Najstraszniejsza tajemnica nauki, czyli dogmat materializmu i racjonalizmu

Najstraszniejsza tajemnica nauki, czyli dogmat materializmu i racjonalizmu

naukaMyli się ten, kto uważa, że nauka jest otwarta na zmiany i pozbawiona sztywnych, niepodważalnych prawd. Czytałem kiedyś propagandową „reklamówkę” dzisiejszej nauki. Głosiła ona, że nauka, jeśli się myli, a Ty przedstawisz dowody – to przyzna Ci rację.

W artykule, który poniżej wklejam, poruszony jest jeden z tych dogmatów, jakie obecnie panują w nauce. Czyli dogmat materializmu – przeświadczenie, że jeśli czegoś nie można wyczuć zmysłami bądź zmierzyć aparaturą, to to coś nie istnieje.

Ten dogmat, jak i wiele innych tego typu (np newtonowskie i kartezjańskie postrzeganie świata) to coś, co obecnie cofa naszą cywilizację. Cała historia nauki to historia jednego wielkiego spisku „konserwatystów” walczących z nowościami (bo odebrałyby im pieniądze i władzę) a ludźmi, którzy te nowości chcieli wprowadzić. Tego niestety nie dowiesz się na propagandowych filmach czy profilach typu: „I fucking love science”, które przedstawiają naukę jako jedno wielkie pasmo sukcesów.

Nauka ma swoją bardzo mroczną stronę i to jest fakt. Jest ona kontrolowana przez korporacje (w tym farmaceutyczne), polityków, grupy lobbingowe, itp. W polityce czasami znajdzie się jakiś społecznik, osoba która chce coś zmienić na lepsze. W nauce – bardzo rzadko. Tam rozgrywającym jest wyłącznie pieniądz (korupcja) i władza (interesy tych możnych i potężnych).

To właśnie te wpływowe gremia i grupy nacisku decydują, co przedstawić masom ludzkim jako „rzetelną naukę”. co jest „pseudonauką”, a co jest „spiskową teorią dziejów”.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


Cytuję: „Jak unieważnimy dogmat materializmu, to uwolnimy naukę w medycynie, astronomii, biologii, kosmologii, chemii, w naszym rozumieniu ewolucji.

Będzie tylko kwestia czasu kiedy z materią będziemy mogli robić to, co dzisiaj jeszcze wydaje się niemożliwe. Dematerializacja i materializacja, telekineza, telepatia, postrzeganie pozazmysłowe, silniki grawitacyjne i nieskończone źródła energii. Wszystkie te cuda powstaną, gdyż nasze uczucia zrodziły już takie potrzeby. Innymi słowy, chcieć to moc.

W niniejszym artykule chciałbym was przekonać do tego, że tzw. Światem Realnym rządzą uczucia, więc atrybuty umysłu, a nie materia i jej niezmienne prawa. Fizycy kwantowi dowiodą ostatecznie, że materia to plastelina, która kształtujemy zgodnie z naszą wolą i uczuciami. Jest ona jak przekazująca energię fala, której powstanie i kierunek jest wypadkową działania różnych świadomości, a nie bezdusznych praw natury. Zamrożona energia uczuć, którą dzięki specyfice naszej percepcji postrzegamy jako bryły. Aby to zrozumieć, wyobraźmy sobie, że spoglądamy na jądro atomu i umieszczony w pewnej odległości od niego elektron. Są w bezruchu. Teraz elektron powoli zaczyna obiegać statyczne jądro. Nabiera ogromnej prędkości, a my widzimy koło. Twardą i statyczną. Zamrożoną materię. Pamiętajmy, jednak że wrażenie to sprawiła wirująca drobinka. Podnieśmy teraz wzrok ku górze, do gwiaździstego nieba i zobaczmy jak powoli i majestatycznie przesuwają się po nieboskłonie, gwiazdy i planety. W zwolnionym tempie poruszając się, kopiują ruch elektronów wokół jądra atomu. Podobnie, tylko skala dramatycznie inna.

Nasze kilkudziesięcioletnie życie to miliony lat w świecie subatomowym i tylko mgnienie oka w tym ogromny wypełnionym galaktykami.

Można wyobrazić sobie, że podmioty czy istoty obdarzone różna prędkością percepcji i obserwujące skrajnie wielkie lub znikomo małe obszary mogłyby, przebywając w tym samym materialnym świecie, nie rozpoznawać i nie wiedzieć o sobie nawzajem. Działania zaś nierozpoznanej formy świadomości interpretować jako twarde prawa przyrody.

Kontynuując, przedstawię kilka więcej przykładów jak nasza ułomna percepcja i „przymioty” umysłu mogą być przyczyna błędnego zrozumienia.

I tak nasze ciała zbudowane są z trylionów komórek. Czy możesz zidentyfikować się z którąś z nich albo nimi wszystkimi? Nie, natomiast możesz określić granice twojego ciała. „Ja” to program nadrzędny do nich, zarządzający, informacja, która wymusza posłuszeństwo, warunkuje środowisko i animuje poprzez oprogramowanie. My jesteśmy ich dobrymi (nie zawsze) pasterzami. Czy mogłyby istnieć ciała, których brył nie bylibyśmy w stanie rozpoznać? Popatrzmy przez moment na świat z perspektywy komórki. Czy któraś z „naszych” istotek, komórek lub bakteria żyjąca gdzieś w zakątku kiszki mogłaby wyobrazić sobie całego „białkowego stwora” jakim jest nasze ciało? Wszystkie jego organy, funkcję, wzajemne powiązania i tryliony innych współmieszkańców. Poznać ten cały ogrom wiedzy porównywalny tylko z bezkresem kosmosu i dostrzec cały organizm. Na pewno nie. Podobnie i nasze środowisko, w którym nam przyszło żyć, mogłoby być uwarunkowane potrzebami jakiejś nadistoty, programu nadrzędnego, którego nigdy nie pojmiemy.

Można też wyobrazić sobie bryły o „szalonych” formach połączone programem nadrzędnym i egzystujące w ekstremalnych dla nas warunkach. Takim skrajnym arcytrudnym środowiskiem wg Carla Sagana mogłyby być gazowe planety. Zbudowane wyłącznie z wodoru, helu, metanu i amoniaku. Gdzie wieją huraganowe wiatry a w dolnych warstwach atmosfery pojawia się ogromne ciśnienie i wysoka temperatura. Matematyczne kalkulacje o możliwych formach życia w takich warunkach przedstawił Carl Sagan w książce Kosmos. Opisał jak zamieszkujące ją malutkie istoty topielce i kilometrowej wielkości balonopodobni pływacy, mogliby produkować pożywienie oraz sami stać się łupem dla kolejnych uczestników powstałego łańcucha pokarmowego tzw. „myśliwych”.

Czy moglibyśmy rozpoznać stworzenia zdecydowanie różne od nas i jakie warunki musiałyby spełniać takie istoty, abyśmy mogli postrzec je naszymi zmysłami?

1 Punkty świetlne o pewnych charakterystykach to jest to, co „widzi” oko:

racjonalizm 2. Połączone punkty świetlne o wybranej charakterystyce rysują obrazek, w którym możemy rozpoznać przedmioty w pomieszczeniu. Rozmieszczone są one zgodnie z zasadami perspektywy w trójwymiarowej przestrzeni. Tak umysł zinterpretował punkty świetlne.

nauka Pamiętacie tę zabawę? Wpatrując się w rysunek, powiedz, ile ukrytych przedmiotów widzisz? Ostatecznie znajdziesz i zidentyfikujesz tylko takie, które znajdują się w bazie danych twojego umysłu lub są do nich podobne. Nasza mądrość i wiedza jest tylko „mądrością etapu”. Jutro przyniesie nowe „odkrycia”. Co możesz przegapić przez tą swoją „ułomność”? Nie tylko pozaziemskie cywilizacje. Przyglądnij się prezentowanemu poniżej obrazowi Sandro Del Prete.

materializmDzieci rozpoznają na tym obrazie 9 delfinów. A co my będąc już na innym etapie „mądrości”?

Poznanie tajemnic rzeczywistości leży poza możliwościami człowieka, wszystkie prawa i prawdy przyrody, które znamy, są tylko „mądrością etapu”, a bogactwo naszego „świata” zależy od naszej wyobraźni, inteligencji, wiedzy a przede wszystkim – ochoty do myślenia.

A więc uczucia i umysł ponad materią, a to, że czasami wydaje się nam, że jest odwrotnie, może wynikać z braku właściwej perspektywy i naszej ułomności, gdy obserwujemy ten świat, w którym przeżywamy przygodę życiem zwana.

TEORIA EWOLUCJI

Do uwiarygodnienia teorii, którą prezentuje poniżej, użyje przykładu ewolucji technologicznej i nas ludzi jej „sprawców” a następnie przez podobieństwa, spróbuje wskazać czynnik odpowiedzialny za postęp w ewolucji biologicznej.

Algorytm rozwoju technologicznego w naszym wykonaniu.

– Odkrywca — ktoś, kto zdefiniował i uświadomił nam „brak” lub mankament.

– Poczucie niedoskonałości. Możemy to zmienić, ale potrzebujemy dokonać zmian — poprawić.

– Pragnienie i chęć zaspokojenia (emocje) – motywacja do działania.

– Myśl — zastosowanie narzędzia ze świata umysłu do dokonywania zmian w „świecie zewnętrznym”.

– Grupowanie się wynalazców wokół „problemu” w celu jego rozwiązania np. tysiące fizyków pracujących obecnie w CERN lub podobnych projektach.

– Postęp. Nowy lepszy produkt wypiera stary z rynku. „Stary” wymiera.

Jako przykład niech posłuży mit o Ikarze. Na początku był żal i smutek spowodowany uświadomieniem sobie „braku”, że nie potrafi fruwać tak jak ptaki. Potem pragnienie, aby im dorównać. Następnie pomysł z wykonaniem sztucznych skrzydeł. Wtedy się nie powiodło. Satelity, rakiety, samoloty i stacje kosmiczne są jednak owocami tego pragnienia. Podobną drogę prześledzić można w przypadku komputera, pralek automatycznych czy telewizora. Zwróćmy uwagę, że uczucie i myśl, była potrzebna na każdym pośrednim etapie. Z reguły, aby coś powstało musi służyć pewnemu celowi. Wypełnieniu pewnego „braku”, chęci usunięcia dyskomfortu wynikłego z poczucia niespełnienia. Ta uparta emocja. Postęp technologiczny odbywa się w ten opisany powyżej sposób. W przypadku postępu w ewolucji biologicznej zakładamy istnienie ślepego trafu, mutacji. Bezmyślnego przypadkowego błędu w genach, który szczęśliwie okazuje się udoskonaleniem, jak rozsypywanie i składanie klocków z materiałem genetycznym. Przypadek ma sprawić, że od czasu do czasu trafi się, że klocki same poskładają się w taki sposób, że następca, potomek jest doskonalszy od poprzednika oraz że pojawiają się innowacje. Pomijając przy tym fakt, że gdyby i nawet w wyniku mutacji pojawiło się przypadkowo u jakiegoś np. uprzednio ślepego stworzenia oko, jako dodatkowy organ, to ten osobnik nadal by nic nie widział, gdyż oko nie widzi.

To umysł „widzi”, tworząc trójwymiarowa wizualizację.

Do czego przydałby się nawet tak skomplikowany detektor światła, jak ludzkie oko bez specjalnego oprogramowania, które pozwoliło połączyć punkty świetlne o pewnej charakterystyce i rozmieścić w trójwymiarowej i kolorowej, wyimaginowanej przestrzeni twojego umysłu. A co jeszcze ważniejsze, zidentyfikować powstałe w ten sposób obiekty i nadać im sens, używając materiałów zgromadzonych w bazie danych. Tej wizualizacji twojego umysłu w której… światło… nie jest żadnym światłem, ale jego wyobrażeniem, zjawą tylko i służy do przekazywania informacji o tym, co się przydarza bryłom. Ograniczeni jesteśmy do wnioskowania o świecie zewnętrznym na podstawie badania wyobrażenia powstałego w naszych umysłach. Nie tylko ty i ja, ale i Kopernik czy Darwin. Stąd też i „szalone” teorie Einsteina. Jedziesz samochodem z prędkością 100 km/h z zapalonymi światłami. Zmierzona prędkość światła powinna powiększyć się o 100 km/h. Tak się jednak nie dzieje, pozostaje ta sama. Jeśli prędkość światła się nie zmienia, jest stała, to zmieniać musi się przestrzeń i czas. Stąd pomysł na „plastyczną” czasoprzestrzeń i siłę grawitacji. Gdy jednak odrzucimy dogmat materialnego świata, to pojawiają się inne ciekawe możliwości wytłumaczenia tych fenomenów. Ale to już inna historia.

