wprowadzić. Bo w domu kuchnia i łazienka były zrobione. Przez pół roku nie mieliśmy krzeseł, siadaliśmy na kartonach z książkami. Nasz mały telewizor stał na podłodze, na pralkę odkładałam cztery miesiące.

Gdy uzbierałam trochę pieniędzy, przeglądałam promocyjne gazetki i kupowałam to, co było najbardziej przecenione: sofę z fotelem za 30 procent wartości. Odżyliśmy w tym domu. Dziadek w stawie hodował karpie, w letnie wieczory zapraszaliśmy sąsiadów na grilla. Nowe raty? Dzieci przeżywały brak ojca, który odzywał się raz na kilka miesięcy. Chciałam im to zrekompensować, więc kupiłam na raty rowery, konsolę Playstation i komputer. Wkrótce dach pokryty papą zaczął przeciekać. Fachowiec przekonywał, że nowa papa to pieniądze wyrzucone w błoto. Po kilku latach znów powtórzą się kłopoty. Przekonał do dachówki. Koszt: 15 tysięcy. Poszłam do banku…

Rata za mieszkanie też rosła, bo zmieniała się stopa procentowa. Najpierw płaciłam 1100, a za miesiąc już 1200. Po raz pierwszy przestałam się wyrabiać, gdy po srogiej zimie dostałam rachunek za gaz: 2100 złotych. A potem dobiła nas codzienność: wymiana części w samochodzie, naprawa pieca, książki do szkoły, tornistry. Przez pół roku były mąż przysyłał mniejsze alimenty, bo twierdził, że stracił pracę. Brałam więcej dyżurów, wystawiłam na sprzedaż działkę dziadka, ale długo nie było chętnych.

“Dorota, powinnaś sobie kogoś znaleźć, byłoby ci lżej”, radziła koleżanka. Myślałam: “No tak, trzeba podejść do sprawy racjonalnie: z dwiema pensjami łatwiej płacić raty”. Zaczęłam chodzić na randki i długo nic. Kiedy już odpuściłam, zakochałam się w Grześku, który w urzędzie zarabiał 2300, z czego 500 złotych płacił na syna z poprzedniego związku. Ślub wzięliśmy skromny. “Dobija nas twój kredyt w złotówkach, mniejszą ratę płacilibyśmy we frankach”, mówił mąż.

Pod koniec 2008 roku szwajcarska waluta była wciąż popularna. Bank zaproponował przewalutowanie kredytu na dom i konsolidację wszystkich naszych zobowiązań. “Będzie tylko jedna rata”, zachęcał. Tyle że ze względu na wiek Grześka nie mogliśmy rozłożyć spłat na 30 lat, tylko na 20, więc rata miała wynosić aż 2200 złotych, tylko o 100 mniej niż suma tego, co płaciliśmy teraz. “To i tak czysty zysk – przekonał nas doradca – bo kredyt uzyskany u nas spłacą państwo 10 lat wcześniej!”.

Byliśmy przygotowani na wahania kursowe, ale nie na to, co się wydarzyło. Pamiętam sierpień w zeszłym roku: frank kosztował 3,70 zł, a mnie w przychodni zredukowali etat. Koleżanka ostrzegała: “Uważaj, po 90 dniach zaległości będziesz notowana w BIK-u. Pilnowałam, by nie przekroczyć tego terminu, ale w końcu przestało się udawać. Zamartwiałam się, w domu zdarzały się kłótnie o pieniądze. Dzieci niepotrzebnie słyszały moje słowa: “wylądujemy pod mostem! Będziemy dziadami!”. Córka nagle przestała radzić sobie w szkole, wychowawczyni powiedziała: “Myślę, że problemu trzeba szukać w rodzinie”.

“Rozwód to jedyne rozwiązanie – radził prawnik. – Musicie się rozwieść, zanim komornik upomni się o dom. Samotnej matki z dwójką dzieci raczej nikt nie odważy się eksmitować”. W pierwszej chwili ucieszyliśmy się, że jest rozwiązanie, ale potem stwierdziliśmy, że są jednak granice. Zaczęłam szukać dodatkowej pracy. Prywatna przychodnia w Kielcach, przyjmuję tu przez trzy dni w tygodniu. Po dyżurze wpadam rano do domu na dwugodzinną drzemkę i jadę 45 kilometrów do nowej pracy.

Grzesiek poprosił szefa o 400 złotych podwyżki, dostał 200, zawsze coś. Radzimy sobie lepiej. Tylko domem nie mamy czasu się cieszyć. Nie zauważyłam, kiedy kwitły lipy i magnolie. Niedawno koleżanka z pracy pokazała mi fragment filmu Oburzeni, w którym ludzie tacy jak my w Hiszpanii, Francji wychodzili na ulicę, żeby krzyczeć, że mają dość banków, polityków i korupcji. Gdy go obejrzałam, przestałam myśleć, że jesteśmy z Grześkiem nieudacznikami. Podobnych do nas są miliony.

Kilka tygodni temu sprzedaliśmy działkę. Za 21 tysięcy, połowę tego, ile była warta. Zapłaciłam rachunki, odsetki, a resztę wpłaciłam na konto. Po kilku tygodniach bank zaproponował mi złotą kartę z limitem na 5 tysięcy. “Absurd! Idioci!”, pomyślałam, ale Grzesiek był innego zdania: “Weź. Na wszelki wypadek”. Jeszcze się waham.

Autor: Natalia Kuc

Dlaczego się nie buntujemy?

Dlaczego Polacy popadli w marazm i nie buntują się przeciwko władzy?!

Cytat: „Nastroje są złe. Obiektywna sytuacja większości społeczeństwa jest jeszcze gorsza niż nastroje. A jednak siedzimy cicho. Nie wychodzimy na ulice, nie strajkujemy, a w ankietach badania opinii naszą sytuację materialną często oceniamy na wyrost, bo przyznanie się do biedy, do kłopotów finansowych przychodzi nam z wielkim trudem.

