Reklamy

Tag: ezoteryka

Tajna organizacja doprowadzi do upadku polską politykę?!

Tajna organizacja pozostająca w cieniu doprowadzi do upadku polską politykę?!

smolensk newsy sledztwoOd jakiegoś czasu nawet w polskiej, a więc lokalnej polityce mówi się o tak zwanych „wajchowych” zmian jakie następują co jakiś czas w naszym kraju. Wajchowym ma być więc polityk taki jak Olechowski, który pojawia się w kluczowych momentach, zakłada jakąś partię polityczną (wcześniej PO, teraz Nowoczesna.pl) a potem na kilka lat odsuwa się w cień. Nie mniej tajemniczym wajchowym jest spec od realiów politycznych, psychologii i socjotechniki (czy aby na pewno tylko od tego?!), pan Tymochowicz.

Polecam to co powiedział pan Tymochowicz w Superstacji. Nagranie szybko znika z You Tube:
Tymochowicz: „PO stworzyła państwo-potwór, pod pozorem adopcji i domów dziecka handluje się ludźmi”

Powoli dochodzi do nas przekonanie, że owszem, istnieją jakieś tajemnicze, związane ze światem korporacji, biznesu, spec-służb, mafii i…, gremia, organizacje. Które zakulisowo wpływają na politykę w naszym, i nie tylko naszym kraju. I przede wszystkim, robią one wszystko, by one same i ich działania pozostały w cieniu. Poza rezultatami ich działań, które przedstawia się masom w mediach, w odpowiedniej „oprawie„.

To, co napiszę w tym artykule to tylko prognoza, i nie jest to nic nowego. Mówił o tym nawet medialny pan Krzysztof Jackowski, pod pozorem tak zwanej „przepowiedni„. W jego opinii, rok 2015 będzie rokiem destabilizacji sytuacji politycznej w kraju. Ale co najważniejsze, twierdzi on, że jakaś tajemnicza „organizacja” pozostająca w cieniu, ujawni coś tak strasznego, że Polacy na długie lata utracą jakąkolwiek wiarę w polską politykę.

Polecam obejrzeć dwa jego nagrania:
Video (wizja) z 7 marca 2009: „dwa samoloty, wschód, Ukraina, wojna
Video z 30 grudnia 2014: „wizja Jackowskiego odnośnie 2015

Dobrze, można Jackowskiego traktować jako oszołoma. Albo jak wtajemniczonego „jasnowidza„, który rzeczywiście ma kontakt z tą „drugą stroną„. Można traktować go także jako „dobrze poinformowanego„, który z sobie tylko znanych powodów, informuje nas o zamiarach elit w modnej formie „jasnowidztwa„. Ale czy mamy jakiekolwiek podstawy by mówić o tym, że w słowach Jackowskiego jest jakikolwiek sens, że nie są to wyssane z palca brednie? Pan Krzysztof Jackowski oficjalnie współpracuje z polską policją, to po pierwsze. Ale to tak nawiasem mówiąc.

Przeanalizujmy to. Otóż wszystkie środowiska polityczne szykują się do wielkiej zmiany w Polsce. Robi to także bardzo szeroko rozumiane środowisko Platformy Obywatelskiej (nie chodzi tylko o samą PO). Owszem, ich partię Nowoczesna.pl przedstawia się jako partię w której nie ma miejsca dla spadochroniarzy z PO. Ale poczekajmy do lata, do września. Wtedy sondaże dla PO (w tym te poufne, tajne, czyli prawdziwe) będą jeszcze bardziej niepomyślne. W mediach będzie trwał raban.

I nagle okaże się, że: „trzeba ratować kraj przed oszołomami od Dudy, Kukiza i Kaczyńskiego„, więc miejsca dla PO-wców w Nowoczesna.pl się znajdą. Jako spadochroniarze przejdą tam „twardzi gracze” pokroju Schetyny. Natomiast okrojona PO zostanie z przywództwem Ewy Kopacz i „psiapsiółek„. Która już teraz histerycznie i agresywnie broni swojego całkowitego, wręcz dyktatorskiego przywództwa w tej partii. No niestety, nie podeprę tej prognozy żadnym linkiem medialnym, ale na wszelki wypadek ją zapamiętajcie. Czytaj dalej „Tajna organizacja doprowadzi do upadku polską politykę?!”

Reklamy
Reklamy

Wiedza która szokuje! Kto odpowiada za zło na Ziemi?

Wiedza która szokuje! Kto odpowiada za zło na Ziemi?

Poniższy artykuł Dave Pollarda, w tłumaczeniu blogera ex-ignorant’a, to niemal doskonałe studium globalnej niewydolności i powolnego upadku cywilizacji stworzonej przez człowieka. W celny sposób opisuje on wiele manipulacji i oszustw współczesnego świata. M.in. jedno z największych kłamstw – że wzrost gospodarczy jest dobry i można go utrzymać stale. Kolejne wielkie kłamstwo to oszustwo lewicy i prawicy, przynajmniej tych „akceptowanych” przez system, z telewizora.

Popatrz na Demokratów (lewicę) i Republikanów (prawicę) z USA. Przecież te partie NICZYM SZCZEGÓLNYM się nie różnią, poza nieistotnymi, ale wywołującymi ogromne emocje tematami zastępczymi. Obie te partie (i wszystkie inne z telewizora) wspierają system. A więc: hierarchizm, korporacjonizm, konsumpcjonizm, oligarchię (zwaną dla nie poznanki „demokracją„), etatyzm, biurokrację, neoliberalizm, kapitalizm, racjonalizm. Tych elementów składowych systemu zwanego czasami matrixem, jest na pewno więcej. Były one wielokrotnie opisywane na mojej stronie.

To świat, w którym żyjesz, jest chory” – te słowa z filmu Truman Show, skierował architekt systemu, Christof, do buntowniczki, która chciała uwolnić głównego bohatera filmu.

Powinieneś je poznać i z nich korzystać, po to, by nie poddawać się temu matrixowi, systemowi, ale aktywnie budować lepszy świat dla siebie, i pośrednio, także dla innych.

Wstęp: Jarek Kefir

upadek systemu

Narzędzia separacji ludzkości stosowane przez system (matrix)

Cytuję: „Narzędzia separacji – środki, za pomocą których sprawcy naszego odłączenia od własnej intuicji, zmysłów, siebie nawzajem i całego ziemskiego życia utrzymują nas w stanie rozproszenia, zagubienia, strachu i braku samodzielności.

Sprawcy – prywatne i publiczne korporacje zależne od niekończącej się, przyspieszającej eksploatacji zasobów naturalnych, produkcji, konsumpcji i generowania odpadów, realizujące swoje cele z patologiczną i amoralną determinacją.

Są nimi politycy, sędziowie, prawnicy, siły policyjne i wojskowe – wszyscy współpracują zgodnie z tymi bogatymi korporacjami, tworzą i egzekwują prawa, toczą wojny we własnym, a nie naszym interesie. Są nimi media, agitatorzy, reklamodawcy i firmy public relations, system edukacji, sprzedajni ekonomiści i pseudonaukowcy, którzy jako propagandyści mówią nam, że wszystko jest w porządku i nie istnieje inny, lepszy model życia od cywilizacji przemysłowej.

Są nimi religie, terapeuci i techno-zbawiciele („Ludzka pomysłowość i wynalazczość rozwiąże wszystkie nasze problemy!”), którzy wzmacniając propagandę wmawiają nam, że kiedy dzieje się źle, to my ponosimy winę jako jednostki; że dzięki niezbędnemu wysiłkowi cywilizacja przemysłowa zwycięży i poprawi byt każdego z nas, pomimo naszych osobistych słabości i grzechów.

Połączona gospodarcza, polityczna, medialna, psychologiczna władza i hegemonia tych czterech grup sprawców stanowi samowzmacniający się, zupełnie bezkrytyczny i totalitarny system, o którym marzył Mussolini – opatrzono go etykietką Faszyzmu, ale on nazywał go Korporacjonizmem. Jego zadaniem jest całkowite podporządkowanie i kontrolowanie populacji, poddanie jej tak gruntownej indoktrynacji, że nie zrodzi się żadna opozycja czy sprzeciw – pozostanie jedynie wieczna machina bezmyślnej monolitycznej ludzkiej produkcji i konsumpcji.

Poprzez swój polityczny przekaz, reklamę, taktyki zastraszania, kłamstwa, wstrzymywanie informacji, grabież i przemoc, manipulację, tworzenie fałszywych wyborów i fałszywych nagród utrzymuje nas w niewoli, w separacji. Każdy z nas jest posłuszną częścią systemu.

Ale czym jest ten „system”? Czy naprawdę potrafi skutecznie nas kontrolować w świecie, w którym często sprzeczne informacje i idee są wszechobecne i płyną swobodnie? I dlaczego tak wiele osób – nie tylko psychopaci pokroju Mussoliniego – dobrowolnie staje się sprawcami?

Światopogląd progresywno-liberalny głosi, iż wszyscy jesteśmy w głębi serca niewinni i dobrzy. Zatem sprawcom tego strasznego, niezrównoważonego, balansującego na krawędzi systemu z pewnością przyświecały jak najlepsze intencje. Na pewno chcieli dobrze, prawda?

Według tego światopoglądu gniew nie jest właściwą odpowiedzią; musimy apelować do ludzi racjonalnie, prezentować fakty. Wierzymy, że ukrywanie prawdy nie może trwać długo, a gdy ludzie ją poznają, dowiedzą się, że system jest zły i brutalny, instynktownie podejmą wysiłek jego rozmontowania i dla dobra ogółu zastąpią go innym – prawdziwie demokratycznym.

Psycholog z Harvarda Daniel Gilbert, autor książki Potykając się o szczęście, przedstawia pewne wskazówki, dlaczego tak się nie dzieje. Nasze duże mózgi, argumentuje badacz, uczyniły nas przesadnie zmyślnymi. Potrafią one skonstruować własną rzeczywistość, całkowicie oderwaną od rzeczywistości „autentycznej,” i żyć szczęśliwie w tym urojonym miejscu uznając je w efekcie za świat „prawdziwie” realny. Nasze ego bez trudu wymyśla i wierzy w historie, które wywołują reakcje emocjonalne i tworzą w naszych głowach kolejne opowieści. Owo błędne koło negatywnej aktywności intelektualnej i emocjonalnej naszych umysłów – odłączonej od tego, co faktycznie dzieje się tu i teraz – kontroluje patologiczną kondycję naszej psychiki.

Oto dwie paradoksalne konsekwencje posiadania dużych mózgów: (i) można nas oszukać i emocjonalnie zmanipulować dezinformacją w sposób, któremu nie poddadzą się inne stworzenia, (ii) nawet jeśli jesteśmy jednym ze sprawców tej dezinformacji, możemy w nią wierzyć poprzez samooszukiwanie, zwłaszcza gdy naszą wiarę wzmacniają inni, którzy nawinie akceptują te same przekonania.

Mimo że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie sprawcami, pozostajemy do tego stopnia oderwani i skonfundowani przez nasze ego oraz wyimaginowane rzeczywistości, że tak „naprawdę” nie wiemy, co jest prawdziwe i co robimy, powinniśmy:

Po pierwsze, zorientować się w tym, co naprawdę się dzieje (poprzez lekturę, wnikliwą analizę i myślenie krytyczne) i jakie są nasze „prawdziwe” opcje (studiując historię, czytając literaturę faktu i beletrystykę). Po drugie, musimy zezłościć się na system, który niszczy nasze jedyne środowisko życia (nie jest istotne kim są sprawcy, czy sami nimi jesteśmy lub odpowiadamy za współudział), otrząsnąć się z naszej pasywności, nieświadomości i podjąć działania. Po trzecie, wpłynąć na innych, przekazać im wiedzę. Po czwarte, stać się wzorem, znaleźć radykalnie alternatywne sposoby egzystowania. I po piąte, przyswoić nowe umiejętności ułatwiające zarówno wykonanie pracy, która przyspieszy rozkład cywilizacji przemysłowej, jak i prowadzenie wartościowego życia w trakcie i po upadku.

Trudne zadanie. Zdając sobie sprawę ze skali wyzwania, zacznijmy od zrozumienia Narzędzi separacji, które utrzymują nas w stanie zaszczucia i zależności.

1) Nagradza się nas za to, że jesteśmy dobrymi konsumentami.

Opis:

Nietrudno jest uszczęśliwić ludzi cywilizowanych, a przynajmniej dać im poczucie szczęścia; po prostu muszą zostać poddani odpowiednim zabiegom przysposabiającym. Kluczem do stworzenia tego plastycznego stanu umysłu jest zaszczepienie w ludziach od najmłodszych lat wiary, iż „szczęście” jest czymś znacznie bardziej powierzchownym niż stan głębokiego, autentycznego zadowolenia i dobrego samopoczucia. Marketing konsumpcyjnych dóbr i usług („doświadczeń”) czerpie z pragnienia szczęścia poprzez kolorowe i pozytywne obrazy odzwierciedlające radosne korzystanie z jakiejkolwiek promowanej rzeczy; jest to potęgowane przez nieustające komunikaty środków masowego przekazu mówiące o tym, że generalnie konsumpcja jest „dobrem,” a użytkowanie każdej nowej i modnej rzeczy niezawodnie prowadzi do poprawy jakości naszego życia. Ten przekaz o potężnej perswazji jest łatwo przenoszony na nowe pokolenie przez rodziców i rówieśników, którzy zostali już przysposobieni.

Identyfikacja:

Na poziomie osobistym można to rozpoznać poprzez rozwijanie świadomości wszystkiego, co sprawia, iż czujesz się lepiej, a co w oczywisty sposób stanowi produkt kultury konsumpcyjnej: przykładowo jeśli podczas oglądania lub słuchania reklamy zaczynasz odczuwać szczęście, niezależnie od źródła tego spotu oznacza to, że narzędzie jest aktywne. Tę samą reakcję można zaobserwować u innych ludzi, którzy zdradzają oznaki szczęścia, kiedy jedyne, ewidentne jego źródło zostało wytworzone sztucznie. Popularność galerii handlowych, kin, parków rozrywki i pakietów wycieczkowych jest kolejnym dowodem, że autentyczna potrzeba zaznania szczęścia została podłączona pod konsumpcję na skalę przemysłową: teraz chodzimy na zakupy, aby „dobrze się poczuć.”

Konsekwencje:

Dwie główne konsekwencje konsumpcyjnego szczęścia są takie, że po pierwsze stajemy się mniej skłonni do poszukiwania głębszych, bardziej satysfakcjonujących form szczęścia w realnym świecie – jak chociażby radości z zanurzenia naszych stóp w chłodnej wodzie w upalny dzień – i zamiast nich szukamy odłączonych źródeł „szczęścia” poprzez materialną konsumpcję. Drugą, mniej bezpośrednią konsekwencją jest to, że ta zwiększana pragnieniem bycia szczęśliwym konsumpcja prowadzi do środowiskowej i społecznej degradacji, w szczególności tam, gdzie przedmioty naszej konsumpcji są produkowane, zasilane i usuwane.

Sprawcy:

Nieprzebrane zastępy osób bezpośrednio zaangażowanych w handel – m.in. dziennikarze konsumenccy, pracownicy agencji reklamowych, specjaliści od marketingu, handlowcy, agenci biur podróży i eksperci ds. rozwoju produktów – dbający o to, abyśmy czuli się dobrze z naszymi konsumenckimi nawykami.

2) Sprawia się, że kiedy robimy rzeczy trywialne, towarzyszy nam uczucie zadowolenia.

Opis:

Aby odwrócić uwagę od kwestii ważnych, koniecznym jest położenie nacisku na kwestie trywialne. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w sposobie, w jaki narzuca się cywilizowanym ludziom podejście ekologiczne (lub inaczej alter ego wagi piórkowej). Mówię „narzuca,” ponieważ pod nieobecność rozpowszechnianego komunikatu o charakterze pseudo-ekologicznym ujrzenie pełnego obrazu sytuacji środowiskowej jest bardzo proste; i niebezpieczne dla systemu. Na przykład, jeżeli podzielę się z lokalnymi władzami swoim pragnieniem życia w sposób bardziej zrównoważony, szansa na to, że poradzą mi, abym odciął się od sieci energetycznej (stał się samowystarczalnym pod względem zaopatrzenia w prąd i inne usługi), uprawiał i zbierał własną żywność oraz zaprzestał kupowania dóbr konsumpcyjnych jest znikoma lub żadna (zresztą pani Znikoma właśnie opuściła miasto). Z drugiej strony z entuzjazmem zostanę zachęcony do recyklingu i wymiany żarówek. W przypadku producenta aut nie usłyszę rady, by zrezygnować z jazdy samochodem; zaleci mi dopompowanie opon lub nabycie bardziej ekonomicznego (nowego) pojazdu. Supermarket nigdy nie poleciłby kupowania lokalnych produktów spożywczych i rezygnacji z przetworzonej żywności; wskazałby na duży zapas markowych „toreb na całe życie,” ponieważ wszyscy wiemy, że torby jednorazowe są największym zagrożeniem dla życia na Ziemi. Grupa ochrony środowiska nurtu głównego, przykładowo Klub Sierra i Przyjaciele Ziemi, powie, że prawdziwą zmianę można osiągnąć drogą politycznego lobbingu, a nie krusząc fundamenty samego systemu politycznego. Postępuj zgodnie z wytycznymi systemu, a nigdy nie będziesz musiał martwić się o sprawy wielkie, ponieważ – jak nam się powtarza – tak naprawdę liczą się sprawy małe.