Software nad hardware, umysł i ciało jedno bez drugiego jest bezużyteczne. Aby zbudować dom, najpierw trzeba go sobie wyobrazić i rozrysować plany, jednak potem by w nim zamieszkać, należy to według projektu wykonać.

Odnosząc to do ewolucji technologicznej, to gdyby w konsekwencji jakiegoś nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, fenomenu przyrody, powstał kilka tysięcy lat temu komputer, to i tak do niczego, nikomu by się nie przydał, bo nie pasowałby do umysłów i pragnień ówczesnych ludzi. Na każdym etapie rozwoju komputerów, od tych pierwszych bardzo prymitywnych, do tych dzisiejszych oraz tych, które przyjdą po nich, potrzebna była chęć i myśl, jak sprawić, aby coraz lepiej spełniały nasze aktualne pragnienia.

Oko także powstawało i doskonaliło się jako potrzeba zaspokojenia pewnych emocji. Pewnie można by tu sporządzić długa ich listę.

Jeśli założyć, że czynniki sprawcze w ewolucji technologicznej są podobne do ewolucji biologicznej to do rozwoju potrzebne, są… emocje, które przemieniają się w uczucia, intelekt i wreszcie ta iluzja materii jak plastelina. W ewolucji technologicznej my ludzie jesteśmy czynnikiem sprawczym. W biologicznej zaś, w czym lub w kim umiejscowić te emocje i algorytm?

„Rzeczywistość jest niczym więcej niż iluzją, aczkolwiek bardzo uporczywą” – Albert Einstein.

Autorstwo: Darius
Nadesłano do „Wolnych Mediów”
Link: http://wolnemedia.net/ezoteryka/einstein-i-najstraszniejsza-z-wszystkich-tajemnic-3/

Zabójcze, syntetyczne hormony. Są dosłownie wszędzie!

Zabójcze, syntetyczne hormony. Są dosłownie wszędzie!

nadmiar estrogenowCiekawy artykuł z portalu Humo Mundo o tym, jak do środowiska są wprowadzane na ogromną skalę syntetyczne pochodne estrogenów. Estrogeny to jedne z hormonów zwyczajowo nazywanych kobiecymi, choć w różnych stężeniach, mają je obie płcie.

W nadmiarze estrogeny są szkodliwe, wręcz toksyczne. I u mężczyzn, i u kobiet ich nadmiar powoduje określone szkody zdrowotne. Obecnie jest to wręcz choroba cywilizacyjna. Estrogeny, szczególnie te syntetyczne, są obecne wszędzie. Opakowania plastikowe, woda z wodociągów nie oczyszczona z estrogenów, które przedostają się do środowiska z wydalonych tabletek antykoncepcyjnych. Do tego należy doliczyć tzw. „kulturę picia piwa” (która najczęściej z kulturą nie ma nic wspólnego..). Piwo, a raczej jego składnik, chmiel, zawiera roślinne estrogeny.

Przeciwwagą, naturalnym antagonistą estrogenów jest progesteron – ten hormon mają również obie płcie. To progesteron odpowiada m.in. za stabilność psychiczną, emocjonalną, i ogólnie, potężniejszą i stabilniejszą psychikę u kobiet. U mężczyzn taką przeciwwagą jest testosteron. Co ciekawe, jest podział na kobiety z przewagą estrogenów (estrogenowe) i te, które nie mają nadmiaru tego hormonu (testosteronowe). Kobiety estrogenowe to te, które są największym utrapieniem dla męskiej części świata – strzelają fochy, są niezrównoważone, roszczeniowe, mało świadome siebie i swoich potrzeb.

Inaczej prezentują się kobiety „testosteronowe”. Są bardziej stabilne, życzliwiej nastawione wobec typowych męskich obaw, bardziej świadome i można z nimi pogadać na tematy inne niż kiecki ślubne i seriale. To na planie fizycznym – bo oprócz niego jest jeszcze plan psychiczny (wyższy) i duchowy (jeszcze wyższy). Tam też zachodzą pewne różnice. Wszystkim panom czytającym moje artykuły, życzę zapoznania kobiety testosteronowej – tej świadomej.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


Cytuję: „Na całym świecie upowszechnia się produkcja żywności na coraz to wyższym poziomie technologicznym, a wszystko co dotąd było produkowanie naturalnie, zostało uprzemysłowione. Wprowadza się coraz to nowsze systemy kontroli nad tym, co jedzą ludzie, i to nie po to by nam konsumentom zapewnić coraz to wyższy standard żywieniowy, ale by zacieśniać pętlę nad tym co jemy, bowiem żywność prawdziwie naturalna staje się zakazana, a sztuczne śmieciowe jedzenie zalewa nasze sklepy, a to za zgodą naszego rządu i jego instytucji np.: Sanepidu.

Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że wytwórcy tej żywności i jej sprzedawcy są w rękach wielkich korporacji takich jak Monsanto z USA, czy kilka potężnych podmiotów np.: Nestlé, Kraft, Coca-Cola, które jako mocne lobby narzucają dyktat na ustawodawców danych państw, by prawo było po myśli owych koncernów, a wszak wiadomo, że ustawy pisze się na zamówienie.

Polska jest dziś na etapie, na którym Amerykanie byli w latach 1970. Nasze rolnictwo się reformuje, gdyż biotechnologicznym gigantom zależy, aby nasze prawo dostosowywało się do ich wymagań, tak jak np.: przeforsowano ustawę o GMO. Problem nie polega tylko na tym czy żywność GMO jest bezpieczna dla zdrowia. Chodzi o to, jak w przyszłości będziemy karmieni, i czy chcemy być traktowani jak bydło, które jest zmienianie genetycznie na potrzeby koncernów?! Niestety, prawda jest taka, że owe zmiany w naszych organizmach, wynikające z bombardującej nas codziennie chemii, już zaczynają ciągłą transformację biologiczną u nas i u naszych dzieci, co zaprowadzi nas to do samozagłady gatunku. Dlatego, iż coraz to powszechniejszy rozwój przemysłu chemicznego doprowadził do masowego zanieczyszczenia środowiska sztucznymi odpadami, które są niebezpiecznie dla żywych organizmów z powodu ich cichej szkodliwości.

Jednym z ich jest obecność związków chemicznych zwanych – ksenoestrogeny, – które są sztucznymi substancjami chemicznymi, działającymi w żywym organizmie jak żeńskie hormony płciowe czyli estrogeny. Występują w tworzywach sztucznych, chemii kosmetycznej, czy środkach czystości. Mało tego! Niektóre herbicydy i pestycydy stosowane masowo w rolnictwie, powodują iż, na syntetyczne estrogeny można się też natknąć w żywności np.: w warzywach i owocach, czy również w mięsie zwierząt lub ryb hodowanych z dodatkiem hormonów. Znajdziemy te substancje chemiczne nawet w wodzie pitnej, które to dostają się tam wraz moczem, np.: kobiet, biorących tabletki antykoncepcyjne, czy mężczyzn stosujących sterydy anaboliczne w celu zwiększenia masy mięśniowej (np: kulturyści, sportowcy), – a żadna oczyszczalnia ścieków czy stacja uzdatniania wody tego nie usunie, bowiem nie ulegają one rozpadowi chemicznemu. Zatem stężenie ksenoestrogenów w środowisku wzrasta, co doprowadza do skażenia go ogromną ilością tymi substancjami chemicznymi. Podejrzewane są one o wywoływanie skutków ubocznych wśród ssaków – zaburzeń płodności, niewykształcania cech męskich i inne skutki uboczne – zwłaszcza wśród fauny żyjącej w wodach morskich i śródlądowych. Ksenoestrogeny obecne w wodzie pitnej podejrzewane są również o powodowanie zaburzeń płodności u mężczyzn oraz zaburzeń w kształtowaniu płci w życiu płodowym. Zatem jak widać, – zatrucie środowiska ksenoestrogenami ma wpływ na zmianę profilu hormonalnego, czym odbija się to fizycznie na organizmie.

Następną substancją chemiczną jest np. Bisfenol, zawarty w gorszej jakości pojemnikach na żywność, w puszkach na napoje. Może powodować niedorozwój narządów płciowych u chłopców, a u dziewczynek, w przyszłości – bezpłodność. Wpływa także na rozwój centralnego układu nerwowego. Innymi substancjami chemicznymi mogą być estry parabenów, które to są powszechnie stosowane jako konserwanty w rozmaitych produktach higieny osobistej, żywności oraz farmaceutykach. Badania potwierdzają, że takie ich rozpowszechnienie sprawia, iż substancje te są obecne w organizmach większości ludzi. Ale takie nagromadzenie się sztucznych hormonów może namieszać nam w gospodarce hormonalnej organizmu, m.in prowadząc do nadwagi i otyłości. Objawami może być gromadzenie się tłuszczu w okolicach ud i brzucha. Bowiem u mężczyzn nadmiar krążących we krwi estrogenów blokuje produkcję testosteronu, powiększa piersi i gromadzi tłuszcz w okolicach brzucha, ud i pośladków, i podobnie dzieje się również u kobiet. U obu płci następuje spadek libido, chroniczne zmęczenie i spada odporność.

Innym zaobserwowanym zjawiskiem medycznym, jest coraz to wcześniejsze dojrzewanie dziewczynek pod względem płciowym. Specjaliści zauważyli, że biust rośnie coraz to młodszym dziewczętom, lub pojawiały się u nich pierwsze przedwczesne menstruacje, mimo że nie zaczęły one jeszcze regularnie miesiączkować, co oznacza, że w rzeczywistości nie weszły wcale w okres dojrzewania. Nawet siedmioletnie dziewczynki zaczynają mieć wzrost piersi, a przyczyną są właśnie owe niebezpieczne substancje chemiczne, zawarte w przedmiotach codziennego użytku, czy kosmetykach oraz naszpikowana hormonami żywność. Pojawienie się rosnących piersi czy menstruacji u tak małych dziewczynek wcale nie jest dobre. Poza problemami natury społecznej, przedwczesne dojrzewanie wiąże się ze znacznie wyższym ryzykiem wystąpienia w przyszłości raka piersi, jajników, a nawet chorób serca, ale wpływa również niekorzystnie na psychikę małej dziewczynki, która nie jest gotowa na zainteresowanie seksualne, które zaczyna wzbudzać. Ale ma to swoją drugą złą stronę.

Oddziaływanie sztucznych hormonów ma też swoje odbicie także u grupy wiekowej kończącą okres rozrodczy. Zwykle kobiety w wieku 45 -55 roku życia przechodzą okres przekwitania zwany menopauzą. Lekarze coraz częściej alarmują, iż coraz to więcej kobiet osiąga przedwczesną menopauzę w wieku 30 – 40 lat, a nawet jeszcze wcześniej. Przed 40. r.ż. do niedawna było 4–18% przypadków przedwczesnej menopauzy, a teraz diagnozuje się ją u jednej na 100 kobiet. Przyczyna może właśnie tkwić w zachwianiu gospodarką hormonalną organizmu, poprzez oddziaływanie wszechobecnych związków sztucznych estrogenów. Zatem, związki te mogą powodować w przyszłości coraz to wcześniejsze dojrzewanie płciowe u dzieci, a z drugiej strony – jako już osoby dorosłe mogą przedwcześnie zakończyć ten okres rozrodczy, – co może mieć konsekwencje w ilości zajść w ciążę, gdyż może powiększać to wskaźnik bezpłodności i bezdzietności w społeczeństwie, bowiem okres płodności u kobiet staje się coraz to bardziej krótszy. Ale nie tylko płeć piękna ma problemy z płodnością, okazało się bowiem, że jeden na pięciu młodych mężczyzn ma na tyle niską liczbę plemników, że jego płodność jest poważnie obniżona. Naukowcy alarmują, że u mężczyzn spada liczba plemników w nasieniu. Przeprowadzone niedawno badania ujawniły, że od 1989 r. liczba ta zmniejszyła się o ponad 30 proc. Liczba plemników w 1 mililitrze nasienia spadła o 32,3 proc., a na domiar złego, odsetek plemników o prawidłowym kształcie zmniejszył się aż o 33,4 proc. Powodem do zmartwień lekarzy jest jednak szybkie tempo spadku – o 2 proc. rocznie. Apelują o pilne rozpoczęcie badań nad przyczynami obniżania się męskiej płodności. Przyczyną mogą być właśnie wszechobecne ksenoestrogeny.

To co właśnie widzimy, to właśnie efekt „estrogenowej dominacji”, powstałej od hormonów, które są wytwarzane w organizmie oraz zjadane ze związkami chemicznymi. Zatem, czy bezsensowna gonitwa za wysoką technologią przemysłową nie doprowadzi nas samych i naszych dzieci do samozagłady? Czy wyginiemy jak dinozaury?”

