Tag: KNP

Kapitalizm i wolny rynek stały się toksyczną religią

Kapitalizm i wolny rynek stały się toksyczną religią

kapitalizm (3)Wklejam dziś artykuł autorstwa Terezy Stöckelovej na temat mitów, w jakie wierzą kapitaliści. Jak się okazuje, mity te nie znajdują potwierdzenia w faktach. Sektor prywatny, ubóstwiany przez gimnazjalnych zwolenników Korwina Mikke i ogólnie prawicę, wcale nie jest taki produktywny. Większość bazowej infrastruktury (sieć telefoniczna, internetowa itp) rozwija kapitał państwowy.

Kłopotem jest to, że prywatne kartele, pomimo tego, że obficie korzystają z dotacji budżetowych, unijnych i wszelkich innych, bezczelnie zrabowanych Ludziom Pracy pieniędzy, nie chcą dzielić się zyskami. Panuje powszechna zasada, że koszty rozwoju infrastruktury – np internetowej – ponosi społeczeństwo, czyli Ludzie Pracy. Zaś zyski z rynku mobilnego (smartfony itp), reklamowego, medialnego, rozrywkowego – trafiają do wąskiej grupy właścicieli prywatnych karteli. Innymi słowy: uspołecznia się koszta, zaś prywatyzuje zyski, choć powinno być to wyrównane.

Prywaciarze i prywatne kartele więc nie tylko wyzyskują w krwiopijczy sposób pracowników, ale również kradną publiczne pieniądze. Słynna anegdota dotycząca polskiej transformacji gospodarczej głosi, iż robotnicy sami sobie stworzyli ten los, niszcząc PRL. Wraz z PRLem odeszły miejsca pracy, w miarę przyzwoite zarobki, w miarę dobra siła nabywcza pieniądza, i ogólnie, został rozmontowany polski przemysł. W istocie, przestrojenie na gospodarkę XIX wiecznego kapitalizmu jest dla polskich pracowników przekleństwem.

Wróćmy jeszcze do tego, co robi Janusz Korwin Mikke. Ten ekstremalnie szkodliwy dla polskiej racji stanu towarzysz z komunistycznym paszportem (w czasach PRLu), ma pewne wyznaczone przez elity zadania. Między innymi, ma uspokajać młodych ludzi, by zamiast wzniecać ogień rewolucji i rozliczać się z kapitalistycznymi wyzyskiwaczami, siedzieli cicho. Korwin Mikke wmawia im coś w stylu: „popracujcie wytrwale te 2, 5, 10 lat za najniższą krajową, zdobądźcie doświadczenie, to wtedy pracodawcy zaczną Was doceniać a Wasze wynagrodzenia wzrosną”.

Tego typu naiwne gadki, niestety, dobrze działają na młodzież. W latach 90-tych za redukcję rewolucyjnego zapału młodych gniewnych odpowiadał inny systemowy bezpiecznik, Jurek Owsiak. Jego metody działania opisało jedne z prawicowych mediów. Obecnie takim systemowym bezpiecznikiem, neutralizującym bunt młodych gniewnych, zadłużonych i pracujących za grosze, jest Korwin Mikke. Nie ma chyba drugiego tak szkodliwego dla polskiej Racji Stanu polityka. Korwin nie rządzi dosłownie, tylko siedzi cicho jak mysz pod miotłą w Brukseli i inkasuje 70.000 zarobku miesięcznie.

Ale Korwin rządzi milionami młodych umysłów – umysłów, którym nakazuje się zapierdalać za 800 zeta miesięcznie. A przecież Ci młodzi ludzie mogliby się zbuntować i zmienić ten system, odmówić tyrania na niewolniczych warunkach. Pomyślcie, co by się stało, gdyby nagle Ci młodzi ludzie umówili się przez internet, i w liczbie dajmy na to – 7 milionów, nie poszli pewnego dnia do pracy? To taki sam dylemat, jak zapytanie, co by się stało, gdyby elity finansowe ogłosiły wojnę, generalicja – mobilizację armii, ale nikt by się nie stawił do wojska. Ani po jednej, ani po drugiej stronie.

koszty pracy w PolsceAutor wstępu: Jarek Kefir

Proszę o podanie dalej tego info!