Tymczasem w zbiorowej wyobraźni naszego społeczeństwa bieda i niedostatek to zjawiska subiektywne, w dużej mierze zawinione przez osoby nimi dotknięte, a nie obiektywne, niezależne od jednostki. Człowiek biedny to leń, niezguła, pijak, dzieciorób, cwaniak żerujący na systemie pomocy społecznej, o roszczeniowej postawie, pozbawiony ambicji i nieprzedsiębiorczy. Przyznanie się do ubóstwa oznacza więc zgodę na potępienie, napiętnowanie w oczach własnych i otoczenia.

Ten obraz potęgują naukowcy. Do mierzenia zasięgu ubóstwa stosują oni metody gwarantujące optymistyczny obraz, w którym ubóstwo skrajne nie przekracza kilku, a umiarkowane kilkunastu procent populacji. Ta mniejszość staje się więc marginesem nowego wspaniałego świata, a w nim ludzie radzą sobie coraz lepiej, i w pocie czoła zarabiają na coraz to wyższy, europejski standard życia. Jeżeli więc dostatek i konsumpcyjny styl życia stanowią normę, biedę łatwo uznać za patologię.

Zwalanie winy na siebie

Charakterystyczne jest to, że osoby zadłużone, nieradzące sobie z płaceniem czynszu za mieszkanie, bardzo często już na początku wizyty w stowarzyszeniu Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej zapewniają, że nie są „patologią”, nie piją, ciężko pracują, czyli stanowią wyjątek od reguły, że bieda jest zawiniona przez biednych. Problem zasadniczy polega bowiem na tym, iż ludzie niezamożni o wiele łatwiej niż reszta społeczeństwa przyjmują surową, krzywdzącą ocenę grupy, do której należą z racji niewystarczających dochodów, i przynależności do której wypierają się jak tylko mogą.

Strach przed napiętnowaniem, ową przemocą symboliczną, jest często równie duży jak obawa przed eksmisją, zajęciem komorniczym czy utratą pracy. Jest w Warszawie ulica Dudziarska. Miejsce, do którego dociera tylko jeden autobus kursujący co godzinę, położone za torami, gdzie trudno się dostać, dokąd bardzo często eksmitują, i gdzie nikt nie chce trafić. Zgłosiła się do mnie po pomoc pewna pani, która właśnie za nic nie chciała tam trafić, bo „tam mieszka sama patologia”. Odpowiedziałem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale jeśli mi się nie uda i ona tam jednak trafi, może przyjść do mnie kto inny i powiedzieć to samo: że nie chce na Dudziarską, bo mieszka tam pani, czyli patologia.

Tak długo jak długo trwa dominacja ideologiczna i psychologiczna bogatych nad biednymi, krzywdzicieli nad ich ofiarami, bunt jest nie do pomyślenia, a zamiast oburzenia i gniewu, porażka rodzi wstyd i upokorzenie, które raczej kryją się przed ludzkim wzrokiem, zamiast wywieszać sztandary buntu. Człowiek zadłużony, nękany przez komorników i windykatorów, z trudem walczący o zachowanie szacunku własnych dzieci, jest zbyt słaby i zdezorientowany, aby obiektywnie analizować przyczyny swej poniewierki, a tym bardziej kwestionować system, który nie dał mu szans na godne życie. Mechanizmem leżącym u podstaw tego nieoczekiwanego zjawiska obwiniania siebie i własnej, słabszej grupy społecznej za doznawane krzywdy jest nieuświadomione dążenie do minimalizowania psychologicznych kosztów, które płynęłyby z przekonania o niesprawiedliwości systemu społeczno-politycznego. W pewnym sensie korzystniej jest uznać, że własne położenie, czy też położenie grupy, do której się należy, jest zasłużone. Pozwala to uniknąć presji na oczywistą, wydawałoby się, w takim przypadku kontestację systemu.

Przywykanie do biedy

Kolejnym powodem cierpliwego znoszenia wyrzeczeń i robienia dobrej miny do złej gry jest fakt, że ludzie żyjący w sytuacji niedostatku przez dłuższy okres niejako do niego przywykają. Nie wierzą bowiem w poprawę losu i nie chcą się już więcej szarpać, gdyż wszelkie nadzieje wydają im się złudne, a dążenie do tego, żeby je realizować, dodatkową męką w ich i tak już ciężkim życiu. Z klasycznym przypadkiem takiej redukcji aspiracji mieliśmy do czynienia zaraz po wojnie, kiedy to pokolenie wojenne zwykło mawiać, że dopóki nie ma wojny i jest chleb, wszystko jest w porządku. Dwadzieścia kilka lat polityki rozwarstwienia, trwałego wysokiego bezrobocia, obniżania poziomu transferu socjalnego, malejącego udziału płac w dochodzie narodowym wytworzyło podobny do powojennego syndrom adaptacji do trudnych warunków, która obniżyła społeczne aspiracje, zredukowane do pragnienia elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Wreszcie nie bez znaczenia jest związana z rynkowym porządkiem korporacyjnym uniformizacja społeczeństwa, któremu wmówiono fałszywą, szkodliwą dla człowieka skalę wartości. W ramach tej skali ludzie, którzy nie odnoszą sukcesu materialnego lub nie cieszą się przynajmniej elementarnym dostatkiem, są całkowicie pozbawieni autorytetu, co sprawia, że rzadko ośmielają się zabierać głos w sprawach publicznych. W konsekwencji nie biorą czynnego udziału w życiu politycznym i nie mają w nim swoich rzeczników ani partii. Wyjątkiem był epizod z Samoobroną i Andrzejem Lepperem, którego jednak szybko usunięto ze sceny nie tylko z powodu popełnionych błędów, ale zmowę całej klasy politycznej, która nie zaakceptowała obecności w życiu publicznym rzecznika pokrzywdzonych warstw społecznych.

Biedni wstydzą się więc swojej biedy i siedzą cicho. Głównie zresztą dlatego, że nie wiedzą, ilu ich jest. Ta prawda jest szczególnie skrzętnie przed nimi ukrywana, bo ona mogłaby stanowić o sile ruchu antysystemowego. Gdyby bowiem pewnego dnia zdali sobie sprawę, że stanowią większość społeczeństwa, mogliby pomyśleć np. o politycznym zorganizowaniu się i wygraniu wyborów. A tego elity wolą uniknąć.

