WĘDROWAŁ NOCĄ PRZEKRACZAJĄC HORYZONT ZDARZEŃ I WIDZĄC NIEWYOBRAŻALNE

Był dzień 21 czerwca roku znanego tylko nielicznym. Magiczny czas przesilenia letniego, najdłuższy dzień i jednocześnie najkrótsza noc w roku. Wędrowiec zawitał do oddalonej od świata wioski po całej nocy majaczenia i włóczenia się po ogromnym, leśnym poligonie wojskowym. To miało być tylko czerwcowe, letnie grzybobranie pod wieczór, ale zastała go noc, gdy był już dość głęboko w lesie. I co tu dużo mówić, był już dość mocno spity bimbrem który miał w piersiówce. Wszak stary złamas Józio pędzi najlepszy w okolicy bimberek, sprzedając go i zarabiając na nim. Nawet lokalna policja przymyka na to oko i raz na miesiąc wysyła radiowóz po dostawę kilku butelek nektaru bogów. Wędrowiec całą noc w panice gnał przed siebie, co chwilę zmieniając kierunek w którym podążał.

Leśne, gruntowe ścieżki, często prowadzące po prostu donikąd, wyjeżdżone przez pojazdy wojskowe czy traktory, bywają bardzo mylące. Szczególnie na poligonie wojskowym, i to tak ogromnym. Ja pierdole, komu przyszedł do głowy pomysł zbierania grzybów na poligonie wieczorem, i to jeszcze po spiciu się bimbrem Józka? Przecież to istna mikstura czarownic! No tak, to mi przyszedł do głowy ten pomysł. Boże, czy ja wariuję?! Wszędzie ciemno, głucho, słychać tylko pohukiwania sów, jęki jenotów czy wycia wilków. To tylko napędzało narastające wciąż przerażenie Wędrowca. Nigdzie utwardzonej drogi. Nigdzie nawet poświaty latarni. Ba! Nigdzie nie widział nawet pojedynczej majaki świetlnej wskazującej, że gdzieś tam daleko, hen na horyzoncie mogą być ludzkie osady. Ciemny mrok lasu rozświetlały tylko gwiazdy i upiorny blask księżyca w pełni.

Od razu przyszły mu na myśl wszystkie ludowe opowiadania dawno nie żyjącej prababci. Starowinka mawiała, że podczas pełni w lasach można zobaczyć rzeczy i istoty, o jakich ludziom się nie śniło. I nie, nie były to potężne wilki, wgapiające się w Ciebie krwistymi oczyma, z wyszczerzonymi językami, sapiące donośnie i złowrogo. Aura mistycyzmu roztaczała się wokół opowiadań babuleńki, które pamięta jak przez mgłę. Mówiła, że na świecie, a szczególnie na bezdrożach dzieją się rzeczy wprost niewyobrażalne. Tylko trzeba chcieć je zauważyć. Twierdziła, że są to opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. Że pokolenie jej babć i dziadków, długie lata temu, wiedziało o spotkaniach na bezdrożach, o tajemnicach lasu, o duchach przodków przychodzących w snach podczas życiowych przełomów. Elfy, skrzaty, leśne gnomy, tajemnicze zjawy miały straszyć, denerwować, pomagać, i dawać nadzieję zbłąkanym wędrowcom. A czasami nawet podpowiadać poprawny kierunek, by nie zabłądzili oni na zawsze. Ale wg starszej, siwej kobiety, z biegiem lat wiedza ta przekazywana w ustnych przekazach, zanikła niemal zupełnie.

Oczywiście jako mały dzieciak traktował te opowiastki ludowe z przymrużeniem oka. Jednak teraz wróciły one do niego ze zwielokrotnioną siłą. Strach stał się dojmujący. Kroki które stawiał w lesie, kruszący się pod stopami chrust czy pękające gałęzie, przeplatane pohukiwaniem sów i głosami innego ptactwa, miały w tej chwili zupełnie inny wymiar, niż podczas zwykłego, rodzinnego grzybobrania w dzień. No i do diaska, przecież zgubił się, od dawna nie wie gdzie jest, a te wszystkie leśne bezdroża wyglądają tak samo, pełne są pułapek i prowadzą donikąd. Niejeden raz wpadł w jakiejś obniżenie terenu. Niejeden raz szedł polną drogą, która nagle się kończyła. Niejeden raz nadepnął na mrowisko lub na kupę chrustu, która załamała się pod jego ciężarem a on sam wpadł w dołek. Pewnie jego twarz i skóra wyglądały jak siedem nieszczęść.

Patrząc na niebo zauważył, że zbliża się powoli pierwsza, letnia poranna zorza. Choć las był dalej nieprzeniknioną, mroczną niewiadomą, to niebo na wschodzie było już lekko granatowe. Nie był to nawet początek wschodu Słońca, ale jego pierwszy, nieśmiały zwiastun. Szedł dalej i z niemałym przerażeniem pomieszanym z nadzieją doszedł do wniosku, że.. idzie asfaltową drogą! Był tak zmęczony i przestraszony, że nawet tego nie zauważył. Droga była wąska, wiejska, prowadząca gdzieś do maleńkich wiosek zapadniętych pośród lasów i łąk, gdzie nie dojeżdżają nawet PKSy. To oznaczało też, że opuścił teren poligonu wojskowego i znajduje się już na terenie cywilnym.

Niestety, ale nie przyniosło mu to zbytniej ulgi dla jego zlęknionej nocną wędrówką duszy. Trzeźwiał już i widział, że świt zbliża się coraz bardziej. Miał nadzieję, że idąc drogą, po bokach której rosną posadzone dawno temu wielkie drzewa, w końcu natrafi na ludzką osadę. To właśnie ten magiczny moment, gdy noc powoli, acz niechętnie ustępuje miejsca dniu. Choć przecież noc owa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Choć senna osnowa ciemności, lekko tylko przerywana przez wschodzące słońce, wciąż dawała się we znaki. Nagle Wędrowiec zauważył przed sobą wioskę. Zaledwie kilka zabudowań pośród lasu z jednej strony, i dzikiej, trawiastej łąki z drugiej strony.

Na początku myślał, że to jakaś fatamorgana, albo że dalej jest na terenie poligonu, a to, co widzi to zabudowania ćwiczebne. W myślach widział spadające bomby zrzucane podczas ćwiczeń, lub, co gorsza, widział wstających z grobu zmarłych na przestrzeni lat żołnierzy, idących ku niemu by go pożreć żywcem. Jednak wioska okazała się być prawdziwa. Nie pamiętał już jej nazwy, ale zauważył znak drogowy z nazwą i z symbolem obszaru zabudowanego. Słońce coraz śmielej wznosiło się nad horyzontem. Była trzecia, czwarta lub piąta rano, Bóg jeden wie. A Wędrowiec był wyczerpany, podrapany i poszarpany przez gałęzie i zielsko, przerażony i skacowany. Niestety, ale tajemna mikstura wiedźm i czarownic produkowana przez Józia, zwana potocznie bimbrem, miała tę przykrą wadę, że po jakimś czasie przestawała działać, pozostawiając dojmujące i przeszywające objawy, zwane po prostu przepiciem czy kacem.

Chciał tak zwyczajnie podejść do pierwszego domu, zakołatać w drzwi, wzywając pomocy, niczym średniowieczny Wędrowiec, który wiele dni temu zgubił drogę, nie jedząc od wielu dni. Ale Wędrowiec przypomniał sobie, że nie jest żadnym wędrowcem, ale ma imię i nazwisko, numer PESEL, jest poważanym i szanowanym obywatelem swojego kraju. Przecież jest bardzo wczesny ranek, to najkrótsza noc w roku. Przysiadł więc na zniszczonej, drewnianej ławeczce, która była w miejscu, gdzie kiedyś był przystanek PKS. Obecnie przystanku nie ma, ostała się jedynie drewniana, mocno spróchniała ławeczka. Sklepu, który był w pustostanie obok, także nie ma, jest tylko jego upiorny szkielet, straszący wybitymi oknami, obdrapaną farbą i zabitymi dyktą drzwiami.

Jednak nagle zobaczył, że praktycznie w każdym domu we wsi w oknach świeci się światło. Co do diabła?! Serce zaczęło mu bić szybciej. Przecież jest bądź co bądź środek nocy i wszyscy powinni spać! Oczyma wyobraźni widział kilkadziesiąt upiornych oczu, wpatrujących się w niego z okien domostw. Przeszedł się po jedynej we wsi uliczce, rozglądając po domach. W okach paliło się światło, a w jednym domu widać było poświatę emitowaną przez telewizor. Zajrzał przez okno do środka, ale nie był to film, program informacyjny czy cokolwiek innego, ale znana wszystkim plansza wyświetlana podczas usterki. Brak sygnału, to głupie kółko i idiotycznie ułożone kolory. Od komuny tej planszy nie modyfikowali. Drzwi domu były zamknięte, i nikt nie reagował na jego wołanie. „Jest tu kto?!” W jego głosie wybrzmiał dojmujący strach, a echo, które powróciło kilka razy do niego, dosłownie zmroziło mu krew w żyłach.

Spokojnie, skacowany głupku, przecież echo to normalka na takich bezludnych przestrzeniach – tak sobie myślał, oprócz miliona innych myśli, w tym tych coraz bardziej mrocznych, które przelatywały mu przez głowę. Poszedł do końca wioski i znalazł dom, w którym drzwi wejściowe były otwarte. Jego przerażenie sięgało powoli punktu kulminacyjnego. W obejściu jego uwagę przykuła buda dla psa łańcuchowego. Buda jak buda, jakich tysiące na tego typu smutnych, zapomnianych przez Boga i ludzi zadupiach, w których więzione są w ten sposób jeszcze smutniejsze psy. Jednak nie było tam psa. To, co zauważył sprawiło, że serce podeszło mu do gardła, a na czole pojawił się zimny pot. Zobaczył dwumetrowy psi łańcuch przyczepiony do budy, a na końcu tego łańcucha swobodnie leżąca na ziemi obroża. Zupełnie tak, jakby pies..nagle zniknął, wyparował.

Ej, kurwa, obudź się pijacki głupku! Spokojnie, spokojnie, tylko spokój nas uratuje, kurwa jego mać.
-Hej! Jest tu kto?!
tu kto tu kto tu ktoooo” – złowrogo odpowiedziało echo.
-Wejdę do środka, macie otwarte drzwi, martwię się o Was!
-„Was was was was wassss” -echo znowu odpowiedziało, i była to jedyna odpowiedź, jaką usłyszał.

Wszedł więc do tego domu. Zastygł w bezruchu, gdy usłyszał piszczenie telewizora, emitującego ekran awaryjny i dźwięk wody spływającej jakby z prysznica. Dom jak dom, dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Jako że łazienka była najbliżej wejścia, wszedł do niej, i ponownie omal nie dostał zawału ze strachu. Ze słuchawki prysznicowej umocowanej na górze kabiny leciała woda, już całkiem zimna. Stary, poczciwy piecyk elektryczny, często montowany w takich wiejskich domach, miał ograniczoną pojemność i jeszcze bardziej ograniczoną możliwość produkcji ciepłej wody. Zaledwie 120 litrów. Woda która leciała była przeraźliwie zimna, ale nikogo w łazience nie było.

Wędrowiec zaciągnął rękaw koszuli na górę, po czym jednym sprawnym ruchem zamknął przepływ wody używając prysznicowego pokrętła, pamiętającego pewnie czasów komuny. Jednak ponownie przeżył ten specyficzny „mini-zawał”, gdy na dole brodzika zauważył mydło i.. ślubną obrączkę. Jak oparzony wybiegł z łazienki, kierując się ku głównemu pomieszczeniu, w którym przykładni wioskowi obywatele co wieczór gromadzili się przed telewizorami, by oglądać telenowele i programy informacyjne, mówiące co im wolno myśleć, a co nie. Telewizor emitował upiorną planszę awaryjną, co oznaczało, że w studiu telewizyjnym była jakaś awaria i system automatycznie przełączył na tę planszę. Popatrzył na godzinę – 03:59 rano.

Jednak to, co nagle i niespodziewanie zobaczył sprawiło, że dosłownie zmiękły mu nogi. Poczuł ciepło w majtkach, które powoli spłynęło w dół po jego spodniach. Tak, dosłownie zeszczał się w gacie ze strachu, co za wstyd! Na dwóch fotelach zamiast ludzi, którzy zasnęli przed telewizorem, były ubrania. Koszulki, spodnie, majtki a na podłodze – skarpety i pary kapek. Cały komplet odzieży, ale ani śladu ludzi. Wszystko rozumiał, dosłownie wszystko. Rozumiał, że mógł znaleźć zwłoki kilku ludzi, którym zmarło się podczas wieczornego oglądania telewizji. Nie wiem, jakieś zatrucie, jakiś chory zwyrol którego pasją jest mordowanie, czad z piecyka, czy choćby coś podejrzanego i tajnego z poligonu.. Ci wojskowi to przecież chore pojeby i Bóg a raczej diabeł jeden wie, jakie oni tam mają zabawki, jak mawiał Józio.

Ale w całym domu nie znalazł ani śladu człowieka i zwłok. Gnany chyba już ostatnim tchnieniem racjonalnej logiki i zdrowego rozsądku, wziął leżący na stole pilot i wyłączył telewizor. Plansza przestała złowrogo piszczeć, a w domu w końcu zaległa cisza. Upiorna, dojmująca cisza. Do głowy przyszedł mu demoniczny pomysł, by sprawdzić czy inne kanały działają, czy może na wszystkich jest ten tajemniczy brak sygnału.. Ale irracjonalność, która pochłaniała go coraz bardziej, niczym morska fala tsunami wbijająca się w wybrzeże, zabroniła mu tego sprawdzić. Więc na zawsze pozostało to już niewiadomą. Ostatni przebłysk logiki, jaki miał miejsce w jego rozedrganym i napiętym do granic ciele to myśl, że ma do czynienia z psychopatycznym mordercą który lubi się bawić jakieś The Cube czy coś w tym stylu. Upiorny zwyrol to wszystko zainscenizował, to przecież logiczne!

Wziął więc siekierę, która leżała w obejściu, i poszedł do kolejnych domów. Bał się pytać czy jest tu kto, bo bał się nie tyle złowrogiego i jedynego towarzysza – echa, co jeszcze bardziej złowrogiego poczucia całkowitej pustki. Kolejny dom – kop z buta w drzwi, i te same sceny. Ubrania czy pidżamy w łóżkach, ale ani śladu walki, krwi czy ciał. Już nie mówiąc o ludziach. Dotarło do niego to, że nie słyszał żadnych ptaków ani innych zwierząt. Wszedł do kurnika, ale nie było tam ani jednej kury. Możliwe, że gospodarz nie hoduje kur od 15 lat. To możliwe prawda? Przecież to możliwe, do cholery, jeździ po świeże jaja do Biedronki w pobliskim miasteczku! To możliwe, to możliwe, to kurwa możliwe!

Czuł, jak powoli traci zmysły, a otchłań szaleństwa pochłania go niemal bez reszty. Był spocony, serce prawie że wyskakiwało mu z klatki piersiowej, na twarzy pojawiły się żyły, których jednak nie mógł dostrzec. Mięśnie miał napięte do maksimum, wypatrując sam już nie wiedział kogo. Lub raczej czego.. Psychopatyczny morderca, zwyrol jakiego świat nie widział? A może wojsko użyło jakiejś tajnej, czasoprzestrzennej broni? A może leśne trolle i gnomy z opowiadań zmarłej dawno babuleńki ożyły i czają się w krzakach, obserwując go i tylko czekając, by go pożreć? A może po prostu postradał zmysły, leżąc gdzieś pod krzakiem na środku poligonu, majacząc i umierając z pijackiego odwodnienia?

Przystanął na chwilę, postanowił ogarnąć się i uspokoić. Przecież czuł bicie swojego serca. Garstka ziemi którą wziął do ręki, była realna. Zimna i lekko wilgotna, jak to ziemia po nocy. Powąchał ją, pachniała normalnie, jak to ziemia. Słońce też było realne i gdy na nie przez kilka sekund patrzył, raziło go w oczy. Tak, przecież tutaj jestem, jestem. To wszystko dzieje się naprawdę.. Postanowił pójść do kolejnego domu. Nie mógł niestety sobie poradzić z drzwiami, więc wziął cegłę i wypieprzył całe okno. Z resztkami szkła i drewienek poradził sobie cegłą i kopniakami nogą. Tak, to też było realne.

Wszedł więc do domu. Zauważył, że w kuchni wolno pracuje sokowirówka, wydając upiorny dźwięk. Był to jedyny dźwięk, jaki słyszał, co tylko potęgowało i tak dojmujące uczucie trwogi, jakie odczuwał. Na podłodze obok sokowirówki były kobiece ubrania. To, co spotykał w każdym z tych domów. Spodnie jeansowe, koszulka, majtki, skarpety, kapcie. Także obrączka ślubna i kolczyki. Zostało wszystko, oprócz człowieka. Normalka, o ile w ogóle można używać słowa „normalka” w tej dziwnej i przerażającej sytuacji. Na stole obok sokowirówki były kawałki owoców i warzyw, których ta kobieta nie zdążyła wsadzić do niej i zmielić, bo.. Bo?! Zniknęła, wyparowała, przeniosła się w czasie?! Spokojnie, spokojnie.. Tylko spokojnie, ja pierdolę. Sokowirówka pracująca już wiele godzin zdążyła rozbryzgać sok marchewkowy na cały stół, ścianę i podłogę.

Nie wyłączył tej sokowirówki, tym razem nie wpadł na ten na pozór logiczny, choć tak naprawdę całkowicie irracjonalny pomysł. W kolejnym pomieszczeniu zobaczył natomiast coś, co wpędziło go w takie przerażenie, że zaczął wrzeszczeć. Wrzeszczeć jak opętany, jak pacjent psychiatryka po lobotomii, który widząc wchodzącego pielęgniarza ze strzykawką z delbetą, uważa, że widzi wchodzącego jeźdźca apokalipsy. Na kanapie, w stercie ubrań, sugerujących, że należały do starszej kobiety, obok sztucznej szczęki, leżało pewne niewielkie, pracujące cichutko urządzenie. Przyjrzał mu się uważnie i zauważył na nim maleńki napis firmy medycznej, która je wykonała. Gdy dowiedział się co to jest, doznał odczucia, którego nie zapomni już do końca życia.

Boże! To przecież ciągle pracujący rozrusznik serca! A śladu ciał ani krwi nie ma nigdzie. Zostały ubrania, biżuteria, sztuczne szczęki, plomby z zębów, pracujące od kilku godzin urządzenia, a teraz ten rozrusznik serca. Nie ma sygnału telewizyjnego, co wcale nie poprawia jego sytuacji. Wszyscy zniknęli, zabierając ciała, ale pozostawiając to, co było dziełem techniki. Wybiegł z domu jak oparzony, kierując się z impetem ku drugiemu krańcowi wioski, gdzie był znak drogowy z nazwą tej upiornej osady duchów. Niestety, ale nie znalazł tam żadnego znaku drogowego, choć był przekonany, że przechodząc tutaj przed godziną on był. Pobiegł impetem na drugi koniec wioski, i tam też żadnego znaku nie było. Nie miał pojęcia, gdzie jest. Nie pamiętał tej miejscowości z grzybowych wypraw z dzieciństwa, ale przecież takich osad było mnóstwo na obrzeżach poligonu, w tej krainie łąk, lasów i jezior.

Serce mu waliło jak oszalałe, jego ubrania były całkiem przepocone. Zebrał w sobie siły, które jeszcze miał. Reszta logiki, którą jeszcze posiadał, nakazała mu iść dalej asfaltową drogą, byle jak najdalej od tego wymarłego miejsca. Wędrowiec wyruszył w dalszą drogę, przemierzając powoli kolejne przestrzenie. Był już wczesny ranek, słońce świeciło oślepiającym światłem dość wysoko nad horyzontem. Szedł w dojmującej ciszy, nie słysząc samochodów, motocykli, wybuchów na poligonie, wojskowych helikopterów, ani nawet ptaków. Szelest kroków, wiejący wiatr i jego pokasływania były jedynymi dźwiękami, z jakimi miał teraz do czynienia.

To be continued..

Autor opowiadania: Jarek Kefir

  

„Przyłożył mi do skroni pistolet po czym zamilkł” poznaj jej szokującą historię! [+18]

Był to zwykły dzień, taki po prostu zwyczajny, nie zapowiadający niczego nadzwyczajnego..

Ona szła jak zwykle w piątki na uczelnię. Słońce było już dość wysoko nad horyzontem, ptaszki ćwierkały, a ławeczki w parku aż zapraszały, by na nich przysiąść i skonsumować dopiero co kupioną bułkę, z mnóstwem glutenu i polepszaczy..

Tak też zrobiła, najpierw sprawdzając organoleptycznie – dłonią – czy ławka jest sucha i czysta. Przysiadła w skupieniu, wyjmując ostrożnie francuską bagietkę z masłem, szynką i ogórkiem, z papieru.

Nagle nastąpiło coś tak niespodziewanego i szokującego, że ona sama wręcz zdębiała, bagietka wypadła jej z dłoni bezładnie tocząc się po parkowej, piaskowej ścieżce, a żołądek i serce wręcz podeszły jej do gardła.

Przed nią stała pewna osoba – nie mogła powiedzieć, czy to jest mężczyzna, czy kobieta, bowiem cała twarz jak i włosy zasłaniała bliżej nie zidentyfikowana maska. Nie zapamiętała w ogóle szczegółów tej maski, tak wielki to był dla niej szok..

Człowiek w masce stał tuż przed nią i trzymał w ręku pistolet, wycelowany w nią swym złowieszczym mrokiem lufy. W chwili, gdy wróciło jej w miarę logiczne kontaktowanie, szok opadł, a wzrok z bezładnie leżącej na ziemi, glutenowej bagietki, skierował się w stronę człowieka w masce – ten wykonał gest dłonią w miejscu, gdzie maska ma utwór na usta, i powiedział cicho: „ciii..”.

Po chwili człowiek w masce gestem nie znoszącym sprzeciwu, rozkazał jej, by udała się razem z nim w okoliczne krzewy. Chcąc nie chcąc, musiała to zrobić.

Tam tak pokierował ruchami jej osoby, by ona uklękła. Bez chwili zastanowienia, człowiek ten przyłożył jej pistolet do skroni..

Poczuła wtedy, jak zimna, metaliczna lufa pistoletu przytknięta do jej skroni, przekazuje jej przejmujący, przeszywający w swojej istocie, lodowaty chłód.

Sekundy mijały, czas dłużył się wręcz niemiłosiernie. Każde sekunda wydawała się godziną, godziną męki, niczym męka na fotelu dentystycznym podczas wyrywania zęba.

W pierwszej chwili nie mogła wydać z siebie nawet chrząknięcia; szok i trwoga spowodowane zastaną sytuacją, były tak wielkie. Ale sekundy mijały, a tajemniczy człowiek w masce nie tylko nic nie powiedział, ale jego ręka trzymające pistolet przystawiony do jej skroni, była idealnie spokojna i nie zadrżała nawet na chwilkę..

-„Co robisz?! ”
-„Czego ode mnie chcesz?! ”
-„Aaale co mam dla Ciebie zrobić! ”

Te trzy pytanie wydobyły się ze ściśniętego z przerażenia gardła dziewczyny. Spojrzała ona wtedy na maskę tego dziwnego człowieka, a jej twarz wykazywała grymas, grymas przeszywającej katorgi i bólu.

Wtedy on ponownie wykonał gest palcem na swoich ustach i powiedział znowuż te dźwiękonaśladowcze słowo: „ciii..”. Jednak na tym nie poprzestał, bowiem usłyszała ona szczęk broni. Tak, on odbezpieczył, będący dotychczas zabezpieczonym, pistolet!

Wtedy zobaczyła przed oczyma gwiazdy, świat wręcz zawirował, jednak po chwili dojmująca, przerażająca wręcz realność tej dziwnej sytuacji, w jakiej się znalazła, wróciła na nowo.

Kłębowisko myśli przechodziło przez jej umysł, strach paraliżował wszelką mowę i działanie, a zimny pot pojawił się na czole. Ile to trwa! Chyba wieczność. I co się stanie? Jaki będzie mój los? Czy przetrwam?!

W rzeczywistości, obie sekwencje czasowe trwały po około 15 sekund. W sumie, 30 nędznych sekund, ale jakże znaczących dla jej późniejszego życia! Po upływie tego czasu, człowiek w masce wykonał trzeci już gest palcem na ustach i wypowiedział słowo „ciii..” nakazujące milczenie.

Tym razem, zabezpieczył broń palną, schował ją, po czym bezszelestnie się oddalił, nie wiadomo gdzie, w nieznanym kierunku.

Ona już go nigdy nie widziała. Jednak wciąż klęczała pośród gęstych krzewów na kolanach, nie mogąc z siebie wydobyć nawet słowa. Tak była przerażona i zszokowana. Minęły 2 godziny, zanim jej zesztywniałe i obolałe ciało, zdecydowało się wykonać jakikolwiek ruch i usiąść na ziemi. Gdyż ból usztywnionych mięśni był już tak wielki, że trudno go było znieść..

Słyszała różnych ludzi przechodzących tą parkową ścieżką. Chciała wezwać pomocy, chciała stąd po prostu uciec. Ale nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła. Ten człowiek w masce przecież mógł wrócić w każdej chwili, i ta myśl stale przeszywała jej myśli na wylot.

Mógł też ją obserwować z ukrycia, i gdyby tylko zaczęła wzywać pomocy lub uciekać – zastrzelić.. Mógł przecież badać jej reakcję, to przecież mógł być jakiś totalnie porąbany big brother czy coś w tym stylu, bogacze lubią się bawić w taki sposób.

Siedziała na zimnej ziemi aż do późnego wieczora, do około godziny 23. Kilka, może nawet kilkanaście razy próbowała wezwać pomocy, ale żadne słowo nie mogło wydobyć się z jej ust. Po prostu żadne. Jak w jakimś koszmarnym śnie, gdzie próbujemy wzywać pomocy, ale mamy tak zablokowane funkcje mowy, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić za nic w świecie.

Po godzinie 23, gdy było absolutnie ciemno i nikogo w okolicy nie było, podjęła decyzję o ucieczce z miejsca swojej gehenny. Uciekała przez całe miasto, pustymi ulicami, przejściami dla pieszych, chodnikami, ścieżkami..

Miała wrażenie, że nikogo nie spotkała po drodze, poza kilkoma samochodami zatrzymującymi się na światłach. Wiele razy słyszała jakiś szelest w oddali – czy to żebraka grzebiącego w śmietniku, czy szarpiących się kotów. Za każdym razem myślała, że to ten tajemniczy człowiek w masce. Widziała go w myślach dosłownie wszędzie, za każdym rogiem ulicy, na każdym przystanku autobusowym, czającego się w każdym ciemnym zakamarku.. Po prostu panicznie bała się, że w pewnym momencie, biegnąc co sił, natknie się na niego, a on znowu będzie w tej swojej masce, której nawet nie pamięta, znowu będzie miał pistolet, i znowu każe jej zamilknąć, mówiąc te swoje: „ciii..”.

Wbiegła do domu i potem do swojego pokoju w ogóle nie zważając na szlochy rodzicielki, zaniepokojonej, że do 23 córki nie ma w domu. Skierowała się do łóżka, weszła w butach i w ubraniu pod kołdrę, i cała się trzęsła.

Rodzice wezwali pogotowie ratunkowe i policję. Karetka przyjechała na sygnale. Okazało się, że ma ona prawie 40 stopni gorączki, silne napięcie mięśniowe i drżenia. Puls dochodził do 190 uderzeń na minutę. Policja przeprowadziła obdukcję, już na izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego – nie stwierdzono śladów pobicia, przemocy, w tym tej seksualnej.

Nazajutrz gdy przerażeni rodzice odwiedzili swoją córkę w szpitalu psychiatrycznym, ta była już zupełnie poza tym światem. Bez ruchu, stan całkowitej katatonii. Wożona była na wózku inwalidzkim z konieczności. Wzrok utkwiony gdzieś w oddali, mętny, bardzo rzadko mruga powiekami. Jedyne co robi, to cicho, powoli oddycha, i tylko to, oprócz oczywiście bicia serca, było zewnętrzną oznaką życia..

I teraz: jest pewien sposób, który by pomógł tej dziewczynie wrócić do życia. Ale ja, jako wprawny literat, który do 2010 roku napisał mnóstwo opowiadań, zostawię to Waszej interpretacji, i Waszej fantazji, drodzy czytelnicy 😉

Jak myślisz, jaki to byłby sposób, wg Ciebie? Co byś powiedział takiej osobie? Zapraszam do dyskusji 😉 xD

Autor: Jarek Kefir

.

jarek kefir

Czy wiesz, że możesz wspomóc finansowo moje inicjatywy uświadamiające? Jest to forma wdzięczności za moją pracę i treści, które były dla Ciebie pozytywne i coś dobrego Ci dały. 🙂 Wsparcie umożliwia też zachowanie niezależności mojej strony.

Na konto bankowe:
Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek:

Wielkomiejskie lemingi i korpo-ludki zamieniły tę dzielnicę w piekło..

Opowiem Wam swoją historię. Moja dzielnica była spokojnym i sielskim miejscem. Ot, typowe polskie globowisko. Ale do czasu. Oto bowiem banki razem z kartelem deweloperów zawarły umowę typu: „my obniżamy marże i oprocentowanie kredytów, a wy będziecie jeszcze dłuuuugo sprzedawać ciasne klitki po 500.000 złotych”. Tak więc na moją zieloną dzielnicę wkroczyły buldożery, koparki, i inne dymiące parą, spalinami, wyziewami silnikowymi maszyny. W ciągu kilku tygodni zielona kraina zmieniła się niemal w księżycowy, postindustrialny krajobraz. Raj utracony – paradise disowned.

Wielkie jak wieże apartamentowce, bloki mieszkalne, szeregowce jak i zwykłe domki jednorodzinne wiły się w górę w zastraszającym tempie. Kredyciarskie rodzinki nie mogły się doczekać na przeprowadzenie się do dopiero co budowanych mieszkanek, i już w trakcie budowy przychodzili. Niedospani, ledwo urwani „na chwilkę” z pracy, by coś podpisać, by pooglądać i z dumą, pychą, pomyśleć sobie: „to wszystko jest moje, zapracowałem na to swoimi rencami„, jednocześnie pogardliwie spoglądając na nasze dawne osiedle, z ostatnim skraweczkiem zieleni..

Widywałem ich często, niektórzy przychodzili prosto z pracy, w garniakach, z czarnymi okularami markowej firmy Police, i to bez względu na porę roku czy intensywność słonecznego oświetlenia.. Ta grupa, tzw korpo-świnie, była chyba najbardziej zestresowaną grupą, jaką kiedykolwiek widziałem na dzielni – wiecznie zerkający na zegarek, nękani telefonami a to od szefa, a to od złośliwych bab z sąsiednich departamentów ich korporacji. Komunikowali się przez markowe ajfony, ajpady czy inne ustrojstwo, nerwowo gestykulując dłońmi i wykonując groteskowe miny, grymasy twarzy. Ton głosu był w zależności od stopnia dzwoniącego: jeśli to był szef, to wiadomo, ton przyciszony, potulny, mający znamiona znerwicowania. Wiadomo – korpo-ludek nie może w niczym podskoczyć szefowi, najlepiej gdyby miał język dokładnie takiej długości, jak jelito grube szefa wielkiego korpo. Gdyż dziś, w dobie tuskowatej zielonej wyspy szczęścia, wypada już tylko wchodzić szefowi w tyłek, trzeba ten tyłek grzecznie lizać.

Inaczej sytuacja się przedstawiała, gdy do wiecznie zestresowanego korpo-ludka, z trzęsącymi się rękoma, dzwoni osoba z innego wydziału bądź nie daj Boże podwładny. Wtedy hulaj dusza, piekła nie ma – ton głosu śmiały, bardzo donośny, no typowe wielkomiejskie panisko, z korzeniami w podlaskiej, zachodniopomorskiej czy rzeszowskiej wiosce, dechami zabitej. Imponujący styl, jakim posługuje się wtedy taki korpo-ludek, to niemal to samo, co zaznaczanie terytoriów łowieckich przez koguciki co dopiero im zastrzyk hormonów uderzył do główki. „Bo ja tu jestem panem, ja jestem pan i władca, na swoim!” – zdaje się mówić, choć tak naprawdę nigdy nie miałby odwagi powiedzieć tego komuś wyżej postawionemu. Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo..

Tak więc minął rok, wielkie budowy dobiegły końca, i mój skrawek zieleni zmienił się w ogromne, sypialniane suburb rodem z amerykańskiego filmu.. ale filmu grozy. Gdyż powiadają mądrzy ludzie: wsioka ze wsi wyciągniesz, ale wsi z wsioka – nigdy nie wyciągniesz.. Wieśniacka mentalność zadłużonego po uszy noworysza-narcyza, co myśli, że pana Boga za nogi złapał, bo zarabia 5000 zeta i ma kredyt, daje o sobie znać na każdym kroku. Nasza sielska dzielnica, nasz zielony raj, za sprawą kredyciarzy na ciepłych posadkach załatwionych przez rodzinkę, w ciągu mniej niż dwóch lat zmienił się w prawdziwe piekło na Ziemi..

Oto bowiem, zimą, wieczorami, dało się czuć porażający, wygryzający nozdrza smród palonych plastików. Zrobiłem małe śledztwo i przekonałem się, że.. to kredyciarze z domków jednorodzinnych palą w kominkach i piecach śmieci różnego rodzaju, gdyż po pierwsze: skąpią na opał, „bo kredyt mam, panie”, a po drugie – albo w ogóle nie mają podpisanej umowy na wywóz śmieci, albo mają pod domkiem maleńki, plastikowy koszyk, i wizytę śmieciary raz na miesiąc lub rzadziej.. I z tym jest związany kolejny mankament życia z „młodymi, zadłużonymi z wielkich miast” – lemingami z wypranymi móżdżkami.

Otóż kredyciarze z monumentalnych szeregowców i wieleset metrowych pałacyków, zaczęli podrzucać śmieci do naszego, dzielnicowego śmietnika! Śmieci było tak dużo, tak strasznie śmierdziało, tyle os latało wokół, że najpierw mieliśmy kontrolę sanitarną. A potem prywatny właściciel firmy ds. wywózki śmieci, narzucił naszym biednym przecież lokatorom, nową umowę na wywóz śmieci, wielce dla nas niekorzystną. Tak więc musieliśmy, z własnej kieszeni, wybudować wiatę i ogrodzenie nad naszymi śmietnikami, by kredyciarze nie podrzucali nam swoich odpadków. Ale i to nie przemogło prostactwa i fantazji niektórych kredyciarzy-koryciarzy: otóż kilku z nich niby „pożyczyło” klucze od starszych wiekiem i nie kumających osób z naszej dzielnicy, i zwyczajnie je skopiowało! Widziałem sam, jak pan w średnim wieku z chyba największego i najbardziej wypasionego domku jednorodzinnego, podrzuca nam śmieci.Podrzucając nam śmieci miał na sobie garniak Gucciego, na ręku złoty roleks, no i klasyka – okulary przeciwsłoneczne, choć było dopiero rano. Wynosił on stertę gazet „zły”, tych z lat 90-tych XX wieku – gazet opisujących wszelkie zbrodnie i zboczeństwa. Kolekcja tych gazet była naprawdę imponująca, miał chyba wszystkie numery!

Koniec końców, miałem wielką satysfakcję, gdy go zobaczyłem, bowiem wziąłem go za habety i dostał taką plombę w ryj, że się przewrócił! Do swojej ulubionej, 14 godzinnej pracy poszedł z wybitym zębem.. Za dwa dni zobaczyłem go w miejscowym sklepie ze świeżutką koronką wstawioną w miejsce zęba, który mu wybiłem. Wybulił za to zapewne z 10.000 lub więcej. Poznałem to po tym, że ten sztuczny ząb (koronka) był lśniąco biały, i to kontrastowało na tle wręcz brązowawej żółci reszty zębów.. Popatrzyłem tylko na niego z politowaniem, po czym opowiedziałem tę historię Heńkowi, mojemu znajomemu sprzedawcy z tego sklepu. Chłop postawił mi za to flaszkę i podziękował w imieniu całej dzielnicy! Od tej pory żaden z kredyciarzy nie podrzuca nam śmieci..

Ale to nie koniec przyjemności obcowania z młodymi, zadłużonymi z wielkich miast. Oto bowiem ich dzieci, wychowane bezstresowo w imię neoliberalizmu i ducha tolerancji, wolnej miłości, zaczęły okupować place zabaw na naszej dzielnicy, przeganiając nasze dzieci. Dochodziło do bójek, pobić, dwie sprawy skończyły się w sądzie, z wyrokami na korzyść mieszkańców naszej dzielnicy. Dzieciaki kredyciarzy piły alkohol, paliły papierosy na naszej dzielnicy, sikały na nasze budynki i bramy. Jeden z nich zaczął dilować marichuaną kupowaną od innego dilera. Trafił do poprawczaka.. Przetarł tym samym kryminalne szlaki innym dzieciom noworyszy. Koniec końców, musieliśmy się znowu złożyć i wybudować wielki płot wokół naszych dwóch placów zabaw.

Osobnym tematem są imprezki urządzane przez bogaczy na kredytach. Ja mieszkam właśnie na samym skraju mojej dzielnicy, tam, gdzie kiedyś był piękny i zielony park, teraz stoją betonowe, szkaradne potworki dla kredyciarzy. Widzę często, co dzieje się w piątkowe i sobotnie wieczory, gdy korpo-świnie są wreszcie spuszczane ze smyczy niewolnictwa korporacyjnego. Normą jest seks na balkonie, raz nawet widziałem trzy osoby to robiące! Nazajutrz na trawniku pod ich blokami można znaleźć puszki i plastiki po najtańszym piwie, np marki „tesco”. Leżą tam czasami papiery po salcesonie, opakowania po zestawach Mc donalds, czy też kebabach, także puszki po paprykarzu szczecińskim i.. pełno zużytych prezerwatyw..

Ale najgorsze wydarzyło się, gdy odurzony alkoholem i narkotykami gość imprezki kredyciarskiej, będący w maniakalnym, ostatnim stadium delirium tremens, wyrzucił przez okno nowiutki, wielgachny telewizor plazmowy gospodarza. Wtedy zaczęła się bójka, myślałem, że gospodarz wypchnie tego gościa z balkonu, a to przecież ten blok-koszmarek ma 10 pięter.. Wezwałem policję, filmowałem całe zajście z okna, dostarczyłem dowodów w sprawie sądowej. W końcu mogło się coś komuś stać. Na odchodne, gdy gościa zabierała policja, gospodarz mu mówił: „wiesz ile ja kredytu mam na ten telewizor? To był full wypas, a ty wyrzuciłeś to za okno! Jesteś trupem!” – a całość okraszona takim stekiem bluzg, że musiałem aż zmówić kilka zdrowasiek i różaniec, by to zapomnieć bez traumy dla mojej psychiki..