Identyfikacja:

Najbardziej jaskrawą wskazówką wykorzystania tego Narzędzia jest samo źródło informacji: w prywatnej rozmowie nawet członek kadry kierowniczej koncernu naftowego przyzna, że dalsze spalanie ropy nas wykończy; ale na znacznie mniej osobistym poziomie każdy instrument Cywilizacji Przemysłowej posiada własny zestaw komunikatów „środowiskowych” pro forma, które zaprojektowano tak, aby nasze zachowanie pozostało takie samo jak zawsze. Żadna z rad płynących z ust rzecznika rządu, korporacji, mediów masowych lub nawet pozarządowych organizacji ochrony środowiska nurtu głównego nie wpłynie niekorzystnie na system industrialny. Możesz również wykorzystać własny instynkt: jeżeli coś wydaje się być zbyt proste, trywialne lub „przeciwne naturze,” to prawdopodobnie znajdujesz się na właściwym tropie.

Konsekwencje:

Intensywne koncentrowanie się na sprawach małych przypomina założenie plastra na kikut po amputowanej kończynie. Nie tylko jest to interwencja niedostateczna, ale prawie na pewno spóźniona, bowiem w interesie korporacji jest utrzymywanie nas w kompletnej nieświadomości do chwili, aż sytuacja nie pozostawi im wyboru i dostarczą nam informacji, które, jak to wykazałem, są i tak bez znaczenia. Wykorzystując naszą cywilizowaną niechęć wobec świadomego wysiłku i poważnych zmian czynią nas bezsilnymi – i zadowolonymi z tej impotencji. Tymczasem Cywilizacja Przemysłowa nieprzerwanie niszczy globalny ekosystem.

Sprawcy:

Swój udział ma prawie każdy, kto zajmuje się przekazywaniem, dystrybucją rad udzielanych przez władzę – czynność, która poprawia przy okazji samopoczucie własne; jednakże do grona najgorszych winowajców możemy zaliczyć polityków każdego szczebla, korporacyjne działy public relations, dziennikarzy środowiskowych nurtu głównego i organizacje pozarządowe.

3) Daje się nam wybiórczą wolność.

Opis:

Na poziomie psychologicznym wolność jest zawsze względna: tygrys wychowany w klatce będzie postrzegał ją jako swoją domenę i czuł się w niej na tyle komfortowo, na ile czuć się może w podobnej sytuacji każdy ważący pół tony kot; lecz tygrys schwytany i zmuszony do życia w klatce zostanie doprowadzony do szaleństwa przez jej ograniczenia. Tak więc jako osoby wychowane w „demokracji” – w której wolność jest równoznaczna z głosowaniem na zupełnie podobne polityczne partie – wyrażamy naszą „wolność” oddając swój głos; wstrzymanie się interpretowane jest jako akt buntu i wyrzeczenie się wolności głosowania. Podobnie wolno nam protestować, o ile marsz lub manifestacja mieści się w granicach wytyczonych przez policję i przepisy przez nią egzekwowane; poziom „wolności” zależy od miejsca zorganizowania protestu – w niektórych częściach świata, przykładowo w Chinach, za podobne bezprawie grozi kara. Moje wolności jako pisarza, byłego demonstranta i byłego wyborcy rozciągają się tylko do punktu, w którym system dostrzega zagrożenie. Mogę mieć nieco więcej swobody w sposobie wyrażania siebie niż mój chiński odpowiednik, ale znajdując się w zamkniętej zonie reguł społeczeństwa nie jestem wcale bliższy wprowadzenia zmiany.

Identyfikacja:

Najprawdziwszym testem wolności jest podjęcie próby złamana zasad. Zakładając, że przestrzegasz Prawa Zwyczajowego (prostej ochrony wolności indywidualnej i zbiorowej) i Prawa Naturalnego (w ramach którego funkcjonuje świat przyrody), granice „wolności” szybko staną się oczywiste w chwili, kiedy twoje działania zakłócą zdolność systemu przemysłowego do kontrolowania ludzi i burzenia naturalnej równowagi ekologicznej. Wychowanie w tej samej wersji cywilizowanego życia często utrudnia rozpoznanie miejsca, w którym przebiegają granice, zwłaszcza gdy stale przypomina się nam, iż ludzie z państwa X muszą zostać „uwolnieni od tyranii,” a zasady istnieją po to, aby „chronić nas przed tymi, którzy pragną wyeliminować naszą wolność.” Wyrażenia te powinny włączać nasz alarmowy dzwonek.

Konsekwencje:

Jeśli czujemy się już wolnymi, nie mamy ochoty poszerzać naszej wolności; pozostajemy w granicach prawnych zamieszkiwanego systemu i tym samym nie zagrażamy mu. Odcięci od jakiejkolwiek prawdziwej możliwości wyboru plonów naszej egzystencji nigdy nie zakwestionujemy tego, co w rzeczywistości przykuwa nas do Kultury Maksymalnego Spustoszenia.

Sprawcy:

Wszyscy zaangażowani w stanowienie lub egzekwowanie prawa odpowiedzialni są za kreślenie granic wolności. Większość grup praw obywatelskich operuje w tych granicach i potęguje problem domagając się wolności przyrostowych, a nie absolutnych.

4) Tworzy się pozory, że mamy wybór.

Opis:

Wśród polityków wyznających filozofię wolnorynkowego kapitalizmu (a nie podpisują się pod nią nieliczni) modnym słowem jest „wybór”; ale jak w przypadku błahych porad oferowanych nam przez przedstawicieli systemu, ów wybór leży jedynie w bardzo wąskim paśmie wypełnionym przez istniejące, proponowane przez system opcje. Mamy więc „wybór” kanałów telewizyjnych, „wybór” płynów do mycia naczyń, „wybór”” samochodów i „wybór” koncernów naftowych, od których możemy kupić paliwo. Proszę zauważyć, że w momencie, kiedy przedstawiony zostaje jakikolwiek radykalny (a raczej mniej zawężony) wybór, system zwiera szeregi zapewniając, iż wybór ten nie przekroczy tolerowanego przezeń stopnia. Spróbujmy na przykład wybrać model kształcenia naszych dzieci, którego system nie pochwala, a definicja samego wyboru uwidoczni się natychmiast – o czym przekonany się w dalszej części niniejszego rozdziału.

Identyfikacja:

Większość osób lub instytucji oferujących prawdziwy wybór – tzn. między rzeczami, które różnią się znacząco – nie używa terminu „wybór”; jeszcze mniejsza ich liczba przynudza o bogactwie proponowanego wyboru. Słowotok wyraża charakter tych, którzy przedkładają nam „wybór” – innymi słowy to oni zyskują najwięcej z faktu, iż nasz wybór jest ściśle ograniczony; osoby te stwarzają pozory, że oferowany przez nie wybór jest prawdziwy. Nie bez przyczyny brzmi to zawile: twoja dezorientacja jest zamierzona; inaczej mógłbyś/mogłabyś rozpoznać, że to, co ci się oferuje wcale wyborem nie jest.

Konsekwencje:

Wzorem pseudo-wolności ciągły brak autentycznego wyboru warunkuje ludzi, aby bezboleśnie zaakceptowali te pozory. Tak oto zadowalamy się ofertą kilku opcji. Podobne warunkowanie właściwe jest wszystkim Narzędziom separacji; łamie naszą zdolność stawienia oporu; gwarantuje uległość populacji, która ochoczo ekscytuje się nową konsolą do gier, ale nie rozpoznaje życia poza graniem. To w rzeczy samej bardzo silne i subtelne narzędzie.

Sprawcy:

Podczas gdy wspiera ją dyżurna załoga marketerów i sprzedawców, mentalność akceptująca pseudo-wybór pochodzi od członków cywilizowanego społeczeństwa, którzy chcą zapewnić zgodność z normalnym cywilizowanym zachowaniem – a konkretnie konsumpcją dóbr materialnych. Lansują ją politycy wszelkiej maści za pośrednictwem środków masowego przekazu („Nigdy nie mieliście tak dobrze!”) i kadry kierownicze za pośrednictwem machiny reklamowej („Najbardziej zielony z SUV-ów!”)

5) Zwraca się nas przeciwko sobie.

Opis:

Jak skłócić parę dobrych przyjaciół? W świecie odseparowania nie jest to takie trudne: wystarczy poruszyć temat najlepszej drużyny piłkarskiej, albo zapytać, jak szybko postępować będzie zmiana klimatu. Jeżeli zależy ci na konkretnej awanturze, spróbuj zahaczyć o prawo do aborcji lub religię. Stawce podziałów przewodzi jednak polityka, która – z pewnością w USA i Ameryce Łacińskiej – obejmuje wszystkie powyższe zagadnienia, być może z wyjątkiem drużyn piłkarskich (chociaż spędzenie kilku godzin w Glasgow prawdopodobnie skłoniłoby nas do rewizji tego poglądu). W jak najlepiej pojętym interesie systemu jest dzielenie nas w oparciu o podstawy, które podczas trzeźwego dyskursu w najlepszym razie sprawiałaby wrażenie fałszywych, zaś w najgorszym niebezpiecznych.

Weźmy tzw. „lewicę” i „prawicę” w polityce partyjnej któregokolwiek z uprzemysłowionych krajów. Nie istnieje praktycznie żadna różnica między ugrupowaniami nurtu głównego w materii konkretów stanowiących ich esencję – wszystkie wspierają handel na dużą skalę, odgórną władzę autorytarną i kontynuację destrukcyjnego systemu przemysłowego. Na czym polega więc fortel? Ażeby zadbać o to, byśmy nie połączyli się na nowo z prawdziwym światem – znajdującym się poza społeczno-polityczną trywialnością – dzieli się nas na sztuczne „partie,” „sekty,” „frakcje” i „fankluby,” które zdają się nadawać nam indywidualność, ale w rzeczywistości utrzymują nas w stanie zafascynowania naszymi codziennymi sprzeczkami.

Identyfikacja:

Wszędzie tam, gdzie dostrzegasz fragmentację idei, która przy bardziej wnikliwej analizie ujawnia różne odcienie tego samego paradygmatu, obserwujesz w istocie separację dokonaną poprzez podział. W kategoriach cywilizacyjnych zasada „dziel i rządź” jest starożytna, ale dopiero niedawno, w epoce informacyjnego przeładowania, politycy są w stanie wycisnąć różnice z płaszczyzny porozumienia. Obierając szerszą perspektywę łatwo jest wykryć stosowaną taktykę; z kolei brak oglądu pełnego obrazu nie pozwala łatwo zauważyć, iż wzbudza się twoją niechęć wobec kogoś, z kim w przeciwnym razie znalazłbyś/znalazłabyś wspólny język.

Konsekwencje:

Lokalność i wspólnotowość są nieodzownymi elementami ponownego zespolenia ludzkości z realnym światem; lecz jeśli nie uda nam się zobaczyć pełnego obrazu i rozpoznać, jak bardzo jesteśmy podzieleni w oparciu o fałszywe podstawy, to nie dostrzeżemy, jak wiele mamy wspólnego. Pozostaniemy we wzajemnym odłączeniu – w wielu przypadkach oddalenie to będzie zwiększane – a jedyną płaszczyznę porozumienia znajdziemy z jednostkami autorytarnymi i instytucjami, które udają, że mówią w naszym imieniu. Mówią wyłącznie w swoim imieniu.

Sprawcy:

W perspektywie krótko- i średnioterminowej wiodącymi sprawcami procederu „dziel i rządź” są przywódcy i entuzjastyczni zwolennicy podziałów kulturowych. Nie sposób wymienić wszystkich, ale za przykłady zwaśnionych stron mogą posłużyć następujące pary: katolicy kontra anglikanie, Republikanie kontra Demokraci, sunnici kontra szyici, kibice Barcelony kontra kibice Realu Madryt, miłośnicy Barbie kontra miłośnicy Bratz/Moxie; lista przeobraża się stale wraz ze zmianą lojalności i przekonań ludzi. Prawdziwymi sprawcami są oczywiście handlowe potęgi przemysłowego świata, które wykorzystują dla zysku nasz wrodzony instynkt plemienny.

6) Sprzedaje się nam marzenie.

Opis:

To najbardziej powierzchowne ze wszystkich narzędzi, aczkolwiek prosta mechanika reklamy wciąż sprawuje potężną władzę nad ludźmi we wszystkich sferach cywilizowanego życia. Bardziej rezolutni Konsumenci (słowo „rezolutni” zabarwiam dozą ironii) uczą się rozgryzać reklamę masową, zwłaszcza w formie telewizyjnej, radiowej, prasowej i billboardowej, co przyniosło dwa interesujące następstwa. Po pierwsze, w bardziej dojrzałych gospodarkach przemysłowych reklama tworząca konsumencki popyt – z intencją utrzymania relacji zależności ludzi od gospodarki przemysłowej – staje się coraz bardziej zaawansowana technologicznie i krojona na indywidualną miarę. Po drugie, bardziej tradycyjne formy reklamy znajdują swoją niszę we wschodzących gospodarkach przemysłowych takich jak Indie, Chiny i Bliski Wschód. Ten dwutorowy atak na naszą naturalną niechęć trwonienia zasobów na rzeczy, których nie potrzebujemy sprawdza się wyśmienicie – łapczywie łykamy marzenie o masowej konsumpcji.

Identyfikacja:

Reklama – łatwa do wykrycia, czasem trudna do rozpoznania jako czysty marketing, ale przenikająca niemal każdy aspekt cywilizowanego życia. Jeśli ktoś zachęca cię do zakupu produktu, o którego nabyciu nawet byś nie pomyślał/pomyślała, oznacza to, że system sprzedaje ci marzenie.

Konsekwencje:

Tak jak w przypadku nagradzania nas za bycie dobrymi konsumentami, konsekwencje są kombinacją prowadzenia życia aprobowanego przez system przemysłowy – pod nieobecność wszędobylskiej i bardzo skutecznej reklamy wiedlibyśmy zgoła odmienną egzystencję – i nieprzerwanej degradacji globalnego środowiska jako bezpośredniego następstwa tej konsumpcji.

Sprawcy:

Jeżeli ktoś zarabia na tym, że kupujemy niepotrzebne rzeczy lub zachęca nas do tego, de facto współtworzy i obsługuje to niszczycielskie i tępe narzędzie. A zatem każda osoba z branży reklamowej i marketingowej; każdy pracownik finansowanych przez korporacje mediów, w tym publikacji „liberalnych,” które utrzymują się z reklam; każdy, kto dostarcza nam środki do dokonywania niepotrzebnych zakupów, czyli ludzie zatrudnieni w bankowości detalicznej i usługach pożyczkowych, z uwzględnieniem tych, którzy są odpowiedzialni za egzekucję powstałego zadłużenia.

7) Wykorzystuje się nasze zaufanie.

Opis:

Narzędzie to opisywane jest w bardziej dokładny i rozbudowany sposób jako „czerpiące korzyści z naszego zaufania do autorytetu poprzez narzucenie hierarchii,” ponieważ autentyczne zaufanie, jakim darzymy bliskiego przyjaciela, krewnego lub prawowitego przywódcę jest tym, czego nie chcemy osłabić. Niestety, taki poziom szczerego zaufania to rzadkość w zatomizowanych, podzielonych społeczeństwach, które składają się na Cywilizację Przemysłową. Zamiast tego mamy przedstawicieli „władzy” i od naszego pierwszego kontaktu z hierarchią szkoli się nas, byśmy ufali im bezgranicznie. Dlatego odnosimy się z zaufaniem do policjantów, nauczycieli, menadżerów, niektórych polityków (noszących w klapach kotyliony o naszych barwach) i ludzi, którzy funkcjonują na poziomach ekskluzywnych, powyżej naszej świadomości codziennej – członków elit politycznych i korporacyjnych.

Zaufanie społeczeństwa do władzy jest dobrze udokumentowane, chociażby w eksperymentach Stanley’a Milgrama, ale w rzeczywistości nie stanowi wyewoluowanej składowej ludzkiego zachowania: my uczymy się ufać władzy poprzez obecność narzuconej hierarchii, co powoduje, iż jesteśmy bardziej skłonni do podejmowania działań – takich jak obsługiwanie niewyobrażalnie destrukcyjnej maszynerii, odpalanie rakiet w ludność cywilną, czy „tylko” wspieranie machiny przemysłowej w charakterze pełnego entuzjazmu pracownika – które w przeciwnym razie byłyby uznane za nieludzkie.

Identyfikacja:

Wszędzie tam, gdzie znajduje się narzucona struktura zwierzchnictwa – w odróżnieniu od tej wyłonionej na drodze wzajemnego zrozumienia – prawie na pewno zaufanie to jest nadużywane. Istotne jest, aby zawsze mieć świadomość różnicy między zaufaniem zasłużonym i narzuconym; mimo iż za niesprawiedliwą można uznać nieufność okazywaną danej osobie tylko dlatego, że nie byliśmy świadkami, jak osiągnęła swój status, całkowicie rozsądne jest kwestionowanie każdej formy władzy. W Kulturze Maksymalnego Spustoszenia na zwierzchnictwo w zdecydowanej większości przypadków nie zapracowano, a celem jego istnienia jest utrzymanie samej kultury.