____________________________________________________________

Niewidzialna ręka wolnego rynku kontra niewidzialna ręka państwa

Cytuję: „Wbrew temu, co głosi znany mit o niewidzialnej ręce, wolny rynek nie jest źródłem innowacyjności. Kluczowym graczem w zakresie innowacji technologicznych i gospodarczych jest państwo.

Włoska ekonomistka Mariana Mazzucato w zeszłym roku opublikowała książkę, w której broni państwa jako kluczowego gracza w zakresie innowacji technologicznych i ekonomicznych. W swej empirycznie ugruntowanej analizie polemizuje przede wszystkim z rozpowszechnionymi mitami, głoszącymi, że inicjatorem innowacji i „wytwórcą bogactwa” społeczeństwa jest w pierwszym rzędzie sektor prywatny. Zabiera tym samym głos w debacie na temat pożądanego stopnia redystrybucji. W tej debacie państwo niejednokrotnie zostaje zredukowane zaledwie do roli regulatora redystrybującego bogactwo wytworzone przez innych graczy społeczno-ekonomicznych. Zdaniem Mazzucato, innowacyjność oraz dystrybucję zasobów – które we współczesnej ekonomii są analizowane i ujmowane oddzielnie – należy zacząć badać oraz zarządzać nimi w ścisłym powiązaniu, jak czynili David Ricardo lub Karol Marks. Właśnie takie podejście – a nie jedynie często przywoływane przez lewicę przejście od gospodarki finansowej do „realnej” – może rozwiązać współczesne problemy gospodarczo-polityczne państw zachodnich.

PRYWATYZACJA ZYSKÓW

Spójrzmy na jeden z przykładów. Jest nim firma Apple, którą często podaje się jako przykład ducha przedsiębiorczości, gorliwej pilności i niewyczerpanej wyobraźni jednostki i jej prywatnego przedsięwzięcia – jak ujmuje to słynne powiedzenie Steve’a Jobsa: Stay hungry, stay foolish [dosł. Pozostań nienasycony, pozostań niemądry; zawsze odczuwaj ciekawość, by osiągnąć więcej i nauczyć się więcej – fraza zachęcająca do utrzymania stanu umysłu otwartego na uczenie się nowych rzeczy, innowacyjność w myśleniu – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. Mazzucato jednak pokazuje, że wszystkie kluczowe technologie, na których bazuje święta trójca apple’owskich kasowych hitów: iPod, iPhone oraz iPad, czyli Internet, GPS, mikroelektronika oraz ekran dotykowy, były przez kilka dekad rozwijane dzięki decydującemu udziałowi środków publicznych. Autorka książki nie zamierza odmawiać firmie zasług w sposobie wykorzystania innowacji technologicznych, lecz domaga się uznania zasadniczej roli państwa w stymulowaniu innowacyjności oraz przekonuje, by z tego faktu wywieść konsekwencje ekonomiczno-polityczne.

Skoro Apple czerpał korzyści z rozwoju i badań finansowanych przez amerykańskich podatników, to co oddaje im w zamian? Zwyczajową odpowiedzią na to pytanie są miejsca pracy wytwarzane przez firmy odnoszące sukces oraz płacenie podatków od zysku. W czasach globalizacji rynku pracy i hipermobilności kapitału taka odpowiedź jednak nie przekonuje. Mazuccato podkreśla, że w samych Stanach Zjednoczonych Apple wytwarza stosunkowo mało miejsc pracy, co więcej – są to miejsca słabo opłacane. Według obliczeń ekonomistki, w 2012 r. wartość rocznych dochodów dziewięciu top menedżerów spółki była równa wartości rocznych dochodów 15 tysięcy pracowników sprzedaży. Jeśli zaś chodzi o podatek dochodowy, to tutaj firma wykazała się dużą dawką innowacyjności przede wszystkim w tym, jak unikać obowiązku płacenia podatków lub jak radykalnie zaniżyć ich wysokość.

Mazuccato nie opisuje wspomnianych zjawisk po to, by wywoływać skandal związany z Apple. Spółka bowiem nie robi nic szczególnie wyjątkowego, a jedynie uosabia pewien systemowy problem, który w pewnych sektorach gospodarki (np. w przemyśle farmaceutycznym) jest o wiele poważniejszy. Współczesna polityka wspierania badań, rozwoju i innowacyjności funkcjonuje – podobnie jak świat finansów – z jednej strony na zasadzie uspołeczniania kosztów, strat i ryzyka, a z drugiej na zasadzie prywatyzacji zysków. Nawet jeśli pominiemy kwestię sprawiedliwości społecznej i skupimy się wyłącznie na ekonomii, należy postawić pytanie, skąd państwo ma w takich warunkach pozyskiwać środki wspierające badania i rozwój nowych przełomowych technologii (dziś przede wszystkim pilnie potrzebnych źródeł zrównoważonej energii).