Wymyślono więc cały katalog kłamstw, które mają stworzyć obraz biedy jako zjawiska dotyczącego zdecydowanej mniejszości społeczeństwa. Tymczasem to ludzie bogaci i zamożni stanowią według najnowszych badań znikomą mniejszość. Według KPMG osób, które mają dochody na poziomie 5000 zł netto i więcej, jest w Polsce zaledwie 650 000. Już samo ustanowienie granicy zamożności na tak niskim poziomie świadczy o rozpaczliwej chęci rozmnożenie w statystykach liczby tych, którym się powiodło.

Pięć tysięcy złotych miesięcznie to kwota, za którą można w miarę normalnie żyć, ale trudno poczynić znaczące oszczędności bez wyrzeczeń. W sytuacji, gdy państwo nie gwarantuje żadnego poczucia bezpieczeństwa w postaci godnego tej nazwy systemu ochrony zdrowia czy pomocy społecznej, oszczędności są jedynym sposobem realnego zabezpieczenia na wypadek utraty pracy, obniżenia zdolności zarobkowych czy choroby. Dwie trzecie polskiego społeczeństwa nie posiada żadnych oszczędności, a jedynie długi. Te same dwie trzecie nie osiągają płacy średniej i nie mogą sobie pozwolić na choćby tygodniowy urlop poza miejscem zamieszkania. Przy czym wszelkie braki w budżetach domowych uzupełniają pożyczkami, bo pomoc społeczna praktycznie nie istnieje. O mizerii większości społeczeństwa świadczy komunikat GUS, z którego wynika, że co druga rodzina w Polsce może sobie pozwolić, aby raz do roku pójść do restauracji.

Jednak media głównego nurtu eksponują głównie dobre, według nich, wiadomości, takie jak choćby fakt, ze rośnie liczba milionerów, wstydliwie pomijając fakt, ze równolegle i to w dużo większym tempie rośnie liczba niedożywionych dzieci. Fundację „Maciuś”, która odważyła się ujawnić dane o głodnych dzieciach w Polsce, natychmiast ukarano „przypadkową” kontrolą, która oczywiście wykryła nadużycia, co doprowadziło do jej publicznego napiętnowania. Jednak pierwsze dane o biedzie i niedożywieniu dzieci ujawnił unijny Eurostat, któremu polski establishment nie może odpowiedzieć pięknym za nadobne. Według jego raportów aż 25 proc. polskich dzieci jest wciąż zagrożonych ubóstwem i wykluczeniem społecznym, co w tłumaczeniu na język potoczny oznacza niedożywienie czy np. mieszkanie w warunkach nadmiernego zagęszczenia (75 proc. polskich dzieci mieszka w takich warunkach).

Ludzie niemający oszczędności, zadłużeni, niejeżdżący na urlopy, są biedni i stanowią w Polsce większość społeczeństwa. Dlaczego się więc nie buntują? Bo nie wiedzą, że są biedni. Bo nie chcą tego wiedzieć. Bo w masowej wyobraźni Polaków biedni są odrażający, brudni, źli. Płodzą zbyt wiele dzieci i nadużywają alkoholu. Biedę kojarzy się z bezrobociem, a nie ze zbyt niskimi zarobkami, śmieciowymi umowami, dorywczą, a nie stałą pracą. Większość Polaków ledwo wiąże koniec z końcem albo popada w coraz większe zadłużenie, ale nie chce nazywać tego biedą, skoro – według badaczy – biednych jest w Polsce najwyżej kilka procent i są to prawie sami nieudacznicy. Aby dowiedzieć się prawdy o dochodach polskiego społeczeństwa, warto odrzucić mylącą średnią i skupić się na wartości modalnej, zwanej też dominantą. I tak z danych GUS z października 2010 wynika, że: „Najczęstsze miesięczne wynagrodzenie brutto otrzymywane przez pracowników gospodarki narodowej wynosiło 2020,13 zł (dominanta, wartość modalna)”, podczas gdy płaca średnia wynosiła 3543,50 zł, a więc półtora tysiąca więcej. W IV kwartale 2012 r. przeciętne wynagrodzenie wyniosło 3690,30 zł, przy czym udział płac w dochodzie narodowym zachował tendencje malejącą. To znaczy, że jest uprawnione założenie, że najczęściej występująca płaca kształtuje się dziś na poziomie o co najmniej 1500 zł niższym niż płaca średnia, to jest wynosi około 2190 zł. Jeżeli w czteroosobowej rodzinie pracowniczej pracuje tylko jedno z małżonków, to dochód na osobę w rodzinie wyniesie 547 zł. Taka rodzina nie jest uprawniona do zasiłku z pomocy społecznej, gdyż kryterium dochodowe wynosi 451 zł na osobę w rodzinie.

Wyliczone przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych za rok 2011 minimum egzystencji dla czteroosobowej rodziny wynosiło 425 zł. Należy sądzić, że kiedy już zostanie ogłoszone za rok 2012, będzie wyższe ze względu na wysoki wzrost cen dóbr podstawowych dla tego chudego koszyka, jaki wylicza IPiSS (energia, mieszkanie, żywność) i wyniesie coś około tego, co zarabia na osobę najczęściej występująca rodzina pracownicza z jednym zatrudnionym dorosłym. Mamy więc sytuację, w której przeciętnie zarabiający, ojciec lub matka rodziny, nie spełnia wymogów dochodowych do zasiłku socjalnego, nie osiągając lub ledwie osiągając dochody na poziomie minimum egzystencji.

