Kategoria: opowiadania

POLSKA DWA LATA PO EPIDEMII KORNAWIRUSA: PONURA WIZJA!

Oświadczam, że wszystkie zawarte tutaj opisy są fantazją i fikcją literacką. Nie miały i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie będą miały miejsca. Nie jest to też manifest przeciwko polskiemu rządowi, bo nie piszę takich manifestów. Nie jest też namawianiem do czynów przestępczych, bo ich nie popieram. To tylko opowiadanie, wyluzuj, panie oficerze. 😀 Wiesz w ogóle, czym jest sztuka i konwencja literacka political-fiction? 🙂

A więc zaczynamy.

22 stycznia 2022 roku, kolejny miesiąc kwarantanny, minister Szumowski przewiduje szczyt zachorowań na marzec 2022. Idę sobie opustoszałym miastem do pracy w fabryce na maszynowni. Wszędzie walają się śmieci, których nikt już nie wywozi. Widziałem dwa doszczętnie spalone wieżowce, kiedyś tętniące życiem. Nikt tych pożarów nawet nie próbował gasić. Chyba z sześciu bezdomnych prosiło mnie choćby o kęs chleba. Jednej pani z dzieckiem oddałem swoją kanapkę, którą przyszykowałem do pracy. Dała ją dziecku. Było tak głodne, że się rozpłakało i przytuliło się do mnie. Serce się kraja na taki widok, ale te sytuacje przydarzają mi się codziennie po kilkanaście lub kilkadziesiąt razy. W Polsce bowiem panuje masowy głód. Odnotowano nawet przypadki kanibalizmu, które opisano w głośnych artykułach w gazetach, które rozdawano teraz za darmo, bo nikt nie miał na nie pieniędzy. Nawet ja, posiadający pracę, która była dziś luksusem. I to nawet pracę za zaledwie milion dwieście tysięcy złotych miesięcznie, w walucie po hiperinflacji.

Idę sobie dalej koło lasku, i nagle słyszę donośne wołanie:

-Stać! tu Milicja Sanitarna! Proszę pokazać dowód osobisty i poddać się badaniu!

Wtedy odwróciłem się i je zobaczyłem. Dwie kobiety z krótko obciętymi włosami, w maskach przeciwgazowych i szczelnych kombinezonach. Na rękach miały rękawiczki, w dłoniach trzymały karabiny maszynowe wymierzone w moją stronę. Jedna z nich odłożyła karabin i podeszła do mnie. Druga celowała do mnie z odległości czterech metrów. Słyszałem, jak odbezpiecza karabin..

Widziałem też, że na uniformach miały trzy plakietki. Jedna przedstawiała matkę boską częstochowską. Druga – logo Milicji Sanitarnej. Trzecia zaś to podobizna ministra zdrowia, Szumowskiego, wpleciona w patetyczne przedstawienie krzyża i samolotu Tupolew. Nie zobaczyłem na ich uniformach wszywki z godłem czy flagą Polski..

-Podejdź do mnie, no podejdź! Tu się nachyl, czołem.

Tak jak powiedziała, tak zrobiłem. Temperatura książkowa, 36,6 stopnia Celsjusza.

-Czy ma pan objawy silnego kaszlu, duszności, bólów głowy, kataru lub inne objawy grypopodobne?

To pytanie mnie nie zaskoczyło, wszak panuje epidemia. Inne kraje już dawno otworzyły swoje gospodarki i funkcjonowały normalnie, ale Polska ciągle zamknięta. Każdego dnia widziałem dosłownie tysiące ludzi koczujących na ulicy w namiotach, grzebiących w śmietnikach, i jeszcze więcej osób stojących w kilometrowych kolejkach po pomoc żywnościową. I to nie byle jaką, bo żołnierze rozdawali wyłącznie suchy chleb, margarynę i czasami smalec, ogórki. Konserwy były rarytasem w Funduszu Rezerw Materiałowych. Z dwadzieścia razy widziałem, jak wojsko zabiera z ulicy ciała ludzi zmarłych z głodu lub zimna. Wiele razy widziałem na ulicach ciała ludzi leżące kilka dni, bo tak dużo trzeba było ich zabierać, że żołnierze nie dawali rady z ich wywożeniem.