LATA PRACY, DOJRZEWANIA I DOSTRAJANIA

Co należy robić, by słowa Jobsa o nienasyceniu i braku mądrości nie spełniły się w swym najgorszym, dosłownym sensie? Jak państwa mogą się wyswobodzić ze śmiertelnej pętli uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków? Rozwiązanie z pewnością nie polega na okrajaniu budżetów i wycofywaniu się ze wspierania badań, rozwoju i innowacyjności na ich decydujących etapach. W przełomowych innowacjach technologicznych drugiej połowy XX wieku państwa odegrały zasadniczą rolę. To właśnie one określały wizje i programy, do których później nawiązywały prywatne spółki i z których, w razie sukcesu, czerpały korzyści. Prywatne firmy oraz kapitał wysokiego ryzyka nie są bowiem tak skłonne do podejmowania śmiałych przedsięwzięć, jak często chętnie deklarują. Podczas gdy innowacje wymagają lat pracy, dojrzewania i dostrajania, kapitał korporacyjny jest „niecierpliwy” i wycofuje się, jeśli stosunkowo szybko nie pojawiają się zyski.

Włoska ekonomistka przeprowadza argumentację na dwóch płaszczyznach. Należy przede wszystkim skończyć z reprodukowaniem mitów o skostniałym i nieudolnym państwie, które hamuje innowacyjność, a najwyżej potrafi jej nie przeszkadzać. Tego rodzaju dyskurs jest niebezpieczny, ponieważ odstręcza od państwa potencjalnie zdolnych i w najlepszym tego słowa znaczeniu przedsiębiorczych pracowników. Zdaniem Mazzucato, najbardziej skuteczne gospodarki kapitalistyczne charakteryzują się koegzystencją z aktywnym państwem, które nie boi się ryzykownych inwestycji. Jednak to sektor prywatny, który w końcu wprowadza innowacje na rynek, zazwyczaj rości sobie prawo nie tylko do finansowego, lecz także do symbolicznego uznania.

Równie ważne są wszakże bezpośrednie korzyści finansowe, które powinny stać się udziałem państwa. Jakie rozwiązania wchodzą w grę, skoro polityka podatkowa nie wystarcza? Mazzucato proponuje trzy rozwiązania, jednocześnie podkreślając, że nadal znajdujemy się na samym początku debaty. Pierwsze polega na „złotej akcji”, która gwarantowałaby państwu udział we własności intelektualnej patentów powstałych dzięki wsparciu budżetów publicznych, oraz na narodowym „funduszu innowacji”, do którego spływałyby zyski z wydawanych licencji. Drugie rozwiązanie polega na „pożyczkach zależnych od przyszłych dochodów” udzielanych firmom, podobnie jak ma to miejsce choćby w Wielkiej Brytanii w przypadku pożyczek studenckich na pokrycie czesnego. Jeżeli państwo bezpośrednio wspiera prywatne firmy na pewnym etapie badań, rozwoju i komercjalizacji innowacji, jak dziś często się dzieje, to w razie sukcesu projektu powinno mieć bezpośrednie prawo do części zysku w postaci spłaty pierwotnego finansowego wsparcia lub też w postaci akcji danej spółki (w ten właśnie sposób Finlandia uzyskała udziały w spółce Nokia). Trzecim rozwiązaniem jest dalszy rozkwit zarządzanych przez państwo banków rozwoju, które obecnie z powodzeniem działają w Niemczech, Brazylii czy Chinach.

IMITACJA MITÓW CZY STRATEGII ZAKOŃCZONYCH SUKCESEM?

Zarówno w Czechach, jak i w innych krajach europejskich, od wielu lat trwa debata na temat pożądanej formy polityki innowacyjnej i publicznego wsparcia badań i rozwoju. Zwykle przedstawiciele firm prywatnych zabiegają o to, by podnosić wysokość finansowego wsparcia pochodzącego z budżetów publicznych (np. z rządowych agencji rozwoju lub Ministerstwa Gospodarki), a jednocześnie ograniczyć wsparcie dla „bezużytecznych” badań podstawowych. Natomiast pracownicy akademiccy zatrudnieni w publicznych instytucjach badawczych i na uniwersytetach są zazwyczaj przeciwni wspieraniu podmiotów prywatnych, argumentując, że państwo powinno w pierwszym rzędzie finansować badania podstawowe oraz ewentualnie współpracę sektora publicznego z przemysłem.

