Reklamy

Tag: ochrona

Ratujmy polskie dziedzictwo przyrodnicze i rolnicze!

Jak uratować polskie dziedzictwo przyrodnicze?

Kolejne wielkie wymieranie gatunków jest faktem. Już pod koniec lat ’90 XX wieku szacowano, że co kilka sekund wymiera kilkadziesiąt gatunków roślin i zwierząt. Teraz globalne wielkie wymieranie przyspieszyło. Nie zrobiono nic, poza biznesami na energetyce odnawialnej i poza wielomiliardowym handlem limitami emisji CO2. Nie tylko nie zrobiono nic, ale wręcz pogorszono sytuację.

Tak wygląda dbanie o przyrodę jak i dbanie o cokolwiek, włącznie ze społeczeństwem, w wydaniu liberalnych elit.

W Norwegii głęboko pod powierzchnią Ziemi powstał globalny bank nasion. Podobne olbrzymie instalacje są budowane w kilku miejscach na świecie. Wiele wskazuje na to, że elity szykują się na jakś globalny kataklizm. Tylko dlaczego nie powstrzymają rabunkowej eksploatacji zasobów i zanieczyszczenia środowiska? Czy globalny krach klimatu, przyrody, ekonomii i struktury społecznej jest częścią ich planu? By po depopulacji większości ludzi przejęli Ziemię i odnowili różnorodność ekosystemów? Czytaj dalej „Ratujmy polskie dziedzictwo przyrodnicze i rolnicze!”

Reklamy
Reklamy

RODO CZYLI INTERNETOWA TYRANIA: ELITY NIE CHCĄ WZROSTU ŚWIADOMOŚCI!

GDPR czyli RODO: o co w tym naprawdę chodzi?!

Nie cichną słowa oburzenia po unijnej dyrektywie ws. ochrony danych osobowych, czyli GDPR, a po polsku RODO. Oburzenia nie kryją firmy i korporacje, media, właściciele stron internetowych. Ale to nie wszystko, bo RODO dotyka nie tylko drobnych, lokalnych biznesmenów mających swoją maleńką stronę internetową. Ale także zwykłych internautów, szczególnie tych, którzy są autorami.

RODO to także szereg innych problemów. Narzeka szczególnie służba zdrowia. Zewsząd dochodzą mnie słuchy o dantejskich scenach w przychodniach czy na szpitalnych korytarzach. Znajomi mówili mi: „No, Jaro, spróbuj w epoce RODO zapisać się do przychodni.” Nie wierzyłem w te słowa, dopóki sam nie zasięgnąłem informacji. Pogłoski o tym, że lekarz na szpitalnym korytarzu nie może wołać do pacjenta po imieniu i nazwisku, to ledwie wierzchołek góry lodowej. Medycy, urzędnicy i inne grupy społeczne pracujące na co dzień z ludźmi mają spore problemy przez RODO.

Pojawiły się liczne szantaże związane z RODO. Szantażyści wysyłają do firm i firemek maile, że zgłoszą do UODO (następca GIODO – Generalnego Inspektoratu Ochrony Danych Osobowych) to, że firmy nie mają wystarczającej dokumentacji. Proponują firmom okup w wielkości wielu tysięcy złotych i zakup tej dokumentacji. Czytaj dalej „RODO CZYLI INTERNETOWA TYRANIA: ELITY NIE CHCĄ WZROSTU ŚWIADOMOŚCI!”

O CO NAPRAWDĘ CHODZI W RODO?! TEGO NIE WIESZ CHOĆ POWINIENEŚ!

Czy RODO naprawdę ma sens? Cała prawda o RODO..

Nowe prawo unijne „RODO”, czyli o rzekomej ochronie danych hehe osobowych, spowodowało istne trzęsienie ziemi, a zaraz potem tsunami tak zwanego „bólu dupy” w internecie. Trzęsienie ziemi, bo tylko dla polskich firm i polskiej gospodarki są to koszty rzędu kilku miliardów dolarów. A za niedostosowanie się do nowego, absurdalnego i do niczego niepotrzebnego prawa grozi kara wielkości 20 milionów euro. Tsunami bólu dupy, bo skrzynki emailowe są zapychane setkami, jeśli nie tysiącami bzdurnych maili, których i tak nikt nie przeczyta. Ale to nie wszystko, bowiem teraz wchodząc na stronę nawet małej firmy, trzeba klikać dwa przyciski z unijnymi bzdurami: cookies (ciasteczka) i rodo.

Do tego dochodzi bolesna świadomość tego, że o żadną ochronę danych osobowych nie chodzi. Chodzi wyłącznie o ochronę niemieckich, francuskich, holenderskich i tym podobnych korporacji i ich zysków. Nikt Twoich danych osobowych chronił nie będzie. Ba! O Ciebie i Twoją pomyślność nie zadba żaden polityk, kapłan, ekspert, a wręcz przeciwnie, bo korzystając z Twojej ignorancji, mogą Ci to wszystko i jeszcze więcej odebrać. Co nieraz zresztą robili i robią. I być może zrobili to tym razem, przy okazji RODO. Czy w unijnym „liberalnym raju” przyszłości, który na szczęście nie nastąpi bo struktury systemowe się rozsypują, przed stosunkiem seksualnym jak i przed wymienieniem się wizytówkami trzeba będzie wołać sztab prawników dla każdej ze stron i podpisywać specjalne, wielostronicowe umowy?

Zanim rykniesz śmiechem i powiesz, że jestem nienormalny, najarany ziołami lub że sobie „kręcę bekę”, to wiedz, że odpowiedź na te pytania już teraz brzmi: „tak”. W lewicowej stolicy islamskich gwałtów, w Szwecji, od 1 lipca 2018 roku (!) wchodzi prawo, zgodnie z którym dwie osoby przed seksem będą musiały podpisać zgodę. Dotyczyć to będzie także małżeństw. W przeciwnym wypadku mężczyzna będzie mógł zostać oskarżony o gwałt. Oczywiście, dotyczy to tylko białych mężczyzn, bo w „liberalnych rajach” muzułmanom wolno więcej, i tylko mężczyzna dyskryminuje i gwałci, kobieta już nie. Co do drugiego pytania – tak, bo już mamy RODO. Więc wymienienie się wizytówkami bez 20-osobowego sztabu prawników i bez wycięcia 10 hektarów lasu pod papier na umowę, będzie groziło pozwem i 20 milionami euro kary. Bardzo charakterystycznym zjawiskiem jest to, że upadający system staje się coraz bardziej smieszny, coraz bardziej absurdalny i coraz bardziej brutalny. Tak było zawsze i tak jest dziś. Czytaj dalej „O CO NAPRAWDĘ CHODZI W RODO?! TEGO NIE WIESZ CHOĆ POWINIENEŚ!”

Wiedza która szokuje! Kto odpowiada za zło na Ziemi?

Wiedza która szokuje! Kto odpowiada za zło na Ziemi?

Poniższy artykuł Dave Pollarda, w tłumaczeniu blogera ex-ignorant’a, to niemal doskonałe studium globalnej niewydolności i powolnego upadku cywilizacji stworzonej przez człowieka. W celny sposób opisuje on wiele manipulacji i oszustw współczesnego świata. M.in. jedno z największych kłamstw – że wzrost gospodarczy jest dobry i można go utrzymać stale. Kolejne wielkie kłamstwo to oszustwo lewicy i prawicy, przynajmniej tych „akceptowanych” przez system, z telewizora.

Popatrz na Demokratów (lewicę) i Republikanów (prawicę) z USA. Przecież te partie NICZYM SZCZEGÓLNYM się nie różnią, poza nieistotnymi, ale wywołującymi ogromne emocje tematami zastępczymi. Obie te partie (i wszystkie inne z telewizora) wspierają system. A więc: hierarchizm, korporacjonizm, konsumpcjonizm, oligarchię (zwaną dla nie poznanki „demokracją„), etatyzm, biurokrację, neoliberalizm, kapitalizm, racjonalizm. Tych elementów składowych systemu zwanego czasami matrixem, jest na pewno więcej. Były one wielokrotnie opisywane na mojej stronie.

To świat, w którym żyjesz, jest chory” – te słowa z filmu Truman Show, skierował architekt systemu, Christof, do buntowniczki, która chciała uwolnić głównego bohatera filmu.

Powinieneś je poznać i z nich korzystać, po to, by nie poddawać się temu matrixowi, systemowi, ale aktywnie budować lepszy świat dla siebie, i pośrednio, także dla innych.

Wstęp: Jarek Kefir

upadek systemu

Narzędzia separacji ludzkości stosowane przez system (matrix)

Cytuję: „Narzędzia separacji – środki, za pomocą których sprawcy naszego odłączenia od własnej intuicji, zmysłów, siebie nawzajem i całego ziemskiego życia utrzymują nas w stanie rozproszenia, zagubienia, strachu i braku samodzielności.

Sprawcy – prywatne i publiczne korporacje zależne od niekończącej się, przyspieszającej eksploatacji zasobów naturalnych, produkcji, konsumpcji i generowania odpadów, realizujące swoje cele z patologiczną i amoralną determinacją.

Są nimi politycy, sędziowie, prawnicy, siły policyjne i wojskowe – wszyscy współpracują zgodnie z tymi bogatymi korporacjami, tworzą i egzekwują prawa, toczą wojny we własnym, a nie naszym interesie. Są nimi media, agitatorzy, reklamodawcy i firmy public relations, system edukacji, sprzedajni ekonomiści i pseudonaukowcy, którzy jako propagandyści mówią nam, że wszystko jest w porządku i nie istnieje inny, lepszy model życia od cywilizacji przemysłowej.

Są nimi religie, terapeuci i techno-zbawiciele („Ludzka pomysłowość i wynalazczość rozwiąże wszystkie nasze problemy!”), którzy wzmacniając propagandę wmawiają nam, że kiedy dzieje się źle, to my ponosimy winę jako jednostki; że dzięki niezbędnemu wysiłkowi cywilizacja przemysłowa zwycięży i poprawi byt każdego z nas, pomimo naszych osobistych słabości i grzechów.

Połączona gospodarcza, polityczna, medialna, psychologiczna władza i hegemonia tych czterech grup sprawców stanowi samowzmacniający się, zupełnie bezkrytyczny i totalitarny system, o którym marzył Mussolini – opatrzono go etykietką Faszyzmu, ale on nazywał go Korporacjonizmem. Jego zadaniem jest całkowite podporządkowanie i kontrolowanie populacji, poddanie jej tak gruntownej indoktrynacji, że nie zrodzi się żadna opozycja czy sprzeciw – pozostanie jedynie wieczna machina bezmyślnej monolitycznej ludzkiej produkcji i konsumpcji.

Poprzez swój polityczny przekaz, reklamę, taktyki zastraszania, kłamstwa, wstrzymywanie informacji, grabież i przemoc, manipulację, tworzenie fałszywych wyborów i fałszywych nagród utrzymuje nas w niewoli, w separacji. Każdy z nas jest posłuszną częścią systemu.

Ale czym jest ten „system”? Czy naprawdę potrafi skutecznie nas kontrolować w świecie, w którym często sprzeczne informacje i idee są wszechobecne i płyną swobodnie? I dlaczego tak wiele osób – nie tylko psychopaci pokroju Mussoliniego – dobrowolnie staje się sprawcami?

Światopogląd progresywno-liberalny głosi, iż wszyscy jesteśmy w głębi serca niewinni i dobrzy. Zatem sprawcom tego strasznego, niezrównoważonego, balansującego na krawędzi systemu z pewnością przyświecały jak najlepsze intencje. Na pewno chcieli dobrze, prawda?

Według tego światopoglądu gniew nie jest właściwą odpowiedzią; musimy apelować do ludzi racjonalnie, prezentować fakty. Wierzymy, że ukrywanie prawdy nie może trwać długo, a gdy ludzie ją poznają, dowiedzą się, że system jest zły i brutalny, instynktownie podejmą wysiłek jego rozmontowania i dla dobra ogółu zastąpią go innym – prawdziwie demokratycznym.