Źródło: Humomundo.pl

Koncerny farmaceutyczne, zwolennicy szczepień i ich histeria podgrzewana przez media

Koncerny farmaceutyczne, zwolennicy szczepień i ich histeria podgrzewana przez media

szczepionkiArtykuł odnośnie histerii, jaką wykreowali medialni i farmaceutyczni socjotechnicy wokół szczepień. Obecnie rekordy w generowaniu negatywnych emocji bije rzekoma epidemia odry (kilka zachorowań w 2015), która ma być w Polsce.

Zrobiono to z dwóch powodów. Powód pierwszy – planowane wycofanie szczepionki MMR i zastąpienie jej nowszą. W związku z tym, trzeba opróżnić magazyny. Powód drugi – przykręcono śrubę w sprawie szczepień. Planuje się comiesięczne sprawdzanie kart szczepień u dzieci. Gdy brakuje jakichś szczepień – dzieci takie mają nie być przyjmowane do żłobków i przedszkoli.

Są to tzw. „miękkie sankcje administracyjne” – czyli przemoc aparatu państwowego w celu wymuszenia procedury medycznej. Artykuł, który wkleiłem poniżej, porusza rzadko podejmowane zagadnienia, czyli walkę zwolenników szczepień (czasami są oni wprost opłacani przez koncerny – trolle, hasbara) z przeciwnikami szczepień.

W Polsce i w krajach byłego bloku wschodniego kładzie się duży nacisk na przymus szczepień, ponieważ chce się w ten sposób ograniczyć przyrost naturalny. Inaczej jest w krajach Europy zachodniej – tam zmieniła się mentalność i dzieci rodzi się już mniej. Celem głównym jest zmniejszenie liczebności światowej populacji, o czym mówił zaangażowany w interesy farmaceutyczne Bill Gates. Którego :dobroczynność” polega na promowaniu i kupowaniu szczepionek w firmach farmaceutycznych, których akcje posiada.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


W debacie na temat szczepień religijna histeria bierze górę na racjonalizmem.

Cytuję: „We wczesnych latach 1980. świat obiegły szokujące nagłówki gazet, donoszące o aktach przemocy wobec lekarzy i personelu medycznego klinik aborcyjnych z rąk członków fundamentalistycznych grup religijnych. Pierwszym z odnotowanych przypadków było uprowadzenie przez trzech mężczyzn, utożsamiających się z ruchem antyaborcyjnym Armia Boga, Hectora Zevallosa – lekarza i jednocześnie właściciela kliniki aborcyjnej – oraz jego żony. Porywacze przetrzymywali uprowadzonych przez 8 dni. Od tego czasu zaczęły mieć miejsce kolejne przypadki kidnapingu, podkładania bomb w klinikach, zabójstw oraz prób zamordowania członków personelu medycznego, a także innych zwolenników prawa kobiet do wolnego wyboru w sprawie aborcji; odnotowano też setki gróźb śmiercią oraz ponad 150 aktów napaści i pobicia. Stali za tym ekstremalni aktywiści antyaborcyjni. Od tej pory tego typu incydenty zaczęły szerzyć się nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale też w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii.

I jak na razie niewiele się w tej kwestii zmieniło. W 2012 roku eksplodowała bomba podłożona w klinice Planned Parenthood w Grand Chute w stanie Wisconsin. W tym samym roku bomba zapalająca wywołała pożar w budynku Ladies Clinic w Pensacoli na Florydzie, przed którym w 1994 roku zastrzelono lekarza Johna Brittona oraz jego ochroniarza Jamesa Barretta. W owej klinice zdetonowano bombę już w 1984 roku, dokładnie w dniu Bożego Narodzenia. Jak zeznało później czterech sprawców tego czynu – był to „urodzinowy prezent dla Jezusa”.

Działania fanatycznych przeciwników aborcji – sprawców opisanych powyżej aktów przemocy – wprawiają w osłupienie. Jak to możliwe, że tak zagorzali zwolennicy ochrony życia poczętego, potępiający prawo kobiet do wolnego wyboru w sprawie aborcji, są w stanie dokonywać tak agresywnych czynów, tak zajadle protestować, grozić śmiercią i brać udział w kampaniach oszczerstw? W jaki sposób fundamentalne poglądy w kwestii ochrony życia mogą doprowadzić do tak, na pierwszy rzut oka, sprzecznego zachowania – zabijam, bo stoję na straży przykazania „nie zabijaj”?

Tak wygląda właśnie sposób myślenia religijnych terrorystów. Są tak bardzo oddani, ich zdaniem, słusznej sprawie, bez względu na jej niedorzeczność, że nie dostrzegają sprzeczności w swoim postępowaniu, mimo że bije ona po oczach. Tego typu goście to bez dwóch zdań „kompletne świry”.

Być może wy również, czytając najświeższe doniesienia prasowe, dostrzegacie podobieństwa pomiędzy zachowaniem antyaborcyjnych aktywistów i histerycznie usposobionych rzeczników walki z członkami domniemanego ruchu antyszczepionkowego. Szaleństwo, jakie ogarnia tych ostatnich, jak nic przypomina obłęd fanatyków zakazu aborcji w szczytowym punkcie ich krucjaty. Grożenie śmiercią i podłożeniem bomby, zaangażowanie w kampanie oszczerstw, zastraszanie członków rodzin osób, które głośno usiłują mówić prawdę o szczepionkach lub tylko wyrażają wątpliwości w kwestii postawy przyjętej przez fanatycznych zwolenników szczepień.

Proszczepionkowcy to ekstremiści, co do tego nie ma wątpliwości. Bo jak inaczej można określić postawę opartą na całkowicie błędnych założeniach przesiąkniętych emocjami, fałszywych przesłankach naukowych i nielogicznym myśleniu? Rzecznicy szczepień ulegają religijnej histerii, tak jak każdy antyaborcyjny fanatyk. Przy czym – co istotne – proszczepionkowcy, w odróżnieniu od fundamentalistów religijnych, nie są jakąś małą, skrajną grupą społeczną. Pośród nich są ludzie z różnych grup zawodowych, społecznych, rasowych i religijnych. Nie uczestniczą we wspólnych niedzielnych nabożeństwach, by przysłuchiwać się kazaniom, które mają umocnić ich przynależność religijną i jednocześnie demonizować niewiernych.

Zamiast tego gromadzą się wokół ołtarza mediów głównego nurtu i oddają mu cześć, gdyż one również niestrudzenie bombardują proszczepionkową propagandą, nawracają i demonizują odstępców oraz zapewniają wiernych, że tylko ich stanowisko jest słuszne – powołując się w tym celu na domniemane „setki badań”, które rzekomo potwierdzają bezpieczeństwo i skuteczność szczepień. Każdy, kto nie uległ temu „religijnemu” ferworowi, kto posiada chociaż dwa aktywne neurony i ma wewnętrzną siłę, by wyłamywać się ze stada i samodzielnie docierać do niezależnych wyników badań, musi dostrzec, że postawa zwolenników szczepień jest obarczona jakimś zasadniczym błędem.

Tych legendarnych „setek badań”, na które powołują się proszczepionkowcy, w rzeczywistości nie ma. Istnieją natomiast setki badań, o których „nie mówi się głośno, które się lekceważy, a nawet selektywnie recenzuje, przymykając oko na dane o skutkach ubocznych szczepień”. Domyślam się, że dziennikarze mediów głównego nurtu jakoś te fakty przeoczyli w swoim bez wątpienia skrupulatnym przeglądaniu źródeł, jakie poprzedzało późniejsze oczernianie i mieszanie z błotem tych, którzy mają czelność kwestionować naukową ewangelię. Dlaczego wyniki niezależnych badań nie są powszechnie dostępne, dlaczego próbuje się je ukryć? Bo są one, rzecz jasna, sprzeczne z założeniami proszczepionkowej religii! Najwyżsi kapłani koncernów farmaceutycznych, którzy szerzą naukową ewangelię poprzez swoich misjonarzy, tj. media głównego nurtu i przedstawicieli medycznych, nie mają ochoty na to, by tracić czas na rozważanie odmiennych stanowisk, kwestionujących przesłanie wielebnego $. Ryzyko jest zbyt wielkie. Utrata nawet jednego członka stada mogłaby negatywnie odbić się na wynikach finansowych.

“To strategia intelektualnych desperatów. Prawda nie lęka się dochodzenia. Jeśli skuteczność szczepień jest dowiedziona, a one same sprzyjają zdrowiu dzieci, to lekarze powinni być otwarci na pytania rodziców, a nawet otwarte dyskusje o zaletach szczepień. Obecnie natomiast mamy do czynienia z bezkrytycznym kultem. Jego wyznawcy mają w nosie dogłębne analizy, a nawet rzetelne dane naukowe. Szczepienia są dobre, bo tak im powiedziano. I to im wystarcza” – czytamy w artykule Mike’a Adamsa, pt. „The Flawed Theory Behind Vaccinations” („Błędna teoria szczepień”).

Lekarzom, wypowiadającym się w mediach, którzy nie zgadzają się ze stanowiskiem zwolenników szczepień i mają odwagę zalecać alternatywne metody immunizacji, grozi oczywiście zniesławienie i prześladowanie, są traktowani jak szarlatani i mogą utracić licencję zawodową. Zaś przekupione media wytrwale papugują mantrę koncernów farmaceutycznych o rzekomo niepodważalnej skuteczności i bezpieczeństwie szczepień.

Ale szczepionki nie ani skuteczne, ani bezpieczne. Nawet „Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych nie dalej jak w 2011 roku orzekł, że szczepionki są “niezaprzeczalnie groźne”. A poza tym, jeśli nie byłyby szkodliwe, to jakim cudem od 1989 roku rząd amerykańskich wypłacił 3 miliardy dolarów tytułem odszkodowań dla osób, które utraciły zdrowie w wyniku szczepień?

Linki w paragrafie powyżej, jakkolwiek nie wyczerpujące tematu, nie są tam po to, by “dowodzić” braku bezpieczeństwa czy nieskuteczności szczepionek. Chcemy tylko pokazać, że w kwestii szczepień nie ma jednoznacznych rozstrzygnięć – innymi słowy, w świetle nauki ich skuteczność i bezpieczeństwo wcale nie są tak oczywiste. Przeciwnicy szczepień nie są szaleńcami, zwolennikami teorii spiskowych czy ludźmi, który bezkrytycznie wierzą w powielane plotki internetowe. Publiczna debata w tej kwestii niewątpliwe ma miejsce, lecz po obydwu jej stronach powinny zasiąść osoby myślące racjonalnie.

Antyszczepionkowcy zdaniem proszczepionkowców to osoby tępe, niepełnosprawne umysłowo. A dokładnie tacy są właśnie autorytarianie („Nie zamierzam szczepić moich dzieci. Uważam, że szczepionki prowadzą do zaburzeń psychicznych!” „Chcesz przez to powiedzieć, że jesteś… zaszczepiona?”)

Dalsza dyskusja na temat bezpieczeństwa i skuteczności szczepień wykracza poza zakres tego artykułu. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w gorąco rekomendowanym przez nas filmie dokumentalnym z 2013 roku, autorstwa Gary’ego Nulla, pt. „Cicha epidemia: nieopowiedziana historia szczepionek”.

Nie ma potrzeby, by ktoś godził się (lub nie) z faktem, że szczepionki są szkodliwe i nieskuteczne, chodzi o to, by przynajmniej zdał sobie sprawę, że w tej kwestii konieczna jest niewymuszona, szczera debata. Tymczasem rzecznicy szczepień zamiast udziału w otwartej, racjonalnej dyskusji, wolą uciszać oponentów – wykrzykując na całe gardło, stosując pogróżki i uciekając się do ataków ad hominem. Skoro dowody na nieszkodliwość szczepionek są jednoznaczne, to skąd obawy przed jawną, publiczną rozmową na ten temat?