Co do takiej, w dużej mierze jednostronnej debaty mogą wnieść analizy Mariany Mazzucato oraz innych autorów, do których ona nawiązuje? W pierwszej kolejności państwo musi zacząć odgrywać rolę aktywnego pioniera i motoru napędowego innowacyjności. Wsparcie ze strony państwa nie może ograniczać się tylko do badań podstawowych – powinno oferować taką możliwość na wszystkich etapach skomplikowanego procesu innowacji. Jednocześnie należy rozwijać konkretne mechanizmy pozwalające na to, by część zysków z projektów wspieranych przez państwo, które zakończyły się sukcesem, przekazać z powrotem do budżetów publicznych (np. rządowe agencje rozwoju mogłyby funkcjonować w trybie pożyczek zależnych od przyszłych dochodów).

Mazzucato nie jest antykapitalistką – w swoim zainteresowaniu wartościami ekonomicznymi pozostaje czystej krwi ekonomistką, czym niewątpliwie będzie drażnić niejednego lewicowca. Z kolei poprzez burzenie mitów o produktywności sektora prywatnego i autonomii rynku zadaje bolesne rany mitom obecnym na prawicy. Z reakcji na jej książkę, które można znaleźć tak w dzienniku „Independent”, jak i w pismach „Financial Times” czy „Economist”, a także z faktu, że jest konsultantką aktualnego rządu oraz gabinetu cieni w Wielkiej Brytanii oraz instytucji unijnych, zdaje się wynikać, że ostatecznie muszą traktować ją poważnie wszystkie obozy. My także, we własnym interesie, powinniśmy to zrobić.”

Autorstwo: Tereza Stöckelová
Tłumaczenie: Krzysztof Kołek
Źródło oryginalne: http://www.a2larm.cz
Źródło polskie: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

kapitalizmPisałem niedawno o tym, że obecnie następuje, w wielkich bólach, kolaps wszystkich znanych nam systemów, modeli, ustaleń. W świecie XXI wieku, gdzie zmagamy się z coraz większym przeludnieniem, niedoborem wody i żywności, masowym wymieraniem gatunków – są one tragicznie niewydolne. Nie dotyczy to tylko systemów bytowych, ale także tych etycznych, moralnych, duchowych. Są one fałszywe, nie odpowiadają faktom (od dawna, dopiero teraz głośno się o tym mówi), zamiast próbować tłumaczyć świat – robią coś odwrotnego, bo go zafałszowują. Pisałem o tym tutaj (link).

To samo dotyczy kapitalizmu. Obecnie system ten zapętlił się tak bardzo, że niemożliwy jest już dalszy realny wzrost – moment krytyczny został przekroczony. Mamy do czynienia ze specyficzną formą kanibalizmu cywilizacyjnego, gdzie system pożera sam siebie w pewnym miejscu, by wygenerować iluzję wzrostu w innym miejscu.

Kolaps kapitalizmu jest groźny o tyle, że może pociągnąć za sobą zarówno ludzkość, porządek polityczny świata jak i całą biosferę. Która jest już na progu kolejnego masowego wymierania (link). Nie mamy już dokąd uciec, jak to bywało po kolapsach poprzednich, ograniczonych terytorialnie cywilizacji. Obecnie jesteśmy jednym globalnym państwem, podzielonym dla nie poznanki sojuszami (trzy spokrewnione klany kłócą się o prymat władzy) i granicami, z pozorami demokracji i jednym rządem globalnym. O którego obradach informują wszystkie światowe jak i polskie, oficjalne media, plus agencje prasowe – pisałem o tym tutaj (link).

Polecam inne ciekawe artykuły na temat kolapsu kapitalizmu:
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Janusz Korwin Mikke popiera faszystowską i ludobójczą ideologię. „To będzie ostateczny koniec dla resztek państwa”
Janusz Korwin Mikke wychowa pokolenie gwałcicieli i psychopatów?
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Amerykański kapitalizm ponownie w wojennej gorączce

Cytuję: „Gdy kapitalizm jest w kryzysie, zawsze pojawia się bezpośrednie zagrożenie wojną. Historia pokazuje nam, że jest to reguła. Dwa największe pożary w historii, pierwszej i drugiej wojny światowej – które uśmierciły około 80 mln ludzi – były poprzedzone gospodarczą zapaścią w systemie kapitalistycznym.