Psycholog z Harvarda Daniel Gilbert, autor książki Potykając się o szczęście, przedstawia pewne wskazówki, dlaczego tak się nie dzieje. Nasze duże mózgi, argumentuje badacz, uczyniły nas przesadnie zmyślnymi. Potrafią one skonstruować własną rzeczywistość, całkowicie oderwaną od rzeczywistości „autentycznej,” i żyć szczęśliwie w tym urojonym miejscu uznając je w efekcie za świat „prawdziwie” realny. Nasze ego bez trudu wymyśla i wierzy w historie, które wywołują reakcje emocjonalne i tworzą w naszych głowach kolejne opowieści. Owo błędne koło negatywnej aktywności intelektualnej i emocjonalnej naszych umysłów – odłączonej od tego, co faktycznie dzieje się tu i teraz – kontroluje patologiczną kondycję naszej psychiki.

Oto dwie paradoksalne konsekwencje posiadania dużych mózgów: (i) można nas oszukać i emocjonalnie zmanipulować dezinformacją w sposób, któremu nie poddadzą się inne stworzenia, (ii) nawet jeśli jesteśmy jednym ze sprawców tej dezinformacji, możemy w nią wierzyć poprzez samooszukiwanie, zwłaszcza gdy naszą wiarę wzmacniają inni, którzy nawinie akceptują te same przekonania.

Mimo że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie sprawcami, pozostajemy do tego stopnia oderwani i skonfundowani przez nasze ego oraz wyimaginowane rzeczywistości, że tak „naprawdę” nie wiemy, co jest prawdziwe i co robimy, powinniśmy:

Po pierwsze, zorientować się w tym, co naprawdę się dzieje (poprzez lekturę, wnikliwą analizę i myślenie krytyczne) i jakie są nasze „prawdziwe” opcje (studiując historię, czytając literaturę faktu i beletrystykę). Po drugie, musimy zezłościć się na system, który niszczy nasze jedyne środowisko życia (nie jest istotne kim są sprawcy, czy sami nimi jesteśmy lub odpowiadamy za współudział), otrząsnąć się z naszej pasywności, nieświadomości i podjąć działania. Po trzecie, wpłynąć na innych, przekazać im wiedzę. Po czwarte, stać się wzorem, znaleźć radykalnie alternatywne sposoby egzystowania. I po piąte, przyswoić nowe umiejętności ułatwiające zarówno wykonanie pracy, która przyspieszy rozkład cywilizacji przemysłowej, jak i prowadzenie wartościowego życia w trakcie i po upadku.

Trudne zadanie. Zdając sobie sprawę ze skali wyzwania, zacznijmy od zrozumienia Narzędzi separacji, które utrzymują nas w stanie zaszczucia i zależności.

1) Nagradza się nas za to, że jesteśmy dobrymi konsumentami.

Opis:

Nietrudno jest uszczęśliwić ludzi cywilizowanych, a przynajmniej dać im poczucie szczęścia; po prostu muszą zostać poddani odpowiednim zabiegom przysposabiającym. Kluczem do stworzenia tego plastycznego stanu umysłu jest zaszczepienie w ludziach od najmłodszych lat wiary, iż „szczęście” jest czymś znacznie bardziej powierzchownym niż stan głębokiego, autentycznego zadowolenia i dobrego samopoczucia. Marketing konsumpcyjnych dóbr i usług („doświadczeń”) czerpie z pragnienia szczęścia poprzez kolorowe i pozytywne obrazy odzwierciedlające radosne korzystanie z jakiejkolwiek promowanej rzeczy; jest to potęgowane przez nieustające komunikaty środków masowego przekazu mówiące o tym, że generalnie konsumpcja jest „dobrem,” a użytkowanie każdej nowej i modnej rzeczy niezawodnie prowadzi do poprawy jakości naszego życia. Ten przekaz o potężnej perswazji jest łatwo przenoszony na nowe pokolenie przez rodziców i rówieśników, którzy zostali już przysposobieni.

Identyfikacja:

Na poziomie osobistym można to rozpoznać poprzez rozwijanie świadomości wszystkiego, co sprawia, iż czujesz się lepiej, a co w oczywisty sposób stanowi produkt kultury konsumpcyjnej: przykładowo jeśli podczas oglądania lub słuchania reklamy zaczynasz odczuwać szczęście, niezależnie od źródła tego spotu oznacza to, że narzędzie jest aktywne. Tę samą reakcję można zaobserwować u innych ludzi, którzy zdradzają oznaki szczęścia, kiedy jedyne, ewidentne jego źródło zostało wytworzone sztucznie. Popularność galerii handlowych, kin, parków rozrywki i pakietów wycieczkowych jest kolejnym dowodem, że autentyczna potrzeba zaznania szczęścia została podłączona pod konsumpcję na skalę przemysłową: teraz chodzimy na zakupy, aby „dobrze się poczuć.”

Konsekwencje:

Dwie główne konsekwencje konsumpcyjnego szczęścia są takie, że po pierwsze stajemy się mniej skłonni do poszukiwania głębszych, bardziej satysfakcjonujących form szczęścia w realnym świecie – jak chociażby radości z zanurzenia naszych stóp w chłodnej wodzie w upalny dzień – i zamiast nich szukamy odłączonych źródeł „szczęścia” poprzez materialną konsumpcję. Drugą, mniej bezpośrednią konsekwencją jest to, że ta zwiększana pragnieniem bycia szczęśliwym konsumpcja prowadzi do środowiskowej i społecznej degradacji, w szczególności tam, gdzie przedmioty naszej konsumpcji są produkowane, zasilane i usuwane.

Sprawcy:

Nieprzebrane zastępy osób bezpośrednio zaangażowanych w handel – m.in. dziennikarze konsumenccy, pracownicy agencji reklamowych, specjaliści od marketingu, handlowcy, agenci biur podróży i eksperci ds. rozwoju produktów – dbający o to, abyśmy czuli się dobrze z naszymi konsumenckimi nawykami.

2) Sprawia się, że kiedy robimy rzeczy trywialne, towarzyszy nam uczucie zadowolenia.

Opis:

Aby odwrócić uwagę od kwestii ważnych, koniecznym jest położenie nacisku na kwestie trywialne. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w sposobie, w jaki narzuca się cywilizowanym ludziom podejście ekologiczne (lub inaczej alter ego wagi piórkowej). Mówię „narzuca,” ponieważ pod nieobecność rozpowszechnianego komunikatu o charakterze pseudo-ekologicznym ujrzenie pełnego obrazu sytuacji środowiskowej jest bardzo proste; i niebezpieczne dla systemu. Na przykład, jeżeli podzielę się z lokalnymi władzami swoim pragnieniem życia w sposób bardziej zrównoważony, szansa na to, że poradzą mi, abym odciął się od sieci energetycznej (stał się samowystarczalnym pod względem zaopatrzenia w prąd i inne usługi), uprawiał i zbierał własną żywność oraz zaprzestał kupowania dóbr konsumpcyjnych jest znikoma lub żadna (zresztą pani Znikoma właśnie opuściła miasto). Z drugiej strony z entuzjazmem zostanę zachęcony do recyklingu i wymiany żarówek. W przypadku producenta aut nie usłyszę rady, by zrezygnować z jazdy samochodem; zaleci mi dopompowanie opon lub nabycie bardziej ekonomicznego (nowego) pojazdu. Supermarket nigdy nie poleciłby kupowania lokalnych produktów spożywczych i rezygnacji z przetworzonej żywności; wskazałby na duży zapas markowych „toreb na całe życie,” ponieważ wszyscy wiemy, że torby jednorazowe są największym zagrożeniem dla życia na Ziemi. Grupa ochrony środowiska nurtu głównego, przykładowo Klub Sierra i Przyjaciele Ziemi, powie, że prawdziwą zmianę można osiągnąć drogą politycznego lobbingu, a nie krusząc fundamenty samego systemu politycznego. Postępuj zgodnie z wytycznymi systemu, a nigdy nie będziesz musiał martwić się o sprawy wielkie, ponieważ – jak nam się powtarza – tak naprawdę liczą się sprawy małe.

Identyfikacja:

Najbardziej jaskrawą wskazówką wykorzystania tego Narzędzia jest samo źródło informacji: w prywatnej rozmowie nawet członek kadry kierowniczej koncernu naftowego przyzna, że dalsze spalanie ropy nas wykończy; ale na znacznie mniej osobistym poziomie każdy instrument Cywilizacji Przemysłowej posiada własny zestaw komunikatów „środowiskowych” pro forma, które zaprojektowano tak, aby nasze zachowanie pozostało takie samo jak zawsze. Żadna z rad płynących z ust rzecznika rządu, korporacji, mediów masowych lub nawet pozarządowych organizacji ochrony środowiska nurtu głównego nie wpłynie niekorzystnie na system industrialny. Możesz również wykorzystać własny instynkt: jeżeli coś wydaje się być zbyt proste, trywialne lub „przeciwne naturze,” to prawdopodobnie znajdujesz się na właściwym tropie.

Konsekwencje:

Intensywne koncentrowanie się na sprawach małych przypomina założenie plastra na kikut po amputowanej kończynie. Nie tylko jest to interwencja niedostateczna, ale prawie na pewno spóźniona, bowiem w interesie korporacji jest utrzymywanie nas w kompletnej nieświadomości do chwili, aż sytuacja nie pozostawi im wyboru i dostarczą nam informacji, które, jak to wykazałem, są i tak bez znaczenia. Wykorzystując naszą cywilizowaną niechęć wobec świadomego wysiłku i poważnych zmian czynią nas bezsilnymi – i zadowolonymi z tej impotencji. Tymczasem Cywilizacja Przemysłowa nieprzerwanie niszczy globalny ekosystem.

Sprawcy:

Swój udział ma prawie każdy, kto zajmuje się przekazywaniem, dystrybucją rad udzielanych przez władzę – czynność, która poprawia przy okazji samopoczucie własne; jednakże do grona najgorszych winowajców możemy zaliczyć polityków każdego szczebla, korporacyjne działy public relations, dziennikarzy środowiskowych nurtu głównego i organizacje pozarządowe.

3) Daje się nam wybiórczą wolność.

Opis:

Na poziomie psychologicznym wolność jest zawsze względna: tygrys wychowany w klatce będzie postrzegał ją jako swoją domenę i czuł się w niej na tyle komfortowo, na ile czuć się może w podobnej sytuacji każdy ważący pół tony kot; lecz tygrys schwytany i zmuszony do życia w klatce zostanie doprowadzony do szaleństwa przez jej ograniczenia. Tak więc jako osoby wychowane w „demokracji” – w której wolność jest równoznaczna z głosowaniem na zupełnie podobne polityczne partie – wyrażamy naszą „wolność” oddając swój głos; wstrzymanie się interpretowane jest jako akt buntu i wyrzeczenie się wolności głosowania. Podobnie wolno nam protestować, o ile marsz lub manifestacja mieści się w granicach wytyczonych przez policję i przepisy przez nią egzekwowane; poziom „wolności” zależy od miejsca zorganizowania protestu – w niektórych częściach świata, przykładowo w Chinach, za podobne bezprawie grozi kara. Moje wolności jako pisarza, byłego demonstranta i byłego wyborcy rozciągają się tylko do punktu, w którym system dostrzega zagrożenie. Mogę mieć nieco więcej swobody w sposobie wyrażania siebie niż mój chiński odpowiednik, ale znajdując się w zamkniętej zonie reguł społeczeństwa nie jestem wcale bliższy wprowadzenia zmiany.

Identyfikacja:

Najprawdziwszym testem wolności jest podjęcie próby złamana zasad. Zakładając, że przestrzegasz Prawa Zwyczajowego (prostej ochrony wolności indywidualnej i zbiorowej) i Prawa Naturalnego (w ramach którego funkcjonuje świat przyrody), granice „wolności” szybko staną się oczywiste w chwili, kiedy twoje działania zakłócą zdolność systemu przemysłowego do kontrolowania ludzi i burzenia naturalnej równowagi ekologicznej. Wychowanie w tej samej wersji cywilizowanego życia często utrudnia rozpoznanie miejsca, w którym przebiegają granice, zwłaszcza gdy stale przypomina się nam, iż ludzie z państwa X muszą zostać „uwolnieni od tyranii,” a zasady istnieją po to, aby „chronić nas przed tymi, którzy pragną wyeliminować naszą wolność.” Wyrażenia te powinny włączać nasz alarmowy dzwonek.