Nagłówki mediów głównego nurtu donoszą, że antyszczepionkowcy są rozhisteryzowani, nierozsądni i nadmiernie emocjonalni, proszczepionkowcy – racjonalni, rozsądni i posiadają wiedzę naukową, a jakże by inaczej. Jak w przypadku większości artykułów pisanych zgodnie z narzuconą linią redakcyjną, jest dokładnie na odwrót. Krytycy szczepień to osoby zwykle dobrze poinformowane, znające wyniki badań, a w każdym razie, przynajmniej sceptycznie nastawione do oficjalnej szczepionkowej narracji. Mistrzami tyrad w histerycznym tonie są rzecznicy szczepień. Nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że władze niekoniecznie muszą działać w interesie obywateli. Czują się zagrożeni obecnością tych, którzy kwestionują decyzje rządzących. Nie mogą zaakceptować faktu, że biznes szczepionkowy jest wielką ściemą, którego celem jest napychanie portfeli garstki zasiadającej na górze piramidy, kosztem cierpienia całej reszty, bo ich światopogląd w kwestii bezpieczeństwa i skuteczności szczepionek po prostu by runął. Nasze władze (Bóg) kochają nas. Nigdy by nas nie skrzywdziły. To my mamy rację. Ci, którzy podważają decyzje rządzących, są źli. Należy się ich pozbyć lub zmusić do konformizmu. Brzmi to niczym hasła fundamentalnej chrześcijańskiej krucjaty, nieprawdaż? Albo niczym słowa amerykańskiego żołnierza piechoty (albo generała), co?

Spójrzmy na artykuł Jesse Johnsona pt. „Antyszczepionkowcy a narcyzm epistemologiczny” (“Anti-vaxxers and epistemological narcissism”), będący odezwą do chrześcijańskich rodziców – przeciwników szczepień. Autor tego tekstu nawiązuje do ostatnich przypadków zachorowań na odrę w Kalifornii i w Arizonie i obwinia za to oponentów szczepień; w podobnym duchu są artykuły tutaj i tutaj. Piszący tego typu teksty całkowicie pomijają fakt, że „nie ma żadnych dowodów, które pozwoliłyby postawić znak równości pomiędzy zaszczepieniem i prawdziwą odpornością”. Johnson najpierw podkreśla, że tekst skierowany jest do chrześcijańskich rodziców, którzy podjęli decyzję o nieszczepieniu swoich dzieci, następnie opowiada bajki na temat odry, po czym (uwaga) wymienia „cztery przyczyny, dla których chrześcijanie powinny szczepić swoje dzieci”:

  1. Szczepienia są formą powszechnej łaski, która dramatycznie zmieniła świat na lepsze (Księga Rodzaju 3:18; Psalm 145:9-16; Mateusz 5:44-45; Dzieje Apostolskie 14:16-17). Udział w błogosławieństwie powszechnej łaski, której doświadcza społeczeństwo po upadku Wieży Babel, oznacza, że łączymy się jako narody, a ona sama – [łaska, czyli szczepienia] – czyni nasze życie lepszym (Księga Rodzaju 9:6, Druga Księga Królewska 12:2, Łukasz 6:33). Pracujemy, pobieramy się i chronimy się wzajemnie. Podstawową metodą tej ochrony są szczepienia przeciwko chorobom, które prześladowały członków kultur, które się nie szczepiły.
  2. A zatem zaszczepienie się jest formą miłości bliźniego (Księga Lewicka 19:18; Mateusz 5:43, List do Rzymian 13:8-10, List Jakuba 2:8). Wiedząc, że ktoś jest zbyt mały, młody lub słaby, by go zaszczepić, chronimy go dzięki temu, że sami jesteśmy zaszczepieni.

  3. Nie dajemy się zwieść rozsiewanym w Internecie plotkom, skutecznie zdyskredytowanym już dawno temu (Księga Hioba 12:20; Księga Przysłów 13:16). Nie oznacza to oczywiście, że ślepo wierzymy we wszystko, co dociera do nas ze świata „nauki”. Cechuje nas raczej zdrowy sceptycyzm, ale w przypadku szczepień możemy go porzucić, bo świat nauki jednomyślnie zapewnia, że szczepionki są bezpieczne (a dodatkowo, zalecane w większości stanów). Uchybiamy rozumowi, kiedy wierzymy w niepotwierdzone, zdyskredytowane plotki, zamiast przyjąć oczywisty fakt, że odra kiedyś wzbudzała grozę i że już od dawna tak się nie dzieje.

  4. Chrześcijanie biorą na siebie ryzyko, by powiększać wspólne dobro. Nie uczymy naszych dzieci, że „na pierwszym miejscu stawia się bezpieczeństwo”. Najpierw „Samemu Bogu cześć i chwała! (Soli Deo Gloria!), potem cała reszta. Chrześcijanie zwykli byli to rozumieć. Postawa moralna Jonathana Edwardsa, który zaraz po objęciu posady rektora Uniwersytetu Princeton poddał się szczepieniu przeciwko ospie wietrznej, wskutek czego zmarł, była kiedyś normą. Niewłaściwą postawą moralną, przyjmowaną w związku ze śmiercią Edwarda, jest „unikanie szczepień”. Należy „pogodzić się z ryzykiem wkalkulowanym w szczepienia na rzecz lepszej kondycji społeczeństwa”.

Biblia zakazuje wiernym ulegania internetowym plotkom, i to podobno nawet w dwóch osobnych rozdziałach – zaskoczyła nas ta informacja. Najwyraźniej profetyczny walor tej książki nie został doceniony. Zastanawiają też nauki płynące z faktu śmierci z powodu szczepionki przeciw ospie wietrznej – to podobno świetny przykład tego, jak dobrą rzeczą jest pogodzenie się z „wkalkulowanym ryzykiem”. Istna mentalna gimnastyka? Jak wam idzie?

Johnson kończy swe wywody następującym stwierdzeniem: „Uznałem, że jest to swoista szara strefa dla chrześcijan, sytuacja nie do końca jasna, i że w związku z tym przeciwnika szczepień nie można uznać wprost za grzesznika. Można natomiast, w oparciu o zapisy biblijne, odwołać się do przenikliwości i mądrości wiernego następującymi słowami: nie niwecz szczytowych osiągnięć nauki, dotyczących kwestii społecznych, tylko z powodu epistemologicznego narcyzmu”.

“Epistemologiczny narcyzm”, że co? Zasadniczo pojęcie to oznacza “pragnienie posiadania zbyt rozległej wiedzy”. Drodzy czytelnicy, usłyszeliście to po raz pierwszy właśnie tutaj. Ten, kto chce zbyt wiele wiedzieć i kwestionuje decyzje autorytetów, jest pod wpływem złego! Szybko, wyłączcie przeglądarkę, zanim skażecie własną duszę na wieczne potępienie!

O ile przeciętny, liberalny ateista pomysł przeczesywania tekstów biblijnych w poszukiwaniu proszczepionkowych argumentów uznałby zapewne za dosyć żenujący, jego własny sposób rozumowania nie tak znowu bardzo się różni. Nie ma większego znaczenia, czy twoja wiara w dobroczynność szczepień opiera się na zapisach biblijnych, czy też na nieistniejących danych naukowych, wypluwanych przez tuby medialne – w obydwu wypadkach mamy do czynienia z klasycznym zachowaniem stadnym, popartym argumentacją przepełnioną emocjami, a nie z podejmowaniem decyzji w oparciu o wiarygodne wyniki badań oraz logikę.

Ekstremalne zachowania wyznawców religii szczepionkowej nabierają na sile. Są one coraz bardziej agresywne – stanowią niemalże dokładne odzwierciedlenie aktów przemocy w wykonaniu fanatycznych aktywistów antyaborcyjnych.

„Groźby śmierci pod adresem lekarzy, którzy dzielą się ważnymi informacjami na temat wątpliwego bezpieczeństwa szczepionek. Lekarz, przekazujący opinii publicznej informacje na temat szczepień, otrzymuje pogróżki o podłożeniu bomby. Odwołano cykl wykładów. Swoboda wypowiada słów, zabierania głosu i wygłaszania opinii jest naszym prawem wrodzonym, nabytym w momencie przyjścia na ten świat. Wolność słowa nie jest luksusem i z pewnością nie otrzymujemy jej od rządu. W Australii, a także w narastającym tempie w Stanach Zjednoczonych, niektóre opinie można wyrażać z większą swobodą niż inne.

W notatce prasowej z 27 stycznia, wieloletnia nauczycielka i specjalistka ds. szczepień doktor Sherri Tenpenny napisała, że odwołuje cykl wystąpień zaplanowanych w Brisbane, Sydney, Adelaide, Melbourne i Gold Coast. Przyczyną anulowania wykładów były głosy proszczepionkowych ekstremistów, wzywające do przemocy wobec właścicieli (i członków ich rodzin) obiektów, w których miały odbyć się seminaria na temat zdrowia, a także pogróżki o podłożeniu bomby w kilku zarezerwowanych budynkach. Druga z wykładowczyń, Stephanie Messenger, która solidarnie z doktor Tenpenny podjęła decyzję o anulowaniu odczytów, powiedziała: „Dożyłyśmy czasów, w których uczestnikom seminariów nie można zapewnić bezpieczeństwa. Niektórzy z nich zamierzali wziąć ze sobą małe dzieci. Groźby są uporczywe. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować, że przybyłym gościom nie stanie się nic złego”. Niestety sprawcy tych pogróżek nadal są na wolności.”

Dosyć wyraźnie widać, że osoby kwestionujące zasadność szczepień ucisza się, a w mediach głównego nurtu oczernia. W rzeczywistości proszczepionkowcy tak bardzo obawiają się każdego, kto krytykuje ich religię, że muszą wygrażać śmiercią nie tylko lekarzom, którzy są przeciwni szczepieniom, ale też niczemu winnym obywatelom, którzy chcą usłyszeć, co do powiedzenia mają krytycy szczepień. Przeciętny liberał oburzał się z powodu „ataku na wolność słowa”, obklejając strony fejsbuka hasłem „Je suis Charlie”, solidaryzując się w ten sposób z ofiarami masakry w redakcji Charlie Hebdo. Ale kiedy usiłuje się zamknąć usta prelegentom, którzy chcą mówić o szkodliwości szczepionek, grożąc im śmiercią – przeciętny liberał nie dostrzega problemu.

Wyłamywanie się z tłumu wiąże się z wieloma problemami i w pewnym sensie jest niebezpieczne – oznacza ostracyzm, zniesławienie, okazjonalne naplucie w twarz. Jeśli znajdziesz się pod ostrzałem rozhisteryzowanego proszczepionkowca, to musisz się liczyć nawet z utratą życia. Poczytaj na Wikipedii o antyaborcyjnej przemocy – czy naprawdę te zachowania różnią się aż tak bardzo od tego, co robią fanatyczni rzecznicy szczepień?

Grożenie śmiercią krytykom szczepień nie jest niczym nadzwyczajnym. Profesor Garth L. Nicolson, specjalista od patologii molekularnej, kierownik i główny pracownik naukowy w Instytucie Medycyny Molekularnej w Huntington Beach, w Kalifornii, prowadzi wykłady na uniwersytetach medycznych w Stanach Zjednoczonych i w Australii. Jest dobrze wykwalifikowanym, szanowanym biochemikiem, znanym z opracowania przełomowego modelu błon komórkowych. Kiedy dowiedział się o nieetycznym testowaniu skażonych szczepionek na więźniach w Teksasie (i zaczął dzielić się tą wiedzą), które później podawano żołnierzom walczącym w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej, zaczął otrzymywać pogróżki śmierci.

Doktor Nicolson opowiedział, co mu się przytrafiało, kiedy on i inni naukowcy pozyskali wiedzę na temat eksperymentów w teksańskich więzieniach a także na temat skutków ubocznych szczepień, jakie pojawiły się wśród żołnierzy amerykańskich w Zatoce Perskiej: „Zmuszono nas do opuszczenia Teksasu. Miałem wówczas pełny etat profesorski i byłem szefem katedry na Uniwersytecie w Teksasie, ale zostałem dosłownie zmuszony do wyjazdu, bo przebywanie w tamtym miejscu stawało się zbyt niebezpieczne. Kilku moich kolegów uśmiercono. Mojemu przełożonemu strzelono w tył głowy w jego biurze, gdyż zamierzał mówić głośno o eksperymentach na więźniach. Sytuacja zaczęła robić się coraz bardziej poważna”.

Skoro usiłuje się wyeliminować tych, którzy otwarcie chcą mówić prawdę, to najwyraźniej za kulisami badań nad szczepionkami dzieje się coś paskudnego i niepokojącego. Osobą, którą podobno straszono śmiercią, był również wieloletni badacz skutków ubocznych szczepień doktor Andrew Moulden. Zmarł w tajemniczych okolicznościach w 2013 roku. Niektórzy twierdzą, że miał atak serca, inni, że popełnił samobójstwo (mimo, że nie miał ku temu powodów).