Ta konstatacja prowadzi do wniosku, że obecna sytuacja w stosunkach międzynarodowych jest bardzo niepokojąca. Amerykańsko centryczny system kapitalistyczny ponownie dławi się z powodu głębokich chorób społecznych jak ubóstwo, bezrobocie, ogromne różnice w dochodach i stagnacja w produkcji.

Ta tendencja, całkiem jak w poprzednich okresach depresji gospodarczej na początku lat 1900 i 1930, zmierza w kierunku wojny jako desperackiego aktu „kreatywnej destrukcji”. Mimo, że racjonalnie i moralnie jest to przewrotne, wojna jednak ma sens logiczny w systemie kapitalistycznym jako sposób na wyzerowanie duszących system sprzeczności. Jest to oczywista deprawacja, z pewnością, ale jest to nieunikniona logika systemu opartego na zysku.

Jak głęboko system kapitalistyczny znowu pogrążył się w kryzysie można wnioskować po liczbie sztucznych miast, które Pentagon buduje w całej Ameryce. Miasta te są wykorzystywane do szkolenia armii USA w technikach walki w warunkach miejskich. Jedno z takich miast było opisywane w mediach jako ostatnio otwarty ośrodek szkoleniowy w stanie Virginia. Ów „Model miasta” był projektowany przez sześć lat, a budowany przez dwa lata, przy całkowitym koszcie 96.000.000 dolarów, według raportu w brytyjskim Daily Telegraph …

Ta placówka Pentagonu, obejmująca 300 hektarów, jest repliką innych miast, które można spotkać w całych Stanach Zjednoczonych. Znajdują się w niej mieszkalne domki z ogrodami, szkoły, miejsca kultu religijnego, stadion sportowy, banki, a nawet pięcio-piętrowa ambasada. Replika miasta została również wyposażona w podziemne metro i dworzec kolejowy, wraz z prawdziwymi, jeżdżącymi pociągami.

Istoty ludzkie są jedyną rzeczą, jakiej w nim brakuje. Nikt faktycznie nie mieszka w tym wojskowym modelu miasteczka w Wirginii, jak i w innych, rozproszonych po całych USA. Te fałszywe ośrodki miejskie mają być używane wyłącznie przez Pentagon do szkolenia piechoty i ćwiczenia ataków śmigłowców w różnych zabudowaniach.

Niektórzy wnikliwi obserwatorzy spekulowali w kierunku bardziej złowrogiego wniosku: amerykańska klasa rządząca przewiduje wstrząsy społeczne, a nawet rewolucję w najbliższych latach, a więc „wojna miejska” jest ćwiczona przez siły zbrojne w związku z awaryjnym planowaniem rządu względem własnych obywateli. W tym scenariuszu, wojska amerykańskie są przygotowane do ataku i zabijania własnych obywateli, a nie domniemanych „terrorystów” w jakimś obcym kraju.

Amerykańska klasa rządząca ma prawo obawiać się potencjalnego buntu wewnętrznego. Nawet oficjalne statystyki nie ukrywają rażącego upadku współczesnego społeczeństwa amerykańskiego. Jak na ironię, sztuczne miasta Pentagonu są budowane lepiej i lepiej obsługiwane niż wiele amerykańskich społeczności w prawdziwym życiu. Pogorszenie podstawowej amerykańskiej infrastruktury społecznej, tj. dróg, mostów, szkół, szpitali, idzie w parze z przewlekłym bezrobociem, biedą i przestępczością.

Amerykanie, nawet wielu z tych zatrudnionych w pełnym wymiarze czasu pracy, coraz bardziej wpadają w biedę, podczas gdy pięć procent ludności gromadzi coraz bardziej obsceniczne bogactwo. Obecnie 46,5 mln Amerykanów z łącznej populacji 311 milionów jest zaliczanych do biedoty. Instytut Polityki Gospodarczej odnotował w ubiegłym roku, że „trendy dochodów i ubóstwa malują ponury obraz” z medianą zarobków amerykańskich pracowników, która spadła o prawie 12 procent w latach 2000 i 2012 na przykładzie pracowników w restauracjach byle jakiego żywienia. Według wyliczeń, połowa wszystkich pracowników w tym sektorze żyje poniżej oficjalnego progu ubóstwa, w wyniku obniżenia płac.