Konsekwencje:

Jeśli czujemy się już wolnymi, nie mamy ochoty poszerzać naszej wolności; pozostajemy w granicach prawnych zamieszkiwanego systemu i tym samym nie zagrażamy mu. Odcięci od jakiejkolwiek prawdziwej możliwości wyboru plonów naszej egzystencji nigdy nie zakwestionujemy tego, co w rzeczywistości przykuwa nas do Kultury Maksymalnego Spustoszenia.

Sprawcy:

Wszyscy zaangażowani w stanowienie lub egzekwowanie prawa odpowiedzialni są za kreślenie granic wolności. Większość grup praw obywatelskich operuje w tych granicach i potęguje problem domagając się wolności przyrostowych, a nie absolutnych.

4) Tworzy się pozory, że mamy wybór.

Opis:

Wśród polityków wyznających filozofię wolnorynkowego kapitalizmu (a nie podpisują się pod nią nieliczni) modnym słowem jest „wybór”; ale jak w przypadku błahych porad oferowanych nam przez przedstawicieli systemu, ów wybór leży jedynie w bardzo wąskim paśmie wypełnionym przez istniejące, proponowane przez system opcje. Mamy więc „wybór” kanałów telewizyjnych, „wybór” płynów do mycia naczyń, „wybór”” samochodów i „wybór” koncernów naftowych, od których możemy kupić paliwo. Proszę zauważyć, że w momencie, kiedy przedstawiony zostaje jakikolwiek radykalny (a raczej mniej zawężony) wybór, system zwiera szeregi zapewniając, iż wybór ten nie przekroczy tolerowanego przezeń stopnia. Spróbujmy na przykład wybrać model kształcenia naszych dzieci, którego system nie pochwala, a definicja samego wyboru uwidoczni się natychmiast – o czym przekonany się w dalszej części niniejszego rozdziału.

Identyfikacja:

Większość osób lub instytucji oferujących prawdziwy wybór – tzn. między rzeczami, które różnią się znacząco – nie używa terminu „wybór”; jeszcze mniejsza ich liczba przynudza o bogactwie proponowanego wyboru. Słowotok wyraża charakter tych, którzy przedkładają nam „wybór” – innymi słowy to oni zyskują najwięcej z faktu, iż nasz wybór jest ściśle ograniczony; osoby te stwarzają pozory, że oferowany przez nie wybór jest prawdziwy. Nie bez przyczyny brzmi to zawile: twoja dezorientacja jest zamierzona; inaczej mógłbyś/mogłabyś rozpoznać, że to, co ci się oferuje wcale wyborem nie jest.

Konsekwencje:

Wzorem pseudo-wolności ciągły brak autentycznego wyboru warunkuje ludzi, aby bezboleśnie zaakceptowali te pozory. Tak oto zadowalamy się ofertą kilku opcji. Podobne warunkowanie właściwe jest wszystkim Narzędziom separacji; łamie naszą zdolność stawienia oporu; gwarantuje uległość populacji, która ochoczo ekscytuje się nową konsolą do gier, ale nie rozpoznaje życia poza graniem. To w rzeczy samej bardzo silne i subtelne narzędzie.

Sprawcy:

Podczas gdy wspiera ją dyżurna załoga marketerów i sprzedawców, mentalność akceptująca pseudo-wybór pochodzi od członków cywilizowanego społeczeństwa, którzy chcą zapewnić zgodność z normalnym cywilizowanym zachowaniem – a konkretnie konsumpcją dóbr materialnych. Lansują ją politycy wszelkiej maści za pośrednictwem środków masowego przekazu („Nigdy nie mieliście tak dobrze!”) i kadry kierownicze za pośrednictwem machiny reklamowej („Najbardziej zielony z SUV-ów!”)

5) Zwraca się nas przeciwko sobie.

Opis:

Jak skłócić parę dobrych przyjaciół? W świecie odseparowania nie jest to takie trudne: wystarczy poruszyć temat najlepszej drużyny piłkarskiej, albo zapytać, jak szybko postępować będzie zmiana klimatu. Jeżeli zależy ci na konkretnej awanturze, spróbuj zahaczyć o prawo do aborcji lub religię. Stawce podziałów przewodzi jednak polityka, która – z pewnością w USA i Ameryce Łacińskiej – obejmuje wszystkie powyższe zagadnienia, być może z wyjątkiem drużyn piłkarskich (chociaż spędzenie kilku godzin w Glasgow prawdopodobnie skłoniłoby nas do rewizji tego poglądu). W jak najlepiej pojętym interesie systemu jest dzielenie nas w oparciu o podstawy, które podczas trzeźwego dyskursu w najlepszym razie sprawiałaby wrażenie fałszywych, zaś w najgorszym niebezpiecznych.

Weźmy tzw. „lewicę” i „prawicę” w polityce partyjnej któregokolwiek z uprzemysłowionych krajów. Nie istnieje praktycznie żadna różnica między ugrupowaniami nurtu głównego w materii konkretów stanowiących ich esencję – wszystkie wspierają handel na dużą skalę, odgórną władzę autorytarną i kontynuację destrukcyjnego systemu przemysłowego. Na czym polega więc fortel? Ażeby zadbać o to, byśmy nie połączyli się na nowo z prawdziwym światem – znajdującym się poza społeczno-polityczną trywialnością – dzieli się nas na sztuczne „partie,” „sekty,” „frakcje” i „fankluby,” które zdają się nadawać nam indywidualność, ale w rzeczywistości utrzymują nas w stanie zafascynowania naszymi codziennymi sprzeczkami.

Identyfikacja:

Wszędzie tam, gdzie dostrzegasz fragmentację idei, która przy bardziej wnikliwej analizie ujawnia różne odcienie tego samego paradygmatu, obserwujesz w istocie separację dokonaną poprzez podział. W kategoriach cywilizacyjnych zasada „dziel i rządź” jest starożytna, ale dopiero niedawno, w epoce informacyjnego przeładowania, politycy są w stanie wycisnąć różnice z płaszczyzny porozumienia. Obierając szerszą perspektywę łatwo jest wykryć stosowaną taktykę; z kolei brak oglądu pełnego obrazu nie pozwala łatwo zauważyć, iż wzbudza się twoją niechęć wobec kogoś, z kim w przeciwnym razie znalazłbyś/znalazłabyś wspólny język.

Konsekwencje:

Lokalność i wspólnotowość są nieodzownymi elementami ponownego zespolenia ludzkości z realnym światem; lecz jeśli nie uda nam się zobaczyć pełnego obrazu i rozpoznać, jak bardzo jesteśmy podzieleni w oparciu o fałszywe podstawy, to nie dostrzeżemy, jak wiele mamy wspólnego. Pozostaniemy we wzajemnym odłączeniu – w wielu przypadkach oddalenie to będzie zwiększane – a jedyną płaszczyznę porozumienia znajdziemy z jednostkami autorytarnymi i instytucjami, które udają, że mówią w naszym imieniu. Mówią wyłącznie w swoim imieniu.

Sprawcy:

W perspektywie krótko- i średnioterminowej wiodącymi sprawcami procederu „dziel i rządź” są przywódcy i entuzjastyczni zwolennicy podziałów kulturowych. Nie sposób wymienić wszystkich, ale za przykłady zwaśnionych stron mogą posłużyć następujące pary: katolicy kontra anglikanie, Republikanie kontra Demokraci, sunnici kontra szyici, kibice Barcelony kontra kibice Realu Madryt, miłośnicy Barbie kontra miłośnicy Bratz/Moxie; lista przeobraża się stale wraz ze zmianą lojalności i przekonań ludzi. Prawdziwymi sprawcami są oczywiście handlowe potęgi przemysłowego świata, które wykorzystują dla zysku nasz wrodzony instynkt plemienny.

6) Sprzedaje się nam marzenie.

Opis:

To najbardziej powierzchowne ze wszystkich narzędzi, aczkolwiek prosta mechanika reklamy wciąż sprawuje potężną władzę nad ludźmi we wszystkich sferach cywilizowanego życia. Bardziej rezolutni Konsumenci (słowo „rezolutni” zabarwiam dozą ironii) uczą się rozgryzać reklamę masową, zwłaszcza w formie telewizyjnej, radiowej, prasowej i billboardowej, co przyniosło dwa interesujące następstwa. Po pierwsze, w bardziej dojrzałych gospodarkach przemysłowych reklama tworząca konsumencki popyt – z intencją utrzymania relacji zależności ludzi od gospodarki przemysłowej – staje się coraz bardziej zaawansowana technologicznie i krojona na indywidualną miarę. Po drugie, bardziej tradycyjne formy reklamy znajdują swoją niszę we wschodzących gospodarkach przemysłowych takich jak Indie, Chiny i Bliski Wschód. Ten dwutorowy atak na naszą naturalną niechęć trwonienia zasobów na rzeczy, których nie potrzebujemy sprawdza się wyśmienicie – łapczywie łykamy marzenie o masowej konsumpcji.

Identyfikacja:

Reklama – łatwa do wykrycia, czasem trudna do rozpoznania jako czysty marketing, ale przenikająca niemal każdy aspekt cywilizowanego życia. Jeśli ktoś zachęca cię do zakupu produktu, o którego nabyciu nawet byś nie pomyślał/pomyślała, oznacza to, że system sprzedaje ci marzenie.

Konsekwencje:

Tak jak w przypadku nagradzania nas za bycie dobrymi konsumentami, konsekwencje są kombinacją prowadzenia życia aprobowanego przez system przemysłowy – pod nieobecność wszędobylskiej i bardzo skutecznej reklamy wiedlibyśmy zgoła odmienną egzystencję – i nieprzerwanej degradacji globalnego środowiska jako bezpośredniego następstwa tej konsumpcji.

Sprawcy:

Jeżeli ktoś zarabia na tym, że kupujemy niepotrzebne rzeczy lub zachęca nas do tego, de facto współtworzy i obsługuje to niszczycielskie i tępe narzędzie. A zatem każda osoba z branży reklamowej i marketingowej; każdy pracownik finansowanych przez korporacje mediów, w tym publikacji „liberalnych,” które utrzymują się z reklam; każdy, kto dostarcza nam środki do dokonywania niepotrzebnych zakupów, czyli ludzie zatrudnieni w bankowości detalicznej i usługach pożyczkowych, z uwzględnieniem tych, którzy są odpowiedzialni za egzekucję powstałego zadłużenia.

7) Wykorzystuje się nasze zaufanie.

Opis:

Narzędzie to opisywane jest w bardziej dokładny i rozbudowany sposób jako „czerpiące korzyści z naszego zaufania do autorytetu poprzez narzucenie hierarchii,” ponieważ autentyczne zaufanie, jakim darzymy bliskiego przyjaciela, krewnego lub prawowitego przywódcę jest tym, czego nie chcemy osłabić. Niestety, taki poziom szczerego zaufania to rzadkość w zatomizowanych, podzielonych społeczeństwach, które składają się na Cywilizację Przemysłową. Zamiast tego mamy przedstawicieli „władzy” i od naszego pierwszego kontaktu z hierarchią szkoli się nas, byśmy ufali im bezgranicznie. Dlatego odnosimy się z zaufaniem do policjantów, nauczycieli, menadżerów, niektórych polityków (noszących w klapach kotyliony o naszych barwach) i ludzi, którzy funkcjonują na poziomach ekskluzywnych, powyżej naszej świadomości codziennej – członków elit politycznych i korporacyjnych.

Zaufanie społeczeństwa do władzy jest dobrze udokumentowane, chociażby w eksperymentach Stanley’a Milgrama, ale w rzeczywistości nie stanowi wyewoluowanej składowej ludzkiego zachowania: my uczymy się ufać władzy poprzez obecność narzuconej hierarchii, co powoduje, iż jesteśmy bardziej skłonni do podejmowania działań – takich jak obsługiwanie niewyobrażalnie destrukcyjnej maszynerii, odpalanie rakiet w ludność cywilną, czy „tylko” wspieranie machiny przemysłowej w charakterze pełnego entuzjazmu pracownika – które w przeciwnym razie byłyby uznane za nieludzkie.