Trzy dziesiąte człowieka

Co robią naukowcy, żeby tego nie ujawnić? Dzielą dochód rodziny nie przez cztery, tylko przez 2.1 zgodnie ze zmodyfikowaną skalą OECD. Metoda ta wypracowana w krajach zamożnych opiera się na założeniu, ze dorośli wydają na siebie o wiele więcej niż dzieci. Zgodnie z tą skalą pierwszy dorosły w rodzinie liczony jest jako „1″, drugi jako „0,5″, a dzieci do 14. roku życia jako „0,3″. Te różnice na bogatym zachodzie Europy oznaczają, że dorośli wydają na urlopy za granicą, dobra kultury i dobra luksusowe. W Polsce musiałyby oznaczać, że dorośli będą jeść mięso, a dzieci nie. W rodzinie im niższe bowiem dochody, tym równiej je trzeba dzielić. Polki i Polacy chętnie godzą się z nierównościami, które są zasłużone. Wynikają z ciężkiej pracy i talentu. Czy elita, która tak umiejętnie okłamuje społeczeństwo, zasługuje na swoje przywileje? O tym zadecyduje większość, kiedy już się dowie, jak jest naprawdę.

Autor: Piotr Ikonowicz . Autor jest publicystą. 
W okresie PRL był działaczem opozycji, 
a latach 1992–2001 przewodniczącym 
Rady Naczelnej PPS

Hipoteczni kredyciarze: najwięksi naiwniacy naszych czasów. Praca na dwa etaty, depresja, sześciopak piwa.. I tak przez 40 lat

Hipoteczni kredyciarze: najwięksi naiwniacy naszych czasów

Cytat: „Chciałbym was ostrzec. Jesteście najlepszym, krwistym i z niezwykle długim terminem ważności mięchem dla opasłej elity świata, o której wy, żuczki, nie macie pojęcia. Hipoteczni kredyciarze – najwięksi naiwniacy współczesnych czasów.

Adam ma 37 lat i wypija piwo za piwem. Robi tak prawie co wieczór, bo uważa, że piwo to żaden alkohol, a pozwala zasnąć. Jego żona, Alicja, już się przyzwyczaiła. No i co z tego? Ciężko pracuje, musi odreagować, tłumaczy męża. W ich wykwintnym domu na przedmieściach, a właściwie w zapyziałej onegdaj wsi przyklejonej do miasta, której pola i łąki (ku uciesze podupadłych rolników) stały się  placem budowy dla stęsknionych sielanki mieszczuchów; jest czysto, ze smakiem i po nowoczesnemu.

Adam: mój Boże, czasem kłóciliśmy się do rana urządzając nas wymarzony dom. Przeglądaliśmy dziesiątki katalogów, robiliśmy wizualizację. Oboje byliśmy zgodni, że nasze gniazdko musi być wyjątkowe. Żadnych tanich rozwiązań, półśrodków i tandety. To miało być nasze miejsce na całe życie. Zaciągnęliśmy 400 tys. kredytu hipotecznego na 50 lat. Ale byliśmy raptem przed 30-tką. Oboje: dobre posady w firmach, solidne wykształcenie, języki. Modlić się już tylko o zdrowie, powtarzaliśmy. Reszta na pewno się ułoży.

Budowa domu trwała trzy lata. To był czas, o którym Adam mówi krótko: amok.

  • Byłem jakby na wiecznym haju. Codziennie po pracy leciałem na budowę jak na skrzydłach. W nocy spałem po 5 godzin. Alicja każdą wolną chwilę spędzała przed komputerem. Urządzała w wirtualu pokój za pokojem. Jeździliśmy też po centrach handlowych. Szukaliśmy mebli, tkanin, dodatków, naczyń, lamp. Trzy lata w klimacie nieustającego podekscytowania. Bank wypłacał, jak obiecał, transzę za transzą. Konto puchło od zastrzyków gotówki, której bym nie wypracował przez kilkadziesiąt lat harówki w firmie. A tu masz. Jest! Możesz działać, załatwiać, tworzyć. Wtedy czułem się jak król. Jak pan swego losu. Zdawałem sobie sprawę z konsekwencji. Że będę spłacał raty przez dziesiątki lat. Ale o codzienności w nowym, moim domu, myślałem wyłącznie w różowych kolorach. Kominek, żona na kanapie z lampką wina w dłoni, dzieci śpią każde w swoim pokoju. Stopy ogrzewa rasowy pies… Tak, nabijam się teraz sam z siebie. Ale takie fantazje snułem, rzucając się po placu budowy. Myślałem: poznałem wspaniałą kobietę. Pragnąłem stabilizacji. Nie bałem się ojcostwa. Planowaliśmy z Alą dwoje dzieci. Najlepiej z niewielką różnicą wieku. Fundamentalne decyzje podjąłem przed 30-tką, więc  miałem całe życie przed sobą na ich realizację. Nie chciałem tracić czasu. Szczęście było w zasięgu ręki. To, że na koszt banku? I co z tego? Nie pierwszy i nie ostatni zaciągam z młodą żoną kredyt na dom na przedmieściach. Bóg da, to i spłaci się wcześniej. A póki co, buduj, urządzaj, spładzaj dzieci przed kominkiem i ciesz się rodziną w wieczory na tarasie. Po sześciu latach takiego życia, głęboka depresja i rozwód wiszący na włosku. Długo nie mogłem pogodzić się z tym, że ja, rozsądny facet, uległem iluzji jak naiwne dziecko. Gdzie popełniłem błąd? Kto mną zmanipulował? Czułem się jak idiota. Codzienna presja była tak silna, że przestałem cieszyć się czymkolwiek. Przestałem sypiać z żoną. Ona była w wiecznych pretensjach, a po urodzeniu niepełnosprawnego syna, egzystowała już tylko dla niego. Moje życie stało się nie do zniesienia.