Konsekwencje:

Osobiste konsekwencje nadużywanego zaufania są złożone: dzięki temu Narzędziu nie tylko jesteśmy bardziej skorzy akceptować słowa i czyny znacznie szerszego kręgu osób i instytucji, ale osłabieniu ulega także nasza umiejętność budowania bliskich, opartych na zaufaniu relacji, jakie są niezbędne do utrzymania samowystarczalnych społeczności – nasz „radar zaufania” zostaje rozregulowany. Rezultat netto jest taki, że gorliwie pracujemy jako trybiki najbardziej żarłocznego bytu na Ziemi, skutecznie wnosząc osobisty wkład w jego potencjał zniszczenia. Nie mniej tragicznym skutkiem ubocznym (prawdopodobnie zamierzonym) jest nasza niezdolność do budowania wspólnot, które zależne są od autentycznego zaufania.

Sprawcy:

Wszyscy bierzemy udział w eksploatowaniu zaufania, jeśli stanowimy część któregokolwiek systemu hierarchicznego: może to być korporacja lub nawet mała firma, która posiada strukturę zarządzania; system polityczny i sądowy, który sprawuje władzę poprzez egzekwowanie przepisów prawa; lub rodzina, która swoje zwierzchnictwo narzuca z racji przewagi fizycznej.

upadek systemu (3)

8) Okłamuje się nas.

Opis:

Wszystko, co rozpowszechniane jest przez system starający się odłączyć nas od prawdziwego świata moglibyśmy opisać jako kłamstwo. Istnieją duże i małe kłamstwa, a ich rozróżnienie często wymaga znajomości rozgrywki finałowej. Wśród mniejszych kłamstw – mających implikacje wykraczające daleko poza ich rangę – znajduje się akt prania mózgu na zielono. Zasadniczo, gdy coś jest bardziej szkodliwe dla środowiska naturalnego niż wynika to z treści oficjalnych zapewnień, wówczas ma miejsce pranie mózgu na zielono. Działanie to jest tak powszechne, że stało się rutyną w korporacyjnej reklamie i promocji – nie tylko ze względu na to, iż powierzchowne przejawy „zielonej inicjatywy” są korzystne pod względem handlowym. Korporacje nie są jedynymi podmiotami, które kłamią na temat swoich ekologicznych kwalifikacji.

Przedzierając się w górę (lub w dół) przepastnego bagna łgarstw sponsorowanych przez państwa i przemysł dochodzimy do kłamstwa, które leży u podstaw komercyjnego zachowania Cywilizacji Przemysłowej; kłamstwa, które kieruje opinią publiczną co najmniej od 100 lat i przyczyniło się praktycznie do każdej finansowanej przez państwo, nie związanej z religią wojny. Oto Wielkie Kłamstwo:

Wzrost Gospodarczy jest czymś dobrym.

Nie ma tu miejsca, aby wyłuszczyć, dlaczego jest to nieprawdą, wystarczy nadmienić, iż poza zbrodniami w postaci wojen akceptacja tego kłamstwa odpowiada za ogół systematycznej destrukcji środowiska oraz niezliczone okrucieństwa wyrządzane ludziom. Za normalne uchodzi nieprzerwane gromadzenie bogactwa przez jednostki, miasta, narody, cały nasz gatunek: jednak nigdy nie porusza się kwestii, w jaki sposób cała ludzkość może stać się bogatsza na planecie posiadającej skończoną ilość bogactw naturalnych. Wzrost gospodarczy jest po prostu sztandarowym elementem cywilizowanego pakietu, a jeżeli tego nie doceniamy, możemy liczyć na pomoc mitycznego Molocha!

Kłamstwo Wzrostu Gospodarczego uosabia ciąg komunikatów instytucjonalnych: od pozytywnej oceny przyznawanej przez media masowe zwyżkom korporacyjnych zysków, do negatywnego PR-u wymierzonego przez biznes w jakiekolwiek społeczne zabiegi, które mogłyby zagrozić wzrostowi. Kłamstwo Wzrostu Gospodarczego jest uzasadniane w odniesieniu do wszelkiego rodzaju rzeczy, na które nie wpłynąłby brak wzrostu gospodarczego – należy do nich Standard Życia i poziom konsumenckiego wyboru oferowanego przez nowoczesne społeczeństwo (proszę zwrócić uwagę na ironię tego faktu). Subtelność na porządku dziennym bywa sporadycznie; jest zresztą zbyteczna, skoro populacja połknęła to kłamstwo w całości.

Identyfikacja:

Pomijając ostentację prania mózgu na zielono – jeżeli coś wydaje się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, to takim właśnie jest – fundamentalne kłamstwo Wzrostu Gospodarczego jest oczywiste, a jego identyfikacja równie czytelna. Inną sprawą jest wytworzenie mentalności, która tak integralny składnik naszego codziennego życia rozpoznaje jako czystą, korporacyjną propagandę: wymaga to pewnego poziomu odprogramowania, jaki można osiągnąć tylko poprzez podważenie samego komunikatu. W ramach ćwiczeń zachęcam do audio-wizualnego wyławiania Wielkiego Kłamstwa z każdej wykonywanej w danym dniu czynności: proszę przygotować się na szok. Regularna styczność z Wielkim Kłamstwem nie ma szczególnych właściwości katartycznych, ale z pewnością pomaga wzbudzić gniew.

Konsekwencje:

W odróżnieniu do Narzędzia separacji, które sprawia, że czujemy się dobrze robiąc trywialne rzeczy, kłamstwa instytucjonalne wykorzystują naszą naturalną receptywność na problemy ludzkie o dużej skali, takie jak bezpieczeństwo i dobry stan zdrowia, których zaistnienie przedstawia się jako możliwe jedynie w kontekście zdrowej gospodarki (więcej ironii). Dzięki tej praktyce kwestie naprawdę największej wagi – będące produktem gospodarki przemysłowej – czyli masowe zatruwanie dróg wodnych, systematyczne usuwanie lasów i niszczenie rdzennych, nie-cywilizowanych kultur, postrzegane są jako mniej istotne. Wraz ze zmianą naszych priorytetów zmienia się nasze zachowanie – stajemy się niewolnikami komunikatu. W efekcie jesteśmy posłuszni nakazom systemu; potrafimy reagować tylko na to, co system uznaje za ważne i grzecznie ignorujemy to, co on wyrządza reszcie świata.

Sprawcy:

Głównymi autorami i kanałami dystrybucji kłamstw instytucjonalnych, od najmniejszego aktu prania mózgu na zielono po monumentalne stopienie umysłu niezbędne do zaaprobowania wiecznego wzrostu gospodarczego, są wielkie instytucjonalne otwory wylotowe: system polityczny w swojej całości, korporacyjny przemysł public relations i marketingu oraz mass media – kontrolowane zarówno przez państwa, jak i korporacje (choć trudno jest doszukać się dzielących je różnic). Z mówieniem nieprawdy i akceptacją kłamstw epickich wręcz rozmiarów nieodłącznie wiąże się konspiracja; podejmowany we wskazanym gronie wysiłek jej zachowania jest opłacalny. Kiedy kłamstwa zostaną nam przekonująco sprzedane, utrzymanie wszystkich „na fali komunikatu” jest stosunkowo proste: wystarczy kłamać dalej.

9) Straszy się nas.

Opis:

W cywilizowanym świecie kłamstwa i strach są ze sobą mocno splecione. Opisane powyżej Wielkie Kłamstwo sięga po szereg taktyk i sojuszników, by utrzymać i wzmocnić – szczególnie w krajach nowo uprzemysłowionych – swoją kontrolę nad naszą psychiką; do pewnego stopnia pomocny jest tutaj strach. Wystarczy groźba załamania gospodarczego, nawet stagnacji, a posłusznie utworzymy sklepowe kolejki i uliczne korki. Okazuje się, iż większość bardziej przekonujących form kłamstwa zaprzęga strach.

Nie jest niespodzianką, że na przestrzeni dziejów cywilizowani ludzie padali ofiarą tak spektakularnych taktyk siania przestrachu jak: uznanie rdzennych mieszkańców Afryki za nieludzkich Dzikusów, których należy wyedukować w obyczajności Cywilizowanego Człowieka; usprawiedliwienie imperialnej eksploatacji ogromnych obszarów ziemi strachem przed „chciwością” innych narodów; demonizowanie każdego człowieka z lewicowymi poglądami politycznymi etykietką komunisty, socjalisty i (tak, ludzie truchleją słysząc ten termin) liberała; wywoływanie masowej histerii, zgodnie z którą każdemu, kto nie sympatyzuje z przemysłowym Zachodem przyznawany jest tytuł Terrorysty. To właśnie posługiwanie się strategią zastraszania sprawia, że ludzie nie poddający się zwyczajnej perswazji przeciągani są „na (pożądaną) stronę.” Zważywszy na skuteczność tego narzędzia, zastanawiam się, dlaczego nie jest stosowane szerzej: mogę tylko przypuszczać, że w sercu większości pozostałych Narzędzi również zalega element strachu; może to być obawa przed uchodzeniem za nieudacznika, względnie przed oskarżeniami o zachowania anormalne. Jesteśmy zwierzętami społecznymi i lubimy dopasowywać się do przyjętej normy: potrzeba odwagi, aby wyjść poza własną strefę komfortu.

Identyfikacja:

Ze swej natury taktyka zastraszania stwarza pozory prawdy, aczkolwiek owiniętej wokół granatu z zawleczką znajdującą się na swoim miejscu. Ważne jest, by rozpoznać, iż trajektoria narzuconych obaw biegnie w dół. Prawdą jest, że kiedy instytucjonalne, oparte na lęku kłamstwo zakorzeni się w kulturze, najprawdopodobniej usłyszysz je od swoich rówieśników, a nie od przedstawicieli lub instrumentów władzy; lecz w swoim początkowym stadium idee te płyną niezawodnie z dyżurnych tub instytucjonalnych: polityków, mediów popularnych, Liderów Biznesu i tych, którzy używają strachu, aby głosić wiarę w coś, co ma być uosobieniem nieskończonej miłości i troski:

A jeźlibyście mię nie słuchali, i nie czynili wszystkich tych przykazań; I jeźli ustawy moje wzgardzicie, a sądami moimi będzie się brzydziła dusza wasza, żebyście nie czynili wszystkich przykazań moich, i wzruszylibyście przymierze moje: Ja też wam to uczynię: nawiedzę was strachem, suchotami i gorączką, które wam oczy popsują a boleścią napełnią dusze wasze, a siać będziecie próżno nasienie wasze, bo je zjedzą nieprzyjaciele wasi; I postawię twarz moję przeciwko wam, i porażeni będziecie od nieprzyjaciół waszych, i panować będą nad wami, którzy was mają w nienawiści; i będziecie uciekali, choć was nikt gonić nie będzie. Biblia Gdańska/Księga Kapłańska 26, wersety 14-17

A jeźli i przeto nie usłuchacie mię, ale chodzić będziecie, mnie się sprzeciwiając: Ja też pójdę w gniewie przeciwko wam; i Ja też karać was będę siedmiorako więcej dla grzechów waszych. I będziecie jeść ciało synów waszych, i ciało córek waszych jeść będziecie. I wygubię po górach kaplice wasze, a porozwalam słoneczne bałwany wasze; i składę trupy wasze na kloce obrzydłych bałwanów waszych, a będzie się wami brzydziła dusza moja. Biblia Gdańska/Księga Kapłańska 26, wersety 27-30

Powiedzmy sobie szczerze – gdyby idea była wiarygodna, czy konieczne byłoby artykułowanie jej w tak przerażający sposób?

Konsekwencje:

Naturalna reakcja na strach nie jest taka sama, jak reakcja na agresję (zob. Narzędzie nr 10), ponieważ w obliczu lęku można podjąć walkę wyłącznie z kondycją własnego umysłu. W przypadku prawdziwego, namacalnego, przerastającego nas zagrożenia reakcją wykształconą przez ewolucję jest ucieczka; z tej przyczyny inicjatorzy tego Narzędzia separacji tworzą spust: nie musimy uciekać, ponieważ to oni ochronią nas przed nowym zagrożeniem. W rezultacie wybieramy bezruch, wpadamy w behawioralną koleinę, która – jak nam się zdaje – zapewni bezpieczeństwo, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę zabezpieczamy powodzenie przemysłowej machiny.

Sprawcy:

Wśród wyjątkowo licznej obsady aktorów drugoplanowych pozostających do dyspozycji cywilizowanej elity, by szerzyć strach są dziennikarze prasowi, telewizyjni eksperci i legion podrzędnych polityków wspinających się po lepkim maszcie władzy. Kulturowo zaszczepiony strach – na przykład potrzeba „wojny z terroryzmem” – równie dobrze może być propagowany przez znajomych, z którymi masz codzienny kontakt; ciebie nie włączając, jeśli uczestniczysz we wzniecaniu paniki.

10) Stosuje się wobec nas przemoc.

Opis:

Jeżeli nie jesteś dostatecznie przestraszony/przestraszona, trzeba cię zranić. Nie jest to niefortunny skutek uboczny nieprzestrzegania cywilizacyjnych reguł; to zasadnicza część natury cywilizacji. Znęcanie się jest zjawiskiem endemicznym występującym w każdej klasie społecznej, każdych barwach politycznych, każdej instytucji i kulturowym poddziale świata, który uznajemy za normalny. Jednak mimo swego inherentnego charakteru ujawnia się ono w chwili, gdy nasze postępowanie grozi zakłóceniem przepływu jednego z licznych strumieni pieniędzy i władzy zapewniających funkcjonowanie systemu. Jeśli nie poddałeś się wstępnym interwencjom odstraszającym, wtedy nadejdzie kolej na przemoc – prawdziwą przemoc, a nie „przemoc” zdefiniowaną przez rządzących i relacjonowaną przez środki masowej informacji. Jak ujął to Derrick Jensen:

Cywilizacja opiera się na jasno określonej i powszechnie akceptowanej, choć często nie wspominanej, hierarchii. Przemoc stosowana przez tych usytuowanych wyżej w hierarchii wobec tych, którzy uplasowani są niżej jest prawie zawsze niewidoczna, tzn. niezauważana. Kiedy zostaje zauważona, jest w pełni racjonalizowana. Przemoc użyta przez tych, którzy znajdują się niżej w hierarchii wobec tych z góry jest nie do pomyślenia, a gdy do niej dochodzi, odpowiedzią jest szok, przerażenie i fetyszyzacja ofiar.

Kiedy członek społeczeństwa biorący udział w proteście zostaje pobity pałką przez policjanta, czyn ten chroniony jest przez hierarchię, w której operuje policjant; kontekst dyktuje interpretację pobicia: był to racjonalny akt samoobrony. Kiedy podobnego, lub mniej drastycznego, czynu dopuści się wobec funkcjonariusza policji członek społeczeństwa, wówczas akt ten przeciwstawia się hierarchii; potępiany jest głośno i bez przerwy przez wszystkich, którzy mają głos, nawet przez większość uczestników protestu.

Identyfikacja:

Cywilizowanych ludzi tak skutecznie uwarunkowano, by zaakceptowali częste stosowanie przemocy w obliczu sprzeciwu – w obliczu prób uzyskania wolności i powtórnego połączenia się z czymś nie narzuconym przez hierarchię – że identyfikacja przemocy jako Narzędzia separacji stała się zaskakująco prosta. Akt agresji nie kwalifikowany przez media jako „przemoc” najprawdopodobniej jest przejawem ucisku; czymś, co w zamyśle ma utrzymać ludzi na ich miejscach w szeregu. Możemy zatem rozpoznawać systemową przemoc dzięki temu, że nie jest traktowana jako przemoc.

Konsekwencje:

Jeżeli jesteśmy w stanie zaakceptować przemoc w ramach sprawiedliwego społeczeństwa, wówczas jednoznacznie nieetyczny akt staje się normalnością. Nieodłączną częścią życia w rodzinie zdominowanej przez maltretujących rodziców lub partnerów jest normalizacja przemocy: nikt jej już nie zgłasza; toleruje się ją, w najbardziej ekstremalnych przypadkach jest nawet mile widziana. Ofiary nie są zdolne do obrony. Fala przemocy rozbiega się po wszystkich sektorach społeczeństwa: my-krzywdzeni możemy stać się oprawcami. W rezultacie każdy z nas odłącza się od etycznego siebie i przestaje postrzegać ludzi i cały świat przyrody jako ofiary: gwałt jest po prostu zwyczajową formą prowadzenia interesów, więc przestajemy stawiać opór.

Sprawcy:

Pierwszoplanowymi instytucjonalnymi siepaczami są ci, którzy bezpośrednio aplikują „bezpieczeństwo” w imieniu korporacyjnych i politycznych elit: wojskowi, policjanci, ochroniarze prywatnych agencji ochrony i inni pokrewni im egzekutorzy. Nie wystarczy jednak stworzyć świadomego przyzwolenia na maltretowanie; wymaga to bardziej subtelnego narzucenia hierarchii, zwłaszcza patriarchalnej. Tak więc ci, którzy uczą nas zasad cywilizowanego społeczeństwa – m.in. szkolni wychowawcy, duchowni, historycy i raz jeszcze środki masowego przekazu – pomagają uczynić nas sprawcami przemocy i z zapałem wspierają proces separacji.