Wtedy moje zamyślenie przerwał przeszywający ból.

-Odpowiadaj, jebany gnoju! Po polsku nie rozumiesz, do kurwy jebanej nędzy? Mam drugi raz kurwa powtarzać? Drugiego razu nie będzie, będzie kulka w łeb, zgodnie z ustawą naszego wspaniałego ministra! Niech Bóg i mateńka boska mają go kurwa w swojej opiece!

Słysząc te słowa czułem, jak potworny ból sprawiony uderzeniem kolbą karabinu w głowę rozchodzi się po niej całej. Dotykając ręką głowy poczułem ciepły płyn – to krew..

Ni.. ni.. ni.. nieee, n.. n… n… nie mam takich objawów ani nic ta.. ta.. takiego.. -Ból był dalej obezwładniający, a ja poczułem jak krew spływa mi po policzku.

-To typowe symptomy bezobjawowego koronawirusa! Idziesz z nami do Obozu Koncentracji Wirusowej numer 9 koło Osiedla Bukowego za autostradą, to jest już poza Szczecinem! Poinformuję Cię o Twoich prawach, jebany śmieciu! Continue reading „POLSKA DWA LATA PO EPIDEMII KORNAWIRUSA: PONURA WIZJA!”

KORONAWIRUS W POLSCE! APOKALIPTYCZNY SCENARIUSZ! [OPOWIADANIE]

Polska, dnia 20 września 2020 roku. Koronawirus stał się pandemią globalną. Jest mnóstwo zachorowań i zgonów. Niestety, wszelkie próby powstrzymania epidemii spaliły na panewce. Krwawego pochodu epidemii przez świat nie zatrzymała nawet pora letnia. Dotychczasowa produkcja i konsumpcja zostały praktycznie zatrzymane.

Granice zamknięte, permanentny stan wojenny w większości krajów. Godzina policyjna, łapanki na ulicach, lincze i samosądy na ludziach, których jedyną winą było kichnięcie, np po zapaleniu papierosa. Kordony sanitarne, blokady miast i dzielnic, powszechna panika, zamieszki. Oto codzienność „Ery X” – jak nazywano te czasy. Łańcuchy dostaw z innych krajów załamane, wymiana handlowa między nimi ograniczona.

Brak szczepionki i leku na koronawirusa. Kwitła szara strefa, pokątny handel, czy też handel wymienny. Ten, kto umiał naprawić pralkę, smatrfona czy laptopa, był niemal Bogiem, miał hajs (polskie nomen omen Korony Transferowe – nowo wprowadzona waluta po upadku ekonomii) i przede wszystkim miał żywność.

Razu pewnego zachciało mi się załatwić coś w szarej strefie. Udałem się wieczorną porą we wcześniej ustalone, ustronne i dość ciemne miejsce. Serce miałem na dłoni, co rusz sprawdzałem, czy za kaburą jest moja Beretta kaliber 9mm, tak na wszelki wypadek. Wtedy nagle usłyszałem donośne, choć ciche wołanie: Continue reading „KORONAWIRUS W POLSCE! APOKALIPTYCZNY SCENARIUSZ! [OPOWIADANIE]”

DUCHOWA ROZMOWA NIENARODZONEGO DZIECKA Z BOGIEM

Wielki Architekt:
-urodzisz się na pewnej planecie na obrzeżach galaktyki. Dostajesz ciało fizyczne. Twoje ciało niefizyczne będzie podzielone na trzy osobne części mające utrudniony kontakt ze sobą. Czyli podświadomość, umysł i duszę. Będziesz musiał starać się je nie tylko łączyć, ale i równoważyć. Sprawi Ci to trudności, ale taki jest plan. Masz w 90% doświadczać i maksymalnie w 10% myśleć.

Ja rok przed narodzinami:
-dobrze. Co jeszcze mam robić?