Identyfikacja:

Wszędzie tam, gdzie znajduje się narzucona struktura zwierzchnictwa – w odróżnieniu od tej wyłonionej na drodze wzajemnego zrozumienia – prawie na pewno zaufanie to jest nadużywane. Istotne jest, aby zawsze mieć świadomość różnicy między zaufaniem zasłużonym i narzuconym; mimo iż za niesprawiedliwą można uznać nieufność okazywaną danej osobie tylko dlatego, że nie byliśmy świadkami, jak osiągnęła swój status, całkowicie rozsądne jest kwestionowanie każdej formy władzy. W Kulturze Maksymalnego Spustoszenia na zwierzchnictwo w zdecydowanej większości przypadków nie zapracowano, a celem jego istnienia jest utrzymanie samej kultury.

Konsekwencje:

Osobiste konsekwencje nadużywanego zaufania są złożone: dzięki temu Narzędziu nie tylko jesteśmy bardziej skorzy akceptować słowa i czyny znacznie szerszego kręgu osób i instytucji, ale osłabieniu ulega także nasza umiejętność budowania bliskich, opartych na zaufaniu relacji, jakie są niezbędne do utrzymania samowystarczalnych społeczności – nasz „radar zaufania” zostaje rozregulowany. Rezultat netto jest taki, że gorliwie pracujemy jako trybiki najbardziej żarłocznego bytu na Ziemi, skutecznie wnosząc osobisty wkład w jego potencjał zniszczenia. Nie mniej tragicznym skutkiem ubocznym (prawdopodobnie zamierzonym) jest nasza niezdolność do budowania wspólnot, które zależne są od autentycznego zaufania.

Sprawcy:

Wszyscy bierzemy udział w eksploatowaniu zaufania, jeśli stanowimy część któregokolwiek systemu hierarchicznego: może to być korporacja lub nawet mała firma, która posiada strukturę zarządzania; system polityczny i sądowy, który sprawuje władzę poprzez egzekwowanie przepisów prawa; lub rodzina, która swoje zwierzchnictwo narzuca z racji przewagi fizycznej.

upadek systemu (3)

8) Okłamuje się nas.

Opis:

Wszystko, co rozpowszechniane jest przez system starający się odłączyć nas od prawdziwego świata moglibyśmy opisać jako kłamstwo. Istnieją duże i małe kłamstwa, a ich rozróżnienie często wymaga znajomości rozgrywki finałowej. Wśród mniejszych kłamstw – mających implikacje wykraczające daleko poza ich rangę – znajduje się akt prania mózgu na zielono. Zasadniczo, gdy coś jest bardziej szkodliwe dla środowiska naturalnego niż wynika to z treści oficjalnych zapewnień, wówczas ma miejsce pranie mózgu na zielono. Działanie to jest tak powszechne, że stało się rutyną w korporacyjnej reklamie i promocji – nie tylko ze względu na to, iż powierzchowne przejawy „zielonej inicjatywy” są korzystne pod względem handlowym. Korporacje nie są jedynymi podmiotami, które kłamią na temat swoich ekologicznych kwalifikacji.

Przedzierając się w górę (lub w dół) przepastnego bagna łgarstw sponsorowanych przez państwa i przemysł dochodzimy do kłamstwa, które leży u podstaw komercyjnego zachowania Cywilizacji Przemysłowej; kłamstwa, które kieruje opinią publiczną co najmniej od 100 lat i przyczyniło się praktycznie do każdej finansowanej przez państwo, nie związanej z religią wojny. Oto Wielkie Kłamstwo:

Wzrost Gospodarczy jest czymś dobrym.

Nie ma tu miejsca, aby wyłuszczyć, dlaczego jest to nieprawdą, wystarczy nadmienić, iż poza zbrodniami w postaci wojen akceptacja tego kłamstwa odpowiada za ogół systematycznej destrukcji środowiska oraz niezliczone okrucieństwa wyrządzane ludziom. Za normalne uchodzi nieprzerwane gromadzenie bogactwa przez jednostki, miasta, narody, cały nasz gatunek: jednak nigdy nie porusza się kwestii, w jaki sposób cała ludzkość może stać się bogatsza na planecie posiadającej skończoną ilość bogactw naturalnych. Wzrost gospodarczy jest po prostu sztandarowym elementem cywilizowanego pakietu, a jeżeli tego nie doceniamy, możemy liczyć na pomoc mitycznego Molocha!

Kłamstwo Wzrostu Gospodarczego uosabia ciąg komunikatów instytucjonalnych: od pozytywnej oceny przyznawanej przez media masowe zwyżkom korporacyjnych zysków, do negatywnego PR-u wymierzonego przez biznes w jakiekolwiek społeczne zabiegi, które mogłyby zagrozić wzrostowi. Kłamstwo Wzrostu Gospodarczego jest uzasadniane w odniesieniu do wszelkiego rodzaju rzeczy, na które nie wpłynąłby brak wzrostu gospodarczego – należy do nich Standard Życia i poziom konsumenckiego wyboru oferowanego przez nowoczesne społeczeństwo (proszę zwrócić uwagę na ironię tego faktu). Subtelność na porządku dziennym bywa sporadycznie; jest zresztą zbyteczna, skoro populacja połknęła to kłamstwo w całości.

Identyfikacja:

Pomijając ostentację prania mózgu na zielono – jeżeli coś wydaje się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, to takim właśnie jest – fundamentalne kłamstwo Wzrostu Gospodarczego jest oczywiste, a jego identyfikacja równie czytelna. Inną sprawą jest wytworzenie mentalności, która tak integralny składnik naszego codziennego życia rozpoznaje jako czystą, korporacyjną propagandę: wymaga to pewnego poziomu odprogramowania, jaki można osiągnąć tylko poprzez podważenie samego komunikatu. W ramach ćwiczeń zachęcam do audio-wizualnego wyławiania Wielkiego Kłamstwa z każdej wykonywanej w danym dniu czynności: proszę przygotować się na szok. Regularna styczność z Wielkim Kłamstwem nie ma szczególnych właściwości katartycznych, ale z pewnością pomaga wzbudzić gniew.

Konsekwencje:

W odróżnieniu do Narzędzia separacji, które sprawia, że czujemy się dobrze robiąc trywialne rzeczy, kłamstwa instytucjonalne wykorzystują naszą naturalną receptywność na problemy ludzkie o dużej skali, takie jak bezpieczeństwo i dobry stan zdrowia, których zaistnienie przedstawia się jako możliwe jedynie w kontekście zdrowej gospodarki (więcej ironii). Dzięki tej praktyce kwestie naprawdę największej wagi – będące produktem gospodarki przemysłowej – czyli masowe zatruwanie dróg wodnych, systematyczne usuwanie lasów i niszczenie rdzennych, nie-cywilizowanych kultur, postrzegane są jako mniej istotne. Wraz ze zmianą naszych priorytetów zmienia się nasze zachowanie – stajemy się niewolnikami komunikatu. W efekcie jesteśmy posłuszni nakazom systemu; potrafimy reagować tylko na to, co system uznaje za ważne i grzecznie ignorujemy to, co on wyrządza reszcie świata.

Sprawcy:

Głównymi autorami i kanałami dystrybucji kłamstw instytucjonalnych, od najmniejszego aktu prania mózgu na zielono po monumentalne stopienie umysłu niezbędne do zaaprobowania wiecznego wzrostu gospodarczego, są wielkie instytucjonalne otwory wylotowe: system polityczny w swojej całości, korporacyjny przemysł public relations i marketingu oraz mass media – kontrolowane zarówno przez państwa, jak i korporacje (choć trudno jest doszukać się dzielących je różnic). Z mówieniem nieprawdy i akceptacją kłamstw epickich wręcz rozmiarów nieodłącznie wiąże się konspiracja; podejmowany we wskazanym gronie wysiłek jej zachowania jest opłacalny. Kiedy kłamstwa zostaną nam przekonująco sprzedane, utrzymanie wszystkich „na fali komunikatu” jest stosunkowo proste: wystarczy kłamać dalej.

9) Straszy się nas.

Opis:

W cywilizowanym świecie kłamstwa i strach są ze sobą mocno splecione. Opisane powyżej Wielkie Kłamstwo sięga po szereg taktyk i sojuszników, by utrzymać i wzmocnić – szczególnie w krajach nowo uprzemysłowionych – swoją kontrolę nad naszą psychiką; do pewnego stopnia pomocny jest tutaj strach. Wystarczy groźba załamania gospodarczego, nawet stagnacji, a posłusznie utworzymy sklepowe kolejki i uliczne korki. Okazuje się, iż większość bardziej przekonujących form kłamstwa zaprzęga strach.

Nie jest niespodzianką, że na przestrzeni dziejów cywilizowani ludzie padali ofiarą tak spektakularnych taktyk siania przestrachu jak: uznanie rdzennych mieszkańców Afryki za nieludzkich Dzikusów, których należy wyedukować w obyczajności Cywilizowanego Człowieka; usprawiedliwienie imperialnej eksploatacji ogromnych obszarów ziemi strachem przed „chciwością” innych narodów; demonizowanie każdego człowieka z lewicowymi poglądami politycznymi etykietką komunisty, socjalisty i (tak, ludzie truchleją słysząc ten termin) liberała; wywoływanie masowej histerii, zgodnie z którą każdemu, kto nie sympatyzuje z przemysłowym Zachodem przyznawany jest tytuł Terrorysty. To właśnie posługiwanie się strategią zastraszania sprawia, że ludzie nie poddający się zwyczajnej perswazji przeciągani są „na (pożądaną) stronę.” Zważywszy na skuteczność tego narzędzia, zastanawiam się, dlaczego nie jest stosowane szerzej: mogę tylko przypuszczać, że w sercu większości pozostałych Narzędzi również zalega element strachu; może to być obawa przed uchodzeniem za nieudacznika, względnie przed oskarżeniami o zachowania anormalne. Jesteśmy zwierzętami społecznymi i lubimy dopasowywać się do przyjętej normy: potrzeba odwagi, aby wyjść poza własną strefę komfortu.

Identyfikacja:

Ze swej natury taktyka zastraszania stwarza pozory prawdy, aczkolwiek owiniętej wokół granatu z zawleczką znajdującą się na swoim miejscu. Ważne jest, by rozpoznać, iż trajektoria narzuconych obaw biegnie w dół. Prawdą jest, że kiedy instytucjonalne, oparte na lęku kłamstwo zakorzeni się w kulturze, najprawdopodobniej usłyszysz je od swoich rówieśników, a nie od przedstawicieli lub instrumentów władzy; lecz w swoim początkowym stadium idee te płyną niezawodnie z dyżurnych tub instytucjonalnych: polityków, mediów popularnych, Liderów Biznesu i tych, którzy używają strachu, aby głosić wiarę w coś, co ma być uosobieniem nieskończonej miłości i troski:

A jeźlibyście mię nie słuchali, i nie czynili wszystkich tych przykazań; I jeźli ustawy moje wzgardzicie, a sądami moimi będzie się brzydziła dusza wasza, żebyście nie czynili wszystkich przykazań moich, i wzruszylibyście przymierze moje: Ja też wam to uczynię: nawiedzę was strachem, suchotami i gorączką, które wam oczy popsują a boleścią napełnią dusze wasze, a siać będziecie próżno nasienie wasze, bo je zjedzą nieprzyjaciele wasi; I postawię twarz moję przeciwko wam, i porażeni będziecie od nieprzyjaciół waszych, i panować będą nad wami, którzy was mają w nienawiści; i będziecie uciekali, choć was nikt gonić nie będzie. Biblia Gdańska/Księga Kapłańska 26, wersety 14-17

A jeźli i przeto nie usłuchacie mię, ale chodzić będziecie, mnie się sprzeciwiając: Ja też pójdę w gniewie przeciwko wam; i Ja też karać was będę siedmiorako więcej dla grzechów waszych. I będziecie jeść ciało synów waszych, i ciało córek waszych jeść będziecie. I wygubię po górach kaplice wasze, a porozwalam słoneczne bałwany wasze; i składę trupy wasze na kloce obrzydłych bałwanów waszych, a będzie się wami brzydziła dusza moja. Biblia Gdańska/Księga Kapłańska 26, wersety 27-30

Powiedzmy sobie szczerze – gdyby idea była wiarygodna, czy konieczne byłoby artykułowanie jej w tak przerażający sposób?

Konsekwencje:

Naturalna reakcja na strach nie jest taka sama, jak reakcja na agresję (zob. Narzędzie nr 10), ponieważ w obliczu lęku można podjąć walkę wyłącznie z kondycją własnego umysłu. W przypadku prawdziwego, namacalnego, przerastającego nas zagrożenia reakcją wykształconą przez ewolucję jest ucieczka; z tej przyczyny inicjatorzy tego Narzędzia separacji tworzą spust: nie musimy uciekać, ponieważ to oni ochronią nas przed nowym zagrożeniem. W rezultacie wybieramy bezruch, wpadamy w behawioralną koleinę, która – jak nam się zdaje – zapewni bezpieczeństwo, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę zabezpieczamy powodzenie przemysłowej machiny.

Sprawcy:

Wśród wyjątkowo licznej obsady aktorów drugoplanowych pozostających do dyspozycji cywilizowanej elity, by szerzyć strach są dziennikarze prasowi, telewizyjni eksperci i legion podrzędnych polityków wspinających się po lepkim maszcie władzy. Kulturowo zaszczepiony strach – na przykład potrzeba „wojny z terroryzmem” – równie dobrze może być propagowany przez znajomych, z którymi masz codzienny kontakt; ciebie nie włączając, jeśli uczestniczysz we wzniecaniu paniki.

10) Stosuje się wobec nas przemoc.

Opis:

Jeżeli nie jesteś dostatecznie przestraszony/przestraszona, trzeba cię zranić. Nie jest to niefortunny skutek uboczny nieprzestrzegania cywilizacyjnych reguł; to zasadnicza część natury cywilizacji. Znęcanie się jest zjawiskiem endemicznym występującym w każdej klasie społecznej, każdych barwach politycznych, każdej instytucji i kulturowym poddziale świata, który uznajemy za normalny. Jednak mimo swego inherentnego charakteru ujawnia się ono w chwili, gdy nasze postępowanie grozi zakłóceniem przepływu jednego z licznych strumieni pieniędzy i władzy zapewniających funkcjonowanie systemu. Jeśli nie poddałeś się wstępnym interwencjom odstraszającym, wtedy nadejdzie kolej na przemoc – prawdziwą przemoc, a nie „przemoc” zdefiniowaną przez rządzących i relacjonowaną przez środki masowej informacji. Jak ujął to Derrick Jensen:

Cywilizacja opiera się na jasno określonej i powszechnie akceptowanej, choć często nie wspominanej, hierarchii. Przemoc stosowana przez tych usytuowanych wyżej w hierarchii wobec tych, którzy uplasowani są niżej jest prawie zawsze niewidoczna, tzn. niezauważana. Kiedy zostaje zauważona, jest w pełni racjonalizowana. Przemoc użyta przez tych, którzy znajdują się niżej w hierarchii wobec tych z góry jest nie do pomyślenia, a gdy do niej dochodzi, odpowiedzią jest szok, przerażenie i fetyszyzacja ofiar.

Kiedy członek społeczeństwa biorący udział w proteście zostaje pobity pałką przez policjanta, czyn ten chroniony jest przez hierarchię, w której operuje policjant; kontekst dyktuje interpretację pobicia: był to racjonalny akt samoobrony. Kiedy podobnego, lub mniej drastycznego, czynu dopuści się wobec funkcjonariusza policji członek społeczeństwa, wówczas akt ten przeciwstawia się hierarchii; potępiany jest głośno i bez przerwy przez wszystkich, którzy mają głos, nawet przez większość uczestników protestu.

Identyfikacja:

Cywilizowanych ludzi tak skutecznie uwarunkowano, by zaakceptowali częste stosowanie przemocy w obliczu sprzeciwu – w obliczu prób uzyskania wolności i powtórnego połączenia się z czymś nie narzuconym przez hierarchię – że identyfikacja przemocy jako Narzędzia separacji stała się zaskakująco prosta. Akt agresji nie kwalifikowany przez media jako „przemoc” najprawdopodobniej jest przejawem ucisku; czymś, co w zamyśle ma utrzymać ludzi na ich miejscach w szeregu. Możemy zatem rozpoznawać systemową przemoc dzięki temu, że nie jest traktowana jako przemoc.

Konsekwencje:

Jeżeli jesteśmy w stanie zaakceptować przemoc w ramach sprawiedliwego społeczeństwa, wówczas jednoznacznie nieetyczny akt staje się normalnością. Nieodłączną częścią życia w rodzinie zdominowanej przez maltretujących rodziców lub partnerów jest normalizacja przemocy: nikt jej już nie zgłasza; toleruje się ją, w najbardziej ekstremalnych przypadkach jest nawet mile widziana. Ofiary nie są zdolne do obrony. Fala przemocy rozbiega się po wszystkich sektorach społeczeństwa: my-krzywdzeni możemy stać się oprawcami. W rezultacie każdy z nas odłącza się od etycznego siebie i przestaje postrzegać ludzi i cały świat przyrody jako ofiary: gwałt jest po prostu zwyczajową formą prowadzenia interesów, więc przestajemy stawiać opór.

Sprawcy:

Pierwszoplanowymi instytucjonalnymi siepaczami są ci, którzy bezpośrednio aplikują „bezpieczeństwo” w imieniu korporacyjnych i politycznych elit: wojskowi, policjanci, ochroniarze prywatnych agencji ochrony i inni pokrewni im egzekutorzy. Nie wystarczy jednak stworzyć świadomego przyzwolenia na maltretowanie; wymaga to bardziej subtelnego narzucenia hierarchii, zwłaszcza patriarchalnej. Tak więc ci, którzy uczą nas zasad cywilizowanego społeczeństwa – m.in. szkolni wychowawcy, duchowni, historycy i raz jeszcze środki masowego przekazu – pomagają uczynić nas sprawcami przemocy i z zapałem wspierają proces separacji.

Autor: Dave Pollard
Tłumaczenie: exignorant
Źródło polskie: Narzędzia separacji cz. I

Witaj! Jeśli zależy Ci na przekazywaniu dalej niezależnych i nie ocenzurowanych informacji, możesz dołożyć swoją cegiełkę. Dzięki darowiznom jestem niezależny od partii, ideologii, religii, koncernów itp i mogę ujawniać Tobie to, co jest przemilczane i ukrywane. Moja działalność zależy m.in. od Twojego wsparcia.

Na konto bankowe – kliknij na obrazek poniżej:

paypal_donate

Na Pay Pal – kliknij na obrazek poniżej:

paypal

Pszczoły giną w zastraszającym tempie, ostatni rok był rekordowy

Pszczoły giną w zastraszającym tempie, ostatni rok był rekordowy

pszczoly ginaWklejam poniżej artykuł o tzw apokalipsie pszczół – czyli zjawisku masowego wymierania rodzin pszczelich. Nie dotyczy to tylko pszczół, ale także np trzmieli. Zjawisko to zostało nazwane „Colony collapse disorder” – CCD. Od 10 lat co roku w prawie każdym kraju umiera miliony pszczół, i wszystko wskazuje na to, że ten trend będzie się nasilał.

W niektórych rejonach Chin i Francji wyginęło już 100% pszczół. W Chinach rośliny muszą być zapylane przez ludzi, co jest strasznie niewydolne, powolne i kosztowne. Co jest przyczyną ginięcia pszczół? Jako przyczyny podaje się pestycydy, najczęściej stosowane w rolnictwie GMO, stacje bazowe telefonii komórkowej (fale GSM), zanieczyszczenia powietrza. Ale także systematyczny wzrost częstotliwości Schumanna, czyli ziemskiego „zegara” dostrajającego życie na powierzchni Ziemi.

Wzrost częstotliwości Schumanna ma odpowiadać za wymieranie nie tylko pszczół. Bowiem od kilku lat notuje się ogromne, masowe pomory innych zwierząt na całej Ziemi. Giną często miliardy zwierząt – ptaków, homarów, krabów, ryb, waleni, i innych. Wiele organizmów ma nie wytrzymywać zwiększającego się od końca lat 80-tych XX wieku „pulsu Ziemi”, czyli częstotliwości Schumanna.

Przeczytaj także o „apokalipsie pszczół” i nie tylko:
Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania
Miliardy martwych zwierząt w 2013 roku. „Masowy pomór się nasila, obecny rok to absolutny rekord”
Raport: na północy Europy ginie najwięcej pszczół

Cytuję: „W tym systemie za uczciwość nic nie ma, w tym systemie z uczciwości i prawdy się szydzi i śmieje, traktuje się ja jako niedojrzałość. Ale to nie wszystko, w tym systemie należy też, będąc psychopatą udawać, że wszystko jest świetnie. Ten świat jest już od dawna skończony, ale brakuje kropki nad „i” w postaci globalnej katastrofy.Czytaj dalej „Pszczoły giną w zastraszającym tempie, ostatni rok był rekordowy”

Otworzyć drzwi do lasu: żyjemy w coraz bardziej sztucznym, oderwanym od przyrody świecie

Otworzyć drzwi do lasu: żyjemy w coraz bardziej sztucznym, oderwanym od przyrody świecie

Zapraszam do przeczytania szokującego artykułu ze strony „Nowy Obywatel”. Porusza on w skali mikro temat, który jest znacznie szerszy niż by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. W artykule tym przedstawione jest stopniowe „odcinanie” społeczeństw od ich pierwotnych korzeni. Tutaj mówi się o oderwaniu nas od przyrody. Na lekcjach gdzie przedstawia się te zagadnienia, porusza się głównie tematy takie jak mikrobiologia – bo tego chce rynek pracy i dyktujące jego prawa korporacje.

Wszystko zostało sprowadzone do psychopatycznego, kapitalistycznego modelu generowania zysku za wszelką cenę. Wszystko staje się towarem, produktem, wszystko jest postrzegane w sposób redukcjonistyczny, a więc materialistyczny. W naszej cywilizacji rozpaczliwie brakuje głebi poznania, bo odcięcie od korzeni oznacza automatycznie brak możliwości wzniesienia się w metaforyczne przestworza.

Odcięcie nas od korzeni, od prapoczątku – czyli od przyrody – oznacza także odcięcie nas od „latania w obłokach”, czyli duchowości. Jesteśmy jakby zawieszeni w próżni. Bez doświadczania podstawy, bez łączności z naszymi „profanicznymi” korzeniami, sfera metafizyczna kuleje. Takie technokratyczne i materialistyczne podejście do świata, do stworzenia, to jeden z filarów współczesnego wirusa mentalnego, współczesnego kalectwa, które rozprzestrzenia się na duża skalę. Ten wirus, który infekuje wielu ludzi, to inaczej racjonalizm i ateizm.

Nie tylko oznacza on kult dzisiejszej „nauki” – „nauki” skorumpowanej, zaprzedanej, często zbrukanej zbrodnią. Ludzie tak postrzegający świat, negują np terapie ziołowe. Mają oni przeświadczenie typowo kartezjańskie, iż człowiek jest czymś w rodzaju maszyny. I że wystarczy zażycie odpowiedniej tabletki wyprodukowanej przez korporację, by tę maszynę naprawić.

Ci sami ludzie negują także wszelkie doświadczenia i teorie metafizyczne, sprowadzając wszystko co odczuwa i czego doświadcza człowiek, do impulsów elektrycznych w mózgu. To oni uważają, że już wkrótce całą tajemnicę emocji jak i duchowego poznania wyjaśnią modele bechawioralne ludzkiego mózgu. Cóż, ja tę śpiewkę słyszę od połowy lat 90-tych i nic nie wskazuje na to, że tak się stanie.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

przyroda

Cytuję: „Bywa tak, że im częściej i więcej mówi się o czymś, tym mniej postaw i zachowań odpowiadających deklaracjom. Tak jest również w przypadku tego, co potocznie określamy mianem ekologii. Prawie wszystko ma dziś swoje wersje „eko”, a tak lub inaczej pojmowana ochrona środowiska stanowi już niemal popkulturową modę. Mimo to żyjemy w świecie coraz bardziej „sztucznym”, w separacji od przyrody.

Mówi o tym niedawno przetłumaczona na język polski książka Richarda Louva pt. „Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury”. Choć skupia się na młodym pokoleniu, jest to analiza – i zarazem alarm – na temat tego, że mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych przestają mieć związek z realną przyrodą i „namacalnym” środowiskiem naturalnym. Warto oddać głos autorowi, który w bardzo klarowny sposób snuje opowieść: „W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie.

Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem. Kiedy byłem mały, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że moje lasy znajdują się w ekologicznej łączności z innymi lasami. W latach 50. nikt nie mówił o kwaśnych deszczach, dziurze ozonowej czy globalnym ociepleniu. Mimo to świetnie znałem swoje lasy i pola, znałem każdy zakręt strumyka i zagłębienie w piaszczystych ścieżkach. Wędrowałem po nich nawet we śnie. Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury. Ta książka dotyczy rosnącej przepaści między naszymi dziećmi a światem przyrody oraz jej środowiskowych, społecznych, psychologicznych i duchowych konsekwencji.”

Richard Louv urodził się w roku 1949. Problem, który sygnalizuje, nie jest jednak efektem rozczarowania światem obecnym, nie jest to standardowa litania skarg i żalów człowieka już niemłodego, że „dawniej było lepiej” itd. Jakkolwiek zarówno wiek autora, jak i zanurzenie jego narracji w realiach amerykańskich (a więc bardziej, jak przystało na kraj zamożniejszy, „stechnicyzowanych”) nie pozostają bez znaczenia, to jednak nie mają one nic wspólnego z narzekaniami „zgorzkniałego starca” na „dzisiejszą młodzież”. Będąc o niemal półtora pokolenia młodszym od Louva i mieszkając w Polsce, podczas lektury miałem wciąż rosnące przekonanie o trafności jego analizy i dobrym rozpoznaniu rzeczywistości. Moi rówieśnicy, a nawet sporo osób o dekadę młodszych, szczególnie niebędących od małego mieszkańcami wielkich miast, zapewne pamiętają z dzieciństwa liczne związki z przyrodą.

Realizowane mimochodem, bez „eko” haseł i trendów, najzwyczajniej w świecie – lasy, łąki, pola, zarośla itp. były naturalnym punktem odniesienia i miejscem spędzania czasu. „Bazy” na drzewach, szałasy budowane w wakacje, całe dnie spędzane w „dzikich” miejscach (nawet jeśli były nimi zwykłe krzaki na obrzeżu osiedla), napędzane ciekawością eksplorowanie wszelkich możliwych nieużytków, wagary czy turystyczne nieformalne wyprawy wśród przyrody – wszystko to było dla mnóstwa osób z tego pokolenia chlebem powszednim. Było też czymś zgoła odmiennym od sposobu, w jaki spędzają czas dzisiejsze dzieci i młodzież – przed ekranami telewizorów i monitorami komputerów, w pomieszczeniach, w przestrzeni coraz bardziej uporządkowanej, z dala od choćby niewielkich i skromnych miejsc opanowanych przez przyrodę inną niż całkowicie „sztuczne” parki i inne oficjalne „tereny zielone”. Ba, znaczna część dziecięcej aktywności dzisiejszych 30–40-latków mogłaby przyprawić ich samych o palpitację serca w przypadku potencjalnych zachowań własnych pociech, jeśli nawet nie wywołałaby surowej reprymendy ze strony rodziny, sąsiadów, a może nawet przedstawicieli instytucji opiekuńczo-kontrolnych.

„Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą” – stwierdza Louv. Prowadzi to do zjawiska, które określa on przy pomocy autorskiego terminu „zespół deficytu przyrody (natury)”. Niełatwo zdefiniować ten problem, choć staje się on dość oczywisty, gdy połączymy intuicyjne skojarzenia ze wspomnieniami i refleksjami nas samych lub osób wychowanych dawniej. Autor „Ostatniego dziecka lasu” przywołuje własne dzieciństwo, opinie innych dorosłych, a także tych – będących w mniejszości wśród rówieśników – dzieci, które obecnie spędzają wiele czasu wśród przyrody.

Wszyscy oni podkreślają, że obecne młode pokolenie jest coraz bardziej odseparowane od natury, niewiele o niej wie, nierzadko boi się takiego otoczenia lub zupełnie nie potrafi w nim zachować. Louv określa to mianem przekroczenia trzeciego pogranicza, nawiązując do popularnej w USA teorii. Mówi ona, że pierwsze pogranicze przekroczono, gdy kolonizacja kontynentu zakończyła się po wyczerpaniu zasobów niezagospodarowanej ziemi pod koniec XIX wieku. Drugie – sto lat później, gdy w roku 1990 rolnicy stanowili już tylko 1,9 proc. populacji USA i rząd uznał, że niepotrzebny stał się coroczny spis ludności z tej grupy. Trzecie pogranicze przekroczono, zdaniem autora książki, obecnie, w pokoleniu dzieci rodziców z roczników 1946–1964. To dzieci, których większość nie zetknęła się z życiem na wsi, nie mają tam rodziny, nie stykają się w codziennym życiu z lasami, łąkami czy innymi okolicznymi obszarami przyrodniczymi. To pokolenie do cna „miejskie”, „stechnologizowane”.

Autor stawia pytania o przyczyny takiego stanu rzeczy. Jest ich wiele. Oprócz nawyków związanych z nowymi technologiami czy rosnącym komfortem życia są to także zjawiska mniej oczywiste. Na przykład efekt coraz częstszych zakazów – dzieciom zabrania się wchodzić na drzewa w parkach, budować „domki” czy „bazy” wśród nieużytków lub tamy na strumieniach, wędkować, a nawet jeździć rowerami poza wytyczonymi trasami. Tak dzieje się szczególnie w osiedlach na przedmieściach i stanowi to syntezę kultu własności prywatnej oraz amerykańskiej plagi związanej z pozwami sądowymi o odszkodowania za ewentualne wypadki, urazy, skaleczenia, zniszczenie mienia itp. Im mniej dzieci robią samodzielnie i poza drobiazgową kontrolą, tym mniejsze ryzyko, że komuś coś się stanie na terenie, za który ktoś inny odpowiada.

Zatem zakazuje się maluchom w zasadzie wszystkiego, co spontaniczne. Jakkolwiek rośnie ilość młodych uczestników zajęć sportowych i rekreacyjnych oraz czasu poświęcanego na tę aktywność, dokonuje się to jednak w sposób drobiazgowo zorganizowany i w „sztucznej”, całkowicie zaplanowanej przestrzeni. Louv przytacza słowa jednego z rodziców: „Nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad. A potem są strofowane, kiedy siedzą przed telewizorem – i wysyłane do zabawy na dwór. Tylko gdzie? W jaki sposób? Czy powinny zacząć uprawiać kolejny zorganizowany sport? Nie wszystkie dzieci chcą być cały czas zorganizowane. One pragną dać upust swojej wyobraźni; zbadać, dokąd płyną strumienie.”

Inna z przyczyn separacji od przyrody również ma charakter bardzo konkretny – to po prostu „wypychanie” natury z naszego otoczenia. Rozrost miast i osiedli powoduje, że znikają okoliczne lasy czy łąki. Ci, którzy mieszkali niegdyś na obrzeżach, teraz znajdują się w centrum aglomeracji, a nowi mieszkańcy „pogranicza” stykają się ze swoimi odpowiednikami z okolicznych miejscowości. Dotyczy to także osób, które zapłaciły setki tysięcy dolarów za możliwość mieszkania z dala od centrum, „w ciszy i spokoju”, bo takich jak oni było wielu, więc wspólnie zniszczyli te walory zasiedlanych okolic. Również w miejscach zurbanizowanych od dawna, w centrach miast itp. drastycznie ubywa terenów zielonych – czy będą to parki wypierane przez komercyjną zabudowę albo przez drogi dojazdowe (gdy takim terenom uda się przetrwać, zwykle są coraz bardziej drobiazgowo zagospodarowane i pełne obostrzeń dotyczących dozwolonej aktywności), czy też rozmaite nieużytki, opuszczone parcele, empty spaces, gdzie dawniej nieco swobody znajdowały przyroda i ludzka/dziecięca kreatywność. Na przykład w Los Angeles zaledwie 30 proc. mieszkańców żyje w takiej odległości od parków, która pozwoliłaby bywać w nich bez większych, specjalnie przedsięwziętych wysiłków. W niektórych miastach USA w parkach pojawiła się… sztuczna murawa.

Wszędzie tam, gdzie istnieją duże skupiska ludzi, coraz trudniej o możliwość łatwego i szybkiego kontaktu z przyrodą – staje się ona celem odległym, więc nieoczywistym. Zjawisko to przybiera formy skrajne, a zarazem masowe: „Według danych Amerykańskiego Biura Statystycznego w 1910 roku klimatyzację miało tylko 12 procent domów. Ludzie otwierali okna i wpuszczali do mieszkań nocne powietrze, odgłosy wiatru i szeleszczących liści. Kiedy na świat przyszło pokolenie baby boomers (lata 1950.), już połowa domów miała klimatyzację. W 1970 roku odsetek ten wzrósł do 72 procent, a w 2001 roku do 78 procent.” Maleje nawet liczba osób podziwiających przyrodę i krajobraz przez okna samochodów, bo na oparciach przednich foteli montuje się ekrany dla dzieci siedzących z tyłu – mogą oglądać telewizję, filmy z odtwarzaczy lub zajmować się grami.

Podobnej tendencji podlega edukacja – z przyrodą niełatwo „spotkać się” także w szkole. Coraz mniej w niej zajęć z historii naturalnej, z rozpoznawania gatunków i siedlisk, szczególnie lokalnych, a coraz więcej zarówno mikrobiologii (co wynika z trendów biznesu i rynku pracy), jak i ogólnikowej wiedzy o globalnym ekosystemie (co jest pochodną profilu współczesnego ruchu ekologicznego i popularności jego narracji). Według jednego z rozmówców Louva „nawet w naukach ścisłych, gdzie przyroda odgrywa tak istotną rolę, uczniowie poznają ją w sposób suchy i zmechanizowany. Jak działa echolokacja u nietoperzy, jak rośnie drzewo, dlaczego nawożenie gleby poprawia wydajność upraw? Dzieci patrzą na przyrodę przez pryzmat eksperymentu laboratoryjnego.” Młodzi coraz więcej wiedzą o globalnych problemach ekologicznych, a jednocześnie są coraz bardziej skrupulatnie odcinani od kontaktu z realną przyrodą, w tym tą lokalną. Ma to już, zdaniem Louva, określone skutki – przyroda przestaje być czymś ciekawym i atrakcyjnym. W efekcie na przestrzeni zaledwie pokolenia znacznie zmalała liczba osób odwiedzających amerykańskie parki narodowe, a w niektórych z nich jest to spadek odwiedzin o nawet połowę. Tylko w latach 1991–2001 aż o 10 milionów Amerykanów zmniejszyła się liczba osób biorących udział w różnych formach rekreacyjnego obserwowania przyrody i kontaktu z nią.

Dochodzi do sytuacji tak kuriozalnych jak ta, że organizacje i inicjatywy niegdyś bazujące na kontakcie z przyrodą rezygnują z takich zajęć i sposobów spędzania czasu. Nawet uczestnicy ruchów ekologicznych czy obrony praw zwierząt często nie mają żadnych „zwykłych” związków z przyrodą. Louv przytacza opinię jednego z działaczy indiańskich: „Jedyne zwierzęta, z którymi zetknęli się ci młodzi aktywiści, to ich zwierzęta domowe. Poza tym napotykali je w ogrodach zoologicznych, oceanariach albo podczas wypraw na obserwowanie wielorybów. Są całkiem oderwani od źródeł swojego pożywienia – nawet od soi i innych białek pochodzenia roślinnego, które konsumują.” W innym miejscu Louv pisze o ruchu obrońców środowiska, że „zaczął się opierać na wymuskanych prawnikach w Waszyngtonie, a nie na miejscowych przyrodnikach w zabłoconych butach.” I dodaje: „w miarę, jak ochrona przyrody staje się coraz bardziej teoretycznym pojęciem oderwanym od radosnego doświadczania świata za oknem, musimy się zastanowić, skąd wezmą się przyszli obrońcy przyrody?”

Nie jest to pytanie bezzasadne, bowiem przywołane przez autora „Ostatniego dziecka lasu” wyniki badań dotyczących przyczyn zaangażowania w obronę przyrody są jednoznaczne. Mówią one, że starsze pokolenie „działaczy ekologicznych” wskazuje jako główny powód swojej aktywności zetknięcie się lub częste przebywanie w dzieciństwie w otoczeniu całkiem naturalnym lub przekształconym tylko częściowo (wiejskim). Również wśród „biernej” części społeczeństwa osoby sympatyzujące z postulatami ochrony przyrody to przede wszystkim te, które w dzieciństwie miały możliwość udziału w „zajęciach na łonie przyrody”. Louv konkluduje: „Ochrona przyrody zależy od czegoś więcej niż tylko od siły […] organizacji ekologicznych. Zależy także od jakości relacji młodych ludzi z przyrodą – od tego, w jaki sposób – jeśli w ogóle – młodzież przywiązuje się do natury.” Organizacjom ochroniarskim dostaje się też za wylewanie dziecka z kąpielą. Jakkolwiek Louv nie uznaje wędkarstwa czy tym bardziej myślistwa za postawy moralnie obojętne, to uważa, że „miejska” czy „humanitarna” ekologia spod znaku m.in. potępiania łowienia ryb, bez zaproponowania i wypromowania wśród młodych ludzi realnych alternatyw z dziedziny spędzania czasu na łonie natury, jeszcze bardziej przetrzebia szeregi osób mających szanse nawiązać więź z przyrodą.

Autor „Ostatniego dziecka…” ukazuje również przeobrażenia, jakim w USA uległy skauting/harcerstwo. Na masową skalę rezygnują one lub ograniczają zasięg takich działań i form aktywności, które miały związek z otoczeniem przyrodniczym. Ośrodki harcerskie stają się luksusowe i oddalone od „dziczy”, a ich program to w dużej mierze zajęcia dotyczące samorozwoju w „sztucznym” otoczeniu, niewiele mające wspólnego z dawnymi ideałami i aktywnościami skautowskimi. I tutaj nie dzieje się to bez głębszych przyczyn. Po pierwsze, im mniej czasu na wychowanie dzieci mają zapracowani i „mobilni” rodzice, tym więcej oczekują od takich organizacji aktywności stricte moralno-wychowawczej. Po drugie – stale rosną, do horrendalnych kwot, koszty ubezpieczeń za zajęcia prowadzone w „niepewnych” czy „potencjalnie niebezpiecznych” warunkach, zatem taniej jest zorganizować wyjazd dzieci i młodzieży w sterylne i zaplanowane miejsca niż tam, gdzie przyroda i skauci mają choć trochę swobody. Po trzecie – bo sami rodzice – a pod ich presją opiekunowie i wychowawcy – wymagają absolutnego bezpieczeństwa swoich pociech, oburzając się na takie niegdyś oczywiste formy spędzania czasu, jak piesze wędrówki po lasach czy górach, wspinanie się na drzewa itd.

Ano właśnie – bezpieczeństwo. Chyba kluczowym wśród czynników sprawczych separowania młodego pokolenia od przyrody jest ogromny wzrost różnych obaw o ich zdrowie i życie. Richard Louv nazywa to „syndromem Baby Jagi” – coraz silniejszym, wręcz obsesyjnym lękiem, że dzieciom stanie się coś złego. Media epatują zagrożeniami i innymi skandalizująco-alarmistycznymi przekazami, zwykle bazującymi na jednostkowych przypadkach, które jednak zwielokrotnione przez wszystkie kanały informacyjne urastają do rangi masowego zjawiska. Maleją dzietność i ogólna liczba dzieci, a więc maluchy stają się „rzadkim dobrem”. Celowo podsycana jest histeria przez rozmaite lobbies o nierzadko szczytnych celach. Autor podaje przykład Fundacji na rzecz Obrony Dzieci, która twierdziła – i dotarła z takim przekazem do milionów odbiorców – że od 1950 r. co roku podwaja się liczba dzieci zabitych z broni palnej w USA; gdyby była to prawda, w roku 1983 liczba zabitych musiałaby wynieść 8,6 miliarda, czyli więcej niż populacja globu. Powszechne jest przekonanie o wszechobecnej przemocy i innych ryzykach. Wszystko to sprawia, że rodzice panicznie boją się o dzieci.

Stąd tylko krok do odseparowania ich od przyrody, która ze swą spontanicznością i nieprzewidywalnością jawi się jako szczególnie niebezpieczna, bo niepoddawalna całkowitej kontroli. Nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością. Wypadki „przyrodnicze” to znikomy, niemal niezauważalny odsetek wszystkich. Rozmaite zagrożenia i przestępstwa w „dzikich” okolicach to również zjawisko rzadkie. Ba, same przestępstwa wobec dzieci mają, wbrew powszechnemu odczuciu, zwykle skalę malejącą – w roku 2005 liczba brutalnych przestępstw wobec młodych ludzi spadła w USA poniżej progu z roku 1975. Te, które wciąż miały miejsce, wcale nie były dokonywane głównie przez „obcych w nieznanym terenie” – np. sprawcami porwań dzieci najczęściej są ich krewni, a miejsca takich zdarzeń to dom rodzinny lub jego otoczenie. Tymczasem w USA występuje duży i ciągle rosnący lęk przed obszarami przyrodniczymi, znów całkowicie wbrew faktom, bo np. liczba przestępstw w parkach narodowych znacząco spadła w ciągu kilku dekad, a ich liczba bezwzględna jest śmiesznie niska w stosunku do liczebności populacji odwiedzającej takie tereny. Ogromne żniwo zbiera wśród dzieci w USA otyłość, problemem jest także znaczne spowolnienie spadku śmiertelności niemowląt, natomiast „zwyrodnialcy czyhający w dziczy na naszych milusińskich” występują głównie w filmach kryminalnych i thrillerach. Powstaje typowe błędne koło: im bardziej boimy się przyrody, tym słabiej ją poznajemy – a im słabiej ją znamy, tym bardziej się jej boimy…

Nawiasem mówiąc, choć autor opisuje tendencję bez wątpienia globalną, a przynajmniej typową dla krajów wysokorozwiniętych, to z lektury wyłania się obraz Stanów Zjednoczonych jako kraju z pogranicza „społecznej paranoi”. W „Ostatnim dziecku lasu” mamy sporo fragmentów znamionujących miłość Louva wobec swojej ojczyzny, jej dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, jednak jest to zarazem – zapewne częściowo nieświadome – oskarżenie USA o daleko posunięte zwyrodnienie relacji społecznych, życia publicznego i rodzinnego, kultury i etosu, prawodawstwa i jego stosowania itd.

Badania wskazują, że w kwestii odseparowania dzieci od przyrody mamy do czynienia nie tylko z subiektywnymi wrażeniami lub obserwacjami autora „Ostatniego dziecka…”. Na przykład badania Sandry Hofferth z Uniwersytetu Maryland mówią, że w ciągu zaledwie sześciu lat (1997–2003) o połowę zmniejszyła się liczba dzieci odbywających piesze wędrówki i spacery, zabawy na plaży, w lesie, na podwórku lub w ogródku. Ta sama naukowiec twierdzi, że w ciągu minionego ćwierćwiecza o 9 godzin tygodniowo zmniejszył się wymiar czasu poświęcanego przez dzieci na swobodną zabawę poza domem. Badania Rhondy L. Clements mówią z kolei, że 71 proc. dzisiejszych matek pamiętało z dzieciństwa codzienną zabawę na dworze, lecz tylko 26 proc. tej grupy znało to zjawisko z życia swoich dzieci; dotyczyło to także osób zamieszkujących obecnie obszary wiejskie i przedmieścia. Ankieta przeprowadzona wśród rodziców przez czasopismo „American Demographics” w roku 2002 wykazała, że 56 proc. obecnych rodziców w USA miało w wieku 10 lat swobodę w kwestii samodzielnego pójścia lub pojechania rowerem do szkoły, a tylko 36 proc. z nich pozwala na to samo własnym dzieciom. Z kolei naukowcy brytyjscy – bo tendencja nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych – już w 1990 r. zauważyli, że w tym roku swoboda poruszania się przyznawana 10-latkom była taka sama, jaką w roku 1971 cieszyli się już siedmiolatkowie.

Co zatem robią najmłodsi? Na przykład w USA dzieci w wieku 6–11 lat spędzają co najmniej 30 godzin tygodniowo przed telewizorem lub komputerem, a nieco starsze – średnio 6,5 godziny dziennie. Nawet gdy tego nie robią, przebywają głównie – oprócz szkoły – w domach lub w „sztucznych” przestrzeniach skomercjalizowanych (centra handlowe itp.) i terenach sportowych w ramach zorganizowanych i drobiazgowo zaplanowanych zajęć. Według badań naukowców z Uniwersytetu Stanu Maryland, w latach 1981–2003 dzieci o 9 godzin więcej w tygodniu poświęcają na zajęcia szkolne lub inne edukacyjne, a czas spędzany przed komputerem uległ podwojeniu. Naukowcy z Uniwersytetu Michigan twierdzą na podstawie badań, że w latach 1981–1997 o 20 proc. wzrosła ilość czasu poświęcanego na naukę i edukację już w grupie dzieci do lat siedmiu. Nie tylko nie ma tu miejsca na przyrodę, lecz coraz mniej jest go także na jakąkolwiek spontaniczność i swobodę, na to, co instynktownie kojarzymy z kwintesencją dzieciństwa.

W ten sposób powstało, jak nazywa je Louv, „pierwsze odnaturalnione pokolenie”. Nie wiemy jeszcze dokładnie – bo mało kto prowadzi stosowne badania, zwłaszcza długofalowe – do jakich prowadzi to skutków, ale mamy już pewne przesłanki i intuicje. Louv przytacza rozmaite analizy i obserwacje, z których wynika m.in., że brak kontaktu z przyrodą ma negatywny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, dobre samopoczucie, nastrój itp. Znane są badania grup pacjentów, którzy szybciej wracali do zdrowia, gdy okna szpitalne wychodziły na tereny zielone; badania grup więźniów, którzy częściej zapadali na różne choroby, jeśli z cel mogli spoglądać tylko na „cywilizację”; badania pracowników biurowych, których samopoczucie i wydajność rosły wraz z dostępem do widoku przyrody za oknami urzędów i siedzib korporacji. Skandynawskie obserwacje grup dbających o kondycję w różnym otoczeniu mówią nam, że bardziej wypoczęte, spokojne i mniej depresyjne były osoby np. biegające czy ćwiczące pośród przyrody i otwartego krajobrazu niż w siłowniach czy salach gimnastycznych, choć wykonywały podobny zestaw czynności.

Banalna jest konstatacja, że dzieci i dorośli prowadzący „domowy” tryb życia znacznie częściej narażeni są na nadwagę, otyłość, choroby cywilizacyjne itp., ale już mniej oczywista (i słabiej zbadana) jest zależność między malejącą ilością czasu spędzaną pośród natury a wzrostem przypadków depresji i podobnych przypadłości oraz spożyciem leków mających im przeciwdziałać. Badania Nancy Wells i Gary’ego Evansa wykazały, że dzieci mieszkające w otoczeniu przyrody, nawet jeśli nie spędzały czasu wśród niej, rzadziej wykazywały zaburzenia zachowania, lęki i depresję, a także miały wyższą samoocenę niż ich rówieśnicy z bardziej „sztucznych” okolic. I odwrotnie: istnieją coraz silniejsze przesłanki na rzecz tezy, że kontakt z przyrodą, częste przebywanie w jej otoczeniu itp. znacznie łagodzą objawy i natężenie ADHD, zbierającego coraz obfitsze żniwo wśród dzieci i młodzieży (w samych USA jest to kilka milionów dzieci). Jeszcze inne badania i spostrzeżenia mówią o dobroczynnym wpływie swobodnej aktywności wśród przyrody na zdolności manualne, wyobraźnię, samodzielność, umiejętność rozwiązywania praktycznych problemów czy zapoznanie się z prawami fizyki w praktyce.

Tego rodzaju argumentów znajdziemy w książce wiele, ale moim zdaniem nie one są najważniejsze. Wielką zaletą „Ostatniego dziecka lasu” jest zwrócenie uwagi na aspekty mniej wymierne i oczywiste, lecz ważne i intuicyjnie dostrzegane przez – jak sądzę – niemało osób. Obcowania z przyrodą (lub jego braku) nie da się sprowadzić do zestawu policzalnych korzyści z dziedziny zdrowia fizycznego i psychicznego. Powiedzmy więcej: poprzestanie tylko na nich byłoby poddaniem się tej samej tendencji, którą książka krytykuje – tendencji wspierającej świat coraz bardziej sztuczny, interesowny, merkantylny, w wąski sposób racjonalny. Tymczasem Louv wspomina także coś zupełnie innego: „Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie rowerem po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?”

W zgodzie z duchem amerykańskiego pragmatyzmu, autor „Ostatniego dziecka…” nie tylko opisuje problem i jego różnorakie aspekty, lecz także proponuje środki zaradcze. Najprostsze, zdroworozsądkowe, to m.in. zabieranie dzieci na spacery czy wycieczki terenowe, zachęcanie ich do zabaw w ogrodzie i dokładnego poznawania jego wybranego fragmentu, różne formy spędzania czasu na łonie natury czy to z rodziną, czy z szerszym kręgiem sąsiedzko-towarzyskim. Bardziej zaawansowane to działania instytucjonalne, poczynając od tworzenia i rozwoju terenów zielonych w miastach (i dbałości o nadanie im „niesterylnego” charakteru) czy ochrony rozmaitych „nieużytków”, a kończąc na reformach w sposobie funkcjonowania szkół, m.in. tworzeniu ogrodów czy mini-rezerwatów przy takich placówkach, organizowaniu wyjazdów na „zielone szkoły” i obozy terenowe, położenie nacisku na poznawanie otoczenia przyrodniczego w okolicy, dokonanie zmian w programach nauczania. Jeszcze szerzej zakrojone są postulaty zmian formalnoprawnych, np. likwidacji wielu zakazów, które mając chronić dzieci czy własność prywatną, skutkują utrudnianiem aktywności w otoczeniu przyrodniczym. Mowa też o konieczności stopniowych przeobrażeń dotyczących kultury narodowej.

Louv kilkakrotnie podkreśla, że jedna z głównych barier w korzystaniu z możliwości przebywania na łonie natury to amerykańskie postawy spod znaku pieniactwa sądowego, podsycanego przez „przemysł adwokacki”. Ważne są także kwestie administracyjne, jak konieczność powrotu do całościowego planowania przestrzennego, aby można było tworzyć lub ocalić tereny zielone, miejsca przyrodnicze itp. Najszerzej zakrojona, choć, jak przyznaje sam autor, najbardziej niekonkretna wizja, to proces „powrotu do ziemi”. Całe regiony USA wyludniły się wskutek upadku niewielkich gospodarstw rolnych i obsługujących je miasteczek. Na przykład w stanie Kansas część hrabstw jest zaludniona słabiej niż w roku 1890, a na Wielkich Równinach istnieje prawie 200 hrabstw o gęstości zaludnienia mniejszej niż 6 osób na milę kwadratową, czyli poniżej wskaźnika oznaczającego, że dany teren jest traktowany jako zamieszkały. Louv przekonuje, że to znakomity punkt wyjścia do ponownego zasiedlania obszarów przez ludzi świadomych wagi problemu związanego z oddzieleniem od przyrody.

We wszystkich tych pomysłach autor „Ostatniego dziecka lasu” próbuje pozyskać dla sprawy różne grupy, nie tylko tak oczywiste jak rodzice, nauczyciele czy lokalni decydenci, ale także naukowcy i przywódcy religijni. Szczególnie ci ostatni – i w ogóle środowiska religijne – są, jego zdaniem, ważnym sojusznikiem, gdyż przekonany jest, co potwierdzają amerykańskie badania, że to właśnie wartości duchowe są częściej skorelowane z wrażliwością na ochronę naturalnego dziedzictwa niż argumenty racjonalne i dyskurs naukowy. Ale nie tylko o kwestie taktyczne tu chodzi. W książce Louva, pełnej argumentów pragmatycznych i konkretnych, wielokrotnie pobrzmiewa – jak wspomniałem – przekonanie, że bez natury, kontaktu z nią czy inspiracji światem przyrody nie jest możliwy pełen rozwój człowieczeństwa i kultury ludzkiej.

Świat coraz bardziej „sztuczny” jest nie tylko „niezdrowy” w sensie psychofizycznym – to także świat, wbrew pozorom, coraz mniej cywilizowany. Mamy w „Ostatnim dziecku lasu” do czynienia z intuicją bardzo podobną do sformułowanej około stu lat wcześniej przez „ojca” polskiej ochrony przyrody, Jana Gwalberta Pawlikowskiego. W swym manifeście „Kultura a natura” stwierdził on, że „Hasło powrotu do przyrody, to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą, to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra.” Trudno o lepsze podsumowanie książki Richarda Louva. Rzecz nie w „powrocie do jaskiń”, jak wszelkie wezwania do ochrony przyrody oraz do ochrony więzi z nią komentują ludzie o bardzo małych rozumkach i podobnie znikomych sumieniach. Wręcz przeciwnie – chodzi o wyrwanie człowieka z jaskiń, nawet jeśli są to jaskinie klimatyzowanych pomieszczeń pełnych najnowszych gadżetów high-tech.”

Autor: Remigiusz Okraska
Źródło: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

BIBLIOGRAFIA

Richard Louv, Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2014, tłum. Anna Rogozińska

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

upadek-cywilizacjiCzytelnik mojej strony napisał:

W tym systemie za uczciwość nic nie ma, w tym systemie z uczciwości i prawdy się szydzi i śmieje, traktuje się ja jako niedojrzałość. Ale to nie wszystko, w tym systemie należy też, będąc psychopatą udawać, że wszystko jest świetnie. Ten świat jest już od dawna skończony, ale brakuje kropki nad „i” w postaci globalnej katastrofy.

Kiedyś rozmawiałem z koleżanką na temat sytuacji na świecie. Popełniłem wtedy ten błąd, że uważałem, iż muszę koniecznie ją uświadomić co do prawdy. Ona w pewnym momencie powiedziała, że wie, że cywilizację czeka za ileś tam lat upadek, ale ją to nic nie obchodzi, bo ona żyje teraz i chce się wyszaleć.

Mało uświadomiony człowiek mylnie zakłada, że kolaps cywilizacyjny, czyli globalny upadek systemowy, nastąpi za 100 czy za 1000 lat. W domyśle przesłanie tego typu myślenia jest proste: „mnie już dawno nie będzie na świecie, więc wolę się zająć tym na co mam wpływ – czyli plotkami, oglądaniem seriali, imprezowaniem i spaniem z kim popadnie„.

A co, jeśli stadium straszliwej niewydolności i powolnego upadku globalnych systemów – ekonomicznych, ekologicznych, politycznych, moralnych, religijnych i innych – właśnie trwa? A co, jeśli te wszystkie wydarzenia rozpoczęły się już dawno temu i właśnie wkraczamy w decydującą ich fazę? Obecnie globalne systemy, które sprawdzały się w poprzednich wiekach, są coraz bardziej niewydolne, a to wszystko toczy się już tylko siłą bezwładu i rozpędu. To znaczy, że każdy już wie, że państwa czekają masowe bankructwa a ekosystemy są w fazie postępującego wymierania. Ale nikt z tym nic nie robi, alternatyw nie ma.

Polecam tłumaczenie artykułu na ten temat, w wykonaniu tłumacza podpisującego się pseudonimem Ex ignorant.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Badanie: Rośnie liczba masowych zgonów zwierząt

Cytuję: „Nie mówimy tu o kilkunastu rybach „zaśmiecających” lokalną plażę. Masowe zgony są pojedynczymi zdarzeniami, które jednorazowo zabijają co najmniej miliard osobników, likwidują ponad 90 procent populacji lub niszczą 700 milionów ton zwierząt – równowartość masy około 1.900 gmachów wielkości Empire State Building.

Według najnowszych ustaleń są one coraz częstsze.

Badanie opublikowane w styczniu 2014 przez Proceedings of National Academy of Sciences jest pierwszym, które sprawdza, czy liczba zbiorowych zgonów rośnie wraz z upływem czasu.

Naukowcy przeanalizowali historyczne zapisy 727 zdarzeń nagłego pomoru od 1940 do 2012 roku i okazało się, że stały się one bardziej powszechne wśród ptaków, morskich bezkręgowców i ryb. Ich liczba nie uległa zmianie w przypadku ssaków, natomiast u płazów i gadów odnotowała spadek.

Choroby, zaburzenia wywołane przez człowieka oraz biotoksyny – jak chociażby spowodowane przez glony czerwone przypływy, które pojawiają się regularnie wzdłuż amerykańskich wybrzeży – to główni winowajcy.

Wielkie pomory mogą trwale zmienić łańcuchy pokarmowe. Zagrażają też m.in. rolniczej działalności człowieka poprzez zakłócenie pracy zapylaczy, takich jak pszczoły.

„Tego rodzaju wypadki są w stanie przekształcić ekologiczne i ewolucyjne trajektorie życia na Ziemi,” napisali autorzy pracy badawczej.

Nie jest jasne, co odpowiada za zwiększającą się częstotliwość występowania chorób i czerwonych przypływów. Prawdopodobnymi przyczynami są zmiana klimatu i degradacja środowiska naturalnego.

Badacze nie wiedzą również, dlaczego istnieje różnica tempa masowych zgonów między grupami zwierząt. Część z nich mogła umknąć uwadze naukowców, co stworzyło wrażenie stałej ich redukcji wśród płazów i gadów.

Jest za to oczywiste, iż brak skoordynowanego zainteresowania uczonych stanowi poważny problem, stwierdzają autorzy badania. „Obecnie większość zbiorowych zgonów prezentowana jest na łamach gazet,” dodają.

Musi nastąpić poprawa monitorowania tych zdarzeń, ponieważ jest to jedyny sposób poznania rzeczywistej skali opresji, w jakiej znalazło się ziemskie życie.

Załamanie populacji europejskich ptaków

Naukowcy oszacowali poziom spadku populacji ptaków w oparciu o dane z 25 krajów dotyczące 144 gatunków.

Europa ma około 421 milionów mniej ptaków niż trzy dekady temu, a obecny sposób eksploatacji środowiska naturalnego nie pozwoli przetrwać wielu pospolitym gatunkom, stwierdzili autorzy analizy opublikowanej w wydawnictwie Ecology Letters (listopad 2014).

Katastrofalna redukcja liczebności spowodowana jest przez nowoczesne metody rolnicze oraz utratę i uszkodzenie siedlisk [wskutek ekspansji przemysłu, miast, sieci drogowej i energetycznej].

„Jest to ostrzeżenie od ptaków w całej Europie,” powiedział Richard Gregory z Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Analiza wykazała, że w przypadku najbardziej pospolitych gatunków – szarych kuropatw, skowronków, wróbli i szpaków – populacje zmniejszyły się o około 90 procent.

Jest to niepokojący trend, ponieważ „mamy do czynienia z grupą przynoszącą ludziom największe korzyści,” powiedział badacz Uniwersytetu Exeter [i przedstawiciel gatunku uważającego się za miarę wszystkiego], Richard Inger. „Znacząca utrata ptaków może być bardzo szkodliwa dla ludzkiego społeczeństwa,” dodał.”

Opracował / źródło polskie: exignorant
Źródło: Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania