Tag: new age

Stadium globalnego upadku systemowego. Kryzysy są bolesne ale konieczne

Stadium globalnego upadku systemowego. Kryzysy są bolesne ale konieczne

kryzysMówi się, że żyjemy w dobie kryzysu. Kryzys jest tak permanentny, że trwa od prawie siedmiu lat, i wszyscy już się do niego przyzwyczaili. Słowo „kryzys”, jeśli chodzi o gospodarkę, jest słowem-wytrychem. Nie tylko taka sytuacja jest wygodna dla rządów i ich skrajnie neoliberalnych posunięć. Każdy pracodawca, płacąc pracownikom grosze, uzasadnia to kryzysem gospodarczym. Kryzys gospodarczy spadł kapitalistycznym wyzyskiwaczom z nieba, i umożliwił jeszcze szybszy transfer kapitału ku najbogatszym, niż w czasach gospodarczej prosperity.

W poniższym nagraniu jest mowa o kryzysach nieco innego rodzaju. Ja również o nich piszę. Chodzi o kryzys całej cywilizacji. Wszystkie systemy które sprawdzały się jeszcze na początku XXI wieku, wykazują obecnie skrajną niewydolność i w bólach zbliżają się do kolapsu. Tego typu „pęknięcie cywilizacji” jak i pomniejsze kryzysy dotyczące jednego z systemów – rabunkowej gospodarki kapitalistycznej – są wpisane w ich naturę.

Zawsze powtarzam, że wzorcem do wielu innych systemów, takim „systemem podstawowym”, jest okrutna macocha natura, tak uwielbiana przez wszelkich ezoteryków i new age’owców (zupełnie nie wiem dlaczego). Natura ma generalnie dwa priorytety:
1. jak najszersza replikacja DNA dokonana przez osobnika, grupę osobników, gatunek;
2. zdobycie jak największej ilości terytoriów i zasobów przez w/w.

Natury nie interesuje ani szczęście, ani moralność, ani nawet los powołanych do życia stworzeń na tym łez padole. Ba! Okrutna macocha natura zakłada, że nawet gdy 90% młodych osobników zginie, to i tak warto utrzymywać wysoką płodność i wysoką rozrodczość, bo przecież 10% przetrwa. Z lekcji biologii wiemy, że gdy dany gatunek rozrasta się za bardzo, to następuje kolaps danego ekosystemu. Zaczyna brakować pożywienia dla tego gatunku, a potem, w konsekwencji, gwałtownie kurczy się jego populacja.

Zobaczcie że bardzo podobnie do tego okrutnego, psychopatycznego „systemu podstawowego”, jakim jest macocha natura, zachowuje się neoliberalny kapitalizm. Kapitalizm ma te same dyrektywy co matka natura: jak najwięcej niewolników dla systemu (a więc rozrodczość), gromadzenie jak największej ilości dóbr, generowanie coraz wyższego wzrostu PKB i zajmowanie coraz to nowych terytoriów. Niestety, w kapitalizm też jest wpisany systemowy kolaps. Z tej prostej przyczyny, że nie da się w nieskończoność generować wzrostu PKB, nie da się ciągle produkować więcej i więcej. Nie tylko chodzi o kurczące się zasoby planety, ale też o fakt, że świat nie potrzebuje nieskończenie wielkiej liczby samochodów, mieszkań czy elektronicznych zabawek.

Dużo ważniejszym systemowym kryzysem, jest kryzys ducha, kryzys myślenia, kryzys morale. Moje pokolenie zaczyna powoli dostrzegać, że z tym światem jest coś nie tak, i to cholernie nie tak. Coraz więcej osób przestaje widzieć w służbie dla systemu swoją realizację. Przyjęło się, że człowiek ma spłodzić dzieci (nowi niewolnicy dla systemu), potem robić karierę, kupować, konsumować. No i dobrze by było, gdyby pił alkohol, palił, brał narkotyki i jadł śmieciowe jedzenie. Bo to nie tylko ogłupia i odcina od duchowego poznania, ale napędza gospodarkę i uniemożliwi mojemu pokoleniu dożycie wieku emerytalnego. Wiele osób w taki sposób nie chce się realizować, bo wychodzi na jaw (dzięki wolnemu internetowi) jaka jest cena tego. Znamienną opinię zamieścił ktoś na jednym z moich profili. Napisał, że kiedyś ludzie być może dojdą do wniosku, że tę planetę trzeba wysadzić w powietrze, i zakończyć to cierpienie.

Zapraszam na prelekcję pana Gregg’a Badena o systemowej i strukturalnej niewydolności:

Szokująca, gnostycka przepowiednia illuminatów na 2015 rok [VIDEO +18]

Szokująca, gnostycka przepowiednia illuminatów na 2015 rok [VIDEO +18]

przepowiednieChciałym przedstawić Wam niezwykłą wizję artystyczną na temat wydarzeń, które rozpoczęły się dzisiejszego dnia, 19 lutego 2015 roku. Film ma tytuł: „Ja, koza”. Rok kozy rozpoczął się 19 lutego 2015, potrwa bodaj do 6 lutego 2016. Poniższy film można interpretować aż na trzy sposoby. Pierwszy – najczęściej wybierany – to: „zabawny teledysk do fajnej muzyki”. Sposób drugi to symbolika związana z wydarzeniami obecnie dziejącymi się na świecie i tymi, które nastąpią. M.in. chodzi o upadek imperium zła, cywilizacji demiurga (wschód – Rosja i Chiny, na filmie zostało to pokazane w postaci człowieka z sierpem i młotem który topi się w płynnym gównie).

Kolejny ciekawy motyw to detonacja atomowa, upadek dwóch wież WTC, jak i destrukcja ni to katedry chrześcijańskiej, ni to statui wolności. Ciekawym motywem jest też przedstawienie bio-robotów z korporacji w postaci potężnej, sięgającej aż do horyzotnu armii, niszczonej przez wybuch atomowy i zstępującego na Ziemię, tę Ziemię, Chrystusa pośród rozchodzącej się fali uderzeniowej.

Na uwagę zasługuje też sterowany jak marionetka nauczyciel na początku filmu (symbol prania mózgu i niszczenia psychiki, dokonywanego przez szkołę, rodzinę, religię). Na tablicy szkolnej widać słowo: „evolution” (ewolucja – jeden z filarów współczesnego umysłowego i duchowego upośledzenia, kalectwa, pod nazwami ateizm i racjonalizm). Widać tam róznież mózg przepołowiony na dwie półkule przez piorun. Półkula lewa (męska) to logika, nauka, racjonalizm. Półkula prawa (żeńska) to emocje, czucie, duchowość. Chodzi w tym wszystkim o to, by połączyć siły obu tych potencjałów.

Mężczyzna powinien „doszukać się” swojej „wewnętrznej kobiety”, zaś kobieta powinna „doszukać się” swojego wewnętrznego mężczyzny. Podświadomość mężczyzny w 99% przypadków jest kobietą. Podświadomość kobiety w 99% przypadków jest mężczyzną. M.in. na tym polega ta zabawa w kotka i myszkę zwana oświeceniem i wychodzeniem z ziemskiego matrixa. Na harmonicznym połączeniu obu potencjałów. Jak i na rozświetleniu barbarzyńskich mroków ego i podświadomości, by zamiast nas kontrolować i ograniczać, pracowały dla nas, na naszą korzyść. O tym jest wiele materiałów na mojej stronie.

To, co przedstawiłem, to trzecia możliwa interpretacja tego filmu – czyli interpretacja gnostycka, widoczna dla niewielu wtajemniczonych. Ta trzecia interpretacja jest jednocześnie kluczem, jak wyjść z ziemskiego matrixa. Nie chcę Wam psuć dobrej zabawy, bo tych symboli jest o wiele więcej. Zapraszam do wymieniania ich w komentarzach i własnych interpretacji. Ostatni symbol jaki wymienie, dotyczy po części nas, czytających strony o takiej tematyce jak moja. Kolumna jadących, złowrogich czołgów. Próbuje je zatrzymać pacyfistyczna aktywistka, idealistka, z białą flagą. Kto odwodzi ją od tego planu? Odwodzi ją przebrany niczym fan muzyki pop-kulturowej (heavy-metalu), z ryzrywkowym, zabawkowym „językiem”, wysuwanym gdy się w niego dmuchnie. Jest to symbol rozrywki – narkotyku, który od lat używają elity, by sprowadzić egzystencję społeczeństw do najniższych możliwych instynktów.

Zapowiadany film – I, pet Goat:

Motyw zwycięstwa światłości nad ciemnością i upadku ziemskiego imperium zła (wschód), jest pokazany również w teledysku Pet Shop Boys bodaj z 1993 roku „Go West”.

Zwróćcie uwagę na dwie barwy charakterystyczne:

A tutaj macie anglojęzyczną analizę tej przepowiedni na 2015 rok:

Autor artykułu: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc moje niezależne inicjatywy i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj (link).

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym zapoznać się z tą tematyką.

 

Otworzyć drzwi do lasu: żyjemy w coraz bardziej sztucznym, oderwanym od przyrody świecie

Otworzyć drzwi do lasu: żyjemy w coraz bardziej sztucznym, oderwanym od przyrody świecie

Zapraszam do przeczytania szokującego artykułu ze strony „Nowy Obywatel”. Porusza on w skali mikro temat, który jest znacznie szerszy niż by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. W artykule tym przedstawione jest stopniowe „odcinanie” społeczeństw od ich pierwotnych korzeni. Tutaj mówi się o oderwaniu nas od przyrody. Na lekcjach gdzie przedstawia się te zagadnienia, porusza się głównie tematy takie jak mikrobiologia – bo tego chce rynek pracy i dyktujące jego prawa korporacje.

Wszystko zostało sprowadzone do psychopatycznego, kapitalistycznego modelu generowania zysku za wszelką cenę. Wszystko staje się towarem, produktem, wszystko jest postrzegane w sposób redukcjonistyczny, a więc materialistyczny. W naszej cywilizacji rozpaczliwie brakuje głebi poznania, bo odcięcie od korzeni oznacza automatycznie brak możliwości wzniesienia się w metaforyczne przestworza.

Odcięcie nas od korzeni, od prapoczątku – czyli od przyrody – oznacza także odcięcie nas od „latania w obłokach”, czyli duchowości. Jesteśmy jakby zawieszeni w próżni. Bez doświadczania podstawy, bez łączności z naszymi „profanicznymi” korzeniami, sfera metafizyczna kuleje. Takie technokratyczne i materialistyczne podejście do świata, do stworzenia, to jeden z filarów współczesnego wirusa mentalnego, współczesnego kalectwa, które rozprzestrzenia się na duża skalę. Ten wirus, który infekuje wielu ludzi, to inaczej racjonalizm i ateizm.