To samo można powiedzieć o innych krajach zachodnich. Wielka Brytania, dla przykładu, została niedawno wymieniona jako największe skupisko miliarderów, z Londynem w którym zamieszkuje więcej bardzo zamożnych osób (rzędu 300 ) niż jakikolwiek innym mieście na świecie. Jednak, podobnie jak w USA, brytyjskie dane dotyczące ubóstwa są na rekordowym poziomie. Jadłodajnie i banki żywności trudno sobie radzą z rosnącymi potrzebami w tej stolicy, w której mieszka największa liczba światowych miliarderów.

Wracając do USA, jest tam ponoć 600.000 osób bezdomnych – podczas, gdy przemysł budowlany jest w stagnacji a całe obszary miast są niezamieszkałe, bo nikt nie może sobie pozwolić na zakup lub wynajem nieruchomości. Amnesty International obliczył, że liczba wolnych domów w USA jest pięć razy większa od liczby osób bezdomnych. Jest to iście mamucia niewydolność kapitalizmu w równoważeniu podaży i popytu.

Spośród bezdomnych w USA, jakieś 60.000, czyli 10 procent wszystkich tych, którzy żyją na ulicach, to weterani wojskowi. Po wykorzystaniu w boju w amerykańskich agresywnych wojnach w Afganistanie, Iraku i gdzie indziej, wielu weteranów powróciło do cywilnego życia jako bezrobotni, wyobcowani z rodziny, psychicznie załamani i uzależnieni od narkotyków, bez dachu nad głową.

A jednak ten sam kompleks wojskowy buduje „modele” miast i miasteczek w całej Ameryce nie po to, aby dać ludziom dach nad głową, ale aby trenować innych w zabijaniu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyszłym celem mogą być zwykli Amerykanie, w tym weterani, którzy nie mogą dłużej tolerować groteskowej, absurdalnej grabieży społeczeństwa przez władców.

Budowa domów, kościołów, szkół i szpitali jako wojskowych celów do zniszczenia w trakcie ćwiczeń w zestawieniu z tak wielkimi zaniedbaniami w zaspokajaniu ludzkich potrzeb jest z pewnością odrażającym symbolem niepewnych czasów. Kapitalizm, system, który jednoznacznie działa wyłącznie w celu mnożenia prywatnego zysku finansowego, objawia niezdolność do działania i jest zbędny jako organizator życia społecznego. To jest ewidentnie, że nieodwracalnie utknął w martwym historycznie punkcie. Te jest koniec.

Jedynym wyjściem dla ślepej uliczki kapitalizmu jest wybuchowa siła wojny. To właśnie jest przesłanką do oceny kierowanej przez USA zachodniej agresji wobec Rosji, zapoczątkowanej sfabrykowanym kryzysem na Ukrainie, jako alarmująco niepokojących działań, jak również prowokowanie przez USA Chin i ich azjatyckich sąsiadów do sporów terytorialnych, które nie powinny wchodzić w zakres zainteresować i działań Waszyngtonu. System osiągnął więc swój historyczny kres, w którym wojna jest lekkomyślnie brana pod uwagę jako ewentualność. Ale jeśli wybuchnie wojna światowa, tym razem, prawdopodobnie nie zostanie na świecie nic do odbudowy. To jest szaleństwo kapitalizmu i tych, którzy nim kierują – amerykańskiej elity rządzącej.

O ile, oczywiście, ludzie mogą nie przeciwstawią się tej destrukcji poprzez zastąpienie kapitalizmu demokracją, rozsądną i zrównoważoną alternatywą. Socjalizm? Dlaczego nie? Obecnie świat stoi w krytycznym momencie historii.

Cytując niemieckiego dramatopisarza Bertholta Brechta: „Wojna jest skurwysyństwem, ale suka, która ją rodzi, jest znów rozpalona.”

Źródła:

http://www.strategic-culture.org/news/2014/06/09/us-capitalism-on-heat-again-for-war.html
http://interesariusz.neon24.pl

Wybory do PE sfałszowano! Prawdziwe wyniki są szokujące

Wybory do PE sfałszowano! Prawdziwe wyniki są szokujące

wyniki wyborow do parlamentu

Tytuł felietonu mocny i prowokacyjny, ale czy mamy podstawy by tak twierdzić? Nie będę się wdawał w kwestie „cudów nad urną” które punktują różne PiSowskie portale typu niezalezna.pl. To zresztą stały element folkloru politycznego po kolejnych, przegranych przez prezesa wyborach. Postaram się przybliżyć Wam, Czytelnicy, kilka rodzajów okołowyborczych manipulacji. Zaczynamy!

Kwestia podawania wyniku wyborów. Otóż podaje się je tak, by pokazać, że zwycięskie partie polityczne mają poparcie w sumie 100% społeczeństwa. Lub prawie 100%, bo zawsze jest ten kilkuprocentowy margines na plankton polityczny. W tym celu w wykresach wyników wyborów nie podaje się ilości osób nie głosujących i ilości głosów nieważnych.

Większość portali przedstawia wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego w poniższy, jawnie zmanipulowany sposób:

Źródło grafiki: wp.pl

Źródło grafiki: wp.pl

Czy widzicie jaką powyżej zastosowano manipulację? Nie podano ilości osób uprawnionych do głosowania, które nie wzięły udziały w wyborach. Nie uwzględniono też ilości głosów nieważnych. To sprawia iluzoryczne wrażenie, że zwycięskie partie polityczne mają poparcie 100% lub 95% społeczeństwa. Tymczasem okazuje się, że taki PiS czy taka PO ma poparcie zaledwie 7% wyborców w tegorocznych wyborach do PE.

Jak wyglądają prawdziwe wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku? Przedstawia to poniższa grafika:

Warto dodać także inną ciekawą grafikę poruszającą temat jakości demokracji w Polsce. Jak i tego, czy rządzące partie polityczne mają prawo wycierać sobie buzie mitycznym „poparciem społecznym”. Wyborcy dali Wam wybitnie czerwoną kartkę, i tego poparcia społecznego nie macie, utraciliście je. Partia rządząca w Polsce (Platforma Obywatelska) nie ma nawet 10% poparcia społecznego.

Wybory do Parlamentu Europejskiego – w obszarze działania dyktatury mniejszości:

(Źródło grafiki nieznane)

(Źródło grafiki nieznane)

Osobną sprawą jest eksplozja euforii nad poparciem dla Kongresu Nowej Prawicy Janusza Korwina Mikke i faktu, że ta radykalna partia weszła do europarlamentu. Doskonale obrazuje to poniższy obrazek, stworzony częściowo przeze mnie, niestety, „zminusowany” przez bywających na demotywatorach gimnazjalistów – zwolenników JKM.

W wyborach w 2010 roku na Korwina Mikke głosowało 417.000 ludzi, co dało mu 2,5% poparcia.
W wyborach w 2014 roku głosowało na niego niewiele więcej osób, bo zaledwie 490.000, co dało przy niskiej frekwencji 7% głosów.

Wnioski są oczywiste: zagłosował cały elektorat Janusza Korwina Mikke zagnany masowo do urn perspektywą zwycięstwa. Na więcej głosów niż te ~400 do ~500 tysięcy, Korwin nie może liczyć, taką wielkość ma jego elektorat w wieku powyżej 18 lat (prawo wyborcze).

Jego elektorat jest zawsze karny i zdyscyplinowany, chodzi na wybory wyjątkowo chętnie, czy to w tym 2010 roku, gdzie frekwencja była na w miarę przyzwoitym poziomie, czy w 2014 roku. Większość ludzi nie poszła do urn, za to jego wyborcy, jak zwykle poszli, mając dodatkową mobilizację. Gdyby nie rozczarowanie polityką, to frekwencja byłaby wysoka a KNP nie przekroczyłaby progu wyborczego jak w 2010 roku i w latach poprzednich.

Osobna sprawa to miliony zwolenników Korwina poniżej 18 lat (najczęściej jednak poniżej 15 lat), ale z tego, jak wiemy, się wyrasta.

kongres nowej prawicyPolecam też na Wolne Media net:
Prawdziwe wyniki wyborów do PE w Polsce

Autor, poza grafikami: Jarek Kefir

Jeśli uznałeś ten felieton za warty uwagi, wartościowy, odkrywczy – możesz wesprzeć jego autora, czyli mnie. Warto wspierać niezależne media! (kliknij tutaj po informację)