Autor: Dave Pollard
Tłumaczenie: exignorant
Źródło polskie: Narzędzia separacji cz. I

Witaj! Jeśli zależy Ci na przekazywaniu dalej niezależnych i nie ocenzurowanych informacji, możesz dołożyć swoją cegiełkę. Dzięki darowiznom jestem niezależny od partii, ideologii, religii, koncernów itp i mogę ujawniać Tobie to, co jest przemilczane i ukrywane. Moja działalność zależy m.in. od Twojego wsparcia.

Na konto bankowe – kliknij na obrazek poniżej:

paypal_donate

Na Pay Pal – kliknij na obrazek poniżej:

paypal

Idzie wielka zmiana, oby była jak najmniej bolesna..

Idzie wielka zmiana, oby była jak najmniej bolesna..

wybory 2015Patrzę na politykę nieco inaczej niż stara się to przedstawiać główny nurt debaty publicznej. Jestem ponad podziałami ideologicznymi, stoję nieco z boku. Bardziej oceniam po tym, co dane zjawisko w polityce oznacza dla świadomości Polaków. I tak obecny obóz władzy (PO-PSL) oceniam najniżej jak tylko się da. To kanalie i bydlaki najgorszego sortu, kmiotki ze słomą w butach, którym PRL dała wykształcenie i ubrała w garniaki. Słoma z butów nadal jednak im wystaje.

Do koryta dorwali się po pamiętnej kampanii w 2007 roku, gdy zastosowano najgorszego sortu socjotechnikę i obiecano lemingom kręcenie lodów. Użyto jednego z najsilniejszych lęków ludzkich – lęku przed ostracyzmem i wyśmianiem, tym razem wyśmianiem od PiSowskiego oszołoma. Teraz zaś, zamiast kręcenia lodów przez młodych yuppies mamy umowy śmieciowe, a także ruinę gospodarki i infrastruktury kraju. Tych ludzi trzeba odsunąć od władzy, postawić przed Trybunałem Stanu i zamknąć w więzieniach z podobnymi im kryminalistami na długie lata.

Najnowszy sondaż dla Newsweeka (czasopismo aparatczyka Tomasza Lisa):
PiS – 36%
„Partia Kukiza” – 25%
PO – 20%
SLD – 5%
Nowoczesna.pl – 4% (partia Balcerowicza dla spadochroniarzy z PO)

Nie dziwi już w ogóle jawna agresja, nienawiść, jad i przede wszystkim – potworny strach o własny tyłki. Ten zwierzęcy, najbardziej pierwotny z ludzkich lęków, kipi i aż wylewa się z ekranów telewizorów. Jak mówią: „Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy” – czyste prawo karmy. To, co oni wygenerowali złego, wróci do nich wzmocnione po tysiąckroć.

Wiem, że idzie wielka zmiana. Oby ta zmiana była jak najmniej bolesna dla Polaków. Oby nie otworzyła ona prawdziwej puszki pandory. Wszak jeśli wrzód rośnie wyjątkowo długo i jest ogromnych rozmiarów, to bywa, że pęka z ogromnym hukiem. Wiemy przecież, że rozmaite „oczyszczenia” bywają bolesne. W psychologii głębi i ezoteryce oczyszczenie duchowe jest nawet nazywane „ciemną nocą ducha„.

Może nie wszyscy wiedzą, jak wielki strach o własne tyłki jest u obecnie rządzącej elity próżniaczej. W mediach – coś na kształt żałoby narodowej. Poniżej wkleję kilka kluczowych wypowiedzi tych, którzy doprowadzili nasz kraj do ruiny, a teraz boją się o własną skórę.

politykaAleksandra Frejus-Lipowczan, dziennikarka TVN: Czytaj dalej „Idzie wielka zmiana, oby była jak najmniej bolesna..”

Potężne wyzwanie dla nauki? Obszerne studium kłamstw racjonalizmu naukowego

Potężne wyzwanie dla nauki? Obszerne studium kłamstw racjonalizmu i sceptycyzmu

nauka metafizyka i racjonalizmZapraszam dziś do przeczytania fragmentu książki Michaela Crichtona, który wklejam poniżej. Wielokrotnie na swojej stronie podejmowałem tematykę dominujących poglądów w dzisiejszej nauce – sceptycyzmu, racjonalizmu, redukcjonizmu, materializmu. Pisałem o tym, że ten system pojmowania świata jest już straszliwie niewydolny, że nauka powoli zbliża się do „ściany”. Czyli muru nie do przebicia posługując się tylko tymi poglądami.

Rdzeniem ograniczenia współczesnej nauki jest dogmatyka przyjęta przez Kartezjusza i Newtona i jej późniejsze modyfikacje. W telegraficznym skrócie, zakłada ona:
-wszechświat jest maszyną i aby ją poznać, nie trzeba badać całości jako „całości niepodzielnej„, ale poszczególne jej elementy w oddzieleniu od siebie;
-człowiek i inne stworzenia żywe są „organicznymi maszynami” a nie niepodzielną, holistyczną całością. Dzieli się nas nie tylko na poszczególne organy. Ale także sprawy mózgu oddziela się od reszty, np od jelit, które są „drugim mózgiem” i też zawierają neurony. Sprawy psyche również się oddziela i nie bierze się pod uwagę, że podświadomość może „uruchamiać” wiele chorób stricte fizycznych;
-nie istnieje metafizyka, duchowość, dusza, a więc człowiek jest tylko zbiorem atomów i reakcji między nimi, a więc nie przedstawia on żadnej wyższej wartości;
-praktycznie zakazane jest zadawanie w nauce pytań, „dlaczego to takie jest jak jest„. Pyta się raczej: „jak ta ludzka / globalna / wszechświatowa maszyna działa.” Gdyż zakłada się, że wszystkie prawa wszechświata i natury powstały zupełnie przez przypadek, a egzystencja czegokolwiek i kogokolwiek nie ma żadnego sensu i celu.

Już Carl Gustav Jung zauważył, jak bardzo psychopatyczne jest to podejście do świata. Zauważył też to, jak bardzo takie postrzeganie świata jest związane z postępującym marazmem czy wręcz stanami depresyjnymi, bólem istnienia u wielu ludzi. Zbliżonym do tej filozofii prądem artystycznym był i jest egzystencjalizm. Dodać też należy coś innego.

Otóż przeświadczenie, że:

-istnieje sens i cel trwania wszechświata, świata, ludzkości, jak i pojedynczego człowieka;
-istnieje Siła Sprawcza, która wszechświatem „zarządza” i jest „autorem” wszelkich praw i wartości (nie tylko matematyki, fizyki, chemii itp);
-wszystko jest ze sobą powiązane i wszystko jest holistyczną jednością;
-istnieje coś więcej niż tylko logika, racjonalizm, liczby i pomiary;
-nie wszystko da się pojąć rozumiem.

Są odwiecznymi „prawdami” zapisanymi w najgłębszym wymiarze naszej ludzkiej istoty. Niestety, dla rozwoju nauki i technologii, odcięto nas od tej odwiecznej, pierwotnej prawdy którą cząstkę nosi każdy z nas. Nie dziwi więc „rys psychopatyczny” albo otwarta psychopatia u fascynatów nauki, u obrońców tego matematycznego modelu postrzegania świata. Wystarczy popatrzeć na to, jak tacy ludzie zachowują się w internecie. Robaczywy slang, pełno szyderstwa, cynizmu, „beki”, i często też jawnej agresji, nienawiści. Jak i otwarcie wyrażanej nietolerancji i pogardy wobec wszelkich opinii odmiennych. Aż bije od nich zła energia, złe emocje, mają oni suchy i zimny styl wypowiedzi. Czytanie ich dyskusji w norach, gdzie się zaszywają (tagi #ttdkn czy #neuropa) i koordynują ataki na niepoprawne witryny, może doprowadzić co wrażliwszych na skraj chwilowego załamania nerwowego. Jak i utraty wiary w ludzkość.

Choć te osoby, często nazywające siebie „racjonalistami” bądź „sceptykami„, w przeważającej większości mają poglądy neoliberalne, a więc „lewicowe„. Jednak ich „lewicowość” zaczyna i kończy się tylko w sferze „obyczajówki” na którą neoliberalne dyktatury zezwalają (homoseksualizm, feminizm, gender, aborcja itp). Ci ludzie, oprócz obrony skostniałych, materialistycznych dogmatów naukowych, bronią również poczynania neoliberalnych dyktatur, takich jak UE, USA i inne. Stawiają również ateizm i materialistyczne dogmaty naukowe naukowe jako rzekoma przeciwwagę do instytucji religijnych, które są w podobnej systemowej zapaści. Więc wygodnie utożsamiać się im z lewicą, choć zupełnie nie zasługują na to miano.

Ponieważ ich głównym i najbardziej widowiskowym zadaniem, szczególnie w internecie, jest obrona wszelkich „wersji oficjalnych„. A więc propagandy głoszonej przez: rządy, korporacje (szczególnie farmaceutyczne i transgeniczne), grupy lobbingowe, WHO, FAO, „Sanepidy„. Także takie przedstawianie dziedzin nauki, by były zgodne z obowiązującą neoliberalną propagandą. Np fałszerstwa i tematy tabu w psychologii.

Ale do meritum: taki paradygmat materialistyczny, jaki został przedstawiony ludzkości, powoduje szereg komplikacji. M.in. poczucie bezsensu życia, depresje, neurozy. Człowiek został, poprzez indokrynację od maleńkości (szkoła), odcięty od swoich duchowych, intuicyjnych korzeni. Wszystko jawi mu się jako przypadkowe, bezsensowne, bezcelowe. Skoro więc nic nie ma sensu i celu, to w myśl tej zasady, trzeba po prostu „chwytać dzień” czego wyrazem jest dzisiejsze, śmiechowe hasło młodych – YOLO (tłumaczenie: „żyje się tylko raz„). A więc w myśl tej filozofii, nie są potrzebne żadne zasady i wartości, trzeba tylko chlać, ćpać, imprezować i bzykać.

I ludzie tak naprawdę postępują. Miliony uzależnionych od alkoholu w Polsce, którzy choć powinni zostać skierowani na odwyk, kompletnie nie zdają sobie sprawy ze swojego problemu. Dzieje się tak, ponieważ alkoholizm to nie tylko stadium żula, a więc stadium krańcowe. Alkoholizm to sposób myślenia i działania. Alkoholizm równie dobrze może oznaczać upijanie się tylko co weekend. A tak robi miliony Polaków i jeszcze uważa to za „atrakcyjny, rozrywkowy styl życia„. Dalej: setki tysięcy uzależnione od innych niż alkohol narkotyków. Hazard, erotomania, przemoc, dulszczyzna, pęd za karierą. A więc YOLO, a więc chwytaj dzień, póki możesz, bo i tak nic innego się nie liczy?

Racjonalizm, sceptycyzm, ateizm i współczesna nauka:
Nauka odkrywa świat metafizyki? Gdzie są jej granice?
Nauka jest irracjonalna, przeżarta korupcją i służy interesom przemysłowców. Ukrywane fakty historyczne
Racjonalizm jest kultem religijnym!
Racjonalistyczna filozofia Ayn Rand jest filozofią psychopatki, mizantropijną fantazją okrucieństwa, zemsty i chciwości
-Racjonalistyczni liberałowie, czyli psychopaci?!
„Racjonalizm naukowy” czyni z nauki prostytutkę wielkiego biznesu!

Iluzja religii, materializmu, jak i możliwa alternatywa:
Najstraszniejsza tajemnica nauki, czyli dogmat materializmu i racjonalizmu
Wiedza Tajemna – dla elit i.. dla Ciebie! Racjonalistyczny ateizm i religie – dla mas
Racjonalizm naukowy: o tym jak skorumpowany ekspert zastąpił księdza
Przez chorobę do samopoznania. Racjonalizm i materializm, czyli globalne oszustwo!
Nauka zmieniła się w skorumpowaną i dogmatyczną religię. Naukowiec ujawnia tajemnice
Ateistyczny racjonalizm wychodzi z mody. Pora na Wiedzę Tajemną!

Polecam trzy poniższe nagrania video pod tytułem: „nauka odkrywa duchowość”:
Nauka odkrywa duchowość, cz. I – Tomasz Gruba – 18.06.2013
Nauka odkrywa duchowość, cz. II – Tomasz Gruba – 19.06.2013
Nauka odkrywa duchowość, cz. III – Tomasz Gruba – 19.06.2013

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


Czy nauka jest swego rodzaju religią?

Cytuję: „Jest to ostatni rozdział fascynującej autobiograficznej książki najpopularniejszego i najlepiej zarabiającego pisarza lat 90-tych, Michaela Crichtona (napisał Park Jurajski i stworzył serial Ostry Dużur). Crichton we wcześniejszych rozdziałach „Wędrówek” opisuje swoje doświadczenia w zakresie widzenia aury, czy choćby wyginanie łyżek.

Postscriptum: sceptycy z Cal Techu.

Wiosną 1987 roku poznałem Paula MacCready’ego, dowcipnego i czarującego inżyniera lotnictwa, który w 1977 roku skonstruował lotnię Kondora, spełniając w ten sposób jedno z najdawniejszych marzeń ludzkości – lot człowieka. MacCready stworzył następnie Albatrosa, pierwszy samolot napędzany siłą ludzkich mięśni, który przeleciał nad kanałem La Manche. Skonstruował także samolot o napędzie słonecznym.

W czasie rozmowy Paul zaczął się pogardliwie wyrażać o metapsychice i ludziach, którzy utrzymują, że widzą aurę. Uważał, że w najlepszym wypadku padli ofiarą oszustwa, a w najgorszym sami są oszustami. Sprzeciwiłem się temu, a w dyskusji, która z tego wynikła, Paul powiedział mi, że jest czynnym członkiem oddziału CSICOP w Pasadenie.

CSICOP (The Committee for the Scienfic Investigation of Claims of the Paranormal – Komitet do spraw Badań Naukowych nad Zjawiskami Uchodzącymi za Paranormalne) został powołany w 1976 roku przez grupę wybitnych filozofów, psychologów, przedstawicieli nauk ścisłych oraz magików. W swoim kwartalniku „The Skeptical Inquirer” z powodzeniem demaskowali rzekomą paranormalność pewnych zjawisk.

Oddziały CSICOP działały w całym kraju, a oddział w Pasadenie, do którego należało wielu uczonych z Cal Techu, był szczególnie aktywny. MacCready uznał, że powinienem wygłosić w nim odczyt. Zgodziłem się natychmiast. Pomyślałem sobie, że może to być ciekawe doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla słuchaczy. Paul zapewnił mnie, że załatwi dla mnie zaproszenie. Zabrałem się więc do przygotowywania odczytu.

Ponieważ niewiele wiedziałem o działalności CSICOP, najpierw przeczytałem wybór artykułów z „The Skeptical Inquirer”, opublikowany w tomie pod tytułem Science Confronts the Paranormal.

Wiele z tych artykułów nie wzbudziło we mnie żadnego zainteresowania, gdyż demaskowały takie zjawiska, jak biorytmy, chiromancja, astrologia, UFO i Trójkąt Bermudzki, w które i tak nie wierzyłem. Inne, dotyczące badań nad potworem z Loch Ness, wydały mi się nieciekawe, bo nie zawierały żadnych filozoficznych ani intelektualnych implikacji.

Ale w kilku artykułach wzburzył mnie zgoła nieumiarkowany ton wielu autorów, których podziwiałem: wykazywali skłonność do przypisywania swoim oponentom najniższych motywów postępowania.

Prawdę mówiąc, było chyba po obu stronach sporo osobistych niechęci, prowokujących do obrzucania się wyzwiskami. Na przykład omawiając domniemane podobieństwa między fizyką a wschodnim mistycyzmem, będące przedmiotem rozważań takich pisarzy jak Fritjof Capra, Issac Asimov zauważa:

..Jeśli intuicja jest równie ważna dla świata jak myśl racjonalna i jeżeli mędrcy Wschodu wiedzą o kosmosie tyle samo co fizycy, to dlaczego nie odwrócić sprawy? Dlaczego nie posłużyć się wiedzą Wschodu jako kluczem do rozwiązania niektórych nierozwiązanych dotąd kwestii w fizyce? Na przykład, jaki jest podstawowy składnik podatomowych cząsteczek, które fizycy nazywają kwarkami?

I konkluduje:

Jakąż bzdurą jest cała ta intuicyjna prawda i jak śmieszne jest, kiedy racjonalny umysł w chwili słabości pada przed nią na kolana. Nie, to nie jest śmieszne, to tragiczne. Już był przynajmniej jeden taki moment w dziejach, kiedy racjonalna świecka myśl starożytnych Greków ugięła się przed mistycznym aspektem chrześcijaństwa. I co z tego wynikło? Ciemnota średniowiecza.

Nie możemy sobie pozwolić na nowe średniowiecze (1).