Nie tylko oznacza on kult dzisiejszej „nauki” – „nauki” skorumpowanej, zaprzedanej, często zbrukanej zbrodnią. Ludzie tak postrzegający świat, negują np terapie ziołowe. Mają oni przeświadczenie typowo kartezjańskie, iż człowiek jest czymś w rodzaju maszyny. I że wystarczy zażycie odpowiedniej tabletki wyprodukowanej przez korporację, by tę maszynę naprawić.

Ci sami ludzie negują także wszelkie doświadczenia i teorie metafizyczne, sprowadzając wszystko co odczuwa i czego doświadcza człowiek, do impulsów elektrycznych w mózgu. To oni uważają, że już wkrótce całą tajemnicę emocji jak i duchowego poznania wyjaśnią modele bechawioralne ludzkiego mózgu. Cóż, ja tę śpiewkę słyszę od połowy lat 90-tych i nic nie wskazuje na to, że tak się stanie.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

przyroda

Cytuję: „Bywa tak, że im częściej i więcej mówi się o czymś, tym mniej postaw i zachowań odpowiadających deklaracjom. Tak jest również w przypadku tego, co potocznie określamy mianem ekologii. Prawie wszystko ma dziś swoje wersje „eko”, a tak lub inaczej pojmowana ochrona środowiska stanowi już niemal popkulturową modę. Mimo to żyjemy w świecie coraz bardziej „sztucznym”, w separacji od przyrody.

Mówi o tym niedawno przetłumaczona na język polski książka Richarda Louva pt. „Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury”. Choć skupia się na młodym pokoleniu, jest to analiza – i zarazem alarm – na temat tego, że mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych przestają mieć związek z realną przyrodą i „namacalnym” środowiskiem naturalnym. Warto oddać głos autorowi, który w bardzo klarowny sposób snuje opowieść: „W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie.

Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem. Kiedy byłem mały, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że moje lasy znajdują się w ekologicznej łączności z innymi lasami. W latach 50. nikt nie mówił o kwaśnych deszczach, dziurze ozonowej czy globalnym ociepleniu. Mimo to świetnie znałem swoje lasy i pola, znałem każdy zakręt strumyka i zagłębienie w piaszczystych ścieżkach. Wędrowałem po nich nawet we śnie. Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury. Ta książka dotyczy rosnącej przepaści między naszymi dziećmi a światem przyrody oraz jej środowiskowych, społecznych, psychologicznych i duchowych konsekwencji.”

Richard Louv urodził się w roku 1949. Problem, który sygnalizuje, nie jest jednak efektem rozczarowania światem obecnym, nie jest to standardowa litania skarg i żalów człowieka już niemłodego, że „dawniej było lepiej” itd. Jakkolwiek zarówno wiek autora, jak i zanurzenie jego narracji w realiach amerykańskich (a więc bardziej, jak przystało na kraj zamożniejszy, „stechnicyzowanych”) nie pozostają bez znaczenia, to jednak nie mają one nic wspólnego z narzekaniami „zgorzkniałego starca” na „dzisiejszą młodzież”. Będąc o niemal półtora pokolenia młodszym od Louva i mieszkając w Polsce, podczas lektury miałem wciąż rosnące przekonanie o trafności jego analizy i dobrym rozpoznaniu rzeczywistości. Moi rówieśnicy, a nawet sporo osób o dekadę młodszych, szczególnie niebędących od małego mieszkańcami wielkich miast, zapewne pamiętają z dzieciństwa liczne związki z przyrodą.

Realizowane mimochodem, bez „eko” haseł i trendów, najzwyczajniej w świecie – lasy, łąki, pola, zarośla itp. były naturalnym punktem odniesienia i miejscem spędzania czasu. „Bazy” na drzewach, szałasy budowane w wakacje, całe dnie spędzane w „dzikich” miejscach (nawet jeśli były nimi zwykłe krzaki na obrzeżu osiedla), napędzane ciekawością eksplorowanie wszelkich możliwych nieużytków, wagary czy turystyczne nieformalne wyprawy wśród przyrody – wszystko to było dla mnóstwa osób z tego pokolenia chlebem powszednim. Było też czymś zgoła odmiennym od sposobu, w jaki spędzają czas dzisiejsze dzieci i młodzież – przed ekranami telewizorów i monitorami komputerów, w pomieszczeniach, w przestrzeni coraz bardziej uporządkowanej, z dala od choćby niewielkich i skromnych miejsc opanowanych przez przyrodę inną niż całkowicie „sztuczne” parki i inne oficjalne „tereny zielone”. Ba, znaczna część dziecięcej aktywności dzisiejszych 30–40-latków mogłaby przyprawić ich samych o palpitację serca w przypadku potencjalnych zachowań własnych pociech, jeśli nawet nie wywołałaby surowej reprymendy ze strony rodziny, sąsiadów, a może nawet przedstawicieli instytucji opiekuńczo-kontrolnych.

„Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą” – stwierdza Louv. Prowadzi to do zjawiska, które określa on przy pomocy autorskiego terminu „zespół deficytu przyrody (natury)”. Niełatwo zdefiniować ten problem, choć staje się on dość oczywisty, gdy połączymy intuicyjne skojarzenia ze wspomnieniami i refleksjami nas samych lub osób wychowanych dawniej. Autor „Ostatniego dziecka lasu” przywołuje własne dzieciństwo, opinie innych dorosłych, a także tych – będących w mniejszości wśród rówieśników – dzieci, które obecnie spędzają wiele czasu wśród przyrody.

Wszyscy oni podkreślają, że obecne młode pokolenie jest coraz bardziej odseparowane od natury, niewiele o niej wie, nierzadko boi się takiego otoczenia lub zupełnie nie potrafi w nim zachować. Louv określa to mianem przekroczenia trzeciego pogranicza, nawiązując do popularnej w USA teorii. Mówi ona, że pierwsze pogranicze przekroczono, gdy kolonizacja kontynentu zakończyła się po wyczerpaniu zasobów niezagospodarowanej ziemi pod koniec XIX wieku. Drugie – sto lat później, gdy w roku 1990 rolnicy stanowili już tylko 1,9 proc. populacji USA i rząd uznał, że niepotrzebny stał się coroczny spis ludności z tej grupy. Trzecie pogranicze przekroczono, zdaniem autora książki, obecnie, w pokoleniu dzieci rodziców z roczników 1946–1964. To dzieci, których większość nie zetknęła się z życiem na wsi, nie mają tam rodziny, nie stykają się w codziennym życiu z lasami, łąkami czy innymi okolicznymi obszarami przyrodniczymi. To pokolenie do cna „miejskie”, „stechnologizowane”.

Autor stawia pytania o przyczyny takiego stanu rzeczy. Jest ich wiele. Oprócz nawyków związanych z nowymi technologiami czy rosnącym komfortem życia są to także zjawiska mniej oczywiste. Na przykład efekt coraz częstszych zakazów – dzieciom zabrania się wchodzić na drzewa w parkach, budować „domki” czy „bazy” wśród nieużytków lub tamy na strumieniach, wędkować, a nawet jeździć rowerami poza wytyczonymi trasami. Tak dzieje się szczególnie w osiedlach na przedmieściach i stanowi to syntezę kultu własności prywatnej oraz amerykańskiej plagi związanej z pozwami sądowymi o odszkodowania za ewentualne wypadki, urazy, skaleczenia, zniszczenie mienia itp. Im mniej dzieci robią samodzielnie i poza drobiazgową kontrolą, tym mniejsze ryzyko, że komuś coś się stanie na terenie, za który ktoś inny odpowiada.

Zatem zakazuje się maluchom w zasadzie wszystkiego, co spontaniczne. Jakkolwiek rośnie ilość młodych uczestników zajęć sportowych i rekreacyjnych oraz czasu poświęcanego na tę aktywność, dokonuje się to jednak w sposób drobiazgowo zorganizowany i w „sztucznej”, całkowicie zaplanowanej przestrzeni. Louv przytacza słowa jednego z rodziców: „Nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad. A potem są strofowane, kiedy siedzą przed telewizorem – i wysyłane do zabawy na dwór. Tylko gdzie? W jaki sposób? Czy powinny zacząć uprawiać kolejny zorganizowany sport? Nie wszystkie dzieci chcą być cały czas zorganizowane. One pragną dać upust swojej wyobraźni; zbadać, dokąd płyną strumienie.”

Inna z przyczyn separacji od przyrody również ma charakter bardzo konkretny – to po prostu „wypychanie” natury z naszego otoczenia. Rozrost miast i osiedli powoduje, że znikają okoliczne lasy czy łąki. Ci, którzy mieszkali niegdyś na obrzeżach, teraz znajdują się w centrum aglomeracji, a nowi mieszkańcy „pogranicza” stykają się ze swoimi odpowiednikami z okolicznych miejscowości. Dotyczy to także osób, które zapłaciły setki tysięcy dolarów za możliwość mieszkania z dala od centrum, „w ciszy i spokoju”, bo takich jak oni było wielu, więc wspólnie zniszczyli te walory zasiedlanych okolic. Również w miejscach zurbanizowanych od dawna, w centrach miast itp. drastycznie ubywa terenów zielonych – czy będą to parki wypierane przez komercyjną zabudowę albo przez drogi dojazdowe (gdy takim terenom uda się przetrwać, zwykle są coraz bardziej drobiazgowo zagospodarowane i pełne obostrzeń dotyczących dozwolonej aktywności), czy też rozmaite nieużytki, opuszczone parcele, empty spaces, gdzie dawniej nieco swobody znajdowały przyroda i ludzka/dziecięca kreatywność. Na przykład w Los Angeles zaledwie 30 proc. mieszkańców żyje w takiej odległości od parków, która pozwoliłaby bywać w nich bez większych, specjalnie przedsięwziętych wysiłków. W niektórych miastach USA w parkach pojawiła się… sztuczna murawa.

Wszędzie tam, gdzie istnieją duże skupiska ludzi, coraz trudniej o możliwość łatwego i szybkiego kontaktu z przyrodą – staje się ona celem odległym, więc nieoczywistym. Zjawisko to przybiera formy skrajne, a zarazem masowe: „Według danych Amerykańskiego Biura Statystycznego w 1910 roku klimatyzację miało tylko 12 procent domów. Ludzie otwierali okna i wpuszczali do mieszkań nocne powietrze, odgłosy wiatru i szeleszczących liści. Kiedy na świat przyszło pokolenie baby boomers (lata 1950.), już połowa domów miała klimatyzację. W 1970 roku odsetek ten wzrósł do 72 procent, a w 2001 roku do 78 procent.” Maleje nawet liczba osób podziwiających przyrodę i krajobraz przez okna samochodów, bo na oparciach przednich foteli montuje się ekrany dla dzieci siedzących z tyłu – mogą oglądać telewizję, filmy z odtwarzaczy lub zajmować się grami.