Grożenie śmiercią oraz ekstremalna wściekłość, wyrażana w „religijnym ferworze” przez fanatycznych rzeczników szczepień, nie powstrzymuje niektórych niezależnych badaczy od mówienia prawdy. Wówczas straszy się ich możliwością utraty pracy: „Kardiolog z Arizony: Nie szczepcie dzieci, zamiast tego stosujcie dietę paleo. Doktor Jack Wolfson uważa, że lepsza niż szczepienia jest zmiana stylu życia. Pomimo ostatniego wykrycia ogniska odry w kalifornijskim Disneylandzie, doktor z Paradise Valley w Kalifornii uważa, że dzieci nie należy szczepić, bo choroby wieku dziecięcego powinny zostać przechorowane. „Odrę, świnkę, różyczkę i ospę wietrzną należy przechorować, dzieci mają do tego prawo” – powiedział doktor Jack Wolfson z Wolfson Integrative Cardiology w Paradise Valley. Wolfson nie wierzy w szczepienia – „Nie ma potrzeby, by w celu wzmocnienia systemu odpornościowego wstrzykiwano nam i naszym dzieciom chemikalia”. Doktor Wolfson uważa ponadto, że najważniejszą kwestią jest utrzymywanie zdrowego układu odpornościowego. W tym celu należy unikać chemikaliów, dobrze się wysypiać, wykonywać ćwiczenia fizyczne, brać suplementy i dobrze się odżywiać. „Jestem ogromnym fanem diety paleo. Chcę, by nasze dzieci jadły to, co spożywali nasi przodkowie przez miliony lat. To najlepszy sposób na ochronę przed chorobami” – powiedział doktor Wolfson.”

W powyższym stwierdzeniu nie ma niczego kontrowersyjnego. Są to zwyczajowe zalecenia lekarzy, stosujących naturalne kuracje. Może są niekonwencjonalne. Ale przez to nie traci się przecież licencji lekarskiej. Nieprawdaż? Okazuje się, że jest inaczej: „Komisja Lekarska Arizony pełną parą ściga doktora Wolfsona za to, co powiedział. Dodatkowo, tzw. „eksperci” domagają się, by tego typu lekarzy pozbawiać prawa do wykonywania zawodu, bo – choć nie do końca nie wiadomo, w jaki sposób – szkodzą pacjentom. Czy prawo lekarza do niezalecania szczepionek swoim pacjentom było kiedykolwiek przedmiotem dyskusji? Od kiedy to wyrażanie opinii stanowi podstawę do pozbawienia lekarza licencji lekarskiej?”

Dobre pytania. Zdaje się, że w środowisku przesiąkniętym szczepionkową histerią każde odstępstwo od linii partyjnej, tj. od oficjalnych zaleceń w sprawie szczepień, stanowi pretekst do odebrania prawa wykonywania zawodu. Charlie Hebdo to przy tym nic – oto jesteśmy świadkami najgorszego w tej dekadzie ataku na wolność słowa.

Mówiąc dalej o wolności słowa. Moja znajoma – lekarz medycyny naturalnej – opowiedziała mi o e-mailu, jaki otrzymała od Kanadyjskiego Stowarzyszenia Lekarzy Medycyny Naturalnej (Canadian Association of Naturopathic Doctors – CAND), w związku z ostatnimi kontrowersjami w sprawie szczepień. Oto jego fragment:

“Rozumiemy, że w związku z ostatnią burzą medialną z powodu odry, szczepionek i nozod [wytwory chorobowe ludzkich organizmów] członkowie stowarzyszenia mają ochotę zabrać głos i wyjaśnić reporterom, że są w błędzie i że nie rozumieją zasad medycyny naturalnej. Jednakże w tym przypadku potencjalne ryzyko przeważa nad korzyściami, a zatem prosimy, aby wszyscy członkowie zamiast reagować i angażować się bezpośrednio w medialne debaty, kontaktowali się ze Stowarzyszeniem. Jak w przypadku większości incydentów, dziennikarze usiłują wyprofilować dwie strony spornej kwestii. W tym szczególnym przypadku media poszukują przeciwstawnego stanowiska w sprawie szczepień i chcą, by lekarze medycyny naturalnej mieli w tym swój udział, nawet jeśli większość naturopatów przekazuje pacjentom wiedzę na temat szczepień, w tym również na temat ich korzyści. Media, zamiast kierować uwagę na rzeczywiste fakty, będą koncentrować się na drobnych wyjątkach, tak jak uczyniono to we wczorajszym artykule w tygodniku Globe & Mail. W tej sytuacji lekarze medycyny naturalnej, decydując się na rozmowę z mediami, ustawiają się na z góry przegranej pozycji”.

W kolejnym fragmencie listu naturopaci są instruowani, żeby w przypadku prób kontaktu ze strony mediów nie reagowali na zaczepki, lecz bezzwłocznie zasięgnęli rady prawników! I to ma być otwarta i szczera debata na temat szczepień?

Pamiętacie doktora Andrew Wakefielda? Istne zło wcielone, oskarżany o utworzenie w pojedynkę ruchu antyszczepionkowego w formie, w jakiej istnieje do dziś. Za to, że ośmielił się zasugerować możliwość istnienia związku (skądinąd całkowicie uzasadnionego i możliwego) pomiędzy podaniem szczepionki MMR i pojawieniem się autyzmu u podatnej części populacji, został wystawiony na nikczemną i zajadłą medialną kampanię oszczerstw, mającą na celu skłonienie go do porzucenia pracy badawczej. Niestety, kariera tego człowieka legła w gruzach:

Doktor Wakefield wypowiadający się we wspomnianym już powyżej filmie dokumentalnym pt. “Cicha epidemia: nieopowiedziana historia szczepionek”: „Problemy ze szczepionkami w ogóle, a w szczególności z MMR, są znaczenie większe, niż przypuszczano. Już jako lekarz i naukowiec zacząłem kwestionować bezpieczeństwo szczepionek w latach 1990-1991. Im bardziej się w to zagłębiałem, tym bardziej byłem zaniepokojony. Odpowiedzi na pytania, które wysyłałem do władz, były niesatysfakcjonujące i nienaukowe. W większej mierze osadzone w systemie wierzeń, nadziei i myśleniu życzeniowym, niż oparte na twardych, niezbitych, naukowych faktach. Im bardziej szukałem i im więcej do mnie docierało, tym bardziej stawałem się zaniepokojony. Nie tylko z tego powodu, że nie przeprowadzono żadnych badań odnośnie bezpieczeństwa szczepionek, ale również dlatego, że w ogóle nie było potrzeby ich wytwarzania, a w pierwszym rzędzie szczepionki przeciwko śwince. I nie jest to moja opinia, ale opinia Centrum ds. Kontroli Chorób (Control Disease Centre – CDC) oraz innych organów regulujących kwestię szczepień w Wielkiej Brytanii. Szczepienia zostały wprowadzone na rynek w celach handlowych, w interesie wielkich koncernów farmaceutycznych, a nie w interesie społecznym!”.

Toż to przecież bluźnierstwa! A zatem nic dziwnego, że doktora Wakefielda przedstawiano jako wcielenie współczesnego szatana. Równie dobrze mógłby powiedzieć, że Jezus nigdy nie istniał.

Pogróżki śmiercią, oszczerstwa, publiczne ścinanie głów (nie dosłownie, ale wszystko przed nami) wyraźnie pokazują, że proszczepionkowcy postrzegają domniemany ruch antyszczepionkowy jako poważne zagrożenie, coś, czego należy się pozbyć każdym możliwym sposobem. Przy czym na początek postawmy sprawę jasno: nie ma de facto czegoś takiego jak „ruch antyszczepionkowy”:

Oto co pisze Levi Quackenboss w artykule pt. “Nie istnieje ruch antyszczepionkowy”: „Nie ma czegoś takiego jak “ruch antyszczepionkowy”. „Ruch” to rozwijająca się organizacja, zrzeszająca wiele osób, które chcą osiągnąć określony cel. Rodzice, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci, nie mają „wspólnego celu”. Nie istnieje żaden docelowy poziom odsetek osób niezaszczepionych, do którego chcą potajemnie dobić. Nie mają żadnego planu, by kogokolwiek do czegokolwiek zmuszać. Nie ma żadnej ustalonej daty ogłoszenia zwycięstwa. Ci, którzy chcą być zwolnieni z obowiązku szczepień, mają tylko jedną cechę wspólną: nie dbają o to, co robisz ze swoim dzieckiem w kwestii szczepień. Koncentrują się na swoim. Ruch proszczepionkowy jest wspierany finansowo w formie gotówki, dotacji oraz dzięki sile ludzkiego umysłu przez ludzi, którzy bogacą się na produkcji i sprzedaży szczepionek.

Jasne, że mają oni też do dyspozycji niezastąpioną armię żołnierzy piechoty, nie do końca intelektualnie stabilnych, ale siła napędowa pochodzi z wyższego poziomu. Celem ruchu proszczepionkowego jest osiągnięcie 100% podporządkowania się programowi szczepień. A ci, którzy chcą być zwolnieni z obowiązku szczepień? Oni nie przejmują się tym, czy ktoś stosuje się do zaleceń. Ruch proszczepionkowy przyłączył się do grupy lokalnych wydziałów zdrowia po to, by dotrzeć do ustawodawców stanowych i przekonać ich do wprowadzenia przepisów, które pozwalałyby na odbieranie praw rodzicielskich tym, którzy uchylają się od obowiązku szczepień. A ci, co nie chcą szczepić? Ich nie interesuje, w jaki sposób inni dbają o zdrowie swoich dzieci, a zatem nie mów im, jak mają zajmować się własnymi. Ruch proszczepionkowy nawiązuje kontakty z mediami, będącymi własnością koncernów farmaceutycznych, by ci wyzywali na wizji rodziców, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci, od ignorantów i nieuków.

A ci rodzice? Większość z nich nie ma przyjaciół w mediach, a nawet gdyby mieli, z pewnością nie obrzucaliby nikogo błotem. Dlaczego? Bo mają w nosie stanowisko i opinie innych na temat szczepionek. W 1853 roku parlament brytyjski przyjął ustawę o obowiązkowych szczepieniach przeciwko ospie wietrznej. Za niestosowanie się do tych przepisów groziła kara grzywny, a za uchylanie się od jej zapłacenia – więzienie. To doprowadziło do masowych demonstracji członków klasy pracującej. Protestowały też znane osoby, a nawet członkowie parlamentu. 1885 roku z powodu ponad 3000 spraw sądowych w toku, i to tylko w jednym hrabstwie, protestowało 20 000 osób. Ostatecznie w 1898 roku dopuszczono możliwość zwolnienia z obowiązku szczepień z przyczyn religijnych lub etycznych. Odstąpiono też od karania za brak szczepień, a rodzicom nieprzekonanym co do bezpieczeństwa i skuteczności szczepień, dano możliwość uzyskania zwolnienia. Ale był jeden „haczyk” – kto chciał otrzymać zwolnienie, musiał spełnić pewne wymagania urzędnicze do czasu ukończenia przez dziecko 4 roku życia.

Jak można było się spodziewać, wielu urzędników nie zgadzało się na wykonywanie tych obowiązków, a w związku z tym idea wolnego wyboru w kwestii szczepień zaczęła kuleć. W wyniku presji społecznej w 1907 roku rząd brytyjski ostatecznie uchwalił Ustawę w sprawie szczepień. Zgodnie z nią każdy rodzic mógł uzyskać pozwolenie na odstąpienie od obowiązku szczepień. Wystarczyło wysłać do lokalnego urzędnika odpowiadającego za politykę szczepień podpisaną deklarację, w której należało wyrazić obawę, że szczepienia mogą zaszkodzić zdrowiu dziecka. W 1907 roku aż 17% brytyjskiej populacji uzyskało status zwolnionych. Był to początek współczesnej polityki, pozwalającej na odstąpienie od obowiązku szczepień z przyczyn światopoglądowych – zrodzonej w efekcie uciążliwego wtrącania się rządu i władz lokalnych w prawa rodzicielskie. To, moi drodzy, był ruch antyszczepionkowy. W 2015 nie istnieje żaden ruch antyszczepionkowy, ale proszczepionkowcy, nie zniechęcajcie się. Nadal rzucajcie obelgami w mediach, nawijajcie bez krępacji z lokalnymi legislatorami. Prześladujcie niemowlęta, by wstrzykiwać im szczepionki, których wy sami już od dziesięcioleci nie otrzymujecie. Trajkoczcie o ruchu antyszczepionkowym, a ci, którzy uchylają się od obowiązku szczepień, na pewno dadzą wam jakiś nowy pretekst, abyście mieli kolejny temat do obgadania – zanotujcie moje słowa. Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, są skazani na jej powtarzanie.”

Nie ma ruchu antyszczepionkowego, a proszczepionkowcy i tak z nim zacięcie walczą, na każdym froncie. Dlaczego tak się dzieje? Ten cytat z Biblii chyba pasuje w tym miejscu: „Ucieka występny [lub atakuje], choć go nikt nie goni [lub nie atakuje] – Księga Przysłów 28.

Przywodzi to na myśl rozmowy chrześcijańskich fundamentalistów na temat „homoseksualnej konspiracji”, zgodnie z którą geje są tak zdeterminowani, że „polują” na osoby heteroseksualne, a zwłaszcza dzieci, by wciągnąć je do swojego „perfidnego” stylu życia. Każdy homoseksualista lub ktoś, kto zna chociaż jedną osobę o takiej orientacji, od razu zwróci uwagę na niedorzeczność takiego sposobu myślenia. Osoby homoseksualne, ogólnie rzecz ujmując, nie dbają o to, jakiej orientacji jesteś ty czy ktokolwiek inny. Oni chcą tylko jednego – by zostawić ich sam na sam z ich życiem seksualnym. Przeciwnicy szczepionek chcą tego samego – mają w nosie, czy szczepisz siebie lub swoje dziecko, chcą tylko prawa do podejmowania swobodnych decyzji w zakresie opieki medycznej i nie chcą, by ich ktokolwiek nękał i prześladował.

Podobnie jak dyskusje o aborcji, tak i debaty na temat szczepień sprowadzają się w istocie do tego, czy masz prawo robić ze swoim ciałem to, co uważasz za stosowne. Fundamentaliści stawiają sprawę jasno – nie masz takiego prawa, bo twoje ciało jest własnością państwa i w związku z tym nie możesz samodzielnie decydować, jakim medycznym procedurom poddajesz się ty czy twoje dziecko. Zdaje się, że w celu uciszenia tych, którzy nie podzielają ich poglądów, ci szaleńcy byli w stanie sięgnąć po naprawdę ekstremalne metody, podobne do tych, którymi posługiwali się przed nimi fanatyczni przeciwnicy aborcji. To zadziwiające, jak wielu lewicowców, którzy żarliwie opowiadają się za wolnością wyboru w sprawie aborcji, popiera jednocześnie przymusowe szczepienia. Przypuszczam, że słowo „wybór” jest bardziej giętkie, niż myślałam, lub wykracza znacznie poza zakres słownikowej definicji.

Aby lepiej zrozumieć, w jaki sposób ta cała szczepionkowo debata stawiana jest na głowie i jak proszczepionkowcy manipulują informacjami na własny użytek, obejrzycie materiał filmowy pt. „Antyszczepionkowcy rujnują Disneyland” (j. ang).

Już po 2 minutach oglądania można dostrzec przepełnione złością potępienie i całkowite lekceważenie obaw i pytań stawianych przez członków „ruchu antyszczepionkowego”. Jeden z gospodarzy programu mówi wprost: „Pieprzyć tych ludzi!”. Jaki inteligentny sposób na skłonienie mas do przyjęcia proszczepionkowego stanowiska! Dalej słyszymy, że to bogaci rodzice decydują się nie szczepić, bo uważają, że odsuwanie szczepienia w czasie jest teraz w modzie. Mówią, że w „pewnym sensie winni są też rodzice”, ale że w gruncie rzeczy należy oskarżać tych, którzy stoją za „antyszczepionkową agendą”.

Medialnych przekłamań w sprawie stanowiska antyszczepionkowców jest znacznie więcej.

Zdaniem Rexa Murphy’ego, gospodarza programu „Point of View”, przeciwnicy szczepień, tacy jak Jenny McCarthy, przyznają, że “ich potencjał intelektualny jest na poziomie zbutwiałego pniaka, w którym można nawet zamieszkać!”. Co za argument… robi się coraz goręcej, posłuchajcie, co ten koleś mówi do publiczności: „zbyt duża wolność [wyboru] spowodowała, że garstka samolubnych i dogłębnie głupich osób trajkocze o wyssanych z palca krzywdach, by przenieść się z drogi rozsądku i medycyny na ścieżkę własnych, niebezpiecznych fantazji. Postawa antyszczepionkowa jest niesłychanie samolubna, uchylanie się od zaszczepienia dziecka stoi na równi z darmowym korzystaniem z dobrych praktyk innych [czytaj: z dobrodziejstw programów szczepień ochronnych]. Ich dobrą praktyką jest ochrona przed waszą bezgraniczną, nonszalancką niefrasobliwością!”.

W obliczu tej całej antagonistycznej nagonki, podobnie jak w przypadku wielu innych życiowych kwestii, zadajmy sobie pytanie: Co powiedziałby Ghandi? „Bądźcie nieposłuszni!”

Bez względu na to, czy jesteś za, czy przeciwko szczepieniom, prawda jest taka, że szczepionkowa debata wykroczyła daleko poza racjonalne granice. Nad rzeczową dyskusją bierze górę histeria, emocje sięgają szczytu, a obelgi, groźby śmiercią, cofanie licencji lekarskich i kampanie oszczerstw stały się narzędziami w tej grze – przynajmniej na razie. Czy długo jeszcze będziemy czekać na fizyczne ataki, uprowadzenia i pozbawianie życia w imię ochrony zdrowia naszych dzieci zysków koncernów farmaceutycznych?

Autorstwo: Erica Burt & Doug DiPasquale
Źródło oryginalne: Sott.net
Tłumaczenie: PRACowniA

Tak dla przymusowych szczepień dla lekarzy, „ekspertów”, polityków i lobbystów farmaceutycznych!

Tak dla przymusowych szczepień dla lekarzy, „ekspertów”, polityków i lobbystów farmaceutycznych!

szczepionkiCiekawa inicjatywa dr Jerzego Jaśkowskiego, pisana oczywiście pół żartem, pół serio. Postuluje on obowiązkowe i przymusowe szczepienia dla wszystkich lobbystów farmaceutycznych, a jest ich bardzo dużo. I co ciekawe, to właśnie ta grupa najczęściej unika szczepienia siebie i swoich dzieci, wmuszając szczepienia innym.

Do grupy tej należą: lekarze, pielęgniarki, „eksperci”, politycy, dziennikarze, samorządowcy, naukowcy, i liczna rzesza blogerów i trolli działających w internecie. Pomysły tych ostatnich są coraz ciekawsze i coraz bardziej kreatywne. Naprawdę szkoda, że nie macie dostępu do mojego folderu z usuniętymi komentarzami. A jest na co patrzeć.

Lekarze i ogólnie pracownicy służby zdrowia są tymi, którzy najczęściej odmawiają szczepień. Powszechne jest fałszowanie kart szczepień swoim dzieciom, albo odraczanie szczepień przez kolegę-lekarza. A tutaj, dr Jerzy Jaśkowski proponuje zgoła co innego. Niech sami „zeżrą” to, co przymusowo wciskają innym, czerpiąc z tego nieraz ogromne korzyści finansowe.

Co ciekawe, chyba wyjaśniła się zagadka medialnej psychozy pod tytułem „epidemia odry w Polsce i Europie”. Otóż na dniach ma zostać wycofana szczepionka MMR i ma zostać zastąpiona nowszą. Więc trzeba teraz nastraszyć jak najwięcej ludzi, by opróżnić magazyny. Wszak utylizacja szczepionek, które są materiałami niebezpiecznymi (rtęć, glin i inne toksyny) to spory wydatek.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Cytuję: „List otwarty z apelem do PT Posłów i Senatorów.

Jak przynajmniej niektórzy z PT Państwa wiedzą, już od 1978 roku starałem się dociec celowości stosowania przymusu szczepień powszechnych i obowiązkowych, szczególnie w krajach komunistycznych. Po prawie 40 latach obserwacji, badań i śledzenia piśmiennictwa naukowego, krajowego i zagranicznego, zmieniam zdanie. Istnieje niepodważalna konieczność wprowadzenia obowiązku szczepień. Nie możemy być bezmyślnymi lemingami. Musimy korzystać z wiedzy i doświadczenia setek tysięcy bardzo dobrze opłacanych naukowców, pracujących na zlecenia przemysłu farmakologicznego. Te pieniądze i ich wysiłek nie może się zmarnować!!!

Jak udowodniono niepodważalnie, odporność po szczepieniu utrzymuje się 4-7 lat. Innymi słowy, dziecko szczepione na jakąkolwiek z obecnie zalecanych 12-16 szczepionek, już około 18-20 roku życia nie posiada żadnej albo niewielką odporność na podstawowe choroby zakaźne!

Państwo ma obowiązek bronienia takich nieuodpornionych ludzi. Przecież jak twierdzą liczni PT wakcynolodzy i konsultanci z pediatrii, położnictwa, czy neonatologii, szczepienie jest najlepszą formą profilaktyki. Jeżeli tak jest, to zdziwienie budzi fakt takiego wybiórczego określania grup ludności, które tej profilaktyce są podawane. Przecież konstytucja Rzeczypospolitej mówi wyraźnie, że wszyscy są równi. Państwo w pierwszym rzędzie musi dbać o swój aparat administracyjny. A nie da się ukryć, że najbardziej narażonymi na zachorowanie na choroby zakaźne są pracownicy instytucji, mających szeroki kontakt ze społeczeństwem. Taki na przykład pracownik PZH, czy Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego! Są to bez wątpienia ludzie wystawieni na pierwsze ataki mikrobów. Ileż to on musi tych próbek złych wirusów pobierać, ile tych chorobotwórczych bakterii przewija się przez jego ręce!

I taki pracownik Sanepidu! Przecież codziennie taki dzielny obywatel musi pobierać rozmaitego rodzaju próbki do badań, chodzić po śmietnikach, kanałach i Bóg wie, gdzie jeszcze, a tam wszędzie złośliwe mikroby aż się roją.

A pracownik urzędu wojewódzkiego, czy marszałkowskiego, a nawet gminnego? Przychodzi do tego nieuodpornionego człowieka taki chłop prosto od gnoju i przynosi te wszystkie mikroby. A dobrze ułożony urzędnik nie może odmówić podania ręki na przywitanie. Ilu tych petentów dziennie musi przyjąć! Co prawda ograniczono liczbę przyjmowanych petentów przez wprowadzenie systemu automatów i kartek, ale zawsze jest to spora liczba.

Te setki papierów, które musi przerzucić dziennie. A czy wiadomo, kto je miał poprzednio w dłoniach? A wiadomo, czy taki petent sobie wcześniej te dłonie umył?

A taki PT Poseł! Ileż to on musi się najeździć po kraju, witać z tymi wszystkimi „wyborcami”. A wiadomo gdzie to taki rękę trzymał wcześniej? A przecie nie może odmówić uścisku takiej dłoni. Proszę mi pokazać urząd, szpital, szkołę, w której po defekacji można sobie pośladki wymyć, zamiast rozcierać stolec papierem.

A czym to się różni od tej samej czynności wykonywanej 100 lat temu? Dawniej robiono to za pomocą liścia za stodołą, a dzisiaj za pomocą papieru. No, może jest różnica. Czym wyższy stopień administracji, tym papier toaletowy jest droższy. Przecież nie kupuje się tego za własne pieniądze.

Ale to dygresja. Wracając do meritum nie ma żadnych wątpliwości, że w świetle ogólnie dostępnych wyników badań, publikowanych np. w „Medycynie Praktycznej”, czy opinii wygłaszanych przez PT Posłów z trybuny sejmowej:

1. Grupą społeczną najbardziej narażoną na wszelkiego rodzaju choroby zakaźne są urzędnicy administracji, zarówno państwowej, jak i samorządowej.

2. Na podstawie długoletnich badań, można stwierdzić, iż nie ma żadnej wątpliwości, że osoby te są pozbawione przeciwciał odpornościowych. Nie zatrudnia się przecież osób przed 20 rokiem życia.

3. Nie ma także żadnej wątpliwości, że choroby zwane dziecięcymi u dorosłych powodują znacznie gorsze skutki, powikłania i przebieg jest zdecydowanie cięższy.

4. Nie ma również żadnej wątpliwości, że w grupie urzędników, szczególnie Sanepidów, możliwość zakażenia jest największa.

5. Nie ma żadnej wątpliwości, że w świetle szeroko nagłaśnianej przez wybitnych ekspertów teorii odporności stada, takich jak prof. A. Zieliński, prof. L. Szenborn, T. Jackowska, czy prof. J. Wysocki, ta grupa powinna być w co najmniej 99% zaszczepiona.

6. Nie ma żadnej wątpliwości, że podobną grupę wymagającą ochrony stanowią urzędnicy państwowi, na szczeblu wojewódzkim, samorządowym, marszałkowskim, czy gminnym.

7. Nie ma żadnej wątpliwości, że państwo powinno dbać o swoich pracowników. To właśnie dzięki nim unikamy anarchii.

8. Nie ma żadnych wątpliwości, w świetle badań wakcynologów, że szczepienia te, u wyżej wymienionych grup, należy powtarzać w dawkach przypominających, co 4-6 lat.

9. Ne ma żadnych wątpliwości, że te drobne kwoty, przeznaczone na pokrycie kosztów bezpłatnych obowiązkowych szczepień, państwo musi wygospodarować, chociażby likwidując szczepienia dzieci. Jest przecież rzeczą oczywistą, że czym miększe możliwości narażenia, czy kontaktów z mikrobami, tym większe prawdopodobieństwo zakażenia i choroby. Dziecko chowane w warunkach cieplarnianych może się spotkać co najwyżej z drugim dzieckiem. Zagrożenie epidemiologiczne jest niezwykle małe. Nie to, co taki URZĘDNIK, stykający się z dziesiątkami petentów i miliardami mikrobów.

Takie są, Szanowni Posłowie, wnioski z mojego ponad 40-letniego doświadczenia. Nie mogę milczeć. Jako prawy obywatel, długoletni pracownik naukowy i nauczyciel akademicki, nie mogę tej wiedzy chować tylko dla siebie. Muszę dbać o rodaków.”

Autor: dr Jerzy Jaśkowski
Nadesłano do „Wolnych Mediów

Niewiedza w sprawie szczepień może kosztować życie! Zobacz jak oszukują i fałszują dane koncerny, SANEPID i „eksperci”

Niewiedza w sprawie szczepień może kosztować życie! Zobacz jak oszukują i fałszują dane koncerny, SANEPID i „eksperci”

odraCiąg dalszy demaskacji oszustw, do jakich dopuszczają się koncerny farmaceutyczne, lekarze, eksperci, i wszelkie grupy lobbingowe, które w cyniczny i wyrachowany sposób udają „instytucje publiczne”. Należą do nich: polski SANEPID, PZH, amerykańskie FDA i CDC, Światowa Organizacja „Zdrowia” (WHO) i FAO.

Pisałem już w dwóch artykułach o tym, jak bardzo oszukano nas w sprawie rzekomej epidemii odry w Polsce, której, jak się okazuje – wcale nie ma. Rezonans medialny który teraz trwa w tej sprawie, to wyłącznie zakrojona na szeroką skalę operacja socjotechniczna. To czysta psychomanipulacja, doprowadzona do perfekcji. W XXI wieku, w dobie konsorcjów medialnych i globalnej wioski, bardzo łatwo wywołać taki rezonans.

Wiadomo, że jakieś tam zachorowania zawsze będą. Jeden przypadek odry w Wielkiej Brytanii (na podstawie którego wykreowano tę epidemię), 800 przypadków świńskiej grypy w Indiach (gdzie mieszka ponad 1,2 miliarda ludzi), jedna osoba ze świńską grypą zmarła we Wrocławiu (co z tego, że zmarła np na udar czy zawał, ważne że w mediach można to wykorzystać do propagandy) i piłka ciągle w grze.

Podobnie było w USA. 132 przypadki odry w wielu stanach, na wielki kraj, gdzie mieszka kilkaset milionów ludzi. Większość z nich to były osoby dorosłe, zaszczepione w dzieciństwie. Ale to mało istotny szczegół dla wirtuozów propagandy. Wiadomo, że tutaj chodzi tylko i wyłącznie o pieniądz i o walkę z uświadomionym coraz bardziej społeczeństwem. Zyski branży farmaceutycznej to nie tylko zyski ze szczepionek, ale przede wszystkim – zyski z długotrwałego, często dożywotniego leczenia powikłań po szczepieniach. Dotyczą one coraz większej liczby dzieci – od najczęstszych, takich jak alergie, astma, przewlekłe spadki odporności, aż do rzadszych, takich jak epilepsja, nowotwory, autyzm, zaburzenia emocji i psychiki.

W poniższym felietonie, który dla Was wklejam, dr Jerzy Jaśkowski demaskuje całą sieć powiązań między różnego rodzaju „ekspertami” a także tylko z nazwy „niezależnymi” mediami. Jesteśmy w sposób cyniczny i bezwzględny okłamywani na każdym szczeblu tej mafijnej, korporacyjnej hydry, jaką stała się dawna medycyna. Polecam też moje poprzednie felietony na temat rzekomej „epidemii” odry:
Panika koncernów farmaceutycznych, spadają zyski ze szczepionek. Będą szczepić pod przymusem?
Epidemia odry w Polsce to cyniczne kłamstwo koncernów. Chodzi o miliony zł zysków ze szczepionek!

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


O tym, że Medycyna Praktyczna jest reklamówką przemysłu szczepionkarskiego, jest powszechnie wiadomo. Na forach internetowych można znaleźć dokładne, dane jaka firma i w jakiej wysokości finansuje ten periodyk. Problem polega na tym, że  Ministerstwo Zdrowia traktuje tą reklamówkę jako czasopismo medyczne i przyznaje lekarzom tzw. punkty edukacyjne za czytanie tego pijaru.

Typowym przykładem jest artykuł, który ukazał się w MP 18 lutego 2015 roku. Jak to już przedstawiałem, tzw. lokalne czasopisma są podporządkowane jednemu wydawcy. Taki monopol ma w Polsce wydawnictwo Elsevier, wydające około 2500 czasopism, zwanych naukowymi, w Polsce występujące pod nazwą Urban&Partner, lub Medycyna Praktyczna, finansowana przez przemysł: GSK, Novartis etc. Już w 1992 roku były redaktor naczelny BMJ podał, że nie może znaleźć recenzenta, którego by zaaprobował przemysł.

W tej sytuacji powstały całe rzesze tzw. duchów, czyli niewiadomego pochodzenia pisarzy. Pokazałęm już to kilkakrotnie na przykładzie tłumaczeń rzekomych artykułów. Nazwiska lekarzy są tylko firmowaniem treści. Jak udowodniono podczas reklamy leku o nazwie Coxe, autor tych rewelacji nie przeprowadził żadnego badania, natomiast opublikował aż 16 prac zachwalających ten preparat. Wszystkie zostały wydane w najbardziej renomowanych, recenzowanych czasopismach naukowych. W konsekwencji, przez ponad 12 lat wciskano lek chorym, powodując, według różnych źródeł, od 60 000 do 100 000 zgonów, tylko w USA. Żadne czasopismo „naukowe” nie przyznało się do fałszerstwa i nie wycofało tych wirtualnych prac.

To wskazuje jaką wartość mają te recenzje. Muszę tutaj przytoczyć także sprawę recenzenta ze Szczecina, który już ponad rok dokonuje recenzji pracy, wskazującej na negatywne skutki działania fluoru. Wyraźnie nie chce jej dopuścić do druku, ponieważ nawet nie odpowiada na listy. Po co się ludziska mają denerwować, że są przewlekle truci fluorem.

Tańsze i bezpieczniejsze dla takiego lokalnego wydawnictwa jest kopiowanie artykułów, które już zostały opublikowane, aniżeli drukowanie nowych.

Reasumując, o tym, co czytelnik dostaje do czytania, decyduje dział marketingu, a nie na przykład kolejność wpływu prac do wydawnictwa.

Od prawie ćwierć wieku nie ma polskich czasopism. Są tylko polskojęzyczne. Innymi słowy, za zgodą Ministerstwa ZDROWIA POLSKIM i Izb Lekarskich, LEKARZOM  UNIEMOŻLIWIONO PUBLIKOWANIE SWOICH OSIĄGNIĘĆ.

W tej sytuacji ratuj się kto może, zamiast własnych prac, zajmują sie tłumaczeniami.

Typowym przykładem jest praca, o której chcę tutaj nieco szerzej napisać.

Praca jest oczywiście tłumaczeniem  artykułu, który ukazał się w czasopiśmie Pediatres w 2009 r.,123,475.

Co takiego spowodowało, że praca ta została uznana po latach za tak interesującą, że warta jest przetłumaczenia dla polskiego odbiorcy? Oczywiście, że chodzi o typową dezinformację, co udowodnię poniżej. A jest ona po prostu efektem Raportu WHO po śledzeniu przeciwników szczepień.

Otóż praca przedstawia badania 3399 dzieci, podzielonych na dwie grupy, z których jedna, 697 dzieci, otrzymało szczepionki zawierające rtęć w sumarycznej dawce 137.5 mikro grama, a druga grupa, 706 dzieci, otrzymała szczepionki w sumarycznej dawce 62.5 mikrograma. Po dziesięciu latach dokonano testów neurologicznych, jednorazowo, starając się znaleźć różnice pomiędzy tymi grupami.

Wniosek był taki, że zwiększona dawka tiomersalu, czyli rtęci, zawartego w szczepionkach podawanych dzieciom w pierwszych miesiącach życia, może nieznacznie wpłynąć  na sprawność manualną dominującej ręki u dziewczynek. Jednak – co podkreślają NIEKTÓRZY AUTORZY BADANIA, różnica jest niewielka i nie wiadomo, czy ma znacznie kliniczne!!!!

Tyle praca. Natomiast komentarz p. prof. Andrzeja Zielińskiego jest co najmniej kuriozalny.

„Pisze bowiem ten PT Pan, że badania przeprowadzono poprawnie. [Zaraz do tego dojdziemy, co p. prof. Zieliński uważa za poprawnie]. Wnioski z pracy stanowią jeszcze jeden przyczynek do argumentacji na rzecz bezpieczeństwa szczepionek zawierających tiomersal. Stosowanie przez autorów różnych dawek narażenia na tiomersal – co pozwala na badanie relacji „dawka – efekt”, potwierdza poprawność wniosków.”

Tyle  pisze pracownik instytucji państwowej, czyli żyjący z pieniędzy podatnika, publikujący w prywatnym wydawnictwie. Oczywiście tak jak w innych pracach, brak obowiązującej powszechnie w cywilizowanych krajach uwagi, czy istnieje związek pomiędzy piszącym, a producentem. Ale to norma zarówno w pracach MP, jak i w wydawnictwach Państwowego Zakładu Higieny.

Przechodząc do meritum.

Otóż p. prof. Andrzeja Zielińskiego zupełnie nie zastanowiło, dlaczego z prawie 3400 dzieci do dalszej analizy wzięto wyniki tylko 1400, czyli dwa tysiące dzieci od razu odrzucono?

Innymi słowy, badanie oparto tylko na 41 % grupy. Jakoś tego Komentator nie zauważył.

Poza tym, zasada badania posiada szkolne błędy, niedopuszczalne w tego rodzaju eksperymentach. Nie posiada bowiem grupy kontrolnej. Jest to podstawowy błąd dyskwalifikujący tego rodzaju prace od razu przy przyjęciu.

Badania statystyczne nie były opracowane za pomocą sieci neuronowych. Obecnie jest to standard przy pracach analizujących wiele zmiennych. Czyżby Komentator o tym nie wiedział?

Grupę kontrolną powinna stanowić gromada dzieci nieszczepionych. Przecież wniosek p. prof. A Zielińskiego jest całkowicie nielogiczny. Nie można mówić o tym, że na podstawie dwóch punktów na krzywej, bez odniesienia do zera ustala się zależność „dawka – efekt”. Od czasów geometrii opisanej przez Euklidesa, a wiec ponad dwa tysiące lat temu, każdy wie, że dwa punkty zawsze można połączyć linią prostą. Niestety, ani w życiu, ani w statystyce badań, wcale tak nie jest. Krzywe mogą mieć przebieg logarytmiczny, wykładniczy etc.  Krzywą kalibracji powinno się robić przed każdym badaniem. To są podstawy toksykologii. To są podstawy statystyki. Czyżby wszystkie prace w PZH były tego typu? I za to płaci podatnik?

Przecież każdy przeciętny badacz wie, że najpierw musi być punkt wyjściowy, czyli jakie są wyniki grupy nienarażonej na rtęć, czy inną toksynę. A tutaj, zdawałoby się doświadczony naukowiec, dziwnym trafem nie widzi błędu.

Kolejne zdziwienie budzi przedstawione przez p. prof. Andrzeja Zielińskiego piśmiennictwo, na którym opiera swoje wnioski.

Nie jest ono za bogate, zawiera 3 pozycje, z tego dwie są od tego samego wydawcy Pediatrics. Co to jest za wydawnictwo? Pediatrics jest wydawany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów  – AAP. Jest to ta sama organizacja, która jeszcze w 1999 roku doprowadziła do podjęcia decyzji o wycofaniu tiomersalu ze szczepionek. Co się stało po tym roku?

AAP otrzymała tylko w jednym roku 433 000 dolarów od firmy Merck, za zatwierdzenie szczepionki HPV dla dzieci. Dało to  firmie Merck 1,5 miliarda zysku. Przypomnę, że chodzi o szczepienie dzieci przeciwko rzekomemu rakowi szyjki macicy. Szczepionka ta, według twierdzenia odkrywcy, dr Harrper, nigdy nie była badana w kierunku związku z rakiem. HPV w 98 % ulega samoistnemu wyleczeniu w okresie 6 – 9 miesięcy. Jedynym udowodnionym czynnikiem raka szyjki macicy wg podręcznika dla studentów medycyny, jest częsta zmiana partnerów wśród kobiet.

Ale w dobie swobody seksualnej nie wolno o tym pisać.

AAP kolejne 342 000 dolarów otrzymała od firmy Wyeth za zaakceptowanie szczepionki przeciw pneumokokom dla dzieci. Zysk firmy wynosi rocznie 2 miliardy rocznie. To chyba wyjaśnia dokładnie filozofię działania tego stowarzyszenia.

W kolejnej pozycji piśmiennictwa, na którym oparł się komentator tego artykułu, p. prof. Andrzej Zieliński, czytamy:

„Wśród tych badań na szczególną uwagę, ze względu na jakość metodologiczną i liczebność próby, zasługuje kohorta blisko  pół miliona osób, obserwowana w Danii między 1 stycznia 1990 roku, a 31 grudnia 1996 roku. Wyniki tych badań potwierdziły, że nie ma podstaw do przyjęcia związku przyczynowego między szczepionkami zawierającymi tiomersal, a autyzmem”.

Panie Boże dopomóż.

Praca ta została opublikowana w JAMA w 2003 roku. Co na temat tej pracy wiadomo środowisku naukowemu od wielu lat?

Jeśli chodzi o duńskie badania, to udowodniono, że autor tej pracy najnormalniej w świecie fałszował wyniki i kradł. Prokuratura USA postawiła mu zarzuty z aż 11 paragrafów karnych. Zdefraudował facet około 1.5 miliona dolarów. Uczelnia, która to firmowała, nie może się doliczyć dwóch milionów dolarów – Arhus University. Firmował to w Danii dr Kreeten M. Madsen. Łącznik amerykański i główny defraudant, Thorsen, nie jest w ogóle wymieniony w pracy. Wiedział cwaniak co się święci i wolał nie ryzykować. Myślał, że mu sie uda.

I proszę zauważ, Szanowny Czytelniku, że renomowane czasopismo, pomimo udowodnienia fałszerstwa, nie wycofało pracy, a w przypadku prawdziwych danych o związku szczepień z powikłaniami, na skutek nacisków koncernów szczepionkarskich na dział marketingu, natychmiast wycofuje pracę, kompromitując siebie i swoich recenzentów

Przecież byli takimi idiotami, że nie zauważyli żadnych niedociągnięć w pracy i dopuścili ją do druku.

Dopiero handlarze z działu marketingu musieli czujne oczy i uszy czekisty otworzyć, aby wyjaśnić problem.

Tak jak u Hitchcocka, najciekawsze na koniec.

Otóż dyrektor CDC, pani Jule Gerbering, powiedziała publicznie: „Jeżeli dziecko ma predyspozycje do choroby mitochondrialnej, może z pewnością mieć powikłania. Niektóre z tych objawów powikłań mogą mieć cechy autyzmu”.

I mamy problem.

Szef Centrum Monitoringu Chorób Zakaźnych stwierdza na podstawie dostępnych z całego 320-milionowego kraju danych, że po szczepionkach może wystąpić choroba zwana autyzmem, a „nasz” rodzimy profesoooor, bez żadnych badań stwierdza, że nie ma związku.

Sam musisz wyciągnąć wnioski, Szanowny Czytelniku.

Mało tego, ten człowiek nawet nie stara się logicznie rozumować. Przecież przed wprowadzeniem szczepionki MMR koło1980 roku zapadalność na autyzm wynosiła koło 1: 4000. Przypomnę, że u Amiszów, nie szczepiących swoich dzieci, zapadalność wynosi 1: 10 000 porodów.

A obecnie w 2014 roku wynosi w USA już 1: 68 porodów. Ale dziecko poprzednio dostawało koło 7 szczepionek w ciągu roku, a obecnie 15 do 21. Pan prof. A. Zieliński to bagatelizuje, podobnie jak znany dr Paweł Offit.

Możesz po tym fakcie udowodnienia związku rtęci z autyzmem i dacie publikacji fałszerstwa duńskiego od razu postawić sobie pytanie, Szanowny Czytelniku, czy p. prof. A. Zieliński od 10 lat nie czytał żadnej pracy naukowej?

Czy też wie o tym, tylko z jakichś, sobie tylko wiadomych względów, nie chce o tym pisać?

Czy może w ogóle nie pamięta już podstaw toksykologii? Wybór należy do Ciebie, PT Czytelniku.

W celu umożliwienia wyciągnięcia wniosków przypomnę, że dopuszczalne stężenia rtęci w wodzie pitnej wynosi 2 ppb, dopuszczalne stężenie rtęci, nie powodujące zatrucia, jest poniżej 200 ppb. Jeżeli w jeziorze, lub rzece, jest stężenie większe, to uważa się, że jest to odpad niebezpieczny. W szczepionce stężenie rtęci  przewyższa 50 000 ppb.

 

Jak widzisz, różnica stężenia wynosząca 25 000 razy jest bez znaczenia dla eksperta z PZH.

Także bez znaczenia dla pracownika PZH  jest fakt, że 75% przeciwciał znajduje się w przewodzie pokarmowym, a żaden normalny człowiek nie wstrzykuje sobie wody do żył. A pomimo to, dopuszczalna norma skażenia rtęcią wody jest 25 000 razy niższa.

Poza tym, każdy student medycyny wie, że dziecko do 3 roku życia ma niewykształconą barierę krew – mózg i to, co jest podane do krwi, przechodzi bezpośrednio do mózgu.

  1. prof. Andrzej Zieliński twierdzi, że rtęć ma działanie stabilizujące [co ma niby stabilizować? ph roztworu?].

Rtęć ma działanie bakteriobójcze. Jeszcze w latach 1970. stosowaliśmy do odkażania skóry przed operacjami preparat rtęciowy, zwany merkurochromem. Ze względu na toksyczność został ten preparat wycofany z obrotu.

Tiomersal w stężeniu 11 x mniejszym niszczy w pierwszym rzędzie leukocyty, a nie bakterie. Tiomersal został usunięty przez weterynarzy ze wszystkich szczepionek. Rtęć została przez FDA zakazana w kosmetykach.

Badania, na których opierają się wakcynolodzy [od vacca – krowa, co zdania nie zmienia] zostały przeprowadzone przez formę Eli Lilly w 1929 roku na 22 chorych z zapaleniem mózgu. Wszyscy chorzy zmarli.

Większość szczepionek dla krajów trzeciego świata zawiera rtęć. Przypomnę, że w tak reklamowanej przez p. mgr prof. Lidię Bernardetę Brydak szczepionce przeciwko grypie, jest rtęć.

Badania na myszach wykazały, że podanie rtęci powoduje zdychanie myszy.

Przypomnę, że przez USA jesteśmy traktowanie jak trzeci świat.

Przypomnę, że reklamą szczepionek zajmują się tacy „uczeni”, jak dr Paweł Offit

Dr Paweł Offit jest znanym celebrytą w USA. To on wsławił się powiedzeniem, że dziecko w pierwszym roku życia może przyjąć nawet 10 000 szczepionek.         Oczywiście, dowodów z jakichkolwiek eksperymentów, uzasadniających takie twierdzenie, nie przedstawił. Jest to typowe dla wszelkiej maści wakcynologów.

Nawet po ogłoszeniu, że każdy, kto przyjmie taką ilość szczepionek, dostanie milion dolarów, dr P. Offit nie wyraził zainteresowania. Podobnie nie słyszałem, aby p. prof. Andrzej Zieliński wyraził zainteresowanie tym milionem.

Dr P. Offit nie musiał zresztą sięgać po ten milion. Posiada bowiem wart 1.5 miliona dolarów gabinet, finansowany przez głównego producenta szczepionki MMR, firmę Merck. Tą samą, której udowodniono fałszowanie wyników badań tej szczepionki, w celu zdobycia monopolu na terenie USA. Znanej także z ostatniej epidemii odry w Disneylandzie, gdzie zachorowało około 100 osób, spośród dzieci szczepionych w 97 %. Przypomnę, że po pierwszej serii tej szczepionki w latach 60-tych, zachorowało na odrę 6500 dzieci. Sprawę natychmiast wyciszono. A obecnie, jak zachorowało 39 dzieciaków, to nadano temu rangę epidemii. Dzieci, które zachorowały, także były szczepione.

Dr P. Offit posiada patent na szczepionkę przeciw biegunce, którą produkuje Merck pod nazwą Rota Teg. Patent na szczepionkę sprzedano za 182 miliony dolarów. Procent, jaki dostał dr P. Offit, nie jest znany. Ale teraz wiesz na ile Ciebie, Czytelniku, w najbliższych latach oskubią. Przecież te głupie 182 milionów dolarów ktoś musi zapłacić. Już na pewno znajdą się „eksperci”, którzy uzasadnią konieczność zbiorowego zakupu tej rewelacyjnej szczepionki przez NFZ.

Dr Offit dosyć często reprezentuje Amerykańska Akademię Pediatrii, tak często przedstawianą polskim lekarzom jako coś och i ach, zapominając dodać, że AAP jest finansowana przez przemysł szczepionkarski.

Jak podaje p. P. Offit, jego celem jest doprowadzenie w ciągu 6 lat do przymusowego podawania dzieciom w pierwszym roku życia 55 szczepionek. Nie ważne na co.

Inny celebry ta, dr  Geoffrey Swaine, dostał okrągły milion dolarów za promocję szczepionek. Dziewięćset tysięcy dolarów dostał od państwowej firmy, jaką jest Centrum Kontroli Chorób z Atlanty. Być może dlatego rodzimi celebryci tak często się powołują na tą instytucję. W internecie można znaleźć całą masę wypowiedzi pań prof. mgr L.B. Brydak, czy Bucholc, powołujących się na dane publikowane przez CDC.

Broń Boże, niczego nie sugeruję.

Wyjaśniają również rolę CDC w handlu szczepionkami tytuły amerykańskiej prasy:

CDC jest jeszcze bardziej patologicznym kłamcą, aniżeli Brian Williams”.

  1. prof. Andrzej Zieliński nigdy nie przeprosił i nie wycofał się z oskarżeń dr Wakefielda, pomimo, że badania te zostały udowodnione przez 17 niezależnych ośrodków. Nawet Anglicy wycofali się z oskarżeń dr Wakefielda.

A prof. Andrzej Zieliński nigdy sam podobnych badań, jak dr Wakefield, nie przeprowadził.

Zastanawia także jeszcze jeden problem, dlaczego czym mniej argumentów naukowych podają wakcynolodzy tym bardziej naciskaja na przymus siłowy ?

Sam musisz wyciągnąć wnioski, Szanowny Rodzicu, co do wartości wypowiedzi niektórych osób. Tak dziwnie się składa, że jedynymi osobami namawiającymi do szczepień są te, ktore posiadają zwiazek z przemysłem szczepionkarskim. Ponizej przykład.

Dr hab. n. med. Teresa Jackowska
-Honoraria od firmy GSK i MSD za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych oraz finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych.

Dr n. med. Jacek Mrukowicz*:
W okresie minionych 3 lat otrzymałem:
-honoraria od firmy GSK i MSD, producentów szczepionek przeciwko HPV, za wykłady wygłaszane na konferencjach naukowych i szkoleniowych
-finansowanie udziału w międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych od firmy GSK.
-Jestem redaktorem naczelnym czasopisma „Medycyna Praktyczna Pediatria” i suplementów „Szczepienia” wydawanych przez wydawnictwo Medycyna Praktyczna, w których pojawiają się m.in. reklamy szczepionek i produktów wytwarzanych przez firmy GSK i MSD.
-Jestem etatowym pracownikiem „Medycyny Praktycznej Szkolenia”, która organizuje konferencje i warsztaty szkoleniowe dla lekarzy i pielęgniarek, w tym m.in. sponsorowane przez firmę GSK.

Dr hab. n. med. Leszek Szenborn, prof. nadzw. AM:
-Honoraria za wykłady/konsultacje, finansowanie w uczestnictwach w konferencjach i kongresach naukowych (MSD i GSK)
-Prowadzenie badań klinicznych (GSK)

Prof. dr hab. n. med. Jacek Wysocki:
-Uczestniczył w badaniach klinicznych, wykładach sponsorowanych oraz korzystał z pomocy finansowej przy wyjazdach na kongresy naukowe od kilku firm produkujących szczepionki.

Musisz sam wyciągnąć wnioski Szanowny Czytelniku.

dr Jerzy Jaśkowski