Były to mocne słowa i czytając je zacząłem pojmować, że w CSICOP chodzi o coś więcej niż tylko o rzeczowe rozprawienie się z wątpliwymi danymi. W wywodzie Asimova zawarte było implicite porównanie między nauką a religią jako między dwoma konkurującymi ze sobą poglądami na świat. Otwiera to oczywiście możliwość uznania, że nauka jest swego rodzaju religią – ale na ten heretycki pogląd tylko niewielu naukowców mogłoby przystać.

Przeglądając tom artykułów CSICOP, zacząłem dostrzegać, że nauka, widząc zagrożenia, walczy o przewagę nad innymi sposobami postrzegania świata. Jeśli miałem przekonująco wystąpić przed oddziałem CSICOP w Pasadenie, musiałem starannie przygotować wykład. Zacząłem od oświadczenia, że się nie spodziewam, by to, co powiem, zmieniło czyjeś poglądy.

Nie zamierzam tego wieczora w Pasadenie nikogo o niczym przekonywać. Przyznałem, że ja sam wierzę w prawdziwość pewnych zjawisk metapsychicznych, a wiem, że większość moich słuchaczy w nią nie wierzy. Zaproponowałem, żebyśmy zamiast dyskutować o szczegółach, wszyscy się zgodzili, że w końcu historia dowiedzie, czy to ja się mylę w swoich poglądach, czy oni. Możemy wszyscy ufnie oczekiwać rozwiązań w tej materii.

Tymczasem chciałem opowiedzieć moim słuchaczom o niektórych swoich doświadczeniach, które doprowadziły mnie do zmiany własnych poglądów. I spróbować im wytłumaczyć, jak obecnie przedstawiają się dla mnie te sprawy. Gdyż prawdziwy problem, tak jak ja go widzę, wykracza daleko poza względnie wąską kwestię zjawisk „paranormalnych”. Dotyczy intelektualnej postawy nauki u schyłku dwudziestego wieku.

Potem zapytałem:

  • czy komuś na tej sali usuwano migdałki albo trzeci migdał?
  • Czy ktoś przeszedł operację raka piersi?
  • Czy ktoś przebywał na oddziale intensywnej terapii?
  • Czy komuś zakładano bajpas przy chorobie wieńcowej?

Oczywiście wielu z obecnych miało podobne doświadczenia. Powiedziałem: a zatem wszyscy jesteście dobrze obyci z przesądami, bo zabiegi te są przykładem działań opartych na przesądach. Przeprowadza się te wszystkie zabiegi bez naukowego dowodu, że przynoszą jakąkolwiek korzyść.

Nasze społeczeństwo wydaje miliardy dolarów rocznie na przesądną medycynę, i to stanowi znacznie większy problem – a także koszt – niż rubryka z astrologiczną przepowiednią w gazetach, co z takim zapałem zwalcza trust mózgów z CSICOP.

I dodałem: nie odżegnujmy się zbyt szybko od mocy przesądów w naszym życiu. Kto z nas, mając zawał serca, odmówi leczenia się na oddziale intensywnej terapii tylko dlatego, że takie oddziały nie mają potwierdzonej skuteczności? Wszyscy podejmiemy taką kurację. Bez przesady. Nie wszyscy – na całe szczęście. Proszę zwrócić uwagę, że Michael Crichton zmarł podczas leczenia nowotworu. Rokowania były dobre. „Operacja się udała, pacjent zmarł”.

Potem wspomniałem o wielu przypadkach nadużyć w badaniach naukowych:

  • Izaak Newton zapewne preparował swoje dane (2),
  • a na pewno robił to Gregor Mendel, ojciec nauki o dziedziczeniu (3).
  • Włoski matematyk Lazzarini sfałszował doświadczenie, na którego podstawie ustalił wartość liczby K, a jego wynik pozostał niepodważony przez całe pół wieku (4).
  • Pewien brytyjski psycholog wymyślił nie tylko swoje dane, ale także asystentów, którzy je zbierali (5).
  • W ostatnich latach zdarzały się przypadki nadużyć, w które zamieszani byli William T. Summerlin ze Sloan-Kettering, doktor John Long oraz doktor John Darsee z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Harvarda.
  • W innych takich przypadkach brali udział: zespół badawczy w Instytucie Rakowym Dany Farer, doktor Robert Slutsky z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Columbia w San Diego, doktor Jeffrey Borer z Uniwersytetu Cornella i Stephen Breuning z Uniwersytetu w Pittsburghu.
  • Chociaż większość tych przypadków dotyczy medycyny i biologii, są także przypadki nadużyć i na innych polach: wycofano właśnie trzy artykuły z „Journal of the American Chemical Science”, a w sprawie toczy się śledztwo.

Zakres takich oszustw nie jest znany, ale przypomniałem moim słuchaczom, że nadużycia w nauce niewątpliwie istnieją. Jednak z faktu, że zdarzają się oszuści, nie można wyciągać wniosku, że należy zaniechać danej dziedziny badań. Potem nadmieniłem, że cała nauka nie kieruje się jedynie racjonalnością, podobnie jak inne pola ludzkiej działalności, takie jak przemysł czy handel.

Max Planck, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, powiedział:

Nowa prawda naukowa nie odnosi zwycięstwa, przekonując swoich przeciwników i sprawiając, że dostrzegają światło. Zwycięża raczej dlatego, że jej przeciwnicy w końcu wymierają i wyrasta nowe pokolenie, już z nią oswojone”.

Przypomniałem słuchaczom o mniemaniu naukowców wszystkich wieków, że już wszystko wiedzą. Na przykład francuski anatom baron Georges Couvier, jeden z najświetniejszych i najbardziej wpływowych naukowców swoich czasów, oświadczył w 1812 roku, że „niewielka jest nadzieja na odkrycie nowych gatunków wielkich czworonogów”.

Nieszczęściem dla Couviera, po jego stwierdzeniu nastąpiło odkrycie:

  • niedźwiedzia kadiaka,
  • goryla górskiego,
  • okapi,
  • tapira białogrzbietego,
  • warana z Komodo,
  • gazeli Granta,
  • zebry Grevy’ego,
  • czarnego hipopotama
  • i pandy olbrzymiej – by wymienić tylko kilka wielkich czworonogów.

Podobne roszczenia co do posiadania niemal kompletnej wiedzy zgłaszali fizycy prawie wszystkich generacji, ale okazywały się zawsze fałszywe. Przypomniałem słuchaczom o zdarzających się w przeszłości pomyłkach świata nauki w uznaniu prawdziwych odkryć dokonywanych współcześnie:

  • Kiedy J.J. Thomson dokonał pomiaru masy i ładunku elektronu, koledzy podejrzewali go o oszustwo, gdyż był powszechnie znany z tego, jak niezdarnie się obchodzi z aparaturą pomiarową (6).
  • Kiedy w 1932 roku Carl Anderson z Cal Techu odkrył istnienie pozytronu, zarówno Bohr, jak Rutherford „od ręki” odmówili uznania jego odkrycia (7).
  • Przedstawiona w 1922 roku przez Alfreda Wegenera teoria o dryfowaniu kontynentów jest oczywista dla każdego, kto spojrzy na mapę i sprawdzi, jak kontury lądów przystają do siebie, a jednak geologowie musieli walczyć aż czterdzieści lat, by przekonać do niej tak wybitnych jej przeciwników, jak Harold Jeffreys i Maurice Ewing.

Przypomniałem następnie moim słuchaczom, że szybkość postępu w nauce jest bardzo zmienna. Prawo ciążenia Newtona obowiązywało niezmiennie przez ponad dwa stulecia, póki nie stwierdzono, że podważa je precesja Merkurego.

(Można uznać, że określenie „podważa” jest zbyt mocne, że precesja Merkurego każe tylko wprowadzić pewne modyfikacje do mechaniki Newtonowskiej, czyli rozumieć teorię Newtona jako pozwalającą określać jedynie przybliżone wartości. Taki argument jest niesłuszny. Nazwać teorię względności Einsteina modyfikacją mechaniki Newtonowskiej to tak jakby bombę atomową nazwać modyfikacją prochu strzelniczego. By wnikliwie rozważyć głęboki wstrząs intelektualny spowodowany upadkiem mechaniki Newtonowskiej, zob. J. Bronowski The Common Sense of Science, Harvard Unwersity Press, Cambridge, Mass. 1978).

I przeciwnie, przynajmniej od dwóch wieków, od czasu dyskusji naukowców w Paryżu z udziałem Benjamina Franklina i Lavoisiera, którzy odmówili mesmeryzmowi wszelkiej wartości, praktykowanie hipnozy budziło powszechną nieufność, a jednak obecnie hipnoza znalazła uznanie i szerokie zastosowanie. A więc szybkość postępu w jakiejś dziedzinie nauki nie jest żadnym wskaźnikiem prawdziwości jej osiągnięć.

Następnie wskazałem na poszukiwanie nowinek i mody w nauce, którym ulegają wszyscy naukowcy. Cała rzesza najwybitniejszych uczonych świata uznała za całkowicie stosowne zaproponować społeczeństwu kosztowne badania życia pozaziemskiego (8), chociaż badanie to, zdaniem George’a Gaylorda Simpsona, jest „badaniem bezprzedmiotowym” (9). Przekonanie o istnieniu życia pozaziemskiego jest aktem czystej wiary.

Niewielu natomiast, a chyba nawet żaden z tych wielkich naukowców nie podpisałby się pod wnioskiem o badanie zjawisk metapsychicznych, bo paranormalność nie jest obecnie w modzie, a życie pozaziemskie jest. A przecież bezsprzecznie jest znacznie więcej dowodów na występowanie zjawisk metapsychicznych niż na istnienie życia pozaziemskiego.

Mówiłem im dalej, że moim zdaniem nauka nie różni się zbytnio od innych dziedzin ludzkiej działalności:

  • Są w niej mocno zakorzenione i święcone przesądy,
  • są w niej oszustwa,
  • są potknięcia i błędy,
  • jest zachowawczość i zwykły upór,
  • i są modne kierunki.

Marzello Truzzi, były redaktor dziennika CSICOP, słusznie zauważa: „Naukowcy nie są wzorami racjonalności, obiektywizmu, szerokich horyzontów umysłowych i pokory, jak by chcieli być postrzegani przez innych” (10).

Przypominałem o tym słuchaczom nie po to, by umniejszyć wartość nauki, ale po to, by umieścić działania naukowe w bardziej realistycznej perspektywie, uwzględniającej zjawiska dotąd nie przyjmowane do świadomości.

Następnie powiedziałem, że chciałbym poruszyć sprawę największych przeszkód występujących przy próbie naukowych badań omawianych zjawisk. W wielu przypadkach badacze działania tak zwanych sił metapychicznych spotykają się z oporem ze strony tak zwanych praktyków, którzy twierdzą:

  • że nie mogą osiągać wiarygodnych efektów na zamówienie;
  • że nie mogą pracować w warunkach laboratoryjnych,
  • że przeszkadza im otoczenie unoszących brwi sceptyków
  • i tak dalej.

Wydaje się, że owi praktycy uzależniają zjawiska metapsychiczne od swego wewnętrznego stanu. Muszą być „w nastroju”, a z nastroju łatwo ich wytrącić. Tradycyjnie naukowcy uważają, że trudno uznać takie stanowisko. Stany mistyczne, stany medytacyjne, popadanie w trans, z tym wszystkim trudno jest się im pogodzić. A przecież każdy zna z potocznego życia czynności, do których trzeba być „w nastroju:

  • na przykład stosunek seksualny: kobieta musi wydzielać śluz, a mężczyzna mieć erekcję.
  • Inną zależną od wewnętrznego stanu czynnością jest działalność twórcza, której nie można rzetelnie wykonywać na żądanie, o czym świadczy obfita literatura poświęcona „zabiegom o względy muzy”.

Wiemy z subiektywnych doniesień i z naszego własnego doświadczenia, że tym uzależnionym od naszego wewnętrznego stanu zjawiskom towarzyszą zmiany świadomości. Może to być wyczuwana subiektywnie albo realna zmiana w przepływie energii czy w koncentracji, może to być zmiana w postrzeganiu czasu i tym podobne.

Te zmiany mogą być różne każdego dnia, mogą przebiegać inaczej u każdej osoby, a u tej samej osoby ulegać przemianom z doświadczenia na doświadczenie. Ta wielka zmienność owych doświadczeń i subiektywność ich charakteru sprawiają, że badanie zjawisk uzależnionych od stanu wewnętrznego jest trudnym wyzwaniem dla badań naukowych.

Chciałbym tylko państwu przypomnieć, że naukowe badanie zjawiska twórczości nie powiodło się w naszym stuleciu lepiej niż naukowe badanie zjawisk metapsychicznych, i to z tych samych przyczyn. A przecież nikt nie zaprzeczy, że twórczość istnieje. Tylko trudno ją badać.

Sceptyczni naukowcy często twierdzą, tak jak Carl Sagan, że cudowne zdobycze prawdziwej nauki znacznie przewyższają domniemane cuda nauki marginalnej. Sądzę, że można odwrócić ten pogląd i stwierdzić, że cuda prawdziwej świadomości znacznie przewyższają to, czego istnienie uznaje konwencjonalna nauka.

Przypuśćmy, na przykład, że wam powiem, iż napada na was grupa osiłków, a wy, nim was powalą na ziemię i stratują, macie rzucić piłką na odległość siedemdziesięciu metrów i trafić w jednometrowy cel, który widzicie przed sobą. Wątpię, czy ktokolwiek na tej sali by to potrafił.

A jednak podczas sezonu piłki nożnej możemy w telewizji oglądać takie nieprawdopodobne zdarzenie w każde niedzielne popołudnie. Zmiany w świadomości zawodowych piłkarzy, konieczne do tego, by wykonać strzał z głębi boiska, są dla nas czymś powszednim, a więc niezauważalnym, ale to daje nam przynajmniej do myślenia, że może inne wyuczone zmiany świadomości, wyrosłe na gruncie innych kultur i tradycji, mogą także dawać zadziwiające rezultaty.

Próbowałem poprzednio potocznie przedstawić naukowe zastrzeżenia wobec tak zwanych zjawisk paranormalnych. Prawda, że wiele z nich to przesądy, ale w świecie nauki, takim jak świat wysoce stechnicyzowanej medycyny, także jest wiele przesądów. Prawdą jest, że w dziedzinie metapsychiki działa wielu oszustów, ale wśród naukowców także zdarzają się oszuści.

Prawdą jest, że badania w tej dziedzinie postępują powoli, ale to samo się dzieje w wielu dziedzinach nauki, zwłaszcza jeśli są słabo finansowane. Prawdą jest, że niektóre zjawiska paranormalne wydają się zależne od wewnętrznego stanu psychicznego i są powiązane ze świadomością, ale wiele jest takich samych zjawisk w naszym codziennym życiu, a prowadzą one niekiedy do takich niezwykłości jak nowe malarstwo czy strzał do bramki podczas niedzielnego meczu.

A skoro tak, to moim zdaniem żaden z tych tradycyjnych zarzutów naukowców nie usprawiedliwia rezygnacji z badań w tej dziedzinie. Przyjrzawszy się sprawie bliżej, znajduję trzy inne, znacznie poważniejsze powody niechęci do podejmowania takich badań. Pierwszym takim powodem jest quasi-religijny niepokój, jaki budzą te zjawiska w zatwardziałym naukowcu.

Na początku naszego wieku Freud i Jung zerwali przyjaźń z powodu odmiennego stosunku do zjawisk nadprzyrodzonych (11). Jung był nimi jawnie zainteresowany (12), Freud zaś nie. Przed rozłamem Fred napisał do Junga:

Mój drogi synu, zachowaj chłodną głowę, bo lepiej jest czegoś nie zrozumieć, niż poczynić tak wielkie poświęcenia, by to zrozumieć” (13).

A entuzjastyczne zainteresowanie Junga astrologią, którą badał jako system psychologicznej projekcji, nie zaś jako fizyczną rzeczywistość, skłania Freuda do odpowiedzi:

Obiecuję ci, że uwierzę we wszystko, co wygląda racjonalnie. Ale nie tak chętnie to uczynię..” (14)

Powstaje pytanie: dlaczego? Dlaczego Freud był tak oporny? Sam bez wahań oddawał się studiom nad mitologią i sztuką. Ale okultyzm go najwyraźniej niepokoił w sposób trudny do wytłumaczenia. Dałoby się wykazać, że ów niepokój ma w gruncie rzeczy korzenie religijne, sięgające tak głęboko, że trzeba by dłuższej rozprawy, by je ujawnić, a to by odbiegało od naszego tematu.

W dodatku zjawiska paranormalne budzą również lęk zrodzony z pewnego przesądu intelektualnego. Założyłbym się, że każdy tu na tej sali odczuwa go w poważnym stopniu. Wszyscy odebraliśmy znakomite wykształcenie i wyćwiczono nas w racjonalnym linearnym myśleniu.

Nauczono nas cenić wartość takiej myśli i owoce takiej myśli. Więc odwracamy się z wyraźną niechęcią od tych półek w księgarni, na których ustawiono książki z dziedziny okultyzmu, pisaninę wszelkiego rodzaju ciemnych i zacofanych autorów. Ci ludzie nie podzielają naszego sposobu myślenia ani naszych sądów o rzeczywistości, a my otrząsamy się z obrzydzenia, kiedy oglądamy ich dzieła.

Czy się do tego przyznajemy czy nie, każdy, kto sobie zdobył jakiś akademicki status, przestrzega pewnych kryteriów w doborze odniesień, na które się powołuje w swoich pismach, a przede wszystkim w doborze tematów, jakimi się zajmuje. Podejrzewam, że te kryteria odzwierciedlają wszechwładny przesąd panujący nad wszelkimi akademickimi rozważaniami o zjawiskach paranormalnych – tak jak niepochlebna opinia o Mesmerze zapanowała nad wszystkimi sądami o hipnozie, której wartość wyznawał.

Trzecią przyczyną, dla której naukowcy są tak niechętni badaniom zjawisk nadprzyrodzonych, jest to, że wydają się one przeczyć znanym fizycznym prawom natury. Po co zajmować się czymś, co jest niemożliwe? Tylko szaleniec będzie tracił na to czas. Nie można nie doceniać problemu niezgodności faktycznych danych z teorią. Arthur Eddington powiedział kiedyś, że nie powinno się nigdy wierzyć żadnemu doświadczeniu, póki nie potwierdzi go teoria, ale tego humorystycznego poglądu nie można przecież brać na serio.

Dzieje nauki w istocie potwierdzają prymat teorii. Bronowski pisze:

Karol Darwin nie wynalazł teorii ewolucji, już jego dziadek ją znał. On badał mechanizm ewolucji: mechanizm doboru naturalnego (…). Kiedy Darwin go [ów mechanizm] ogłosił, teoria ewolucji została przez wszystkich przyjęta i uważano, że jest rzeczą najbardziej oczywistą, by nazwać ją teorią Darwina” (15).

Innymi słowy, dane wspierające teorię ewolucji – takie jak doniesienia o kopalnych szczątkach – były od dawna znane, brak jednak było przekonującej teorii, by wyjaśnić te dane. Kiedy Darwin ogłosił swoją teorię, uznano również wiarygodność danych.

Zważcie teraz na tak zwane zjawiska metapsychiczne, takie jak jasnowidztwo, widzenie przeszłości i psychokineza. Teoria fizyki zdaje się zaprzeczać im wszystkim. W każdym razie nie istnieje żadna teoria, która by je obejmowała. I to chyba jest główną przyczyną, dlaczego zaprzecza się danym świadczącym o tych zjawiskach.

Jakim danym? – możecie zapytać. Wielu naukowców twierdzi, że nie ma w ogóle żadnych danych – że żadne wydarzenie tego rodzaju nie jest należycie udokumentowane, należycie sprawdzone, a zatem wszystkie mogą być wynikiem zręcznego oszustwa.

Zdarzają się jednak przypadki, które zdają się rzucać wyzwanie takim naukowym interpretacjom – jest nim w szczególności przypadek słynnego medium ubiegłego wieku, pani Piper, której patronował sam William James, profesor psychologii na Uniwersytecie Harvarda.

Pani Piper przez blisko ćwierć wieku była poddana ścisłej obserwacji, a jednak żaden sceptyk nie potrafił wykazać jej oszustw ani podstępnych sztuczek. Wciąż jednak podejrzewano ją o oszustwo. Rozgniewany tym James napisał:

Naukowcy”, którzy dopatrują się tu oszustwa, winni pamiętać, że tak w nauce, jak i w codziennym życiu hipoteza po to, by można o niej poważnie dyskutować musi być dokładnie sformułowana, a nazwania czegoś oszustwem, bez wskazania, na czym ono polega, po prostu „oszustwem” w ogóle, oszustwem in abstracto, nie można uważać za specyficznie naukowe objaśnienie specyficznych konkretnych faktów” (16).

A innym naukowcom, którzy nadal podtrzymywali tezę o wciąż niewykrytym oszustwie, James odpowiedział:

Uważam, że największym źródłem przekłamań w badaniach natury jest utrwalone przeświadczenie, że pewien rodzaj zjawisk jest niemożliwy” (17).

Poza węższym zagadnieniem, czy w ogóle zachodzą takie szczególne zjawiska jak jasnowidztwo, telepatia albo oglądanie aury, istnieje szerszy problem dotyczący współczesnej nauki. Myślę mianowicie o pewnej sztywności poglądów panujących wśród naukowców, o pewnej skłonności do mieszania współczesnych teorii naukowych ze stanowiącą ich podstawę rzeczywistością.

Jacob Bronowski, jeden z najwybitniejszych komentatorów stosunku nauki do innych rodzajów ludzkiej działalności, zawsze przypominał, że teorie naukowe są pewnym zmyśleniem:

Nauka, tak jak sztuka, nie jest odwzorowaniem natury, ale jej przetworzeniem” (18).

Nauka przedstawia nam obraz świata, lecz nie należy mylić tego obrazu z samą rzeczywistością, z której powstaje. A jednak wszyscy mamy skłonności do mylenia opartych na zmyśleniu przekonań z samą rzeczywistością. Sądzę, że większość z was, lecąc samolotem nad Stanami Zjednoczonymi i wyglądając przez okno, dziwi się, że nie widzi linii rozdzielających poszczególne stany, jak na mapie.

Ja sam dobrze pamiętam wstrząs, jaki przeżyłem, kiedy po raz pierwszy oglądałem pod mikroskopem ludzką tkankę i stwierdziłem, że jest bezbarwna. Spodziewałem się, że zobaczę różową komórkę i purpurowe jądro. Ale te kolory pochodzą od sztucznego zabarwienia preparatu mikroskopowego. Prawdziwa komórka jest bezbarwna.

Oczywiście wiedziałem o tym, tak jak wszyscy wiemy, że nie ma na ziemi żadnych kresek wyznaczających granice kraju. Ale o tym zapominamy. I w gruncie rzeczy zapominamy o tym z zadziwiającą łatwością. Zostałem wychowany w dwudziestowiecznej zachodniej, racjonalnej naukowej tradycji. Nauczono mnie myśleć, że naukowy pogląd na świat jest poglądem poprawnym, a każdy inny to czysty przesąd. Zgadzałem się ze słowami Bertranda Russella:

Czego nam nauka nie może powiedzieć, tego ludzkość nie może poznać”.

Miałem jednak kilka doświadczeń, które były sprzeczne z tym poglądem, a moje późniejsze doświadczenia wyłamywały się z racjonalnych naukowych ram widzenia świata. Nadal uważam naukowy pogląd na świat za użyteczny i często z dobrym dla siebie skutkiem go podzielam. Ale obecnie uważam, że nauka stwarza jedynie arbitralny i ograniczony model rzeczywistości.

Rzeczywistość jest bowiem szersza – znacznie szersza – niż to, co o niej wiemy, niż to, co potrafimy o niej powiedzieć. Sprawdźmy to na przykładzie krótkiego doświadczenia. Pomyślcie o kimś, kogo dobrze znacie. Teraz sformułujcie słuszne zdanie opisujące tę osobę:

George jest człowiekiem zrównoważonym”.

Możliwe, że kiedy się nad tym zastanowicie, zaczną się wam przypominać przypadki, kiedy George wpadał w złość albo był czymś przygnębiony, albo z jakichś powodów był w złym humorze. Pomyślicie o wyjątkach od waszej ogólnej opinii. Będziecie więc musieli przyznać, że wasze zdanie nie było sformułowane zbyt ściśle.

Możecie je zmodyfikować i powiedzieć: „George często bywa zrównoważony”, ale i takie zdanie jest właściwie wykrętne. Słowo „często” oznacza tylko, że wasze zdanie jest czasem słuszne, a czasem nie. A skoro nie mówi o tym, kiedy wasze twierdzenie jest niesłuszne, niewiele tu może pomóc.

Będziecie więc musieli wyłożyć rzecz jaśniej i rozwinąć zdanie:

George jest człowiekiem zrównoważonym, prócz poniedziałków, kiedy poprzedniego dnia przegrała jego ulubiona drużyna piłkarska, albo kiedy pokłóci się z żoną, albo wtedy, kiedy jest zmęczony i źle się czuje – przeważnie pod koniec tygodnia, ale nie zawsze – albo kiedy jego szef daje mu do wiwatu, albo kiedy musi ponownie napisać sprawozdanie, albo kiedy musi wyjechać z miasta.. albo kiedy.. albo kiedy..

Wkrótce zobaczycie, że wasze zdanie zamienia się w esej, a i tak jeszcze nie powiedzieliście o George’u wszystkiego, co wiecie. Wciąż nie macie jego kompletnego opisu. Możecie wypisywać o nim całe strony, i tak nigdy nie skończycie. W gruncie rzeczy próba pełnego i rzetelnego stwierdzenia zrównoważonego charakteru George’a jest beznadziejna. Przedmiot jest zbyt skomplikowany. Od początku była to próba beznadziejna.

Spróbujmy więc jeszcze raz.

George jest czysty i porządny”.

Uważacie, że temu nie da się zaprzeczyć. George jest zawsze starannie ubrany, a na jego biurku panuje porządek. Ale czy widzieliście jego warsztat w przydomowym garażu? Cóż za bałagan! Narzędzia wszędzie porozrzucane. Żona musi zawsze po nim sprzątać. A co się dzieje w bagażniku jego samochodu! Po prostu graciarnia. A on nawet się nie zatroszczy o to, by zrobić tam porządek.

George jest zazwyczaj czysty i porządny”.

Ale teraz już widzicie, dokąd taka modyfikacja może doprowadzić – do kolejnego eseju. Wypowiedzmy o nim zatem takie twierdzenie, które będzie kompletne, a zarazem zwięzłe: „George ma szpakowate włosy”.

Sądzicie, że tak właśnie jest. Ma szpakowate włosy, to nie ulega kwestii. Oczywiście nie wszystkie jego włosy są szpakowate, choć przeważnie są, zwłaszcza na skroniach i nad karkiem. Więc w tym zdaniu jest pewne uproszczenie, ale nie da się mu zaprzeczyć.

Ale jeśli nawet obecnie George ma szpakowate włosy, nie miał ich parę lat temu. A kiedyś w przyszłości jego włosy staną się białe. Więc jest to poprawny opis George’a tylko teraz, w obecnej chwili. Nie jest to opis George’a generalny i niezmienny.

Próbujmy dalej:

George ma metr osiemdziesiąt trzy wzrostu”.

I znów jest to prawda w granicach dokładności pomiaru. Zapewne nie mierzy dokładnie metr osiemdziesiąt trzy. Chyba mieści się gdzieś w granicach metra siedemdziesięciu siedmiu i metra osiemdziesięciu pięciu. I oczywiście nie zawsze miał metr osiemdziesiąt trzy. W dzieciństwie był znacznie niższy. Więc i takie stwierdzenie jest jedynie przybliżeniem.

George jest mężczyzną”.

No tak. Ale określenie „mężczyzna” jest szczególnego rodzaju. Jeśli się dobrze w nie wmyślić, słowo „mężczyzna” jest zdeterminowane kulturowo. W chwili urodzenia nie był jeszcze uważany za mężczyznę. Trzeba do tego osiągnąć pewien wiek i pozycję społeczną, by zostać uznanym za prawdziwego mężczyznę.

George jest istotą rodzaju męskiego”.

Temu nie da się zaprzeczyć. George zawsze był, jest i będzie istotą rodzaju męskiego. To nie podlega dyskusji. To niezmienna prawda. Jest to dokładny opis stanu faktycznego George’a. Oczywiście przez „istotę rodzaju męskiego” rozumiemy, że ma ona chromosom X i chromosom Y. Ale tego z całą pewnością nie wiemy, prawda? George mógłby mieć jakiś dodatkowy chromosom. Mógłby być jedynie pozornie istotą rodzaju męskiego.

I tak dalej. Z naszego doświadczenia z formułowaniem sądów o George’u można wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy, że każdy taki sąd da się podważyć. Dlaczego? Dlatego, że nasze twierdzenia o George’u stanowią jedynie przybliżenie, uproszczenie. Prawdziwa postać zwana George’em jest bardziej skomplikowana niż każdy sąd, jaki o niej wydamy. Dlatego możemy zawsze w tej realnej postaci odnaleźć także cechy sprzeczne z tym, co o niej powiedzieliśmy. Drugi wniosek jest ten, że z naszych twierdzeń o George’u najpewniejsze są te najmniej interesujące.

Nie możemy powiedzieć nic istotnego o jego nastrojach, zamiłowaniu do porządku czy o całej złożoności jego postępowania. Jesteśmy na znacznie pewniejszym gruncie, opisując najprostsze aspekty jego powierzchowności: kolor włosów, wysokość, płeć i tym podobne. W tych sprawach – przy uwzględnieniu błędu pomiaru i zmian związanych z upływem czasu – możemy być pewni tego, co o nim mówimy.

Ale tylko krawiec mógłby się tym szczycić. I istotnie, mógłby to być powód do dumy dla krawca. Po zrobieniu wielu przymiarek na George’u i po każdej przymiarce poprawiając szablon wykroju, krawiec mógłby w końcu skroić podczas jego nieobecności garnitur, który będzie na nim leżał jak ulał, kiedy go przymierzy po wykończeniu.

Jest to triumf sztuki brania dokładnych pomiarów. Ale ubranie, które tak świetnie leży, może odziewać człowieka, o którym krawiec nic zgoła nie wie. I nawet nie chce wiedzieć. Mogą go nie obchodzić inne aspekty George’a. To nie jego sprawa.

Z drugiej strony, to, co nas najbardziej interesuje w George’u, to nie są bynajmniej jego wymiary. Nas interesują właśnie te jego cechy, które krawca zgoła nie obchodzą. Ale znacznie trudniej jest określić te inne cechy, niż krawcowi wziąć dokładne pomiary z George’a. Krawiec może dokładnie opisać George’a, a my w ogóle nie potrafimy tego zrobić. A zatem, skoro krawiec jest taki świetny – tak mu się udaje to, co robi, mogłoby nas podkusić, by właśnie jego zapytać:

Kim jest George?

Krawiec odpowie:

George ma wymiary numer 44.

A kiedy mu powiemy, że ta jego odpowiedź nas nie zadowala, odpowie nam z całą pewnością siebie, że niewątpliwie słusznie go ocenia, bo potrafi mu skroić garnitur, który będzie na nim świetnie leżał już od pierwszej przymiarki. Na tym w istocie polega problem naukowego poglądu na rzeczywistość.

Nauka jest rodzajem uświetnionej roboty krawieckiej, metodą brania pomiarów z czegoś, z rzeczywistości, której można wcale nie rozumieć. Nauka jest najwyższym dobrem. Z pewnością przyniosła nam wielkie dobrodziejstwa. Byłoby szaleństwem się od niej odwrócić albo zanegować jej osiągnięcia. Równym szaleństwem byłoby sądzić, że rzeczywistość ma wymiary numer 44. A jednak wydaje się, że tak właśnie sądzi zachodnia społeczność.

Przez czterysta lat nauka odnosiła takie sukcesy, że wreszcie krawiec zdominował mentalność społeczną. Jego wiedza wydaje się bardziej ścisła i doniosła niż wiedza oferowana przez inne dyscypliny, jak historia, psychologia bądź sztuka. I w końcu stajemy wobec takich wytworów nauki z mdlącym poczuciem pustki. Podejrzewamy, że w rzeczywistości jest coś więcej, niż mogą nam to objawić nawet najdokładniejsze pomiary.

Ale powróćmy do poprzedniego zagadnienia: opisu George’a. Kiedy bierzemy pod uwagę cokolwiek innego niż jego wymiary, stwierdzamy, że niezwykle trudno wyrazić jakikolwiek sąd o George’u, któremu nie można by było natychmiast przeciwstawić innego, równie prawdziwego.

Możemy zatrzymać się dłużej przy tym zagadnieniu i dalej poszukiwać niepodważalnych sądów o George’u. Ale w końcu, po wielu niepowodzeniach, zaczniemy podejrzewać, że to zadanie w żaden sposób nie może nam się udać. Rzeczywista prawda o George’u wciąż będzie się nam wymykać. Cokolwiek powiemy, to będzie nie to.

W tej sprawie słowa kogoś, kto powiedział: „Nie jest w mocy słów określić istnienie”, nie brzmią już tak ezoterycznie. Wydaje się, że właśnie sami doszliśmy do takiego wniosku. Jest to stwierdzenie Lao-cy [autor Tao Te Ching, Księga Drogi i Cnoty], chińskiego mistycznego myśliciela sprzed dwudziestu pięciu wieków. Lao-cy uparcie to powtarzał:

Istnienie jest nieskończone i nie daje się określić”.

Ale jeżeli tak właśnie jest – jeżeli rzeczywistość będzie się zawsze wymykać wszelkim określeniom, tak jak wymyka się George – to co możemy zrobić?

Nie potrzeba wybiegać na dwór,
By coś lepiej zobaczyć,
Ani wyglądać oknem. Schroń się raczej
W głąb siebie.
Bo im dalej od siebie odejdziesz, tym mniej się dowiesz.

Lao-cy tłumaczy tutaj, że należy się zwrócić ku własnemu wnętrzu, ku własnemu wewnętrznemu poczuciu rzeczywistości, zamiast szukać jej na zewnątrz. Mogłoby się wydawać, że słowa te zawierają krytykę akademickiego wykształcenia, i istotnie gdzie indziej mówi już o tym otwarcie:

Porzuć te wszystkie wspaniałe nauki!
Skończ z nudziarstwem Przytakiwania temu, a może owemu.
Jakże mało znaczą różnice między nimi.
To jest na pewno tym, a tamto na pewno owym.
I jakiż z tego, choćby znikomy, pożytek?

Lao-cy głosi wiele podobnych twierdzeń, które zdają się sprzeciwiać szkolnemu wykształceniu, a nawet w ogóle wiedzy. Dlaczego tak sądzi?

Ludzie, uważając coś za piękne,
Sądzą, Że coś innego piękne nie jest.
Uważając, że ktoś jest sprawny,
Osądzają, że kto inny nie jest sprawny.
Życie i śmierć, choć jedno się rodzi z drugiego,
Wydają się w sporze jako stadia zmiany,
Łatwe i trudne jako fazy dokonań,
Długie i krótkie jako miary przeciwieństw,
Wzniosłe i niskie jako stopnie odniesień.
Ale skoro zmienność tonów nadaje głos muzyce
I temu, co jest, co było i będzie,
Najzdrowszy na umyśle człowiek
Nie podejmuje żadnych działań,
Nie obala żadnych praw.
Wszystko, co mu się przydarza, przyjmuje takie, jakie jest..

Lao-cy mówi w istocie tyle: nie wyróżniajcie jakichś szczególnych cech, bo każde takie wyróżnienie wywołuje jednocześnie swoje przeciwieństwo, a w wielu przypadkach ta gra przeciwieństw stanowi tak nierozerwalną całość, jak zmienność tonów stanowi muzykę. Mówi też: nigdy nie osiągnięcie jasnego oglądu świata, jeżeli będziecie go postrzegać poprzez rozróżnienia..

Najlepszą próbą, czy człowiek jest mądry
Jest to, czy przyjmuje życie w całości takim, jakie jest
Nie musząc go wymierzać ni badać dotykiem
By pojąć bezmierność nietykalnego źródła Jego obrazów..

Postawa Lao-cy ukazuje, jak można poradzić sobie z faktem, że cokolwiek powiemy o rzeczywistości, jest nieuchronnie fałszywe albo niepełne. Lao-cy powiada, że powinniśmy życie przyjmować w całości takim, jakie jest, nie musząc go rozumieć.

Postawa taka jest w pewnym sensie irracjonalna, a już z całą pewnością antyintelektualna. Ale ukazuje wyraźnie nakreśloną perspektywę. Choć nie każdemu może ona przypaść do gustu, musimy jednak uznać, że jest to prawdziwe rozwiązanie prawdziwego problemu.

Swego czasu Jacob Bronowski usiłował przekonać swoich słuchaczy, w większości o humanistycznym wykształceniu, by zwrócili większą uwagę na nauki ścisłe, wykazując im związki tych nauk z humanistyką. Trzydzieści lat później sytuacja się odwróciła. Teraz, jak mi się zdaje, trzeba przypominać naukowcom o podobieństwach, jakie zachodzą między ich działalnością a działalnością innych ludzi, a w szczególności wymaga przypomnienia fakt, że racjonalna redukcjonistyczna metoda naukowa nie jest jedyną drogą wiodącą do odkrycia użytecznej prawdy.

Uważam wiarę w jedyność tej metody za najcięższy przesąd panujący wśród znanych mi naukowców. Mój przyjaciel Marvin Minsky w swojej świeżo wydanej książce pisze w niezmiernie krytycznych słowach o stanach mistycznych: uznaje te stany za „zgubne” i mówi o „ofiarach podobnych przypadków”:

Pewność można tu osiągnąć jedynie odcinając się od badań.. Godzić się na dopuszczenie paradoksu, to jakby nachylić się nad przepaścią. Możecie się przekonać, jak łatwo w nią wpaść, a potem nie móc się z niej wydostać. Skoro dopuszcza się sprzeczność, tylko niewiele umysłów potrafi odeprzeć takie urągające zdrowemu rozsądkowi slogany jak ten, że »wszystko jest jednością«„ (19).

Jeszcze dosadniej Stephen Hawking mówi o mistycyzmie, że jest on „kryjówką. Jeśli fizyka teoretyczna i matematyka są dla ciebie za trudne, szukasz ucieczki w mistycyzmie” (20).

Takie stwierdzenia, z grubsza biorąc, są zgodne ze zdaniem Asimova, że ucieczka w intuicję jest dobra dla tych, którzy stracili cierpliwość. Hawking posuwa się dalej, sugerując, że mistycyzm jest dobry dla tych, którzy nie są dostatecznie inteligentni, by zajmować się fizyką. Nie zgadzam się z tym stanowiskiem.

Może najłatwiej mi będzie wyrazić swoje zastrzeżenia, stwierdzając, że w samej fizyce nie znajduję dostatecznych podstaw do wytłumaczenia zachowań fizyków. Skąd się bierze wiara fizyków w jej spójność, w jej jednorodność? Ta wiara jest tak silna, że ludzie poświęcają życie, by dowieść jej prawdy. Ale przecież tego nie widać. To, co przed sobą widzimy, przedstawia najwyraźniej świat niejednorodnych przedmiotów i bezładnych wydarzeń.

Szukamy tkwiącej u ich podłoża jedności i ją znajdujemy. Nawet jeśli się zgodzimy, że naukowe postrzeganie jedności nie jest takie samo jak mistyczne postrzeganie jedności, i tak pozostaje pytanie: co zmusza naukowca do poszukiwania jedności? Czy chodzi tu o ujęcie świata w formuły matematyczne?

A czyż jakikolwiek trzeźwo myślący naukowiec wierzy, że wystarcza mu to czysto formalistyczne zainteresowanie, by go skłaniać do długoletniej pracy po wiele godzin dziennie? Czy nauka stanowi tak totalny system wzajemnych odniesień, że jedyną siłą napędową jego trudów jest chęć ustalenia wewnętrznych związków między teoriami? Ja sądzę, że nie.

Przypuszczam, że siłą, która zmusza naukowców do tak wytężonej pracy, jest poczucie, że nasz świat – rzeczywistość – skrywa w sobie pewien ład, a naukowiec usiłuje wydobyć ten ład na światło dzienne. Przymus wewnętrzny, pod jakim działa naukowiec, jest taki sam jak przymus wewnętrzny mistyka. Każe mu on zgłębiać do dna sprawy, badać, jak istotnie funkcjonuje świat, poznawać naturę rzeczywistości.

Pewien fizyk, laureat Nagrody Nobla, napisał:

Chciałem nauczyć się rysować z bardzo osobistej przyczyny: pragnąłem wyrazić swój zachwyt pięknem tego świata. A zachwyt trudno opisać, bo to jest uczucie.

Jest to podobne do uniesienia religijnego, kiedy się czuje, że ma się oto do czynienia z bóstwem, które panuje nad wszystkim w całym wszechświecie. Kiedy się pomyśli, że sprawy, które wydają się tak różne i które toczą się tak różnie, są kierowane „zza kulis” przez tę samą organizację, według tego samego prawa fizycznego, czuje się tchnienie wszechogarniającego porządku.

Jest w tym zachwyt matematycznym pięknem natury i sposobem jej funkcjonowania: uświadomienie sobie, że zjawiska, jakie oglądamy, wynikają ze złożonej interakcji atomów; poczucie, że to jest wspaniałe i pełne dramatycznego napięcia. Sądziłem, że owo uczucie nabożnej czci – czci naukowej – mógłbym przekazać za pomocą rysunku komuś, kto ma podobne przeżycia. Mogłoby to mu przypomnieć choć na chwilę o wspaniałości wszechświata.” (21)

Niektórzy z was mogą rozpoznać w autorze tych słów Richarda Feynmana, wybitnego członka Cal Techu. Przytaczam ten ustęp, gdyż, jak mi się zdaje, przedstawia on dokładnie taki sam wnikliwy jednolity wgląd wewnętrzny w istotę natury, jaki obrzucają oszczerstwami inni naukowcy. A także dlatego, że to stwierdzenie ów najbardziej godny zaufania i daleki od wszelkiej małostkowości autor obwarowuje pewnymi ograniczeniami.

Feynman mówi, że jego uczucia są „podobne do uniesienia religijnego”. Docenia jedynie „matematyczne piękno” natury. A nabożna cześć jest czcią „naukową”, tak jakby cześć naukowa różniła się czymkolwiek od zwykłej czci. Wydaje mi się to dziwnie ostrożnym wyrazem tego, co jak sądzę, jest niemal powszechnym ludzkim uczuciem.

A skoro mowa o artystycznej karierze Feynmana, warto wspomnieć tu o jednym z jego odkryć, którego dokonał później. W jakiś czas potem, kiedy zaczął rysować, zwiedzał Kaplicę Sykstyńską. Zostawił w hotelu przewodnik, więc tylko obchodził wnętrze kaplicy i przyglądał się obrazom. Uznał, że niektóre z tych malowideł są świetne, a inne, jak się wyraził, „to szmelc”. Wróciwszy do hotelu, sprawdził, że jego sądy były zgodne z ocenami wyrażonymi w przewodniku.

Było to dla mnie wielkim przeżyciem, że ja także umiem odnaleźć różnicę między wielkim dziełem sztuki a takim, które nim nie jest, choć nie potrafię jej określić. Jako naukowiec zawsze sądziłem, że dobrze wiem, co robię, więc miałem skłonność do patrzenia z góry na artystę, który mówi: „To wspaniałe” albo „To kiepskie”, a potem nie potrafi wyjaśnić dlaczego.. Ale teraz sam w to wpadłem. Teraz ja także mogłem zrobić to samo!” (22)

Dlaczego mówi, że wpadł? O co tu właściwie chodzi? W swoich wspomnieniach Feynman raczej krótko zbywa inne niż fizyka dziedziny ludzkiej działalności. Jest człowiekiem poddanym rygorom myślenia matematycznego i nie przejawia większego zainteresowania filozofią, historią sztuki czy psychologią. Są to dziedziny, które nie mają dla niego znaczenia; ci zaś, którzy je uprawiają, „nie wiedzą, o czym mówią”.

A jednak w Kaplicy Sykstyńskiej przeżył coś, co podważa jego dotychczasowe pojęcie o tych dziedzinach. Po prostu, sam uprawiając sztukę, zdobył umiejętność oceny innych dzieł, zgodnej z uznanymi opiniami zapisanymi w historii sztuki. Feynman nie omawia szerzej tego godnego uwagi incydentu, choć najwyraźniej byłoby tu coś więcej do powiedzenia.

Po pierwsze, z jego doświadczenia można wnioskować, że choć sam nie próbował sobie jasno uświadomić kryteriów swoich ocen, te kryteria istnieją. Muszą istnieć, gdyż inaczej by nie znalazł potwierdzenia swoich opinii w przewodniku.

Po drugie, te kryteria nie są arbitralnym wymysłem kręgów akademickich, skoro Feynman mógł je zastosować tylko dzięki własnemu doświadczeniu artystycznemu, które zdobył rysując. Kryteria, jakimi posługuje się historia sztuki, mają w istocie coś wspólnego z samym tworzeniem sztuki.

W historii sztuki także obowiązuje pewien rygor, czego dowiódł Feynman, dochodząc na własną rękę do wspólnych z nią wniosków. Jest to rygor inny niż ten, który obowiązuje w matematyce, niemniej także jest rygorem. Kiedy taki artysta jak Jasper Johns mówi: „Ja po prostu próbuję znaleźć jakiś sposób na to, żeby robić obrazy” (23), ma na myśli dokładnie to samo co fizyk, który mówi: „Ja po prostu szukam sposobu, jak uprawiać fizykę”.

Podobnie jak naukowiec, artysta także musi korzystać z dorobku swoich poprzedników. Artystę, tak jak naukowca, może onieśmielać ich dzieło.

Więc kiedy naukowiec pogardliwie odnosi się do sztuki jako do bezładnej dziedziny, w której „wszystko uchodzi”, oznacza to, że nie rozumie, na czym polega twórczość artystyczna. Nie wie, co odrzuca. Naukowiec ma tylko wyobrażenie o tym, czym jest tworzenie sztuki, a to wyobrażenie jest fałszywe. Jest stereotypowe i niezgodne ze stanem faktycznym.

Zasięg niewiedzy naukowców o prawdziwej działalności nie-naukowców sięga chyba szczytu, kiedy się zabierają do rozważań o stanach medytacyjnych, o odmiennych stanach świadomości albo o sporach dotyczących zjawisk metapsychicznych.

Jeśli się samemu tego nigdy bezpośrednio nie doświadczyło, można oczywiście uznać opisy tych stanów za czyste dziwactwo, dlatego tylko, że te doświadczenia różnią się od doświadczeń zwykłej świadomości. Ale nie ma w nich nic tajemniczego, a już z pewnością nic złowrogiego. Są po prostu inne. To inny rodzaj świadomości.

Spotkałem się w moim życiu z pewnym geniuszem komputerowym i przyglądając się mu nie umiałem pojąć, jak on to robi. Musiałem po prostu, sprawdziwszy go parę razy, pogodzić się z tym, że to potrafi. Znałem pewnego reżysera filmowego z fotograficzną pamięcią, ale był raczej nudny, bo na każdym kroku wygłaszał wykłady omawiające wszelkie tematy w najdrobniejszych szczegółach. Nauczyłem się przy tym, żeby się z nim nie spierać na temat najbłahszego nawet faktu, bo zawsze miał rację. Ale także nie mogłem pojąć, jak on to robi.

Mam podobne wrażenia, kiedy się stykam z ludźmi o zdolnościach metapsychicznych. Mogą zrobić coś, czego ja nie mogę. Dla nich taka zdolność jest czymś powszednim i ma swoje dobre i złe strony. Często słyszałem, jak sceptycy mówią, że gdyby było coś z prawdy w doznaniach metapsychicznych, to ludzie o takich uzdolnieniach powinni grać na giełdzie albo obstawiać konie na wyścigach. O ile mi wiadomo, wielu z nich to robi.

Uprawiają też niekiedy po kryjomu swoją działalność jako doradcy wielkich korporacji i świata biznesu. Ludzie wstydzą się do tego przyznać, ale tak jest, można się było tego spodziewać. I przypomnę wam w tym miejscu, gdzie przede wszystkim możecie stwierdzić istnienie tak zwanych zdolności metapsychicznych. Znów zacytuję rozsądnego doktora Bronowskiego:

„W nauce, przepowiadanie jest procesem świadomym i racjonalnym. Ale nie jest to jedyny sposób przewidywania przyszłości u ludzkich istot. Ludzie miewają trafne przeczucia, których niekiedy nie można uzasadnić w racjonalny sposób, a niektóre z nich w ogóle się wymykają takiej analizie.

Za przykład może tu służyć fakt, że większość ludzi odgaduje zakrytą kartę lepiej, a niektórzy znacznie lepiej niż maszyna działająca na zasadzie losowej. Nie powinno to nikogo dziwić. Z pewnością ewolucja dokonała na nas swego doboru, gdyż jesteśmy hojniej wyposażeni w dar przewidywania niż inne zwierzęta.

Tym darem jest racjonalna inteligencja, która jest czymś wspaniałym i w gruncie rzeczy niewyjaśnionym. A kiedy racjonalna inteligencja obraca się ku przyszłości i rzutuje wnioski z minionych doświadczeń na nieznane jutro, to proces ten jest.. wielką tajemnicą” (24).

Powracając do punktu wyjścia, muszę dodać, że doznawanie owych innych form świadomości wydaje mi się dość zwyczajnym, nawet powszednim doświadczeniem. Te odmienne formy świadomości – osiągane dzięki wrodzonym zdolnościom czy na drodze ćwiczeń – prowadzą do nowego rodzaju poznania, innego postrzegania ładu leżącego u podstaw tego świata.

Nie jest to postrzeganie dające się ująć w formuły matematyczne, jest jednak postrzeganiem. Zanim się je odrzuci jako oszustwo i urojenia, warto by było, jak się zdaje, doświadczyć ich bezpośrednio. Jeżeli nie chcecie zapoznać się z nimi bezpośrednio, narażacie się na zarzut, że odrzucacie coś, czego nie rozumiecie. A tym samym zubożacie własne doznania rzeczywistości. Gdyż, jak powiedziałem, naukowe postrzeganie rzeczywistości samo nie jest rzeczywistością.

Nawet najpowszechniejsze i najbardziej niepodważalne naukowe prawo nie jest pełnym opisem rzeczywistości. Zawsze pozostaje coś jeszcze do poznania. Myślę, że ważne jest, by sobie to w pełni uświadomić. Feynman, dla którego jestem pełen podziwu, mówi o ludziach niebędących naukowcami, że „nie rozumieją świata, w którym żyją”. To chyba jego ulubione powiedzenie; powtarzał je często w czasie śledztwa po katastrofie wahadłowca.

Ale powiedzmy sobie jasno: nikt nie rozumie świata, w którym żyje. Ani wy, ani ja, ani Richard Feynman. Każdy z nas może rozumieć jakiś jego ułamek, jakiś aspekt całości, ale rzeczywistość w całej swojej pełni, w całym swoim zakresie, wymyka się wszelkim opisom. A jeżeli inne sposoby poznania są duchowe, subiektywne i z natury rzeczy nie podlegają weryfikacji, nie musi to koniecznie oznaczać, że są mniej interesujące i mniej użyteczne.

Ludzie, którzy uważają liczby za obce swojej naturze, nie stanowią jedynie marginesu tego świata, nie są grupą wyzutych z praw, pogardzanych ignorantów nieumiejących rozwiązać równania różniczkowego, a zatem niemających dostępu do uzyskanych na podstawie matematyki prawd. Bo sama wiedza ścisła to jeszcze za mało.

Prawdziwy naukowiec z krwi i kości, postawiony w obliczu ludzi wyznających kreacjonizm i wierzących w autentyczność zjawisk metapsychicznych, czuje się zmieszany. Uważa, że piękno i złożoność świata rzucają wyzwanie jego racjonalnej myśli, która potrafi im sprostać. Dlaczego – pyta ze zdziwieniem – innym nie odpowiada jego wizja świata?

Dlaczego sama wiedza ścisła to jeszcze za mało? Najprostsza odpowiedź brzmi tak: chociaż nauka jest procedurą badawczą o przeogromnym zasięgu i mocy, nie mówi nam o tym, co naprawdę chcemy wiedzieć. Wyraził to prosto Max Planck:

Skąd przychodzę i dokąd zmierzam? To wielkie, niezgłębione pytanie, które sobie stawia każdy z nas. Nauka nie zna na nie odpowiedzi”.

A to dlatego, że nauka nie może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego coś się dzieje. Znów się powołam na Feynmana, który w popularnym wykładzie o elektrodynamice kwantowej mówi:

Chociaż wam opisuję, jak działa natura, nie zrozumiecie, dlaczego tak działa. Ale, widzicie, nikt tego nie rozumie. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego natura zachowuje się w tak osobliwy sposób” (25).

To prawda, lecz wypowiedź ta pomija fakt, że chociaż wiedza o tym, jak działają rzeczy, wystarcza, by manipulować naturą, ludzie naprawdę chcą wiedzieć, dlaczego rzeczy tak działają. Dzieci nie pytają, jak to się dzieje, że niebo jest błękitne, pytają, dlaczego jest błękitne.

Feynman powiedziałby zapewne, że to pytanie jest bez znaczenia. I istotnie nie ma na nie miejsca w kontekście współczesnej myśli naukowej. Ale nie jest bynajmniej oczywiste samo przez się, że taki stan rzeczy będzie trwał wiecznie. Fizyk John Bell zauważa:

Ojcowie założyciele mechaniki kwantowej szczycili się tym, że zaniechali myśli o wyjaśnianiu. Byli dumni z tego, że zajmują się jedynie zjawiskami. Odżegnywali się od spojrzenia poza te zjawiska, uważając, że to jest cena, jaką trzeba zapłacić za korzystny kontrakt z naturą.

I jest faktem historycznym, że ci, którzy wobec realnego świata na poziomie mikroskopowym przyjęli postawę agnostyczną, odnosili wielkie sukcesy. Swego czasu było to postępowanie słuszne. Ale nie sądzę, by miało tak być zawsze” (26).

Pewien matematyk jednak zauważa:

Fizycy niemal nigdy nie stawiają sobie pytania: dlaczego? Cały nacisk kładąc na pytanie: jak? Metafizykę kosmosu wyrażają abstrakcyjne formuły matematyczne, w których się absolutnie nie mieszczą pojęcia przyczyny i celu. Rzeczywistość współczesnej kosmologii jest rzeczywistością matematyczną” (27).

Cóż, rzeczywistość matematyczna jest z natury rzeczy arbitralna. Werner Heisenberg zauważa:

Nie możemy w żadnym normalnym języku tak opisać zjawisk atomowych, by uniknąć dwuznaczności. Przedwcześnie byłoby jednak obstawać przy tym, że unikniemy tej trudności, ograniczając się jedynie do posłużenia się językiem matematyki.

Nie jest to prawdziwe wyjście z sytuacji, skoro nie wiemy, w jakiej mierze język matematyki da się zastosować do tych zjawisk W ostateczności nawet nauka musi się uciekać do zwykłego języka, ponieważ tylko on daje nam pewność, że istotnie pojęliśmy te zjawiska” (28).

A za postrzeganie wszechświata jako bezcelowego płaci się swoją cenę. Współczesna nauka uważa model matematyczny za triumf rozumu. Hannah Arendt zauważa jednak:

Naszą współczesność, zdominowaną przez technikę, charakteryzuje fakt, że rozum, jako dana nam władza samodzielnego dochodzenia do prawdy na drodze myślowej, zaginął i zastąpiła go bezstronna [technologia], czynnie zaangażowana w wytwarzanie abstrakcyjnych teorii matematycznych i w poszukiwanie ich odpowiedników w fizyce” (29).

Nie widzę nic złego w matematycznym postrzeganiu świata, póki się nie pozwala, by taka perspektywa miała się stać dominująca. Bo jako ludzkie istoty, żyjące własnym życiem, podejmujące decyzje za siebie i za społeczeństwo, musimy odnaleźć sens tego świata. A ten sens musi się opierać na szerokiej podstawie. Pewien matematyk mówi tak:

Jestem świadom, z ilu czynników składa się ów sens… miłość i język, mit, racjonalna myśl i nieracjonalny instynkt, ludzkie instytucje, prawo, historia, rytuał, wiara religijna, mistyka, transcendencja, alegoryczność, poczucie estetyczne, zabawa, widzenie świata jako zagadki, widzenie świata jako sceny, kontemplacja życia i śmierci, przymusy narzucone przez fizykę i biologię, to i setki innych spraw, wiodą nas do zrozumienia sensu świata” (30).

Może dlatego Einstein powiedział kiedyś:

Ludzkość ma wszelkie powody, by wyżej cenić głosicieli moralnego ładu i wartości niż odkrywców obiektywnej prawdy. To, co ludzkość zawdzięcza takim postaciom jak Budda, Mojżesz i Jezus, znaczy dla mnie znacznie więcej niż wszystkie osiągnięcia badawczej i konstruktywnej myśli.

W gruncie rzeczy wnikliwość mistyka jest nam potrzebna dokładnie tak samo jak wnikliwość naukowca. Jeżeli braknie jednej z nich, ludzkość będzie zubożona. Carl Gustaw Jung powiedział:

Natura psyche sięga w nieznane dziedziny daleko poza zakres naszego rozumienia. Zawiera ona tyle zagadek, ile cały kosmos ze swoim układem galaktyk, wobec którego majestatycznej konfiguracji jedynie umysł pozbawiony wyobraźni może nie uznać własnej bezradności.

Dlatego, jeżeli z potrzeby serca albo w zgodzie z dawnymi pouczeniami ludzkiej mądrości, albo z uznania psychologicznego faktu, że zjawiska telepatii w istocie zachodzą, ktoś wyciąga wniosek, że psyche w swoich najgłębszych pokładach uczestniczy w formach istnienia poza czasem i przestrzenią, wtedy krytyczny rozum może to odeprzeć tylko jednym argumentem, że nic z tego nie wynika dla nauki.

Co więcej, ten ktoś będzie miał nieocenioną przewagę, bo idzie za istniejącą od niepamiętnych czasów i powszechną skłonnością ludzkiej duszy. Każdy, kto nie wyciąga takiego wniosku, czy to z powodu sceptycyzmu, czy braku odwagi, czy niewłaściwego psychologicznego doświadczenia, czy z bezmyślnej ignorancji, niewątpliwie może być pewien, że wchodzi w konflikt z wrodzonymi prawdami.

A odstąpienie od takich wrodzonych prawd rodzi neurotyczny niepokój. Niepokój rodzi poczucie bezsensu życia, a poczucie bezsensu życia jest chorobą duszy, której pełnego zasięgu i pełnego znaczenia nasz wiek jeszcze nawet nie zaczął pojmować” (31).

Bardzo państwu dziękuję. Takie było moje przemówienie dla sceptyków w Pasadenie. Ale nigdy mnie nie zaproszono na ten odczyt, nigdy więc go nie wygłosiłem.”

Autor: Michael Crichton
Fragment: Wędrówki
Źródło: http://www.ktopyta.pl/sceptycyzm-i-pseudoracjonalizm-michael-crichton-o-bezposrednim-doswiadczaniu/

Dobro i zło, wartości uniwersalne, i „trupy w szafie”, które chcemy ukryć

Dobro i zło, wartości uniwersalne, i „trupy w szafie”, które chcemy ukryć

dobro i zloWklejam krótki wpis anonimowego autora z portalu Wolne Media. Dotyka on spraw ważnych, takich jak zło i traumy które są niesione przez wiele pokoleń naprzód. Nie wyczerpuje on jednak całości zagadnienia. Otóż, każda rodzina, każda klasa w szkole / uczelni, każdy naród, każda zbiorowość – ma swoje „trupy w szafie” które za wszelką cenę chciałaby ukryć.

Wielu ludzi, szczególnie tych młodych, zaczyna dostrzegać te skrywane przed światem „trupy w szafie„. Często są to prawdziwe, przerażające „szkielety„, choć na zewnątrz rodzina jawi się jako porządna, szczęśliwa, i oczywiście purytańska, czyli zgodna z tym, co głosi i żąda społeczeństwo. Rodzi to dysonans poznawczy i ból istnienia.

Przejście przez taki bunt jest w zasadzie naturalne. Jednak ten „bunt” nie powinien polegać na ślepej negacji i ładowaniu w swoje ciało całej tablicy Mendelejewa, jak to jest obecnie. Bunt jest potrzebny, by dostrzec a potem przepracować traumy rodziców, lub wręcz traumy ciągnące się od kilku pokoleń.

My mamy dziejową szansę, by chociaż niektórych błędów powielanych od zarania dziejów, nie powtarzać. Mamy dostęp do informacji, szczególnie tej dotyczącej psychologii i pracy nad sobą. Kłopot polega na tym, że naprawdę niewielu ludzi taką pracę podejmuje. Z wcześniej zbuntowanych młokosów, na powrót stają się typowymi „Dulskimi” i powielają tragedie pokoleń poprzednich.

Inni natomiast zauważają, że z całym systemem wartości i przekonań jest coś bardzo nie tak. Że od początku do końca został on zbudowany na fałszu. Świadomość tego, że całe życie było się okłamywanym, jest szokująca i bardzo bolesna dla psychiki. Dlatego często możesz wręcz usłyszeć zdanie: „nie wywołuj wilka z lasu, takich pytań lepiej nie zadawać i lepiej o tym nie rozmyślać.Czytaj dalej „Dobro i zło, wartości uniwersalne, i „trupy w szafie”, które chcemy ukryć”

Pragnienie trwałości i stałości jest źródłem ludzkiego nieszczęścia

Pragnienie trwałości i stałości jest źródłem ludzkiego nieszczęścia

zmiana zycia radoscWklejam dziś dwie ciekawe i krótkie prelekcje Alana Wattsa. Jedna z nich mówi o naszym przywiązaniu do stałości. Otóż w świecie chaosu, nieprzewidywalności, w świecie gdy wszystko jest w zasadzie umowne i relatywne – jak dzieci we mgle łakniemy stałości i stabilności. Jednak szukamy jej nie tam gdzie trzeba. Stałość, bardzo złudną, ma nam zapewnić: ideologia, religia, państwo, sojusz państw, identyfikacja z grupą, ze społeczeństwem.

Tymczasem ideologie i religie praktycznie w każdej dekadzie się zmieniają. Katolicyzm sprzed reformacji zupełnie nie przypomina katolicyzmu z XXI wieku. Konserwatyzm z roku 2015 zupełnie nie przypomina konserwatyzmu z XIX wieku, lat 50-tych czy nawet 90-tych XX wieku. Państwa, imperia, sojusze powstają i upadają co chwila, są ulotne jak mgła. Grup i grupek ludzi mamy miliardy. Normy społeczne, „jedynie słuszne prawdy” i tabu, których „nie wolno naruszać„, są jeszcze bardziej plastyczne, relatywne i ulotne.

Mimo że bardzo bulwersujemy i łapiemy ostry „ból dupy” się gdy ktoś te normy narusza – to sami je co chwila naruszamy. Tłumacząc się a to alkoholem, a to emocjami, a to tym, że nikt nie widział, a to tym, że własne brudy trzeba prać w czterech ścianach. Jak i innymi, równie absurdalnymi i niedorzecznymi tłumaczeniami. W świecie, którym rządzi chaos, niestabilność, a kruche, delikatne i ulotne jest nawet ludzkie życie – zapotrzebowanie na „stałość”, „stabilność” jest z jednej strony zrozumiałe. Przerażona jednostka łaknie porządku i przewidywalności, i zaakceptuje cokolwiek, co obietnicę stałości zapewni. Choćby to było zupełnie bezsensowne, a nawet zbrodnicze (jak islam). To także na tym „mankamencie” naszej psychiki skwapliwie korzystają struktury władzy politycznej, ideologicznej, religijnej.

Z drugiej strony, potrzeba stabilności, stałości i porządku, bardzo często trzyma nas w pułapce. Zamiast wykorzystywać tę naturalną skłonność w celach konstruktywnych, robimy sobie i innym istne piekło na Ziemi. Zamartwiamy się, jesteśmy zlęknieni, zaniepokojeni. Zamiast chwytać chwilę, myślimy, co się stanie gdy ta chwila minie. Lub zaczynamy martwić się i zastanawiać, co zrobić, by ta chwila trwała wiecznie lub by było takich chwil więcej. W taki sposób umyka nam życie tu i teraz. Albo jesteśmy zakładnikami planowania, a więc przyszłości, albo jesteśmy niewolnikami traum przeszłości.

Drugi film video mówi o mądrości, a raczej jej złudnego „braku”, który jest charakterystyczny dla młodości. Mówi o tym, że to jest jeden z elementów planu rozwoju na tej planecie. Barwne, kolorowe emocje, a potem bolesny upadek, często na samo dno. Ma on różną postać, tak, jak dowolnie mogą się potoczyć nasze życiowe losy na tym łez padole, na tej kosmicznej kolonii karnej bez drutów, zwanej planetą Ziemią. Życie dostarcza nam takich lekcji, które wręcz wyrywają nas z religijnego, ideologicznego i społecznego letargu, ale mało ludzi chce weryfikować wtedy swoje spojrzenie na świat. Więc dostają „po łbie” kolejny, kolejny i kolejny raz. Tak samo życie dostarcza takich lekcji młodym, by dojrzeli. Czytaj dalej „Pragnienie trwałości i stałości jest źródłem ludzkiego nieszczęścia”

Jeśli wybierzesz łatwą i „kolorową” drogę, którą proponuje społeczeństwo, będziesz niewolnikiem

Jeśli wybierzesz łatwą i „kolorową” drogę, którą proponuje społeczeństwo, będziesz niewolnikiem

ego i umyslProponuję Wam przeczytać kilka ciekawych cytatów ludzi przebudzonych. Będą więc cytaty o tym myślowym „blablaniu” które dla wielu z nas jest po prostu uciążliwe. Błędem jest utożsamianie się z tym myślotokiem. Błędem jest uznawanie tego myślotoku za objaw istnienia naszego „ja”. Gdy uważnie i w spokoju, bez oceniania przyjrzysz się myślom, które przelatują Ci przez głowę – odkryjesz coś zadziwiającego.

Otóż wiele z tych myśli jest skrajnie niekonstruktywnych, wręcz głupich. Aby napisać felieton, wiersz, tekst, piosenkę, utwór, aby namalować obraz, uszyć coś – trzeba się naprawdę mocno sprzeciwić temu myślowemu bełkotowi. Takie sprzeciwienie się nazywane jest twórczością. Dalej: wiele z tych myśli jest wręcz jawnie wrogich Tobie, destrukcyjnych. Są to często strzępki myśli, rozmów, sytuacji, emocji z przeszłości, z reguły te bolesne. Lub to samo, ale dotyczące rzekomych sytuacji mających wydarzyć się w przyszłości.

Mało tego. Bowiem istnieją techniki które pomagają nam uwolnić się od tego myślowego terroru, od jego zdawałoby się wszechwładzy. Pomagają one chwilowo „wyzerować” te myśli i osiągnąć stan głębokiej relaksacji. I najważniejsze: skoro moje „ja” nie jest tymi myślami (bo gdy są wyzerowane zupełnie, to owo „ja” również istnieje, nie znika), to czym owo „ja” jest? Ciekawi mnie Wasza odpowiedź na to pytanie.

Polecam też przeczytanie artykułów na ten temat:
Polecam wszystkim medytację. Otwórz się na nieznane!
Skąd pochodzą Twoje myśli? Zaskoczę Cię: w większości nie są Twoje
4 szokująco skuteczne sposoby na „zresetowanie” i oczyszczenie umysłu
Uwolnij swój umysł! Mój sposób na medytację / wizualizację
Jak się pozbyć bólu przeszłości? Niesamowite ćwiczenia i techniki Czytaj dalej „Jeśli wybierzesz łatwą i „kolorową” drogę, którą proponuje społeczeństwo, będziesz niewolnikiem”