Wielki Architekt:
-masz się nauczyć dostosować i wiedzieć jak reagować, w zależności od sytuacji. Tamtejsi mieszkańcy nazywają to hipokryzją i potępiają, ale to tak naprawdę podstawowa umiejętność na tamtej planecie. Musisz się nauczyć kiedy się odzywać, a kiedy nie. Kiedy pokazać prawdziwego siebie a kiedy się ukrywać. Musisz też umieć rozeznać, komu przekazać swoją wiedzę, komu tylko częściowo, a komu w ogóle. Większość nie będzie w ogóle zainteresowana tym, co wiesz, gdyż będą zajęci tylko walką o byt materialny lub uzyskaniem odpowiedniej ilości dóbr i zasobów. Tamtejsi nazywają to bogactwem i statusem.

Ja rok przed narodzinami:
-a jak się nie dostosuję? Nie chcę grać na tak nieuczciwych i głupich zasadach.

Wielki Architekt:
-a kto Ci powiedział, że tamta planeta jest mądra? Nie jest, głupcze, a Ty nie masz tam myśleć, tylko doświadczać i działać! Nie kieruję Cię tam byś myślał! Jeśli się nie dostosujesz, to nazwą Cię: dziwnym, głupim, nienormalnym, niedostosowanym, faszystą, new age’owcem, lekkoduchem, przemądrzałym, sługą diabła, i tak dalej. Czyli oskarżą Cię dokładnie o te cechy, które mają w sobie, a których nie są świadomi. Co mądrzejsi mieszkańcy tamtej planety nazywają to projekcją i wyparciem.

Ja rok przed narodzinami:
-ale to przecież totalnie głupie, czy nie można takich informacji przekazać drugiej osobie szczerze i bez takich gierek?

Wielki Architekt:
-głupcze, czy ja Ci mówiłem, że to ma być mądre? Zdradzę Ci coś: na tej planecie wszystko jest celowo odwrócone do góry nogami. Dobro jest nazywane złem a zło dobrem. Miliardy ludzi pracują za grosze na garstkę psycholi. Zamiast się solidarnie zbuntować, uważają to jeszcze za cnotę. Nazywają to pracą, choć to nie ma za wiele wspólnego z pracą, a raczej z niewolą. Zresztą oni nie są solidarni ze sobą, tylko wierzą w różne interpretacje świata stworzone przez tych psycholi, takie jak ideologie i religie. Okopują się wokół nich i walczą sami ze sobą, zamiast z nimi. Nienawidzą dlatego siebie nawzajem, zamiast nienawidzić tych, którzy ich wyzyskują i niszczą. To świat, w którym rządzą podstawowe instynkty i popędy. Świat, w którym to zło ma siłę, a skoro wszędzie w moim wszechświecie obowiązują rządy silniejszych istot.. To tam zamiast istot dobrych, rządzą istoty złe. To złym ludziom lepiej się tam powodzi i mniej są oni nękani przez planetarne siły równoważące. Wszystko przez to że jest to system odwrócony, w którym dobro nie ma mocy, za to ma ją zło. Ludzie rodzą się tam ze świadomością buddy. Ale wraz z wiekiem agresywność świata i trudne przeżycia wypaczają interfejs niefizyczny. On zaczyna chorować, co tamtejsi uznają o ironio za normę. A wraz z nim choruje ciało fizyczne. W konsekwencji ludzie żyją tam nie kilka tysięcy lat lub więcej, jak na naszych planetach, ale ledwie sto lat. Młodość trwa u nich zaledwie 50 lat, a potem zaczyna się seria chorób.

Ja rok przed narodzinami:
-dlaczego mam więc tam się wcielić? I czy uda mi się rozwikłać zagadkę systemu i wszechświata, tak jak zrobiłem to w poprzednim życiu w wieku 387 lat?

Wielki Architekt:
-bo tylko tam zdobędziesz tak ważne i istotne doświadczenia. Nie, nie odkryjesz w takim ciele fizycznym i niefizycznym odwiecznej zagadki wszechświata. To niemożliwe z takim interfejsem ciała niefizycznego. Ale nieco zbliżysz się do jej poznania. I broń Boże nie czytaj książek
filozoficznych! To może się źle skończyć! Choć i tak wiem, że to polecenie złamiesz. Tamten gatunek istot rozumnych nie został zaprojektowany do myślenia, ale do ciężkiej pracy jak i do doświadczania, najczęściej doświadczania równie ciężkich sytuacji i wydarzeń. Więc idź śmiało, to Twoja szansa!

Ja rok przed narodzinami:
-dobrze. Do jakiej rodziny trafię? Będą jacyś fajni? Mam nadzieję, że tak!

Wielki Architekt:
-trafisz do rodziny, która wgra Ci podstawowy program tej planety. Paradoksalnie ten program jest tak ustawiony, by przekazać istocie nie tylko to, czego ona w ogóle nie potrzebuje. Ale także takie pojmowanie rzeczywistości, które kompletnie nie jest z nią zgodne. Ten program to lustrzane, fałszywe odbicie zasad rządzących tamtym światem. Bo jest to system odwrócony. Nie dostaniesz od tej rodziny wiedzy o tym, jak działa świat i jak się w nim poruszać. Musisz najpierw przeciwko nim się zbuntować, a potem poznać tę wiedzę, na drodze często trudnych doświadczeń i przeżyć. Będziesz nienawidził tego świata za to, co Ci zrobił. Ale wyzwolisz się z niego dopiero wtedy, gdy pokochasz ten świat i to unikalne doświadczenie. Gdy docenisz małą ludzką dobroć, wschód słońca, kwiatek na trawniku, każdy unikalny dzień. Bo tam każdy dzień może być Twoim ostatnim. Będziesz reinkarnował się tam dopóty, dopóki tego właśnie nie zrozumiesz. Masz wiele żyć i wiele szans. Nie zmarnuj ich, nie zmarnuj żadnego dnia. Pomimo tego, że ten świat bywa brutalny i agresywny, to każdy dzień tam jest szansą i darem. Stworzyłem ten świat, który może się wydawać niesprawiedliwy po to, by sprawdzać istoty na drodze doświadczeń, a nie myślenia, jak to u nas.

Ja rok przed narodzinami:
-dobrze. Idę śmiało!

Autor: Jarek Kefir

Hej, poświęć chwilę swojej uwagi na przeczytanie tego! 🙂 Nie organizuję szemranych warsztatów, na których mówi się o czarach-marach, cudach niewidach i jeszcze trzeba za to płacić krocie. Wolę walić prawdę prosto z mostu, nie pasjonuje mnie oszukiwanie ludzi, by na tym zarabiać.

Nie wprowadzam żadnych płatnych treści, takich jak prenumerata lub opłata za wybrane artykuły. Bo chcę, by moje publikacje były dostępne dla każdego, nawet dla biednych osób, których jest w Polsce większość. Ale utrzymanie strony internetowej (jarek-kefir.com) na serwerze jak i nawet sama chęć ciągłego publikowania wiąże się z różnymi wyzwaniami. Np z kosztami.

Jeśli cenisz moją pracę, uważasz, że moje publikacje wniosły coś dobrego do Twojego życia, i masz taką możliwość jak i chęć, to możesz wspomóc moje publikacje finansowo. To jedyne źródło utrzymania strony, ponieważ z samej pracy na etat nie utrzymałbym jej. Powód? Moja pensja jest mała, a dochody z reklam są bardzo zaniżone przez cenzurę. Oprócz tego zmagam się z uczuciem „wypalenia”, czyli wyczerpania twórczego. Mimo tego w grudniu 2019 roku napisałem 23 artykuły, a w listopadzie 2019 – 18 artykułów, plus kilkaset krótszych wpisów na Facebooku. Szerzę świadomość i wiedzę na tyle, na ile mogę, i mam szczerą nadzieję, że przyniesie to coś dobrego. 🙂

Możliwości wsparcia moich publikacji:

➡️ Na konto bankowe:
Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

➡️ Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

➡️ Na Pay Pal: Kliknij poniższy link:
https://www.paypal.com/cgi-bin/webscr?cmd=_s-xclick&hosted_button_id=QFQ8UFRVAKUCG

PRZYPOWIEŚĆ O JABŁONI Z GŁĘBOKIM DUCHOWYM PRZESŁANIEM

Przypowieść z duchowo-gnostyckim przesłaniem

W pewnym sadzie stała sobie wielka jabłoń. Była tak duża, że można było mieć wrażenie, że listkami sięga samego nieba. To drzewo w najlepszym i najdojrzalszym okresie swojego istnienia. Jak co roku wydawała mnóstwo dorodnych, pięknych jabłek. Zbliżała się już jesień, niektóre listki były już lekko żółtawe. Dnie były coraz krótsze i krótsze. Wielkimi krokami zbliżały się zbiory, a po nich coraz mroczniejsze miesiące jesieni i zimy.