Alicja: Dziwisz się, że tak spokojnie o tym rozmawiamy? Dwa lata trwało, zanim Adam wylizał się z depresji i mogliśmy podjąć jakieś racjonalne kroki. Tak, nasz dom, nasze drugie dziecko (to prawdziwe leży w specjalistycznym wózku, kilkuletni chłopiec z porażeniem mózgowym) jest obecnie wystawiony na sprzedaż. Idzie ciężko, bo koniunktura na domy spadła, a my chcielibyśmy po sprzedaży wyjść choć z małą góreczką. O sprzedaży myśleliśmy od dawna, ale baliśmy się przyznać do tego przed sobą. Dom miał być przecież naszą ostoją i schronieniem. Tymczasem z roku na rok stawał się ciężarem nie do udźwignięcia. Upiorną skarbonką na kasę. Adam tyrał od świtu do nocy, aby utrzymać odpowiedni standard życia. Ja również, pomimo choroby dziecka, wróciłam na pół etatu do pracy. Żyliśmy w tak niewyobrażalnym kieracie, że… skończyło się chorobą męża i poważnymi kłopotami finansowymi, z których coraz trudniej się wyplątać. Leczenie i rehabilitacja syna pochłaniają majątek. Dom i jego dopieszczanie już dawno zeszły na dalszy plan. Z czasem zrozumieliśmy, że to nie jest dobre miejsce dla nas, że dom wcale nas nie cieszy, za to przysparza dodatkowych trosk, a nieustanne kursowanie do miasta po prostu wykańcza.

Adam: To nie niepełnosprawność mojego syna spowodowała, że poczułem bezsens swojej egzystencji na przedmieściach, choć jego choroba stała się kropką nad i. To presja comiesięcznych zobowiązań finansowych wypala mnie od środka i na pozór banalne sprawy, które drążyły na swój sposób, jak kropelki. Po głowie kołowało pytanie: kurna, stary, po co ci to wszystko? Po jaką cholerę? Pytasz, co to było na przykład? Proszę bardzo! Jeszcze podczas budowy mieliśmy w głowach z Alą taki obrazek, że w naszym ogrodzie będą się odbywały grill party przez całe lato. Że znajomi z miasta będą walić drzwiami i oknami. Wiadomo, świeże powietrze, niedaleko las. I wiesz co, jak udało się zorganizować dwa grille dla znajomych latem, to już było dobrze. Każdy ciągle zagoniony, każdy ma swoje terminy. Inna pierdoła; choinka w salonie. Żona miała taką wizualizację. Robi święta dla całej rodziny. Wielkie pachnące drzewo jarzy się od lampek. Przy stole rodzina Alicji i moja. Dzieciaki ganiające się po domu. Wiesz ile takich Wigilii udało się nam zorganizować przez dziewięć lat mieszkania tu? Dwie. I to ile musieliśmy się naprzekonywać, że można dojechać do nas przez zimowe śniegi.

Adam kontynuuje: To może głupio zabrzmi, ale ciągle wyskakiwało coś, co nas… zaskakiwało. I w rezultacie uwierało jak kamyk w bucie. Wiosenne błoto wnoszące się wiecznie do domu, krztuszący się dymem kominek, usterki architektoniczne, o których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sporawy, np. uciążliwa wilgoć w naszej wypieszczonej sypialni, bo dach został wadliwie położony, a naprawa kosztowałby majątek. Albo takie atrakcje: smród z okolicznych pól po wylaniu obornika utrzymujący się przez kilka dni. Pies uwiązany przy posesji sąsiada, ujadający całe noce. Problem z dojazdem karetki do Kuby zimą… Masa pieniędzy wydawana na paliwo, bo dojeżdżaliśmy do pracy samochodem. Wiesz, takie życie na wsi nie jest dla każdego. Biały domek z ogródkiem to miłe dla podświadomości wyobrażenie, ale utrzymanie go wymaga nakładów, o których nikt nakręconym nabywcom woli nie wspominać. Pół biedy, jak te dobra są wolne od hipoteki. Kiedy jednak wszystko jest na kredyt, twoje życie staje się niepostrzeżenie formą współczesnego niewolnictwa. Presja spłaty kolejnych rat ogłupia do tego stopnia, że przestajesz myśleć o czymkolwiek innym. Niby konsumujesz dobra, ale one są bez smaku. Stają gulą w gardle. W końcu masz ochotę zwymiotować.

Alicja: Już w trzecim roku mieszkania tu zaczęło się miedzy nami psuć. Była ostra zima. Opał skończył się przedwcześnie. Musieliśmy wziąć kolejną pożyczkę, aby dokupić węgiel. Kubuś wtedy nawet jeszcze nie siedział. Byłam z nim sama od rana do nocy. Adam w tym czasie w pracy. Wieczorami zawzięcie się kłóciliśmy; o kasę, o syna, o własne niezaspokojone potrzeby. W domu czułam się jak w więzieniu, a Adam czuł się do domu uwiązany jak pies. Ja tęskniłam za gwarem i ludźmi. Chciałam wychodzić z Kubą z czterech ścian, Adam wracał do domu i padał ze zmęczenia. Nie miał żyłki do majsterkowania, jakiejś ogrodniczej pasji czy coś, nie bawiło go to. Przesiadywał w rachunkach i liczył, ile musimy zarobić, aby pchnąć ten cholerny kredyt do przodu choć o parę lat. Liczył i liczył i… szedł przed tv z cztero pakiem piwa. Wiedział, że to jest nierealne. Że trzeba się z tym pogodzić; tak już będzie miesiąc w miesiąc w sumie do końca życia. Najpierw haracz dla banku i inne zobowiązania. Reszta dla nas. Tylko co z tej reszty zostawało!

Adam: W depresję wpadłem po sześciu latach takiego życia. Hipoteka i niepełnosprawność syna przerosły mnie. Nic, kompletnie nic mnie nie cieszyło. Widziałem beznadzieję swojej sytuacji i czułem totalną bezradność. Żona i syn drażnili mnie. Praca nie przynosiła satysfakcji. Miałem ochotę uciec, wziąć jakąś pieprzoną gumkę z myszką i wymazać ten idiotyczny obrazek; dom z ogródkiem, żonę w halce przed kominkiem, rasowego psa… Pach, nie ma tego już. To mi się tylko przyśniło. Jestem wolny!

  • Depresja męża, to był koszmar. To choroba, która dotyka pozostałych członków rodziny. Poważnie zastanawiałam się wtedy nad rozwodem z Adamem. Chciałam wyprowadzić się z Kubą do miasta. Wytrwaliśmy, ale czy jesteśmy szczęśliwi? W każdym razie nie tak, jak sobie to wyobrażaliśmy na ślubnym kobiercu. Po dziewięciu latach małżeństwa nie boję się powiedzieć: jesteśmy wciąż razem, bo wiąże nas niepełnosprawny syn i… kredyt hipoteczny. Spłata rat jeszcze przez 41 lat. Skończymy, gdy będziemy pod 80-tkę! Kuba przekroczy 50-tkę. Dopiero teraz to wszystko do mnie dociera. Żyjemy w iluzji, która – paradoksalnie – stała się naszą rzeczywistością. Musimy z tym skończyć. Sprzedaż domu, to teraz nasze największe marzenie. Mamy go serdecznie dość.”

Święta, święta, i po świętach.. Polaków rozmowy świąteczne

Polaków rozmowy świąteczne i dylematy egzystencjalno zarobkowe

Jak sam tytuł mówi – napiszę o rozmowach, jakich byłem świadkiem. Lubię słuchać ludzi, ich argumentów – w szczególności ludzi o odmiennych poglądach. Jest to bardzo pouczające, pomaga rozwijać świadomość i weryfikować na bieżąco swoje widzenie świata. Polecam wszystkim.

  1. mówili, że jeden facet zarabia tyle i tyle, ale nikt nie powiedział, dlaczego zarabia 3 – 4 razy mniej niż w cywilizowanych krajach.
  2. podobno jakiś znajomy właśnie dostał kredyt hipoteczny.. Ale nikt nie zastanawiał się nad tym, dlaczego młody człowiek aby kupić mieszkanie, musi się zadłużać na 30 – 40 lat.

  3. inny znowu nie dostał kredytu, bo nie miał zdolności kredytowej. Jednak nikt z rozmawiających nie omawiał kwestii, dlaczego pensje w Polsce są tak niskie, że nawet na kupno lodówki, zmywarki i tysiąca innych potrzebnych rzeczy, trzeba brać kredyt.

  4. jeden znajomy poszedł na studia w wieku 40 lat.. Ale nikt nie pytał, dlaczego, skoro ten znajomy już skończył studia inżynierskie, na innym kierunku, i ma zrobione masę kursów zawodowych / fachowych. Nikt nie analizował tego, że zrobił tak, bo sytuacja na rynku pracy jest wręcz katastrofalna i grozi mu zwolnienie.

  5. z kolei inny człowiek, wraz z rodziną emigrował. Mówili tylko o tym, że teraz wreszcie ma gdzie mieszkać i dobrze zarabia, nikt nie analizował tego, z jakiego powodu 3 miliony Polaków wyjechało na poniewierkę do dalekich krajów.

Ten zarabia tyle a tyle.. Tamten studiuje tu i tu.. Inny dostał właśnie staż. Jeszcze inna osoba wprowadziła się „na swoje” i jest uwiązana kredytem na 30 lat. Z kolei ktoś jeszcze robi już magisterkę i ma nadzieje na takie i takie zarobki, chce pracować tu, a jak się nie uda, to może tam.. I CO Z TEGO? Dziś sama idea „zarabiania” stała się celem samym w sobie. Pieniądz nie jest już narzędziem do kreacji i zmiany świata, ale celem sam w sobie.

To, czy umiesz zarobić na „status”, czy masz mieszkanie, samochód, gadżety – zaczęło określać całego Ciebie, jakim człowiekiem jesteś. Kobieta przecież nie weźmie gołodupca, a nawet jak weźmie, to argumentuje, że jego zarobki 1500 brutto mają być chwilowe, zaś on sam ma „mieć możliwości i chęci do rozwoju”. Czytaj: ma awansować, znaleźć lepszą robotę i zarabiać co najmniej 7500 brutto, bo to minimum jeśli chodzi o zapewnienie godnego bytu rodzinie. Oczywiście, nikt z tych ludzi nie przyzna się do tego, że jest materialistą, a skąd.. „Tylko wiesz, dziś czasy ciężkie i niepewne, pieniądze też są ważne”.

Czy zauważyliście, że ostatnio plotkarstwo ewoluuje, i z kierunku obyczajowego zmienia się w plotkarstwo niemal wyłącznie ekonomiczno-zarobkowe? Co się dzieje z ludźmi, że nie pasjonuje ich nawet seks, zdrada, romans? Czy „wartości” materialne tak im przesłoniły oczy? Zapraszam serdecznie do dyskusji 🙂

Modlitwa chłopo-robotnika z dużego miasta XXI wieku

Młodzi, wykształceni, z wielkich miast

„Panie Waldku, jaka jest ta Polska chłopo-robotnicza, tej bandyckiej postkomuny III RP w XXI wieku? Czy coś się zmieniło w mentalności polskiego chłopa przez te minione wieki?

Chłopstwem polskim znowu czas się zająć, gdyż wszystko co nam z 1000-letniej Rzeczypospolitej zostało to sól tej ziemi, czyli chłopstwo pospolite. Na tej notce oczywiście tematu nie sposób zakończyć, a i z nadzieją patrzę w stronę innych blogerów, że do tematu tego się włączą, abyśmy pod różnymi kątami tego zwierza ująć tu mogli.

Na pierwszy ogień reminiscencje z literatury naszej pięknej temat ten rozpoczną. Józef Ślimak, jak niestety tylko niektórzy pamiętają, jest głównym bohaterem powieści Bolesława Prusa, “Placówka”. Był to chłop średniozamożny, posiadał niewielkie gospodarstwo i dziesięć morgów ziemi, które znajdowały się we wsi nad doliną rzeki Białka. Miał on żonę Jagnę i dwóch synów: Jędrka i Staśka. „Był to chłop średniego wzrostu, z szeroką piersią i potężnymi ramionami. Miał twarz spokojną, wąsy krótko podcięte, na czole grzywkę, a z tyłu długie włosy spadające aż na kark. Bardzo lubił palić fajkę” – tak właśnie wyglądał Józef Ślimak. Bohater ten był prostym, zacofanym chłopem, który wierzył w zabobony. Wszystko złe, co spotykało ludzi na ich drodze, odczytywał jako boskie karanie niewiernych. Nie zmieniał swojego zdania na ten temat nawet wtedy, kiedy krzywda spotykała jego, choć miał się za pobożnego. Swój kawałek ziemi uprawiał tak jak jego przodkowie i był przekonany, że to najlepsza metoda.

Nigdy nie starał się wybić ponad społeczność, w której żył, uważał bowiem, że skoro jedni są wójtami i bogaczami, to właśnie tego chce Bóg i nie należy niczego zmieniać. Okazywał więc szacunek stojącym wyżej od niego, ale i tym mniejszym nie dawał się wyprzedzić.

Nazwisko, jakie nosił, doskonale oddawało jego temperament. Nigdy się nie spieszył, jakoś pracował i było dobrze. Potrafił jednak wpadać także w gniew, a wtedy był po prostu nieobliczalny. Potrafił wtedy przeklinać i rzucać, co miał pod ręką – zdarzało mu się także pobić parobka. Jednak tak naprawdę nie był złym człowiekiem i dbał o powodzenie swojej rodziny, kochał żonę oraz synów, chciał niby dla nich jak najlepiej, ale po nim to choćby potop, niech się już synowie dalej martwią. Nigdy nie gardził groszem, imał się różnych prac, byle tylko trochę zwiększyć swoje zapasy finansowe. Nie bał się żadnej roboty i również za to go ceniono. Nigdy nie przehulał zarobku, ale skrzętnie składał i chował „w skarpetę” wszystko, co udało mu się zarobić.

Wierny tradycji nie wzgardził człowiekiem, który przekroczył jego próg. Miał dla takiego zawsze dobre słowo, strawę i miejsce przy piecu. Nie rozróżniał wtedy hierarchii i częstował wszystkich po równo. Prawdziwie kochał ziemię i nie wyobrażał sobie życia innego, niż praca na roli. Walczył o swój dobytek z niespotykaną u niego w innych sprawach zawziętością. I chociaż wokół niego piętrzyły się problemy i narastały trudności, nie zdecydował się na sprzedaż gospodarstwa. Nie cierpiał Niemców, którzy wykupywali pobliskie pola od innych rolników i nie poszedł z nimi na żadne układy. Tego prostego chłopa można byłoby porównać z bohaterem powieści Henryka Sienkiewicza „Szkice węglem”- Rzepą. Ci dwaj chłopi mają wiele wspólnego, gdyż są typowymi przykładami ludzi niewykształconych i zacofanych: „Osiadły z dala od miasta, zapracowany, nie mający czasu na książkę czy gazetę”. To znaczy, że zwykły chłop, mający kawał ziemi i na nim pracujący, po prostu nie miał ani czasu, ani możliwości, by się kształcić i najważniejszym jego problemem był dobry wypoczynek po trudnej pracy.

Największymi wadami Ślimaka było zacofanie oraz brak samodzielności myślenia: “Dziwny był chłop ten Ślimak. NA WSZYSTKIM SIĘ ROZUMIAŁ, nawet na żniwiarce: wszystko zrobił, nawet naprawił młocarnię we dworze; wszystko sobie w głowie ułożył, nawet przejście do płodozmianu na swoich gruntach, ale niczego sam nie ośmielił się wykonać, dopóki go kto gwałtem nie napędził. Jego duszy brakło tej cienkiej nitki, co łączy projekt z wykonaniem, ale za to istniał bardzo gruby nerw posłuszeństwa: dziedzic, proboszcz, wójt, żona – wszyscy oni zesłani byli od Boga po to, ażeby Ślimakowi wydawać dyspozycje, których sam, sobie wydać nie umiał. Był on rozsądny i nawet przemyślny, ale samodzielności bał się gorzej niż psa wściekłego. Miał nawet przysłowie, że: „chłopska rzecz – robić, a pańska – bawić się i rozkazywać innym”. Ten cytat wiele mówi o postaci Ślimaka i o jego poglądach, przedstawia go jako człowieka zupełnie niegłupiego, a nawet zdolnego, ale bardzo niesamodzielnego. Akurat z powodu jego niesamodzielności o ważnych sprawach w rodzinie decydowała jego żona, której Ślimak ślepo ufał, czuł obowiązek spełniania jej woli i na nic się nie odważył bez jej narady. To udowodniła sytuacja, która wydarzyła się, gdy Józef poszedł prosić dziedzica o łąkę, a dziedzic widząc niesamodzielność chłopa, proponuje mu kupienie łąki za szczególnie niską cenę, ale pod warunkiem, że zdecyduje się on natychmiast, nie radząc się z żoną. Ślimak widział w tym jakiś podstęp i nie zgodził się, argumentując swoją decyzję słowami: “- Kiej kupować bez żony, jaśnie panie – to nieładnie…”.

Stosunek Józefa Ślimaka do otoczenia:” Ślimak, który ma silne poczucie własnego interesu i interesu swojej rodziny, NIE CZUJE WIĘZI Z NAJBLIŻSZYM SOBIE ORGANIZMEM SPOŁECZNYM, ze wsią. Żyje właściwie poza nią, OBOJĘTNY NA WSZYSTKO, CO GO BEZPOŚREDNIO NIE DOTYCZY”. Nie ufał on dziedzicowi, chociaż go szanował: „Ale co innego uczcić jaśnie pana, a co innego ufać mu”. Ślimak nie wierzy dworowi z zasady, podejrzewa każdy krok dziedzica, wszędzie dopatrzy jakiejś zasadzki. Był także podejrzliwy wobec kolonistów, ale podziwiał ich umiejętności, sprawność i organizację.

Prus po prostu przedstawia go jako prostego chłopa, zacofanego, stawiającego przed sobą naprawdę nieduże cele i bohatera, który sam tego nie rozumiejąc stawia opór kolonizatorom niemieckim.

Od czasów Bolesława Prusa w mentalności chłopskiej tak niewiele się zmieniło, duża część z nich została musowo przesiedlona do miast, gdzie ktoś musiał przecież obsadzić wakujące miejsca po wytrzebionym przez Hitlera i Stalina mieszczaństwie i inteligencji polskiej. I tak z chłopa, mamy chłopo-robotnika, co to na 300% normy PRL budował, mamy nawet pseudointeligenta, co to reżimowi na uniwersytetach, w sądach i prokuraturach wiernie służył, a dziś jego dzieci, te wykształciuchy wielkomiejskie bez wiedzy, dalej nie mające więzi z najbliższą sobie społecznością, i dalej obojętni na wszystko, co ich bezpośrednio nie dotyczy, znaleźli sobie przewodnika, co to ma za nich IV RP budować. Jak to chcieli zrobić? Ano tak jak w tej ich modlitwie poniżej:

  Modlitwa chłopo-katolika z dużego miasta

Zatem w mentalności panie Waldku, nic się u polskiego chłopa nie zmieniło, chłopu tylko zmieniono środowisko życia, zamiast pracować na roli, siedzi teraz w mieście betonowych blokowisk udając inżyniera, inteligenta, menedżera, polityka, męża stanu, dyrektora, katolika, kosmopolitę, itd.

Nota z 17.10.2011r. Zauważyłem, iż prof. Jaroszewicz odniósł się do tego tematu również

Źródło: http://www.blog.pl/blog-socjologiakrytyczna_blog_onet_pl/2011/02/20/modlitwa-polskiego-chlopo-katolika-z-duzego-miasta/

Gdzie są pieniądze ze składek emerytalnych? „To największa grabież Polski XXI wieku”

ZUS kradnie składki emerytalne? Stary tekst, ale ważny!

„Gdzie są pieniądze ze składek emerytalnych? Trochę dużo czytania, ale to są fakty! Warto czasem myśleć samodzielnie. Rządowe statystyki mówią, że średnia pensja w Polsce to ok. 3600. To znaczy, że średnie składki emerytalne to 703,08 zł miesięcznie – procent składki emerytalnej do ZUS jest stały, określony ustawowo. Liczba pracujących na koniec II kw. 2011 to 16,163 mln. Możecie te dane sami zweryfikować przeglądając oficjalne strony rządowe, sięgając do oficjalnych statystyk GUS. Miłej zabawy. Ale co z tego wynika? BARDZO WIELE, a właściwie BARDZO DUŻO. Dużo czego? PIENIĘDZY, oczywiście. Pomnóżcie urzędową i oficjalną liczbę zatrudnionych i oficjalną i bardzo urzędową średnią składkę emerytalną do ZUS. Powinno Wam wyjść miesięcznie 11 375 519 400 zł, czyli ponad jedenaście miliardów trzysta siedemdziesiąt pięć milionów. To gigantyczne pieniądze, a jest to tylko składka emerytalna.

Bawmy się dalej: pomnóżcie to razy 12 miesięcy, a wyjdzie na to, że w skali roku jest to 136 506 232 800 zł. Kończą się Wam okienka w kalkulatorze? Mnie też. Zatem powiem, że jest to słownie ponad 136 miliardów 506 milionów zł w roku. Mamy w Polsce około 5 mln emerytów, dokładnie – w marcu 2011 było ich 4,979 mln. To znowu wg. oficjalnych, rządowych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk.

Rencistów nie liczę, bo już na pewno nie zmieszczą mi się w kalkulatorze, a poza tym – na nich jest OSOBNA składka! Wychodzi mi zatem na to, że rocznie jest to średnio 27301 zł na emeryta, czyli miesięczna emerytura średnio powinna wynosić 2275,00 zł. Tymczasem średnia emerytura – znowu wg rządowych, oficjalnych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk wynosiła w tymże marcu 2011 zaledwie 1721,00 zł. Czyli o 554 mniej niż wynika ze składek wyliczonych na podstawie danych statystycznych rządu RP, GUS, ZUS, KRUS i każdy inny SRUS. Jak policzycie dalej, to wyjdzie Wam NADWYŻKA rzędu 32% w stosunku do wydatków na emerytury (czyli średnio ZUS jest na plusie około 2,5 miliarda zł miesięcznie, czyli 30 miliardów rocznie!).

Tymczasem, rząd ubolewa, że budżet dopłaca ponoć do emerytur dziesiątki miliardów rocznie. Jesteście zdumieni? To przeliczcie jeszcze raz. Też liczyłem, bo nie wierzyłem. Wniosek jest taki: ktoś z trójki: GUS, ZUS, Rząd RP łże. ŁŻE W BEZCZELNY SPOSÓB. Gorzej: dopuszczam możliwość, że łże więcej niż jeden, a nawet że łżą wszystkie wymienione instytucje. Taki jest mój wniosek. Ale jest też PYTANIE: co dzieje się z nadwyżką? I takie są wnioski wynikające z oficjalnych danych statystycznych. Chyba, że Rostowski przesłał sfałszowane dane do GUS, wszak to, używając eufemizmu, mistrz kreatywnej księgowości. Załóżmy jednak, że dane oficjalne są prawdziwe, a więc wnioski zeń wynikające także.

Proszę sobie wyobrazić, jaka gigantyczna nadwyżka powstanie przy wydłużeniu czasu pracy potrzebnego do osiągnięcia wieku emerytalnego. Oczywiście, pracy tej i tak nie ma, a bezrobocie zamiast maleć wciąż rośnie, co również potwierdzają dane oficjalne. Na co ma pójść taka nadwyżka? Na zrzutkę na Greków? Włochów? By żyło im się jeszcze lepiej? Gdzie jest kasa! Jeśli tak jak ja, jesteś przeciw kłamstwom rządzących, to proszę skopiuj to na inne fora, aby jak najwięcej osób mogło to przeczytać, zanim zostanie usunięte. Ludzie kiedy w końcu wyjdziemy na ulice i zaczniemy walczyć o swoje? pieniądze?”

Źródło: FB

Przeczytaj także: Pustka w naszych portfelach – prawdziwe przyczyny!