Podobnej tendencji podlega edukacja – z przyrodą niełatwo „spotkać się” także w szkole. Coraz mniej w niej zajęć z historii naturalnej, z rozpoznawania gatunków i siedlisk, szczególnie lokalnych, a coraz więcej zarówno mikrobiologii (co wynika z trendów biznesu i rynku pracy), jak i ogólnikowej wiedzy o globalnym ekosystemie (co jest pochodną profilu współczesnego ruchu ekologicznego i popularności jego narracji). Według jednego z rozmówców Louva „nawet w naukach ścisłych, gdzie przyroda odgrywa tak istotną rolę, uczniowie poznają ją w sposób suchy i zmechanizowany. Jak działa echolokacja u nietoperzy, jak rośnie drzewo, dlaczego nawożenie gleby poprawia wydajność upraw? Dzieci patrzą na przyrodę przez pryzmat eksperymentu laboratoryjnego.” Młodzi coraz więcej wiedzą o globalnych problemach ekologicznych, a jednocześnie są coraz bardziej skrupulatnie odcinani od kontaktu z realną przyrodą, w tym tą lokalną. Ma to już, zdaniem Louva, określone skutki – przyroda przestaje być czymś ciekawym i atrakcyjnym. W efekcie na przestrzeni zaledwie pokolenia znacznie zmalała liczba osób odwiedzających amerykańskie parki narodowe, a w niektórych z nich jest to spadek odwiedzin o nawet połowę. Tylko w latach 1991–2001 aż o 10 milionów Amerykanów zmniejszyła się liczba osób biorących udział w różnych formach rekreacyjnego obserwowania przyrody i kontaktu z nią.

Dochodzi do sytuacji tak kuriozalnych jak ta, że organizacje i inicjatywy niegdyś bazujące na kontakcie z przyrodą rezygnują z takich zajęć i sposobów spędzania czasu. Nawet uczestnicy ruchów ekologicznych czy obrony praw zwierząt często nie mają żadnych „zwykłych” związków z przyrodą. Louv przytacza opinię jednego z działaczy indiańskich: „Jedyne zwierzęta, z którymi zetknęli się ci młodzi aktywiści, to ich zwierzęta domowe. Poza tym napotykali je w ogrodach zoologicznych, oceanariach albo podczas wypraw na obserwowanie wielorybów. Są całkiem oderwani od źródeł swojego pożywienia – nawet od soi i innych białek pochodzenia roślinnego, które konsumują.” W innym miejscu Louv pisze o ruchu obrońców środowiska, że „zaczął się opierać na wymuskanych prawnikach w Waszyngtonie, a nie na miejscowych przyrodnikach w zabłoconych butach.” I dodaje: „w miarę, jak ochrona przyrody staje się coraz bardziej teoretycznym pojęciem oderwanym od radosnego doświadczania świata za oknem, musimy się zastanowić, skąd wezmą się przyszli obrońcy przyrody?”

Nie jest to pytanie bezzasadne, bowiem przywołane przez autora „Ostatniego dziecka lasu” wyniki badań dotyczących przyczyn zaangażowania w obronę przyrody są jednoznaczne. Mówią one, że starsze pokolenie „działaczy ekologicznych” wskazuje jako główny powód swojej aktywności zetknięcie się lub częste przebywanie w dzieciństwie w otoczeniu całkiem naturalnym lub przekształconym tylko częściowo (wiejskim). Również wśród „biernej” części społeczeństwa osoby sympatyzujące z postulatami ochrony przyrody to przede wszystkim te, które w dzieciństwie miały możliwość udziału w „zajęciach na łonie przyrody”. Louv konkluduje: „Ochrona przyrody zależy od czegoś więcej niż tylko od siły […] organizacji ekologicznych. Zależy także od jakości relacji młodych ludzi z przyrodą – od tego, w jaki sposób – jeśli w ogóle – młodzież przywiązuje się do natury.” Organizacjom ochroniarskim dostaje się też za wylewanie dziecka z kąpielą. Jakkolwiek Louv nie uznaje wędkarstwa czy tym bardziej myślistwa za postawy moralnie obojętne, to uważa, że „miejska” czy „humanitarna” ekologia spod znaku m.in. potępiania łowienia ryb, bez zaproponowania i wypromowania wśród młodych ludzi realnych alternatyw z dziedziny spędzania czasu na łonie natury, jeszcze bardziej przetrzebia szeregi osób mających szanse nawiązać więź z przyrodą.

Autor „Ostatniego dziecka…” ukazuje również przeobrażenia, jakim w USA uległy skauting/harcerstwo. Na masową skalę rezygnują one lub ograniczają zasięg takich działań i form aktywności, które miały związek z otoczeniem przyrodniczym. Ośrodki harcerskie stają się luksusowe i oddalone od „dziczy”, a ich program to w dużej mierze zajęcia dotyczące samorozwoju w „sztucznym” otoczeniu, niewiele mające wspólnego z dawnymi ideałami i aktywnościami skautowskimi. I tutaj nie dzieje się to bez głębszych przyczyn. Po pierwsze, im mniej czasu na wychowanie dzieci mają zapracowani i „mobilni” rodzice, tym więcej oczekują od takich organizacji aktywności stricte moralno-wychowawczej. Po drugie – stale rosną, do horrendalnych kwot, koszty ubezpieczeń za zajęcia prowadzone w „niepewnych” czy „potencjalnie niebezpiecznych” warunkach, zatem taniej jest zorganizować wyjazd dzieci i młodzieży w sterylne i zaplanowane miejsca niż tam, gdzie przyroda i skauci mają choć trochę swobody. Po trzecie – bo sami rodzice – a pod ich presją opiekunowie i wychowawcy – wymagają absolutnego bezpieczeństwa swoich pociech, oburzając się na takie niegdyś oczywiste formy spędzania czasu, jak piesze wędrówki po lasach czy górach, wspinanie się na drzewa itd.

Ano właśnie – bezpieczeństwo. Chyba kluczowym wśród czynników sprawczych separowania młodego pokolenia od przyrody jest ogromny wzrost różnych obaw o ich zdrowie i życie. Richard Louv nazywa to „syndromem Baby Jagi” – coraz silniejszym, wręcz obsesyjnym lękiem, że dzieciom stanie się coś złego. Media epatują zagrożeniami i innymi skandalizująco-alarmistycznymi przekazami, zwykle bazującymi na jednostkowych przypadkach, które jednak zwielokrotnione przez wszystkie kanały informacyjne urastają do rangi masowego zjawiska. Maleją dzietność i ogólna liczba dzieci, a więc maluchy stają się „rzadkim dobrem”. Celowo podsycana jest histeria przez rozmaite lobbies o nierzadko szczytnych celach. Autor podaje przykład Fundacji na rzecz Obrony Dzieci, która twierdziła – i dotarła z takim przekazem do milionów odbiorców – że od 1950 r. co roku podwaja się liczba dzieci zabitych z broni palnej w USA; gdyby była to prawda, w roku 1983 liczba zabitych musiałaby wynieść 8,6 miliarda, czyli więcej niż populacja globu. Powszechne jest przekonanie o wszechobecnej przemocy i innych ryzykach. Wszystko to sprawia, że rodzice panicznie boją się o dzieci.

Stąd tylko krok do odseparowania ich od przyrody, która ze swą spontanicznością i nieprzewidywalnością jawi się jako szczególnie niebezpieczna, bo niepoddawalna całkowitej kontroli. Nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością. Wypadki „przyrodnicze” to znikomy, niemal niezauważalny odsetek wszystkich. Rozmaite zagrożenia i przestępstwa w „dzikich” okolicach to również zjawisko rzadkie. Ba, same przestępstwa wobec dzieci mają, wbrew powszechnemu odczuciu, zwykle skalę malejącą – w roku 2005 liczba brutalnych przestępstw wobec młodych ludzi spadła w USA poniżej progu z roku 1975. Te, które wciąż miały miejsce, wcale nie były dokonywane głównie przez „obcych w nieznanym terenie” – np. sprawcami porwań dzieci najczęściej są ich krewni, a miejsca takich zdarzeń to dom rodzinny lub jego otoczenie. Tymczasem w USA występuje duży i ciągle rosnący lęk przed obszarami przyrodniczymi, znów całkowicie wbrew faktom, bo np. liczba przestępstw w parkach narodowych znacząco spadła w ciągu kilku dekad, a ich liczba bezwzględna jest śmiesznie niska w stosunku do liczebności populacji odwiedzającej takie tereny. Ogromne żniwo zbiera wśród dzieci w USA otyłość, problemem jest także znaczne spowolnienie spadku śmiertelności niemowląt, natomiast „zwyrodnialcy czyhający w dziczy na naszych milusińskich” występują głównie w filmach kryminalnych i thrillerach. Powstaje typowe błędne koło: im bardziej boimy się przyrody, tym słabiej ją poznajemy – a im słabiej ją znamy, tym bardziej się jej boimy…

Nawiasem mówiąc, choć autor opisuje tendencję bez wątpienia globalną, a przynajmniej typową dla krajów wysokorozwiniętych, to z lektury wyłania się obraz Stanów Zjednoczonych jako kraju z pogranicza „społecznej paranoi”. W „Ostatnim dziecku lasu” mamy sporo fragmentów znamionujących miłość Louva wobec swojej ojczyzny, jej dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, jednak jest to zarazem – zapewne częściowo nieświadome – oskarżenie USA o daleko posunięte zwyrodnienie relacji społecznych, życia publicznego i rodzinnego, kultury i etosu, prawodawstwa i jego stosowania itd.

Badania wskazują, że w kwestii odseparowania dzieci od przyrody mamy do czynienia nie tylko z subiektywnymi wrażeniami lub obserwacjami autora „Ostatniego dziecka…”. Na przykład badania Sandry Hofferth z Uniwersytetu Maryland mówią, że w ciągu zaledwie sześciu lat (1997–2003) o połowę zmniejszyła się liczba dzieci odbywających piesze wędrówki i spacery, zabawy na plaży, w lesie, na podwórku lub w ogródku. Ta sama naukowiec twierdzi, że w ciągu minionego ćwierćwiecza o 9 godzin tygodniowo zmniejszył się wymiar czasu poświęcanego przez dzieci na swobodną zabawę poza domem. Badania Rhondy L. Clements mówią z kolei, że 71 proc. dzisiejszych matek pamiętało z dzieciństwa codzienną zabawę na dworze, lecz tylko 26 proc. tej grupy znało to zjawisko z życia swoich dzieci; dotyczyło to także osób zamieszkujących obecnie obszary wiejskie i przedmieścia. Ankieta przeprowadzona wśród rodziców przez czasopismo „American Demographics” w roku 2002 wykazała, że 56 proc. obecnych rodziców w USA miało w wieku 10 lat swobodę w kwestii samodzielnego pójścia lub pojechania rowerem do szkoły, a tylko 36 proc. z nich pozwala na to samo własnym dzieciom. Z kolei naukowcy brytyjscy – bo tendencja nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych – już w 1990 r. zauważyli, że w tym roku swoboda poruszania się przyznawana 10-latkom była taka sama, jaką w roku 1971 cieszyli się już siedmiolatkowie.

Co zatem robią najmłodsi? Na przykład w USA dzieci w wieku 6–11 lat spędzają co najmniej 30 godzin tygodniowo przed telewizorem lub komputerem, a nieco starsze – średnio 6,5 godziny dziennie. Nawet gdy tego nie robią, przebywają głównie – oprócz szkoły – w domach lub w „sztucznych” przestrzeniach skomercjalizowanych (centra handlowe itp.) i terenach sportowych w ramach zorganizowanych i drobiazgowo zaplanowanych zajęć. Według badań naukowców z Uniwersytetu Stanu Maryland, w latach 1981–2003 dzieci o 9 godzin więcej w tygodniu poświęcają na zajęcia szkolne lub inne edukacyjne, a czas spędzany przed komputerem uległ podwojeniu. Naukowcy z Uniwersytetu Michigan twierdzą na podstawie badań, że w latach 1981–1997 o 20 proc. wzrosła ilość czasu poświęcanego na naukę i edukację już w grupie dzieci do lat siedmiu. Nie tylko nie ma tu miejsca na przyrodę, lecz coraz mniej jest go także na jakąkolwiek spontaniczność i swobodę, na to, co instynktownie kojarzymy z kwintesencją dzieciństwa.

W ten sposób powstało, jak nazywa je Louv, „pierwsze odnaturalnione pokolenie”. Nie wiemy jeszcze dokładnie – bo mało kto prowadzi stosowne badania, zwłaszcza długofalowe – do jakich prowadzi to skutków, ale mamy już pewne przesłanki i intuicje. Louv przytacza rozmaite analizy i obserwacje, z których wynika m.in., że brak kontaktu z przyrodą ma negatywny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, dobre samopoczucie, nastrój itp. Znane są badania grup pacjentów, którzy szybciej wracali do zdrowia, gdy okna szpitalne wychodziły na tereny zielone; badania grup więźniów, którzy częściej zapadali na różne choroby, jeśli z cel mogli spoglądać tylko na „cywilizację”; badania pracowników biurowych, których samopoczucie i wydajność rosły wraz z dostępem do widoku przyrody za oknami urzędów i siedzib korporacji. Skandynawskie obserwacje grup dbających o kondycję w różnym otoczeniu mówią nam, że bardziej wypoczęte, spokojne i mniej depresyjne były osoby np. biegające czy ćwiczące pośród przyrody i otwartego krajobrazu niż w siłowniach czy salach gimnastycznych, choć wykonywały podobny zestaw czynności.

Banalna jest konstatacja, że dzieci i dorośli prowadzący „domowy” tryb życia znacznie częściej narażeni są na nadwagę, otyłość, choroby cywilizacyjne itp., ale już mniej oczywista (i słabiej zbadana) jest zależność między malejącą ilością czasu spędzaną pośród natury a wzrostem przypadków depresji i podobnych przypadłości oraz spożyciem leków mających im przeciwdziałać. Badania Nancy Wells i Gary’ego Evansa wykazały, że dzieci mieszkające w otoczeniu przyrody, nawet jeśli nie spędzały czasu wśród niej, rzadziej wykazywały zaburzenia zachowania, lęki i depresję, a także miały wyższą samoocenę niż ich rówieśnicy z bardziej „sztucznych” okolic. I odwrotnie: istnieją coraz silniejsze przesłanki na rzecz tezy, że kontakt z przyrodą, częste przebywanie w jej otoczeniu itp. znacznie łagodzą objawy i natężenie ADHD, zbierającego coraz obfitsze żniwo wśród dzieci i młodzieży (w samych USA jest to kilka milionów dzieci). Jeszcze inne badania i spostrzeżenia mówią o dobroczynnym wpływie swobodnej aktywności wśród przyrody na zdolności manualne, wyobraźnię, samodzielność, umiejętność rozwiązywania praktycznych problemów czy zapoznanie się z prawami fizyki w praktyce.

Tego rodzaju argumentów znajdziemy w książce wiele, ale moim zdaniem nie one są najważniejsze. Wielką zaletą „Ostatniego dziecka lasu” jest zwrócenie uwagi na aspekty mniej wymierne i oczywiste, lecz ważne i intuicyjnie dostrzegane przez – jak sądzę – niemało osób. Obcowania z przyrodą (lub jego braku) nie da się sprowadzić do zestawu policzalnych korzyści z dziedziny zdrowia fizycznego i psychicznego. Powiedzmy więcej: poprzestanie tylko na nich byłoby poddaniem się tej samej tendencji, którą książka krytykuje – tendencji wspierającej świat coraz bardziej sztuczny, interesowny, merkantylny, w wąski sposób racjonalny. Tymczasem Louv wspomina także coś zupełnie innego: „Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie rowerem po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?”

W zgodzie z duchem amerykańskiego pragmatyzmu, autor „Ostatniego dziecka…” nie tylko opisuje problem i jego różnorakie aspekty, lecz także proponuje środki zaradcze. Najprostsze, zdroworozsądkowe, to m.in. zabieranie dzieci na spacery czy wycieczki terenowe, zachęcanie ich do zabaw w ogrodzie i dokładnego poznawania jego wybranego fragmentu, różne formy spędzania czasu na łonie natury czy to z rodziną, czy z szerszym kręgiem sąsiedzko-towarzyskim. Bardziej zaawansowane to działania instytucjonalne, poczynając od tworzenia i rozwoju terenów zielonych w miastach (i dbałości o nadanie im „niesterylnego” charakteru) czy ochrony rozmaitych „nieużytków”, a kończąc na reformach w sposobie funkcjonowania szkół, m.in. tworzeniu ogrodów czy mini-rezerwatów przy takich placówkach, organizowaniu wyjazdów na „zielone szkoły” i obozy terenowe, położenie nacisku na poznawanie otoczenia przyrodniczego w okolicy, dokonanie zmian w programach nauczania. Jeszcze szerzej zakrojone są postulaty zmian formalnoprawnych, np. likwidacji wielu zakazów, które mając chronić dzieci czy własność prywatną, skutkują utrudnianiem aktywności w otoczeniu przyrodniczym. Mowa też o konieczności stopniowych przeobrażeń dotyczących kultury narodowej.

Louv kilkakrotnie podkreśla, że jedna z głównych barier w korzystaniu z możliwości przebywania na łonie natury to amerykańskie postawy spod znaku pieniactwa sądowego, podsycanego przez „przemysł adwokacki”. Ważne są także kwestie administracyjne, jak konieczność powrotu do całościowego planowania przestrzennego, aby można było tworzyć lub ocalić tereny zielone, miejsca przyrodnicze itp. Najszerzej zakrojona, choć, jak przyznaje sam autor, najbardziej niekonkretna wizja, to proces „powrotu do ziemi”. Całe regiony USA wyludniły się wskutek upadku niewielkich gospodarstw rolnych i obsługujących je miasteczek. Na przykład w stanie Kansas część hrabstw jest zaludniona słabiej niż w roku 1890, a na Wielkich Równinach istnieje prawie 200 hrabstw o gęstości zaludnienia mniejszej niż 6 osób na milę kwadratową, czyli poniżej wskaźnika oznaczającego, że dany teren jest traktowany jako zamieszkały. Louv przekonuje, że to znakomity punkt wyjścia do ponownego zasiedlania obszarów przez ludzi świadomych wagi problemu związanego z oddzieleniem od przyrody.

We wszystkich tych pomysłach autor „Ostatniego dziecka lasu” próbuje pozyskać dla sprawy różne grupy, nie tylko tak oczywiste jak rodzice, nauczyciele czy lokalni decydenci, ale także naukowcy i przywódcy religijni. Szczególnie ci ostatni – i w ogóle środowiska religijne – są, jego zdaniem, ważnym sojusznikiem, gdyż przekonany jest, co potwierdzają amerykańskie badania, że to właśnie wartości duchowe są częściej skorelowane z wrażliwością na ochronę naturalnego dziedzictwa niż argumenty racjonalne i dyskurs naukowy. Ale nie tylko o kwestie taktyczne tu chodzi. W książce Louva, pełnej argumentów pragmatycznych i konkretnych, wielokrotnie pobrzmiewa – jak wspomniałem – przekonanie, że bez natury, kontaktu z nią czy inspiracji światem przyrody nie jest możliwy pełen rozwój człowieczeństwa i kultury ludzkiej.

Świat coraz bardziej „sztuczny” jest nie tylko „niezdrowy” w sensie psychofizycznym – to także świat, wbrew pozorom, coraz mniej cywilizowany. Mamy w „Ostatnim dziecku lasu” do czynienia z intuicją bardzo podobną do sformułowanej około stu lat wcześniej przez „ojca” polskiej ochrony przyrody, Jana Gwalberta Pawlikowskiego. W swym manifeście „Kultura a natura” stwierdził on, że „Hasło powrotu do przyrody, to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą, to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra.” Trudno o lepsze podsumowanie książki Richarda Louva. Rzecz nie w „powrocie do jaskiń”, jak wszelkie wezwania do ochrony przyrody oraz do ochrony więzi z nią komentują ludzie o bardzo małych rozumkach i podobnie znikomych sumieniach. Wręcz przeciwnie – chodzi o wyrwanie człowieka z jaskiń, nawet jeśli są to jaskinie klimatyzowanych pomieszczeń pełnych najnowszych gadżetów high-tech.”

Autor: Remigiusz Okraska
Źródło: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

BIBLIOGRAFIA

Richard Louv, Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2014, tłum. Anna Rogozińska

Żyjemy w iluzji, świat od początku do końca zbudowany jest na kłamstwie i konspiracji

Żyjemy w iluzji, świat od początku do końca zbudowany jest na kłamstwie i konspiracji

duchowosc i wiedzaKolejny ciekawy wpis odnośnie systemu iluzji, jaki został nam przedstawiony za prawdę. Jak już wiem, iluzja świata jest wielowymiarowym hologramem. Gdy uświadamiasz sobie istnienie jednej warstwy, natychmiast pojawia się kolejna warstwa, niczym w ulubionym polskim warzywie – cebuli.

Tak było też w moim wypadku – odkrywałem prawdę o światowej iluzji stopniowo, krok po kroku. I dobrze wiem, jak mało jeszcze świata poznałem, i jak mało wiem. W roku 2007 gdy byłem jeszcze nieopierzonym szczenięciem, rozróżniałem tylko jedną iluzją: Platforma Obywatelska kontra inna partia z mainstreamu – Prawo i Sprawiedliwość. Wiedziałem wtedy bardzo mało, myślałem że ten podział – manipulanci polityczni i socjotechnicy, kontra oszukiwane masy – to jedyna istniejąca iluzja. Jednak nie to jest ważne. Ważne że już wtedy pojęcie iluzji świata we mnie żyło.

Potem przyszedł czas na inne warstwy. Doszedłem do takiego stopnia, by powoli zacząć tę iluzję.. akceptować, choć akceptacja zastanego porządku nie oznacza wbrew pozorom przyzwolenia na zło. Zrozumiałem, że nie warto, ba, nawet nie można odrzucać wszystkiego. Ta iluzja to część naszego doświadczenia, naszej ziemskiej drogi, i uciekanie przed nią to chowanie głowy w piasek. A jak się chowa głowę w piasek, schylając się, to wystawia się dupsko do… Sami sobie odpowiedzcie. Chowanie głowy w piasek i uciekanie przed ważnymi elementami ziemskiego doświadczania – nie jest dobre. Ale warto mieć też świadomość, że to ziemskie doświadczanie, choć czasami bolesne, a czasami ekscytujące – nie jest jedyną stroną świata, i nie jest celem samym w sobie. Nie powinno być ono priorytetem, ale jeno narzędziem, środkiem zbliżającym do celu.

Pisałem przecież, że ludzkość za cel sobie obrała właśnie to ziemskie doświadczanie, które sprowadza się do pobudzania ośrodków przyjemności w mózgu. Owszem, niektóre z metod pobudzania tych ośrodków przyjemności, można, a nawet trzeba odrzucić. Zaliczają się do nich np alkohol i inne narkotyki, ryzykowne i destrukcyjne zachowania, złe nawyki żywieniowe itp w tym stylu. Ale inne można wybrać, cała rzecz w tym, by być świadomym konsekwencji i nie stawiać tych spraw na priorytecie.

smierc i przemijanieCo może być czymś „wyższym” niż tylko pobudzanie receptorów przyjemności w mózgu? Tak naprawdę nawet medytując i rozmyślając, pobudzamy jakieś tam receptory, często właśnie przyjemności. To, co jest na planie fizycznym (receptory mózgowe, neuroprzekaźniki, hormony) jest również na planie psychiki (podświadomość, świadomość) jak i na planie ducha (Wyższa Jaźń, Dusza, Illuminacja). To jest tak skonstruowane, że sfery niższe są „nośnikami” wartości sfer wyższych. Na przykład neuroprzekaźniki są fizycznymi „nośnikami” zarówno podświadomości, psychiki, jak i duszy. Z tym, że zarówno psychika, a na pewno dusza, nie ogranicza się jedynie do neuroprzekaźników, bo są to pojęcia szersze i głebsze niż czysta fizyczność.

Ale do meritum: takimi „wyższymi wartościami” mogą być: szukanie prawdy o świecie, uzyskanie „łączności” z tym drugim, duchowym światem, wpływanie na swoją podświadomość, staranie się uzyskania stanu radości i szczęścia bezwarunkowego, bez względu na okoliczności materialne. Ostatecznie my wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś eksperymenty, jakiejś kreacji. A obecnie dokonuje się systemowa zmiana „parametrów” naszego matrixa. Obserwujmy, działajmy, uczmy się.

Cytuję: „Dla sekcji specjalnych, ludzie tacy jak Ty, pelnia role użytecznego wentyla, ciekawostki, materiału badawczego, dlatego o niebezpiecznych dla systemu dzieciach Indygo czy ludzi których sposób bycia, chodu jest specyficzny, info idzie do góry już w podstawówce do której uczęszczają. Tam się wyłapuje w miarę odważnych, niezależnych. Dlaczego Kukiz (Sony już z nim zerwało umowę vide jego facebook) czy Ikonowicz jeszcze żyją? Po prostu sekcje specjalne im pozwalają na bycie naturalnym elementem eksperymentu.”

Cykl pięciu wpisów „Laboratorium Ziemia” próbujących tłumaczyć naturę stworzenia:
Dokąd zmierza nasza cywilizacja?
Czy ta planeta jest więzieniem?
Nasze przekonania to nasze więzienie
Czy rzeczywistość jest eksperymentem?
Czy życie ma jakikolwiek sens?

Polecam też moje autorskie artykuły na te i pokrewne tematy:
Szokująca wiedza tajemna: rzeczywistość jest numeryczną symulacją (hologramem) a my – jej więźniami
Rzeczywistość jest iluzją (hologramem) a my żyjemy w matrixie!
I upadłem, niczym Lucyfer..
Odważ się sięgnąć tych zadziwiających gwiazd!
Zbuntuj się przeciwko swoim katom! Ideologie i religie to więzienia umysłu, emocji i duszy
Szkodliwe wirusy wszczepiane małym dzieciom! [+18] „Pozostają tam całe życie, tak trudno je zwalczyć..”
Ziemia to planeta więzienna. Bezsensowny paradoks sensu życia

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!


Iluzje trzymające ludzkość na uwięzi matriksa

Cytuję: „Magiczne sztuczki są nieuchwytne dla ludzkiego oka, bo magik odwraca uwagę publiczności od tego, co robi naprawdę, od rzeczywistości. Oszołomieni widzowie podążają za jego sugestią, a on w tym czasie robi swoje. Dla ogłupianego świat realny w jakiś tajemniczy sposób zostaje zbudowany na kłamstwie – do czasu, kiedy otrząśnie się i zda sobie sprawę, że został nabity w butelkę.

Jednakże pozostawanie w stanie niedowierzania w magiczny trik nierzadko bardziej podnosi na duchu niż przyznanie, że iluzjonista ma swoje sekretne sposoby.

Żyjemy w świecie iluzji. Tak wiele spraw, które zaprzątają nam głowę i wypełniają nasze kalendarze, zostało w nas zaszczepionych pod wpływem bodźców zachęcających do odgrywania roli kogoś, kim nie jesteśmy lub utożsamiania się z czymś, co jest nam obce. To nie przypadek. Jako że indoktrynuje się nas do życia w autorytarno-korporacyjno-konsumpcyjnej kulturze, która zdominowała życie współczesnej rasy ludzkiej, to w konsekwencji wpaja się nam, że pewne aspekty społeczeństwa są niepodważalnymi prawdami oraz że określone sposoby bycia i postępowania są bardziej atrakcyjne, a przez to lepsze.

Władzy nad samym sobą pozbawili nas psychopaci. Oślepili nas lawinową falą sugestii i rzekomych prawd absolutnych, których celem jest zniszczenie naszej pewności siebie oraz wiary w przyszłość.

Bansky – uznany, nieszablonowy artysta brytyjski, przedstawiciel sztuki ulicznej, którego dzieła mają głównie wydźwięk antywojenny i antykapitalistyczny, pewnego razu powiedział: „Każdego dnia ludzie robią sobie z ciebie jaja. Wtrącają się w twoje życie, bezpodstawnie biorą cię pod ostrzał, a potem znikają. Patrzą na ciebie z ukosa z wysokich budynków i sprawiają, że czujesz się nieważny i głupi. Nonszalancko komentują na twój temat, gapiąc się z autobusów, sugerując, że nie jesteś wystarczająco seksy i że dobra zabawa ma miejsce gdzie indziej. Ci z telewizora powodują, że twoja dziewczyna czuje się niedowartościowana i nieprzydatna. Mają dostęp do najbardziej wyszukanych technologii, jakie świat kiedykolwiek widział, i wykorzystują je, aby cię zastraszać. Mowa o ludziach reklamy, o tych, którzy śmieją się z ciebie”.

Reklama jest zaledwie szczytem góry lodowej. Kiedy przypatrzymy się bliżej, dostrzeżemy, że każda organizacja obecna w naszym życiu jest ukierunkowana na podążanie za iluzjami oraz na automatyczne posłuszeństwo wobec instytucji i koncepcji, które wcale nie są tym, czym myślisz. Jesteśmy dosłownie w stanie zniewolenia. Wielu z nas odczuwa je jako nieuchwytny ucisk „matriksa”, tj. systemu całkowitej kontroli, który atakuje mózg, programując go zgodnie ze wzorcem konformistycznej wersji rzeczywistości głównego nurtu, bez względu na stopień jej makabryzmu.

Poniżej przedstawiłem pokrótce największe z iluzji, które utrzymują nas w niewoli matriksa. Wielu z nas wciąż jest pod ich urokiem. Zastanówcie się nad nimi.

Iluzja praworządności, ładu i władzy

Dla wielu z nas przestrzeganie prawa jest moralnym obowiązkiem, który chętnie wypełniamy, pomimo korupcji, skandali czy zwykłych niegodziwości, które raz po raz pokazują, że prawo jest naginane przez tych, którzy maja siłę przebicia. W Stanach Zjednoczonych niepohamowanie narasta brutalność i przestępczość sił policyjnych, sądy orzekają na korzyść bogatych, a my przez napór inwigilacji państwa nie możemy cieszyć się już nawet prywatnością. W tle naszego życia trwa nieustająco nielegalna, nieetyczna, orwellowska wojna, której celem jest unicestwienie całych narodów i zniszczenie ich kultur.

Ład społeczny to ułuda, gdyż w całości opiera się na konformizmie, posłuszeństwie i uległości, które narzuca się nam przemocą. Historia niezmienne pokazuje, że prawo to de facto instrument opresji, społecznej kontroli i grabieży, a każdą tak zwaną władzę zamiast praworządności cechuje zakłamanie, obłuda i niesprawiedliwość.

Kiedy prawo ze swej istoty nie kieruje się prawem, to nie istnieje żadne prawo, żaden ład, ani sprawiedliwość. Fakt, że obecny porządek świata oparty jest na kontroli, zamiast na porozumieniu, ukrywany jest pod przykrywką przepychu i oznak władzy.

Iluzja dobrobytu i szczęścia

Strojenie się w drogie ciuchy i błyskotki, gromadzenie materialnego dobytku, którego pozazdrościłby nawet dziewiętnastowieczny monarcha, stały się substytutem prawdziwego bogactwa. Utrzymywanie iluzji dobrobytu ma jednak zasadnicze znaczenie dla gospodarki, w której funkcjonujemy, gdyż jej fundamentem są: konsumpcja, oszustwo, kredyt i dług. Sam system bankowy został stworzony wyłącznie po to, by kreować nieograniczone bogactwo dla wybranych, a całą resztę obarczać ciężarem dożywotnich podatków.

Prawdziwym dobrobytem jest dziewicza przyroda oraz życie wypełnione zdrowiem, szczęściem, miłością i udanymi związkami. Im więcej ludzi zaczyna traktować dobra materialne jako formę identyfikacji z kulturą opartą na iluzji, tym szybciej oddalamy się od możliwości doświadczenia prawdziwego bogactwa.

Iluzja wyboru i wolności

Czytaj pomiędzy wierszami i patrz na tekst pisany drobną czcionką – nie jesteśmy wolni, jeśli spojrzymy na tę kwestię przez pryzmat racjonalności. Wolność to wybór, a w dzisiejszym świecie „wybór” to selekcjonowanie dostępnych opcji, ograniczonych przez przesiąknięty korupcją system prawno-podatkowy oraz granice norm uznanych kulturowo i narzuconych.

Aby znaleźć wzorcowy przykład fałszywości dokonywanych wyborów, które jawią się jako prawdziwe, przyjrzyjcie się chociażby sztucznej instytucji współczesnej demokracji. Dwie ugruntowane, skorumpowane, archaiczne partie polityczne paradują przed narodem, uważając się za jego dumę i nadzieję, podczas gdy trzecia partia oraz niezależne głosy są rozmyślnie blokowane, ośmieszane i spychane ze sceny politycznej.

Iluzja wyboru i wolności jest wszechmocnym ciemiężcą, bo sprawia, że łańcuchy i krótkie smycze bierzemy za oznaki swobody.

Wybór z pomiędzy narzuconych opcji jest czym innym niż wolność, jest czystym niewolnictwem.

Iluzja prawdy

Prawda to wrażliwy temat w naszej kulturze. Zaprogramowano w nas przekonanie, że pochodzi ona od półbogów z mediów, znanych osobistości i członków rządu. Jeśli myślimy inaczej, niż twierdzą w telewizji, to jesteśmy heretykami.

Dzięki temu, że podzielamy wersję prawdy forsowaną przez władzę, stajemy się ulegli, a to gwarantuje utrzymanie ładu. Niezależni myśliciele i dziennikarze ustawicznie wskazują na absurdy w oficjalnej wersji rzeczywistości, niemniej jednak przeciętny zjadacz chleba – w którym fałszywa prawda jest silnie zakorzeniona – potrzebuje niekiedy naprawdę potężnego osobistego wstrząsu, aby pokonać dysonans poznawczy, który pozwala mu funkcjonować w społeczeństwie, w którym otwarcie walczy się z odmiennymi wersjami rzeczywistości.

Iluzja czasu

Mówią, że czas to pieniądz, ale to nieprawda. Czas to twoje życie. A ono z kolei jest nieustająco ewoluującą manifestacją teraźniejszości. Spoglądając poza pięciozmysłowy świat, w którym nauczono nas poruszać się zgodnie ze wskazaniami zegara i kalendarza, dowiadujemy się, że dusza jest wieczna, oraz że dusza każdej jednostki ludzkiej stanowi cząstkę wieczności.

Największym oszustwem jest założenie, że chwila obecna nie ma żadnej wartości, że przeszłość jest czymś bez odwrotu, czymś, o czym nigdy nie da się zapomnieć, no i że przyszłość w istocie jest od nich ważniejsza. Takie podejście sprawia, że przekierowujemy uwagę od tego, co dzieje się właśnie teraz, w stronę przyszłości. Koncentrując się całkowicie na tym, co ma nadejść, zamiast nad tym, co jest, stajemy się łatwym łupem dla reklamodawców i podżegaczy strachu, którzy zaciemniają naszą wizję przyszłości każdą możliwą troską czy wyobrażalną obawą.

Szczęście to życie bez sztucznych ograniczeń, pełne spontanicznych, nienarzuconych możliwości, dzięki którym lepiej poznajemy siebie. Utrata poczucia chwili obecnej, aby fantazjować o przyszłości, jest pułapką. Momenty duchowej radości, przekraczające czas, które można odnaleźć w medytacji, są dowodem na to, że czas jest wyłącznie myślową konstrukcją, nie zaś obowiązkowym ludzkim doświadczeniem.

Jeśli czas to pieniądz, to życie można mierzyć w dolarach. Kiedy dolary tracą na wartości, to podobnie dzieje się z życiem. A przecież to totalne kłamstwo, gdyż życie w istocie jest bezwarunkowo bezcenne.

Iluzja odseparowania od natury

Na poziomie strategicznym taktyka dziel i rządź jest standardową procedurą operacyjną dla despotów i najeżdżających armii, ale iluzja odseparowania od natury osiąga jeszcze głębszy wymiar.

Wprogramowano nam przekonanie, że jako jednostki rywalizujemy z każdym i ze wszystkim wokół nas, w tym z sąsiadami, a nawet z matką naturą. My versus oni, na ile się tylko da. Takie podejście stanowczo zaprzecza prawdzie, że życie na tej planecie jest od siebie nieskończenie współzależne. Bez czystego powietrza i krystalicznej wody, bez żyznej ziemi i prawdziwego poczucia wspólnoty nie możemy tu przetrwać.

Iluzja oddzielenia od natury poprawia nam samopoczucie, łechcąc nasze ego i dając nam poczucie kontroli. Natomiast w rzeczywistości służy wyłącznie zniewoleniu i odizolowaniu nas od niej.

Podsumowanie

Iluzje, o których napomknąłem powyżej, są nam prezentowane niczym kampania reklamowa, zachęcająca do ślepej uległości wobec machinacji matriksa. Wymagając konformizmu i posłuszeństwa, usiłuje pozbawić nas władzy nas sobą. Pamiętajmy, że jest to tylko wymyślny chwyt marketingowy. Nie mogą sprzedać nam tego, czego nie chcemy kupić.”

Autorstwo: Sigmund Fraud
Źródło oryginalne: Waking Times
Tłumaczenie i źródło polskie: PRACowniA
Za: Wolne Media

Kiedy ludzie wytrzeźwieją i się przebudzą?

Kiedy ludzie wytrzeźwieją i się przebudzą?

duchowosc i przebudzenieWklejam dziś kilka ciekawych i motywujących cytatów. Jeden z nich odnosi się do kwestii tego, kiedy ludzie w końcu się przebudzą. Stan uśpienia, to inaczej stan, gdy nasze ego i podświadomość podejmują decyzje, spychając świadomą część naszego jestestwa. Teraz już wiem, dlaczego illuminaci, czyli światowe elity polityczne, nazywają większość ludzi „bydłem”. Przecież życie nieświadome, gdy decyzje za nas podejmuje podświadomość, czyli prymitywny mózg gadzi, to w istocie bytowanie na poziomie zwierzęcia. Człowieczeństwo nie jest więc rzeczą nabytą od urodzenia, ale taką, którą dopiero trzeba wykształcić, na drodze oświecenia.

Te tezy mogą się wydawać bardzo kontrowersyjne, ale spójrzmy faktom w oczy. Widziałem w swoim życiu mnóstwo ludzi, których pozytywne na początku emocje, doprowadziły do ruiny – emocjonalnej, finansowej, rodzinnej, i każdej innej. Ci ludzie, po kilku łapczywie chłoniętych chwilach hormonalnej ekstazy, płakali jak dzieci. To dało mi niesamowicie ważną życiową lekcję – że emocje to nie wszystko, nie można z emocji zrobić celu i sensu życia, choć wszyscy do tego namawiają. Poza emocjami, którymi zarządza podświadomość, jest coś jeszcze.

Jeden z poniższych cytatów, ten pierwszy, oddaje sens tego, co tutaj robię, czyli przekazywania wiedzy dalej. Najcenniejszą rzecz jaką możesz dać bliźniemu, to nauczenie go kwestionowania wszystkiego, zadawania pytań i zburzenie jego iluzorycznej wizji świata. Czyli wygenerowanie w jego umyśle konfliktu poznawczego, nazywanego w gwarze młodzieżowej „mindfuckiem”. Polega to na dostarczeniu pozornie sprzecznych komunikatów. Np komunikatu, że nie popierając jednej ideologii, nie muszę jednocześnie popierać jej przeciwieństwa. Nie muszę popierać żadnego z tych systemów, wolę sam wyciągać wnioski analizując te systemy.

Autor wstępu: Jarek Kefir

Proszę o podanie dalej tego info!


Cytuję: „Jest taka stara indyjska opowieść o Brahmie, który był bardzo samotny. Nie istniało nic prócz Brahmy i dlatego bardzo się nudził. Postanowił zagrać w jakąś grę, ale nie było nikogo, z kim mógłby zagrać. Stwo­rzył więc piękną boginię, Maję, tylko po to, by mieć z kim się bawić. Ledwie powstała, Brahma powiedział jej, dlaczego powołał ją do życia. I bogini rzekła: „Do­brze, zabawmy się w najpiękniejszą grę, ale musisz ro­bić, co ci powiem”. Brahma zgodził się i wypełniając polecenia Mai, stworzył cały wszechświat, słońce i gwiaz­dy, księżyc i planety. Potem stworzył życie na ziemi: zwierzęta, oceany, powietrze, wszystko.

Wtedy Maja powiedziała: „Jakże piękny jest ten świat iluzji, który stworzyłeś. Teraz chciałabym, abyś stworzył takie zwierzę, które byłoby dostatecznie mądre, by podziwiać twoje dzieło”. Wtedy Brahma stworzył ludzi, a kiedy skończył, spytał Maję, kiedy zaczną się bawić.

„Zaraz zaczniemy” – odparła i porąbała Brahmę na tysiące maluteńkich kawałeczków. Włożyła po jednej cząstce w każdego człowieka i powiedziała: „Teraz za­czyna się gra! W chowanego. Mam zamiar sprawić, byś zapomniał, kim jesteś, a ty będziesz próbował odnaleźć siebie”. Maja stworzyła Sen, ale nawet dzi­siaj Brahma próbuje pamiętać, kim jest. Brahma jest w każdym z nas, a Maja nie pozwala nam przypomnieć sobie, kim jesteśmy.

Kiedy obudzisz się ze Snu, znów staniesz się Brah­ma i odzyskasz swoją boskość. Potem, jeśli Brahma w tobie powie: „Wspaniale, obudziłem się, lecz gdzie jest reszta mojego ciała?”, zrozumiesz sztuczkę Mai i podzielisz się prawdą z innymi, którzy też pragną się obudzić. Dwoje trzeźwych na przyjęciu bawi się o wiele lepiej. Troje – jeszcze lepiej. Zacznij od sie­bie. Za twoim przykładem inni też zaczną się zmie­niać, aż cały sen, całe przyjęcie wytrzeźwieje.”
~Don Miguel Ruiz

Cytuję: „Religia jest dla ludzi, którzy boją się pòjść do piekła. Duchowość jest dla tych, którzy już tam byli„.
~Vine Deloria

Cytuję: „Jesteśmy jak lunatycy poruszający się we śnie. Nasza świadomość jest tak płytka, a nieświadomość tak głęboka…Wszelkie nasze czyny pochodzą od nieświadomości, nasze decyzje zaś biorą się ze świadomości. Dlatego właśnie nasze czyny i decyzje nigdy nie są jednakowe. Mówicie jedno, a robicie coś innego ponieważ w was samych istnieje rozłam.”
~Osho

Cytuję: „Każdy nałóg bierze się stąd, że człowiek nieświadomie wzbrania się przed stawieniem czoła własnemu bólowi i przejściem przez ten ból. Każdy nałóg od bólu się zaczyna i na nim też się kończy. Niezależnie od tego, co jest twoim narkotykiem -alkohol, jedzenie, legalnie lub nielegalnie kupowane psychotropy, czy wreszcie druga osoba – używasz czegoś albo kogoś, żeby ukryć swój ból. Właśnie dlatego, po przeminięciu początkowej euforii, pojawia się w związkach osobistych tyle nieszczęścia, tyle bólu. To nie związki są ich przyczyną. One tylko wydobywają na jaw nieszczęście i ból, które już wcześniej w tobie tkwiły. Działa tak każdy nałóg.”
~Eckhart Tolle

Cytuję: „Większość z nas ma nierozsądne wyobrażenie o tym, kim jesteśmy, i bardzo wiele sztywnych zasad określających, jak żyć. Nie chodzi o to, by siebie potępiać, bo każdy z nas stara się najlepiej, jak może wdanej chwili. Gdybyśmy lepiej wiedzieli, lepiej rozumieli i byli bardziej świadomi, prawdopodobnie postępowalibyśmy inaczej.”
~Louise L. Hay

Cytuję: „Źródło świadomości znajduje się poza indywidualną i społeczną percepcją. Nie ma jej na szerokiej autostradzie (5 zmysłów) społecznie akceptowanych teorii, doktoratów, certyfikatów. Świadomość zdobywa się na drodze wewnętrznych inicjacji. Jest to przestrzeń pomiędzy człowiekiem i Duchem.”
~Robert Wyszyński

Cytuję: „Przyzwyczajenia nie chcą umierać. Masz za sobą tyle lat życia z fałszywą osobowością, narzuconą ci przez ludzi, których kochasz, których szanujesz. Nie chcieli wyrządzić ci krzywdy. Mieli dobre intencje, lecz, niestety, ich świadomość była zerowa. Nie byli ludźmi świadomymi – twoi rodzice, nauczyciele, duchowni, politycy – sami żyli w nieświadomości. A nawet dobre intencje w rękach nieświadomej osoby zamieniają się w truciznę.
Więc zawsze gdy jesteś sam, pojawia się głęboki strach – bo nagle fałsz zaczyna znikać.

Trochę to potrwa, zanim zjawi się prawda; straciłeś ją tak wiele lat temu. Nad tą wieloletnią przerwą musi zostać zbudowany most. Wydaje ci się, że oszalejesz od tego strachu. Powoduje on, że tracisz zmysły, zdrowie psychiczne, rozum, wszystko – ponieważ „ja”, nadane ci przez innych, składa się z wszystkich tych rzeczy. Natychmiast zaczynasz robić coś, co odwróci twoją uwagę. Jeśli nie ma towarzystwa innych ludzi, jest przynajmniej jakieś działanie, tak że zaangażowany w nie fałsz nie znika.

Dlatego ludziom najtrudniej jest, gdy mają wolne. Pracują przez pięć dni, licząc na to, że w weekend się zrelaksują. Ale weekend to najgorszy okres – w weekendy zdarza się więcej wypadków, więcej ludzi popełnia samobójstwa, jest więcej morderstw, kradzieży i gwałtów. Dziwne..

Ludzie byli przez pięć dni w coś zaangażowani i nie było problemu. Ale nagle weekend daje im do wyboru: albo zaangażować się w coś, albo się zrelaksować. I okazuje się, że odpoczynek jest przerażający; fałszywa osobowość znika. Rozpoczyna się wtedy picie alkoholu lub narkotyzowanie się różnymi wypełniaczami czasu. W myśl zasady; angażuj się, rób coś – cokolwiek, choćby coś głupiego. Ludzie jeżdżą na plażę, zderzak przy zderzaku, w kilometrowych korkach. Jeśli spytasz ich, dokąd jadą, okaże się, że chcą być „gdzieś z dala od tłumu”. Ale cały tłum jedzie razem z nimi! Wszyscy jadą razem znaleźć odludne, ciche miejsce!

Gdyby zostali w domu, mieliby samotność i ciszę – ponieważ wszyscy idioci udali się w poszukiwaniu spokojnego miejsca. Śpieszą się jak szaleni, ponieważ dwa dni szybko się skończą; muszą dojechać – nie ważne dokąd! Plaże są tak zaludnione! Nawet na targach nie ma tylu ludzi. A co najdziwniejsze – ludzie czują się zadowoleni, wystawiwszy ciało na słońce. Dziesięć tysięcy ludzi na maleńkiej plaży opala się i „relaksuje”. Ta sama osoba na tej samej plaży nie potrafiłaby relaksować się w pojedynkę. Ale wie, że tak należy robić, skoro tysiące ludzi dookoła tak właśnie się relaksuje. Ci sami ludzie byli w biurach, na ulicach, na targach, teraz – są na plaży.

Tłum jest niezbędny, aby istniała fałszywa osobowość. W chwili gdy jesteś sam, wariujesz. W tym miejscu należałoby zrozumieć nieco medytację. Nie martw się, ponieważ wszystko, co może zniknąć, jest warte zniknięcia. Przywieranie do tego jest bezsensowne – to nie twoje, to nie ty.”
~
Osho

Cytuję: „To, co małe i nieszlachetne więzi to, co wielkie i szlachetne. Jedyną obroną Ducha / świadomości w takiej sytuacji jest cierpienie, poczucie pustki, samotność. Tylko ból istnienia może zmusić ego do kapitulacji. Dopiero wtedy legiony iluzji i demonów zaczną umierać, po to, aby na ich gruzach wzrastał nasz Duch. Taka jest cena świadomości. „Aby życie zyskać, trzeba je stracić”. Żadne ego tego nie zmieni, choć jego zdolność manipulacji ludzkim umysłem jest prawie nieograniczona.”
~Robert Wyszyński

Świat nie jest taki jak myślisz

 Świat nie jest taki jak myślisz

Cytuję: „Aby zaakceptować prawdę, musisz użyć swojej wolnej woli i wolności myślenia. Nie pozwól aby Twój umysł został schwytany w pułapki religijnych i naukowych paradygmatów. Religia i nauka są prostymi formami kontroli, stworzonymi przez elity na długo przed Twoimi narodzinami. Poprzez fakt, iż przyszedłeś na świat na tej planecie, twoje wychowanie opierało się o przynajmniej jedną z tych form kontroli. Naturalnie z tego powodu, przez całe Twoje życie okłamywano Cię w sprawie rzeczywistości, w której przyszło Ci żyć.

(…)

Ludzie są tak upartymi istotami żywymi, dla których własne ego ważniejsze jest od czegokolwiek innego. Dotarcie do prawdy jest z tego powodu bardzo trudne. Zamiast poznawać i odkrywać rzeczy, które nie pasują do naszego światopoglądu, wolimy eksponować nasze ego dając innym do zrozumienia, że w swoich poszukiwaniach zeszli zbyt daleko od utartej ścieżki wiedzy.

Ludzie na Ziemi lubią naśmiewać się z prawdy. Często bez głębszego osądu traktują ją jak nonsens. Prawda bywa nazywana “zabawną” lub “komiczną”. Często, starają się także zdyskredytować posłańca prawdy przez szufladkowanie go jako wariata lub szaleńca. To rzeczywiście bardzo praktyczna i prosta droga do szybkiego pozbywania się niewygodnych informacji z naszego życia.

Dodatkowo, w rzeczywistości ludzie są wystarczająco napuszeni aby sądzić, że ich punkt widzenia oraz ograniczone umysłowo rozumowanie, jest w rzeczywistości bardziej racjonalne niż prawda – bez względu na to jaka by nie była. Kiedy otrzymujemy informacje podobne do tych, jakie zostaną przedstawione w tej serii artykułów, zaczynamy błędnie sądzić, że nasz intelekt przewyższa tego typu treści i na wstępie odrzucamy je jako niewiarygodne. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ich własny punkt widzenia wydaje się racjonalny tylko dlatego, że opiera się o nadmiar kłamstw i zniekształceń. Z tego powodu, w tej największej ze wszystkich ironii, ludzie myślą, że kłamstwa, którymi są karmieni w rzeczywistości są prawdą, a prawdę z kolei traktują często jak coś nierzeczywistego, szalonego i dziwacznego.

Ten świat to dużo więcej niż tylko nauczanie naszych szkół, świat ukazywany w mediach lub ten proklamowany przez kościoły i rząd. Większość ludzi żyje w hipnotycznym transie, biorąc za rzeczywistość to, co jest tak naprawdę tylko jej symulacją, snem, którego wartości zostały odwrócone. Kłamstwa są brane za prawdę, a tyrania jest akceptowana jako bezpieczeństwo.

(…)

Jedynym powodem, dla którego akceptujemy wszelkie ziemskie autorytety jest społeczna powszechność takiego postępowania lub obawa przed możliwością użycia wobec nas siły lub przemocy, w razie braku podporządkowania. Bez tych przyczyn, wszelkie sylwetki autorytetów byłyby pozbawione swojej siły. Oczywistym staje się zatem fakt, że nie powinniśmy szanować innych z natury, lub dlatego, że “tak wypada”.

(…)

Niestety, z uwagi na psychologię człowieka i to jak zbudowana jest ta planeta, prawdę najlepiej trzymać wyłącznie dla siebie na swoim własnym prywatnym poziomie. Jest praktycznie niemożliwym, aby czysta prawda, która jest często niewygodna lub nie do ogarnięcia dla innych, stanowiła temat do dyskusji w szerokim gronie. W takim przypadku, prawie zawsze zetkniemy się z osobami, które usilnie będą starały się zdyskredytować informacje, które odbiegają od schematów światopoglądowych. Wygodniej i lepiej dla każdego z nas jest żyć swoimi przekonaniami i nie dzielić się nimi z innymi. Oczywiście byłoby wspaniale dzielić się, ale szanse na to, że zostaniemy zrozumiani przez wszystkich, są minimalne. Nie warto także stawiać sobie za cel, próby przekonania innych do naszych poglądów. W rzeczywistości, to inni mogą łatwiej przekonać nas, że nie mamy racji. Tak działa ten system. Celem jest własne przebudzenie. To TY stanowisz cel tej gry. Żaden człowiek nie ma dostatecznych możliwości i sił aby “ratować z letargu” innych ludzi. Musimy martwić się o własne przeznaczenie.

(…)

Ludzkość została tak “zaprogramowana” aby nie szukać prawdy i nie zawracać sobie nią specjalnie głowy. Próby poszukiwania odpowiedzi lub głębszy rozwój duchowy są zagłuszane przez takie aspekty życia jak polityka, sport, seks, telewizja i rozrywka. Dodatkowo istnieją jeszcze inne bariery, będące swoistymi pochłaniaczami energii i czasu. Wszystkie one trzymają nas w klatce matrixa. Zaliczamy do nich: pracę, szkołę i wszystkie metody zdobywania środków finansowych. Jak na ironię, ludzie, którzy nazywają sami siebie “sceptykami” nie są nimi do końca. Możemy ich nazwać sceptykami selektywnymi. To dlatego, że sceptyczni stają się tylko wobec “skrajnych idei”, lecz nigdy w przypadku idei popularnych stanowiących tzw. główny nurt naszego życia.

(…)

Sposób działania ludzkości jest bardzo prosty: “wykonywać wiele niczego”. Świat pochłonięty jest całą masą czynności i aktywności prowadzonej przez ludzi. Ludzkość spędza mnóstwo czasu poświęcając się nonsensownym czynnościom.

W świecie liczącym kilka miliardów ludzi, tylko garstka należy do prawdziwych poszukiwaczy. W Internecie istnieją biliony stron, a tylko mała ich część przedstawia prawdę. Klienci wydają miliardy dolarów każdego roku, podczas gdy nie wydaje się złamanego grosza na poszukiwanie prawdy. Na Ziemi napisano miliardy piosenek, a tylko część z nich dotyczy prawdy. Na Ziemi wydano miliardy książek, a tylko garstka porusza tematy naprawdę ważne.

W serwisie YouTube.com znaleźć można tysiące filmów, a tylko mała ich część ukazuje autentyczny świat. W telewizji oglądać możemy miliony programów i audycji podczas gdy prawie żadna z nich nie dotyka prawdy. Na Ziemi istnieje tysiące tytułów zawodowych i karier, ale żadna z nich nie nazywa się “poszukiwacz prawdy”. Dzień trwa 1440 minut, a prawie nikt z nas nie ma czasu aby choć przez minutę w ciągu dnia zadać sobie pytanie “czym jest życie”. Ludzie żyją średnio 70 lat i podczas tego czasu, tylko nieliczni otarli się o prawdę.

(…)

Ważne jest, aby zdać sobie sprawę, że popularność często nie jest niczym dobrym. Jeśli coś lub ktoś jest popularny, nie oznacza to, że jest autentyczny lub prawdziwy. Jak na ironię, znaczy to raczej, że to coś jest złe lub jest kłamstwem. Jest tak dlatego, że zanim cokolwiek stanie się na Ziemi popularne, elity (zarządzający Ziemią) muszą to wypromować lub wydać przyzwolenie.

Niektórych z popularnych rzeczy, takich jak samochody nie można odrzucić, co wydaje się oczywiste – stanowią one uproszczenie naszego życia, w końcu musimy czymś dojeżdżać do pracy. Jednak są rzeczy, które możemy świadomie odrzucić pozbywając się choćby kontroli mentalnej. Wiara w jedną z fałszywych religii ziemskich to wiara w fałszywą wersję historii ziemi. Branie za prawdę wszystkiego co przekazują media to oddawanie się świadomemu zniewoleniu i akceptacja kłamstwa.

Warto zdać sobie sprawę, że zdecydowanie łatwiej kontrolować umysł niż fizyczne środowisko i choć ciągle jesteśmy fizycznymi niewolnikami, możemy wyzwolić się z kontroli mentalnej. Nikt nie trzyma przy naszej skroni broni i nie zmusza nas do określonego myślenia.

(…)

Podczas gdy Ziemia jest zniewoloną kolonią, ludzie uwielbiają marnować swój czas, pieniądze i środki na coś, co jest w swej ostateczności – nonsensem. Bogaci ludzie marnują swoje pieniądze na używki i uciechy, zamiast przeznaczyć je na rozwój wiedzy. Ludzie inteligentni kochają marnować swój czas w celu zdobywania kolejnych tytułów naukowych, zamiast studiować zagadnienia związane z szeroko pojętą duchowością i dochodzeniem do prawdy. Każdy z nas, uwielbia marnować czas i pieniądze na oglądanie sportu, filmów czy telewizji, zamiast poszukiwać prawdy.

Jako istoty marnotrawiące i niszczące naszą planetę, ludzkość stanowi opozycję do istot rozwiniętych w sposób duchowy. Dla przykładu, wszystkie terabajty dysków serwerowych, zapełnionych erotyką, mogłyby być zapełnione publikacjami lub artykułami poświęconymi wiedzy. Erotyka stanowi kolejny przykład nic nie wartego nonsensu stanowiącego nasze zniewolenie umysłowe.

(…)

Kiedy przyjrzymy się bliżej czynnościom, jakie każdy z nas wykonuje w swoim życiu, szybko okaże się, że każdy z nas ograniczony jest w swoim życiu tylko do kilku opcji. Gdzie są alternatywy, kiedy wszystko opiera się o system monetarny? Gdzie są alternatywy dla edukacji, rządu czy prawa? Wszystko zostało ustalone zanim przyszliśmy na ten świat. Po pewnym czasie stajemy się aktorami na scenie, kiedy na naszych rodziców przychodzi odpowiednia pora aby z tej sceny zejść. Mamy system szkolnictwa, który zabiera nam często kilkanaście lat życia, zdobywamy kwalifikacje zawodowe, szukamy pracy, zarabiamy i gromadzimy iluzoryczne pieniądze, kupujemy samochód, który reklamowany jest w TV, wynajmujemy mieszkanie lub kupujemy własne (na kredyt).

Płacimy rachunki i spłacamy kredyty, oglądamy dużo telewizji i każdy z nas ma swoje ulubione programy. Urządzamy mieszkanie, kupując przedmioty mogące je wypełnić, w końcu bierzemy udział w wyborach głosując na prawicę lub lewicę, śledzimy telewizyjne i prasowe wiadomości, a później umieramy. Nie ma nawet co myśleć o możliwości zadawania pytań, czasie na zastanowienie i odpowiedź na pytanie “co ja tu właściwie robię?”. Wszystko toczy się tym samym ustalonym rytmem, a my jesteśmy niczym tryby w maszynie tego systemu.

Poprzez wyeliminowanie innych opcji, Ci, którzy stworzyli system mają pewność, że uda się utrzymać pełną kontrolę nad ludzkością i nikt nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań. System jest na tyle sprawny, że w dzisiejszych czasach całe nacje oddają się bezustannej pracy, która wysysa z nich energię. Nikt nie ma czasu na doskonalenie swojej sfery duchowej. Czy lubisz taki stan rzeczy czy nie, nie masz wyjścia. Musisz płacić rachunki i zbierać materialne dobra.

Nie mamy dostępu do innych opcji takich jak wymiana barterowa, możliwość uprawy i produkcji własnego pożywienia i dóbr, lub pracy tylko dla siebie w uwolnieniu od podatków. Niczym chorągwie na wietrze, bez żadnych oporów poddajemy się trendom i kroczymy ścieżkami utartymi na długo przed naszymi narodzinami. Już czas uświadomić sobie, że świat nie jest naszą kreacją i nie został stworzony dla naszego interesu.

Któż z nas nigdy nie potrzebował społecznego przyzwolenia, chociażby ze strony rodziny czy znajomych, aby móc zmienić coś w swoim życiu? Któż z nas nie odczuwał presji otoczenia, która ciągnęła nas w ten sam wir, w którym tkwią wszyscy wokół nas. Wszyscy jesteśmy niewolnikami naszych kultur i lokalnych społeczeństw. Nie boimy się prawdy, lecz raczej jesteśmy przez nią przygniatani. Jej ciężar jest dla nas zbyt duży, bo lubimy spać spokojnym snem. Jak możemy poznać sens naszego istnienia, kiedy jesteśmy więźniami na Ziemi?”

„Twoim zadaniem nie jest ciągnięcie wrzeszczącego i kopiącego świata w stronę nowej świadomości.
Twoim zadaniem jest dobrze wykonywać swoja pracę, tu i teraz.
Wtedy Ci, których oczy widzą a uszy słyszą odpowiedzą”

Tłumaczenie tekstu (fragmenty) ze strony Truthism.com

A to ciekawe..

A to ciekawe..

Jeśli jesteś dobrze zakorzeniony w obecnym świecie, to logiczne, że ten świat nie będzie Ci przeszkadzał, a jego poznanie będzie tylko powierzchowne. Masz schronienie, ubranie, pożywienie, nie musisz się lękać kataklizmów naturalnych? Ok, to ma wielu ludzi, idźmy dalej. Masz wyższe wykształcenie, satysfakcjonującą i dobrze płatną pracę i własny biznes umożliwiający życie lepsze niż zdecydowanej większości innych? Do tego jesteś zadowolony ze swojego związku, życia towarzyskiego, rozrywki?

No i na dodatek nie musisz znosić jarzma wojny, prześladowania, więzienia, czy choćby przesadnych haraczy na rzecz państwa? Nie musisz się zmagać z rządem swojego kraju, już nie mówiąc o aktualnym trendzie propagandowym w mediach, edukacji, miejscach kultu religijnego, rozrywki, towarzyskiej propagandy? I oczywiście, wcale Ci to nie przeszkadza, poruszasz się w tym jak ryba w wodzie?

Bądź też masz te 20 lat, ogromny kredyt studencki na barach, iluzje wpojone przez rząd, celebrytów, rodziców, i myślisz, że Tobie też coś skapnie z pańskiego stołu, oczywiście jak będziesz cicho siedział i popierał „jedynie słuszną” opcję?

To logiczne, że nie będziesz chciał w swoim „małym świecie” nic zmieniać, nic poprawiać – chyba, że zależeć Ci będzie na powiększeniu / utrzymaniu bogactwa czy utrzymaniu iluzji „życia towarzyskiego” i rozrywki. A takie „zdolności” będzie można wkrótce modyfikować elektronicznie poprzez podłączenie móżgu do interfejsu komputera (maszyny). Czy tak ma wyglądać nasz rozwój?

W wyżej wymienionych wypadkach, zależeć Ci będzie na status quo, a Twoje zaangażowanie w sprawy społeczne, polityczne – w życie kraju, itp – będzie się ograniczało do wyśmiania PiSowskiej marionetki politycznej przy kieliszku dobrego wina w towarzystwie, czy na facebooku.

To moje objaśnienie ewangelicznego motta: „moi uczniowie nie są z tego świata„.

Autor artykułu: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc moje niezależne inicjatywy i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj (link).

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym zapoznać się z tą tematyką.