W tym roku jabłek było całe mnóstwo. Większość z nich była jeszcze zielona, ale niektóre zaczęły się już czerwienić. Były wśród nich pięknie zaczerwienione jabłka, które były przekonane o tym, że celem i przeznaczeniem jabłek jest ciągle i ciągle nabywać coraz ładniejszej, czerwonej barwy. Nie były one rozumiane przez swoje zielone koleżanki. Zielone jabłka uważały, że skoro większość jabłek jest zielona, to tak musi być, i nie ma sensu nic zmieniać. Ba, drwiły one z czerwonych jabłek i z ich barwy. Były przeświadczone o tym, że te czerwone są jakieś inne, i nawet że zagrażają one istnieniu jabłoni. Zielone jabłka były zdania, że wszystkie muszą być takie jak one, że taka jest już tradycja i kultura, i że całe to czerwienienie się to jakaś fanaberia.

Wśród czerwonych jabłek jedno szczególnie się wyróżniało. W pewnym momencie zwróciło się ono do innych czerwonych jabłek:

-Jestem takie czerwone i wspaniałe, czerwieńsze niż praktycznie wszystkie z czerwonych! Słuchajcie się mnie! To ja będę zarządzać Wami! To ja rządzę całą jabłonią, a nie jabłoń mną. Nie będę służył jabłoni, non serviam! Mam ukryty plan dla nas wszystkich, nowy porządek jabłka, ale większość zielonych jabłek musi opaść i zginąć. Czeka nas wielki wstrząs i przejście do nowego jabłkowego ładu!

.

Były tam też nieco inne jabłka. Czerwone, ale gdzieniegdzie miały odcienie żółtego i zielonego. W zasadzie niczym specjalnym się nie wyróżniały. Rosły sobie razem, na ustronnej gałęzi, cicho i na uboczu. Wtedy jedno z nich nie wytrzymało i rzekło:

Naszym przeznaczeniem nie jest ani wiecznie być zielonymi i nieustępliwymi, ani nieustannie się czerwienić. Naszym zadaniem jest dojrzeć, opaść, umrzeć, i poprzez nasionko, które jest w każdym z nas, narodzić się na nowo jako drzewo. Nikt Wam o tym dotąd nie mówił. Byliście zajęci albo kultywowaniem tradycyjnej zieleni i stagnacji, albo wiecznym nabywaniem coraz czerwieńszych barw. A to nie tak. Jesteście idealne w każdym kolorze, jakie tylko macie. Dla każdego z Was jest miejsce na jabłoni, ale przeznaczeniem każdego jest i tak opaść i narodzić się na nowo jako drzewo, jako jabłoń z własnymi jabłkami. Życie po opadnięciu na ziemię istnieje, naprawdę!

-Wy, zielone jabłka, nie zatrzymacie czerwienienia się innych, a potem także samych siebie – kontynuowało swój wywód. A Ty, najczerwieńsze z czerwonych, które chcesz wprowadzić nowy jabłkowy porządek.. Cóż, nie zarządzasz i nigdy nie będziesz zarządzać jabłonią. Bo choć jesteś częścią jabłoni, to nie jesteś całą jabłonią. Tak jak kropla jest częścią oceanu i ocean zawiera się w kropli, choć kropla nie jest całym oceanem. Pójdź po rozum do głowy, bo w pewnym momencie możesz nabrać barw do tego stopnia, że staniesz się brązowe jeszcze na gałęzi i zgnijesz na niej, jeśli nie będziesz chciał puścić rzekomego zarządzania nią. Continue reading „PRZYPOWIEŚĆ O JABŁONI Z GŁĘBOKIM DUCHOWYM PRZESŁANIEM”

PRZYPOWIEŚĆ O PIĘCIU ZNAJOMYCH NA IMPREZIE W BARZE

Pięciu znajomych na imprezie – przypowieść

W barze przy wódce spotkało się pięciu kumpli – artysta, sportowiec, filozof, zwykły człowiek i imprezowicz.

Artysta mówi:

-Wreszcie listopad! Wreszcie można nurzać się w odmętach egzystencjalnego bezsensu żywota! Wreszcie ciemno, wreszcie pada! To nam pokazuje sedno hasła „memento mori”, bo i tak wszystko zginie! Jakże dobrze pojmował to sam Beksiński, jakże dobrze czują to artystyczne dusze! Ten, kto nie jest artystą, zwyczajnie tego nie zrozumie! Continue reading „PRZYPOWIEŚĆ O PIĘCIU ZNAJOMYCH NA IMPREZIE W BARZE”

BAŚŃ O KOCHAJĄCYCH ZOMBIE [+18]

Ta historia może Was oburzać lub wzruszać, możecie być wstrząśnięci lub pokrzepieni. Możecie też wierzyć lub nie, ale tę historię podyktowało samo życie.

To trudno sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej w to uwierzyć. Ale możecie też wierzyć lub nie, ale to, co tutaj opiszę, naprawdę miało miejsce, w świecie realnym.

A więc tak: pewnego razu była sobie kobieta, która mieszkała w małym domku razem ze swoim mężem. Był on człowiekiem posępnym i złowrogim. Pech chciał, że dopiero po ślubie wyszła jego prawdziwa natura, jak to w życiu już bywa. Mąż okazał się być także człowiekiem niezbyt cnotliwym, ponieważ zaczął tą nieszczęsną panią zdradzać. Ale jak to już w życiu bywa, po nitce do kłębka, zdrada wyszła na jaw. Tu koleżanka rzuciła coś mimochodem, że widziała jej męża w miejscu, w którym nie powinno go w danym czasie być.. Innym razem przyjaciółka wprost to zasugerowała.

Więc zdrada wyszła na jaw, i w konsekwencji zrozpaczona żona zażądała podczas małżeńskiej kłótni rozwodu. Wtedy ów mąż, człowiek chmurny i o niezbyt przyjacielskim obliczu, wpadł w szał. Zaczął grozić, wrzeszczeć, rozwalać wszystkie sprzęty w domu.

-To Twoja wina! To Twoja wina, wszystko Twoja wina, wszystko zepsułaś! Continue reading „BAŚŃ O KOCHAJĄCYCH ZOMBIE [+18]”

TA BAŚŃ Z PRZESŁANIEM UJAWNI CI PRAWDĘ O ŚWIECIE!

Zapraszam Cię na baśń z tajemniczym przesłaniem

Dawno, dawno temu (czy aby na pewno? 😉 ) żył pewien król, który trzymał swoich podanych żelazną ręką. Musieli oni ciężko pracować, przybywając na pola lub do zakładów rzemieślniczych o świcie, i opuszczając je dopiero wieczorem. Zakłady był czasami bardzo duże. Poddani byli traktowani w nich bardzo źle. Nie mogli oni zmieniać zawodu ani miejsca pracy pod groźbą kary. Byli karani za niewyrobienie norm poprzez baty, bicie, ograniczanie racji żywnościowych i tak dalej. Większość z nich przebywała na ich terenie przez całą dobę, zasypiając w przyzakładowych lepiankach. Nie mieli oni w ogóle wolności. Król miał nie lada problem z buntami, nieraz krwawymi, jakie co rusz wybuchały na polach lub na terenie zakładów w których praktykowano rzemiosło.

Pewnego jednak razu jedno z wyższych stanowisk w państwie zdobył bardzo mądry człowiek. Rzekł on do króla na osobistej audiencji:

-Wiem królu miłościwy, że masz problemy z buntami i zamieszkami. Chciałbym Ci doradzić, jak je wyeliminować, by jednocześnie lud chciał dalej pracować dla Ciebie.

-Mów więc – odrzekł despotyczny monarcha.

-A więc tak.. Może wypuścimy poddanych na wolność, no i…

-Coo!? Mam dać im wolność?! Do lochu z nim! Gnieść go kołem, torturować!

-Ale słuchaj mnie – sprytny doradca nalegał. -Gdybyśmy dali im wolność, ale tylko tak na niby, to oni zaakceptowaliby swoją rolę i służbę dla Ciebie. Byliby omamieni tym, że wreszcie mogą być wolni, ale tylko z pozoru, i problem zamieszek zostałby rozwiązany. -Kontynuował królewski doradca.

-Hmm.. -Królowi coś tam zaczęło świtać w głowie.

-Więc tak: wypuścimy ich na wolność. Będą mogli się edukować i zmieniać rzemiosło, do jakiego zostali powołani. Mogliby sami wybrać cech rzemieślniczy i zakład, w którym by dla Ciebie pracowali. Mieszkaliby w swoich gospodarstwach. Ale bez obaw, to byłyby tylko pozory wolności.

-Ok, mów dalej. -Odrzekł król.

-Więc ta iluzoryczna wolność, którą byśmy im podarowali, uspokoiłaby ich, bunty zdarzałyby się dużo rzadziej. Przecież są wolni i są teoretycznie u siebie, nie? Ale słuchaj dalej. Lud musiałby dalej pracować ciężko, od rana do nocy, na Twoją potęgę i chwałę. Wynagradzalibyśmy ich nie w postaci codziennych racji żywnościowych, ale pieniędzy, jak w przypadku wolnych ludzi. I za te pieniądze kupowali by żywność i płacili za nie królewskie daniny. Zarabialiby dalej mało, by nie uszczuplić królewskiego skarbca. Tyle, by starczyło im na najbardziej podstawowe potrzeby, np pożywienie czy bimber w karczmie. Od początku do końca ustalilibyśmy te stawki, utrzymując je na niskim poziomie. Odblokowalibyśmy drogę do większego awansu dla naprawdę nielicznych poddanych. Ci, którzy by ją przeszli, kontrolowaliby i strofowali pozostałą część prostego ludu. Reszcie, która pracuje za niskie pensje, wmówilibyśmy, że teraz jest wolność. Że teraz każdy może przejść drogą od prostego szewca, aż po królewskiego pretora. Więc skoro oni nie chcą tej drogi przejść i wytrwale poszerzać arkana zawodowej i nie tylko zawodowej wiedzy, to jest to tylko ich wina. Także muszą pracować od świtu aż po zmierzch, bo sami taką drogę wybrali.. Powiedzielibyśmy ewentualnym buntownikom, że tak działa świat i jego prawa, że jedni opływają w dostatki, bo się uczyli, a inni klepią biedę. I jeśli ktoś klepie biedę, to jest to tylko jego wina, bo nie chciał się uczyć, a nie Twoja wina, mości panie. Powiemy im, że królestwo przeżywa kryzys, i że każdy ma wytrwale i ciężko pracować. Bo jeśli nie, to królestwo czeka nieuchronny upadek, po którym nastąpi wojna i głód.

-Coraz bardziej mnie zadziwiasz, i to pozytywnie! -Król był pełen zachwytu nad nowym pomysłem doradcy.

-Dalej: lud musiałby zdobywać środki na budowę swoich domostw lub na inne potrzeby, pożyczając je na wiele lat z królewskiego skarbca. Czuwalibyśmy nad tym. W ten sposób płaciliby za budowę domostwa i zagrody dwa razy więcej, niż wynosi jej rzeczywista wartość. To dodatkowo stymulowałoby Twoje dochody.

-Bardzo dobrze! Kiedy moglibyśmy zacząć wdrażać ten plan?

Autor: Jarek Kefir
.

jarek kefir
Dzięki dobrowolnym darowiznom mogę utrzymać stronę, jak i docierać z demaskacjami i ukrywaną wiedzą do setek tysięcy ludzi. Wesprzyj moje publikacje, jak je lubisz. Byt wolnych mediów jest teraz ciężki i od dobrej woli Czytelników zależy ich istnienie:

Na konto bankowe:

Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek: