ROCZNICA 4 CZERWCA, CZYLI POCZĄTEK UPADKU POLSKI

4 czerwca – rocznica Nocnej Zmiany, początku upadku Polski

W mediach odchodzące w niebyt elity polityczne hucznie obchodzą rocznicę jedynie częściowo wolnych wyborów, z dnia 4 czerwca. Prowadzone są liczne pogadanki, prelekcje i wystąpienia, np w Europejskim Centrum Solidarności w Gdański. Przybył Donald Tusk i grzmiał o tym, jak należy obalić demokratycznie wybrany rząd PiS. Oni są przerażeni. Oczywiście celebrują tę rocznicę jako odzyskanie wolności i rzucenie Polski w szpony międzynarodowej finansjery.

Dla nas, ludzi myślących niestandardowo lub nawet samodzielnie, rocznica 4 czerwca jest rocznicą bardzo smutną. Bowiem to wtedy, w dniu 4 czerwca 1992 roku, Lech Wałęsa zdymisjonował rząd Olszewskiego, który chciał przeprowadzić przyjazne dla obywateli przemiany. Zaraz potem wkroczył Balcerowicz, Petru i spółka.

Zniszczyli oni przemysł i rolnictwo. Wyprzedali zakłady za złotówkę, wiele z nich pozamykali, by nie były konkurencją dla międzynarodowych koncernów. Z polskich pracowników zrobiono pariasów Europy, tyrających ponad siły za miskę ryżu. Nasz kraj miał stać się strefą buforową pozbawioną silnej gospodarki i przemysłu, jak i zasobnikiem taniej, niemal niewolniczej siły roboczej. Czytaj dalej „ROCZNICA 4 CZERWCA, CZYLI POCZĄTEK UPADKU POLSKI”

Polskość czy europejskość? Czy szanujesz swój kraj?

Polskie czy zachodnie? Czy szanujemy swój kraj?

Czy wiesz, że pierwszy bar Mc Donalds w Polsce został otwarty w Warszawie w dniu 17 czerwca 1992 roku?

Chciałbym, byś zobaczył telewizyjną transmisję z tego „wydarzenia” i zastanowił się nad kilkoma ważnymi, egzystencjalnymi kwestiami.

Co ma filozofia i polityka do Mc Donalds? Wbrew pozorom ma dużo, o ile nie bardzo dużo.

Czy Polsce wyszła na dobre „nocna zmiana” która miała miejsce kilkanaście dni wcześniej, i rabunkowa transformacja gospodarcza? Nie. Staliśmy się „amazonem i biedronką Europy”, a wytransferowane miliardy jeśli nie biliony dolarów od dawna „hulają” od Wall Street po Bank of Japan, będąc operowane przez finansistów i spekulantów.

Gdzie nasz szacunek do siebie? Czy Polak kupi nawet kawałek najprawdziwszego gówna, byle tylko było opakowane w kolorowy papierek z napisem „Germany” lub „USA”? Oczywiście, nie „made in Germany” czy „made in USA”, bo papierek wyprodukowano w Chinach?

Czy ważniejszy jest dla Ciebie nasz interes narodowy, czy raczej to, by dobrze pisano o nas w zagranicznych szmatławcach i brukowcach? Bo przecież opinia Szwaba czy Amerykańca jest święta?

Czy wierzysz w ideologie i bajki przywiezione do nas na korporacyjnych bagnetach? Np że kapitał nie ma narodowości, że dziki kapitalizm i liberalna demokracja to jedyne możliwe formy ustroju politycznego państwa?

Czy chcesz by budowano centralny port lotniczy pod Warszawą? A może wystarczy, że najblższy taki port jest w Berlinie? Czy chcesz rozbudowy potencjału naszego kraju, czy raczej wolisz 4 Rzeszę Niemiecką, yyy, ups, Stany Zjednoczone Europy?

Czy cokolwiek, co przyszło do nas ze Wschodu jak i z Zachodu było dobre? Choćby jedna rzecz?

Ku przemyśleniu.

Relacja video – pierwszy Mc Donald w Polsce:

Czytaj dalej „Polskość czy europejskość? Czy szanujesz swój kraj?”

Dzień Sądu dla mafii III RP. 250 kg tajnych dokumentów Kiszczaka!

Dzień Sądu dla mafii III RP. 250 kg tajnych dokumentów Kiszczaka!

dokumenty KiszczakaNajpierw komunikat medialny na temat tej chyba największej afery roku 2016:

Cytuję: „Prezes IPN ujawnił dzisiaj, że wdowa po Czesławie Kiszczaku oferował Instytutowi sprzedaż dokumentów dotyczących TW „Bolek”. To że szef komunistycznej bezpieki przez tyle lat przechowywał teczkę Tajnego Współpracownika nie jest zaskoczeniem dla historyka Sławomira Cenckiewicza.
Z oświadczenia prezesa IPN Łukasza Kamińskiego wynika, że wdowa po Czesławie Kiszczaku chciała sprzedać ręcznie zapisaną kartę dotyczącą spotkania „Bolka” z funkcjonariuszem bezpieki, do którego doszło w listopadzie 74 r
.”
Dalej i źródło:
http://niezalezna.pl/76411-cenckiewicz-dla-niezaleznapl-o-teczce-bolka-u-kiszczaka

III RP to państwo którym wciąż rządzi mafia i mordercy. Pomimo zmiany władzy, ich wpływy są silne. Ta sprawa jest niezwykle ważna. Tam są dokumenty na „wszystkich świętych„! To sprawa dużo grubsza niż osławiony aneks WSI. A przypomnę, że sprawa aneksu ds. komisji likwidacyjnej WSI jest tak tajna, że nawet rząd PiS go nie ujawnia. I nie ujawni, bo to grozi destabilizacją sytuacji politycznej w naszej części świata.

Nieoficjalnie mówi się, że zabezpieczono już dokumenty na Adama Michnika, Jacka Kuronia i Bronisława Komorowskiego, i wielu innych świętych krów III RP. Pewne jest to, że seryjny samobójca zbierze swoje krwawe żniwo. Zobaczymy, ilu osobom ze świecznika III RP umrze się na „ostry zawał serca” tudzież „nagłe zatrzymanie krążenia„. Zobaczymy ilu z nich nagle wyjedzie np na „wygłoszenie zagranicznej prelekcji” i nie wróci do kraju.

W mojej opinii, ludzie ci powinni zostać pozbawieni majątków (łącznie z ich rodzinami i krewnymi). Postawieni przed sądem, w tym część za zbrodnie wojenne, za przestępstwa itp. I surowo za to ukarani. PiS jednak prawdopodobnie zastosuje inny manewr. Dokumenty zostaną utajnione, szczególnie te kluczowe. Za to wierchuszka III RP dostanie ultimatum: „zwijajcie swoje interesy i spierdalajcie z Polski, albo..„.

Jeżeli nie jest to prowokacja a głupota pazernej baby to z pewnością są tam dokumenty dotyczące porwania i zamordowania księdza Jerzego Popiełuszki, Okrągłego Stołu i agentury po stronie solidarnościowej. Czy też Magdalenki i wielu innych zbrodni będących podwalinami pod neokolonialną, mafijną III RP. Możliwe, że wdowa po Kiszczaku chciała się zemścić, możliwe że ma jakiegoś alzheimera, możliwe że ruszyło ją sumienie, bo kostucha już blisko. Nie wiemy tego. Ale jedno jest pewne – z tego będzie straszny dym i straszne jaja. To będzie afera roku, naprawdę trudno będzie to przebić.

I jeszcze jedna prywatna dygresja, trochę teoria spiskowa.. Ataki na Polskę możliwe że są związane z patentem na rewolucyjną technologię – produkcję grafenu. Posiadają ją Polacy. Jest to technologia, która dosłownie zrewolucjonizuje świat. W zeszłych latach próbowali to wrogo przejąć Rosjanie ze swoją potężną agenturą, ale nie udało się. Gdyby rządziła nadal PO, patent ten zostałby sprzedany za kilkaset milionów złotych. Tymczasem korporacja która by go kupiła (zapewne niemiecka, a jak) zarobiłaby na tym biliony dolarów.

Cytat: „Po wstępnym przeszukaniu domu gen. Kiszczaka znaleziono w piwnicy metalową szafę która na ocenę wizualną zawiera około 200 do 250 kg dokumentów starannie skatalogowanych w segregatorach. Wałęsa zapewne już wie i kto wie czy wróci do Polski z zagranicy.”

Cytat: „Jak będziecie za wysoko podskakiwać, to znad niejednej głowy aureola spadnie – wyrwało się kiedyś w chwili szczerości Kiszczakowi. Część ludzi od dawna wie czym tak naprawdę jest III RP.”

Cytat: „Kiszczak często opowiadał, że ma kwity również na „czynnych zawodowo dziennikarzy”. Nie ma co na ten temat dywagować, dopóki nie poznamy szczegółów. Ja życzyłbym sobie natychmiastowego odtajnienia całości tego, co od Kiszczaków wyniesiono.”

Autor: Jarek Kefir Czytaj dalej „Dzień Sądu dla mafii III RP. 250 kg tajnych dokumentów Kiszczaka!”

Opozycjoniści z Solidarności „walczyli z komuną” w drogich hotelach w towarzystwie prostytutek

Tzw. „opozycjoniści” z NSZZ Solidarność „zwalczali komunę” w luksusowych hotelach w towarzystwie prostytutek

Rządzą nami prostaki i chamy, którym władze, po 1989 roku, dorobiły legendę na potrzeby nowego tworu państwowego – III Rzeczpospolitej. Znane powiedzonko z „Radia Erevań” brzmi: „dobrze wiemy jaka będzie przyszłość, a problemy mamy jedynie z przeszłością, ta bowiem ciągle się zmienia”.

Jak wynika z tej pozycji książkowej, owa „walka z komuną” to były, między innymi:
-pobyty w luksusowych, dewizowych hotelach
-towarzystwo prostytutek
-morze markowych alkoholi
-hulanki do białego rana

Podczas gdy zwykli ludzie ginęli na barykadach, w imię Zachodu i w imię ustroju (dziki kapitalizm) który po 1991 roku, doprowadził nasze państwo do ruiny, nędzy, beznadziei. To swoisty paradoks historii: to, o co tak bardzo walczyło pokolenie moich rodziców i dziadków, teraz jest naszym przekleństwem, i doprowadziło do samobójstw 170.000 ludzi w ciągu tych ponad 20 lat tej niby „transformacji”, i setek tysięcy przedwczesnych zgonów – z biedy, alkoholizmu, nerwów, stresu, poczucia beznadziei..

Daleko mi do opowiadania się bądź nie daj Boże popierania jakichkolwiek oszołomów z tej czy drugiej strony sceny politycznej, publikuję ten tekst jako ciekawostkę – jak naprawdę wyglądała owa „walka z komuną” tych, którzy dziś należą do PO, PiS, PSL, RN..

Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Czy identyfikujesz się z tym, co piszę?

Uruchomiłem możliwość wsparcia finansowego mojej inicjatywy – głównie chodzi o planowany przeze mnie zakup nowych usług w wordpress. W poniższym linku opisałem jak to zrobić:

https://kefir2010.wordpress.com/wsparcie/

__________________________________________

Cyt. „Poniżej zamieszczam część książki: „Pierwsze Podejście” autorstwa Krzysztofa Czabańskiego. W grudniu 1981 roku człowiek ten, jako dziennikarz „Tygodnika Solidarność” uczestniczył w zebraniu Komisji Krajowej NSZZ Solidarność w Gdańsku.

Była druga w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., kiedy  Krzyś Wyszkowski, niejako puentując swój własny wywód o dojściu przez Związek do ściany dogmatyzmu i pychy władzy, wzniósł śliwowicą toast za śmierć „Solidarności”.

Siedzieliśmy w barku sopockiego „Grandu”. Od lewej: Wyszkowski, Jan  Strzelecki, Tadeusz  Mazowiecki i ja. Upiorna, hałaśliwa muzyka zagłuszała naszą rozmowę. Co gorsza, stołek, na którym siedziałem, był zdezelowany, obniżony o pół metra – ledwie wystawałem ponad kontuar, a słowa przelatywały nad moją głową. Niewiele więc słyszałem z tego, co kto mówił. Uśmiechałem się głupawo, kiwałem głową i co pewien czas wznosiłem kieliszek do góry. Wszyscy byliśmy znużeni obradami Komisji Krajowej. Mazowiecki za- proponował tę – jak się później okazało: zbawienną – śliwowicę; dzięki niej mogliśmy przetrwać kilkanaście najbliższych godzin w stosunkowo niezłej formie. W parę minut po toaście Krzysia, do baru wpadło kilku młodych mężczyzn, krzycząc: „Nasi” obstawili hotel! Zomo przyjechało! Już są skurwysyny! Błyskawicznie znaleźliśmy się na górze w pokoju Mazowieckiego. Widok z okna na plażę nie był zachęcający: łokieć przy łokciu stali milicjanci uzbrojeni po zęby, w hełmach i z wielkimi tarczami. Szczelnym kordonem obstawiono cały hotel. Na korytarzach hotelowych skrzykiwali się ludzie z „Solidarności”.

Postanowiliśmy być wszyscy razem, po kilkanaście osób w pokoju – lepiej, żeby nie brano nas pojedynczo. Przypomniałem sobie, jak kilka godzin temu, podczas obrad KK, Konrad Maruszczyk, sekretarz gdańskiego Zarządu Regionu, zadzwonił do wojewody  Kołodziejskiego z pytaniem, co mają oznaczać ruchy wojska i policji? „Ach, to nic, nic – uspokajał wojewoda – to tylko milicja przeprowadza akcję „Pierścień-3”, wymiatanie melin itp. To tylko to.” – „A przy którym numerze nas zwiniecie? – zażartował  Maruszczyk. – Pierścień piętnaście czy dwadzieścia?” Obaj się zaśmieli i odłożyli słuchawki. No, więc zaczęła się akcja „Pierścień” i byliśmy już w środku obławy. Ciekawe zresztą, że nikt nie wydawał się być zaskoczony. O informacjach, dotyczących ruchów wojska i policji już wspomniałem. Około godziny 11 wieczorem przerwano w Gdańsku łączność telefoniczną i teleksową. Pamiętam jak na sali KK podbiegł do mnie Janek Walc i krzyknął, że zdołał przekazać do Warszawy jedynie część zasadniczej uchwały KK. „Śpijcie spokojnie” – życzył ironicznie  Wałęsa zebranym na zakończenie obrad, po przypomnieniu informacji o podejrzanych manewrach milicji… W pokoju  Mazowieckiego usiłowaliśmy zrozumieć, co się stało i co się stanie. Radio podawało jedynie wiadomości z zagranicy, co zresztą było nader podejrzane. Najwięksi optymiści uważali, że to jedynie demonstracja siły, że pod pretekstem akcji „Pierścień”, członkom KK zostanie uwidocznione jak ich łatwo zgarnąć, uziemić. Jednak hipoteza ta nie osta- ła się próbie chłodnej analizy. Zbyt wielką machinę puszczono w ruch – sądząc i z widoku za oknem, i z zerwanej łączności – żeby miała to być tylko demonstracja. Skrajni pesymiści sądzili, że zostaniemy wsadzeni na łodzie i wywiezieni w morze; do Szwecji – podpowiadali optymiści. Przeważył wreszcie pogląd centrowy, że zostaniemy aresztowani, i że równolegle aresztowania odbywają się w całej Polsce. Cały czas wisiało w pokoju pytanie: czy ci za oknem to Rosjanie czy Polacy? Najprzytomniej w tej sytuacji zachował się Karol Modzelewski, który zamiast tracić czas na bezpłodne dyskusje, po prostu się wykąpał. Tymczasem, powoli, ale systematycznie, milicja wkraczała do hotelu. Najpierw obsadziła schody i korytarze na parterze, następnie uzbrojeni zomowcy obstawili poszczególne piętra. Dopiero wówczas zaczęto prze- szukiwać pokoje. Do pokoju Mazowieckiego, milicja wtargnęła parę minut przed czwartą rano. Nie doczekaliśmy więc kolejnych wiadomości radiowych. Zresztą, najważniejsze zdarzenia działy się na naszych oczach. Błyskawicznie zaniebieścił się pokój. Zomowcy, w hełmach, z całym rynsztunkiem bojowym poza tarczami, nerwowo wbiegli do środka. Stanęli przy drzwiach, w rogach pokoju, pod ścianami. Krzyczeli, żeby nikt się nie ruszał i nikt nic nie mówił.

Mężczyzna w mundurze kapitana milicji, w asyście dwóch cywili, zażądał od nas dowodów osobistych. Zebrał je wszystkie, zaczął przeglądać i wyczytywać nazwiska. Po przeczytaniu nazwiska, wpatrywał się badawczo w delikwenta. Kapitan sprawiał wra- żenie, jakby doskonale znał osoby, których nazwiska odczytywał. Wyszkowskiemu wypadła z ręki fajka i potoczyła się gdzieś pod fotel, na którym siedziałem. Uniosłem się, żeby jej poszukać, ale zomowiec stojący za mną krzyknął: „nie ruszać się!” i siłą osadził mnie w miejscu. Zabroniono nam rozmów. Po kilku minutach ciszy – a policjanci niczego nie wyjaśniali, choć trzeba przyznać, że nikt ich o nic nie pytał – kapitan zaczął wysyłać pojedynczo zatrzymanych, każdego z dwójką zomowców, do ich pokoi. Gdy przyszła na mnie kolej, zabrałem rzeczy, założyłem kurtkę i wyszedłem. Usłyszałem jeszcze jak  Mazowiecki mówi: „Niech ktoś z nim idzie, niech nie zostaje sam!” Zomowcy doprowadzili mnie do pokoju, a po chwili z kolejną dwójką milicjantów pojawił się Jan Strzelecki. Milicjanci przeszukali pokój, w którym mieszkałem razem ze Strzelec- kim i Józkiem Duriaszem (udało mu się uniknąć aresztowania i wrócić w niedzielę rano do Warszawy). Obejrzeli balkon, szafę i łazienkę. Pod łóżka nie zaglądali. Następnie Janka i mnie sprowadzili na dół. Przy wyjściu z hotelu ugięły się pode mną kolana. Zobaczyłem stojący na drodze szpaler zo- mowców z pałkami. Nie była to jednak „ścieżka zdrowia”, tylko obstawa drogi do suki. W suce zmieściło się nas ośmiu aresztowanych plus ośmiu policjantów. Zakładano kajdanki, ale nie dla wszystkich starczyło (jak się później okazało, tak było i w innych sukach). Największe wrażenie zrobił na mnie widok „jastrzębia” Strzeleckiego z kajdankami na rękach. Z przodu, na ukos przede mną, siedział Karol Modzelewski, też w kajdankach. Widziałem go kątem oka, jak palił spokojnie papierosa, co pewien czas unosząc do góry srebrzyste bransoletki. Czy myślał o marcu ’81, o swojej dymisji i o tym, że wtedy właśnie – jak głosił – szansa była największa i trzeba było uderzyć? Czy myślał o tym, że Związek przegrał w marcu ’81, wycofując się ze strajku generalnego? Zomowcy nie mówili nam, gdzie nas wiozą. Nie bronili nam palenia ani rozmów. Byli spokojni, wręcz grzeczni. Ani słowem nie wspomnieli o stanie wojennym – zapewne sami nie wiedzieli. Tak, jak nie wiedzieli kogo wiozą. Wreszcie, po kilkudziesięciu minutach jazdy, suka zatrzymała się.

Byliśmy na jakimś dziedzińcu. I znowu szpaler milicjantów. Podtrzymywanie przy wychodzeniu z suki – „panu niewygodnie, pan jest w kajdankach”. Ani jednego obelżywego słowa, ani jednego gwałtownego gestu. Wprowadzono nas do podziemi budynku, do dużej, ponurej sali. Tam pod ścianami stało kilkunastu naszych kolegów, każdy w asyście dwóch milicjantów. Nas także ustawiono wzdłuż ściany, zdjęto kajdanki. Stopniowo sala zapełniała się znajomymi, kolegami. Stopniowo też uzbrojonych zomowców zaczęli wymieniać młodzi chłopcy w drelichowych mundurach (adepci ZOMO?). Po dwóch godzinach byliśmy w komplecie. Zmienił się nastrój, z ponurego, sztywnego rygoru, kiedy to nie można się było ruszyć spod ściany, z nikim rozmawiać, palić, ani siedzieć, na nieco swobodniejszy – zaczęliśmy się grupować, komentować to, co zaszło, siadać na podłodze, ba, nawet palić, chociaż tego zakazu milicjanci bronili najdłużej. Zomowcy czytali „bibułę”, której każdy z nas miał pełno w torbie. Widok jak z upiornego kabaretu. Ludzie zachowywali się spokojnie. Tylko muzyk z „Grandu”, przypadkowo razem z nami zwinięty, to histerycznie zawodził, to płakał, to przeklinał. On naprawdę niczego nie rozumiał. Świtało już, kiedy na sali zaczęli pojawiać się esbecy i pojedynczo wywoływać poszczególne osoby. Wywołany brał swoje rzeczy, wychodził i już nie wracał na salę.

Rulewski wyszedł z okrzykiem: „Trzymajcie się chłopcy. Nie damy się!” Seweryn Jaworski, wychodząc wzniósł triumfalnie pięść do góry. Miałem nieodparte i dokuczliwe wrażenie, że zapomniałem czegoś ważnego, najważniejszego powiedzieć najbliższym mi osobom. Nie wiedziałem czy i kiedy ich zobaczę. Czułem tylko pustkę urwanego nagle życia codziennego. Część ludzi położyła się na podłodze i spała. Henryka  Wujca trudno było dobudzić, gdy po niego przyszli. Mnie wywołano z sali około 8-9 rano. Zaprowadzono na górę do jakiegoś pokoju, stały tam dwa biurka i kanapa, na której leżał jakiś płaszcz i spał jeden esbek. Jakiś cywil spisał z dowodu moje dane personalne i zrewidował torbę, kurtkę, kieszenie. Zabrano mi wszystkie notatki, papiery i część gazet, a także kieszonkowy kalendarz, znaczek „Solidarności” itp. Ten, który mnie rewidował, był niski, krępy, tęgawy o pucołowatej twarzy pijaczka dworcowego, drugi stojący obok, ma twarz pociągłą, ciemne włosy i wygląd smutnego studenta, takiego rzetelnego, któremu niezbyt idzie w nauce.

Pucołowaty przeglądał moje gazety i z okrzykiem: „to nielegalne, to nielegalne” zabierał. Wreszcie nie wytrzymałem: – Panie, do wczoraj wszystko było legalne. Patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem, wreszcie mruczy: – Ma pan rację – i przestał grzebać w stosie gazet. Ale tych, które zabrał, już nie oddaje. – Niech pan powie – zwrócił się do mnie pucołowaty – czy byliście zaskoczeni? Nim zdążyłem się odezwać, drugi esbek, ten „poważny”, rzucił się na pucołowatego: – A ty, ty – krzyknął – co? nie byłeś zaskoczony?! Zapadła cisza. Słyszę cicho grające radio. Nagle zapowiedź przemówienia  Jaruzelskiego. Esbecy nastawiają radio głośniej i pozwalają mi, zapewne specjalnie, wysłuchać tej mowy. Gdy generał skończył gadać, pucołowaty pyta: – No i co teraz będzie, jak pan myśli? Co będzie? – Po- ważny milczy i obaj z pucołowatym wpatrują się we mnie badawczo. – A panowie jak myślą? – odrzucam pytanie najprostszym dziecięcym sposobem. – Myślicie, że co będzie? Nie boicie się? Bo ja się boję. Znów zapadła cisza. Esbecy patrzą przed siebie, wreszcie pucołowaty wzdycha i mówi wolno wstając: – No, to idziemy. Sprowadza mnie do podziemi. Koniec rewizji i „przesłuchania”. Na dole wprowadzono mnie do innej sali, gdzie już siedzieli wszyscy wywołani uprzednio, między innymi członkowie Prezydium KK, członkowie KK, Jacek  Kuroń, Karol Modzelewski… Grupka zomowców stała w jednym rogu sali, nie wtrącając się do niczego. Tylko przy drzwiach, wewnątrz i na zewnątrz, stały uzbrojone warty. W sali panował nastrój klubu towarzyskiego. Byłem pierwszym, który przyniósł wiadomość o przemówieniu Jaruzelskiego.

Musiałem kilkakrotnie opowiadać, co zapamiętałem. – O, załatwiono postulat Związku o abolicji, słyszysz Jacek – zwrócił się ktoś do Kuronia. Znowu dyskusje, prognozy. Ludzie spoza KK, zwłaszcza ci młodzi z prasy związkowej, twierdzą stanowczo, że od poniedziałku zacznie się strajk generalny. Działacze są ostrożniejsi w opiniach. Niektórzy sądzą, że przyjdzie posiedzieć co najmniej rok. Kilka osób, między innymi Stanisław Wądołowski, wdaje się w rozmowę z grupą uczniów (?) ZOMO. Młodzi chłopcy wyglądają na mocno przestraszonych, speszonych, odpowiadają monosylabami. – Coście zrobili? – mówi  Wądołowski. – Czy wy wiecie, kogo my reprezentujemy? Chcecie walczyć z całym narodem? Zomowcy milczą. Wreszcie odzywa się jeden, kędzierzawy blondyn, agresja bije z każdego jego ruchu i słowa: – Jesteście wrogami socjalizmu. To kontrrewolucja. – Co?! – krzyczy Wądołowski. – Tu, patrz tu, mam blizny, strzelano do mnie w siedemdziesiątym w stoczni szczecińskiej. Teraz znowu będzie- cie strzelać? No, to strzelajcie. Rozmowa jest bezcelowa, urywa się. Stopniowo w naszym „klubie” zjawiają się następni koledzy, już po rewizji i spisaniu personaliów. Okazuje się, że esbecy działają niekonse- kwentnie. Niektórzy zabierają wszystko: czysty papier i notatki, gazety, książki, znaczki „S”, żyletki, noże itp. Inni – właściwie niczego nie rusza- ją; jeszcze inni – zabierają tylko „bibułę”. W pewnym momencie Antoni  Tokarczuk rzuca hasło głodówki – aż do zwycięstwa – i kładzie się na podłodze. – Tak, tak – podchwytuje Jan Łużny – słusznie Antoś, ogłaszamy głodówkę… aż do pierwszego posiłku. Gruchnął śmiech, Tokarczuk niechętnie podniósł się z podłogi. Rozmowy zamierają, mija poranne ożywienie. Ludzie leżą lub siedzą na podłodze (w sali nie ma żadnych mebli), część śpi.

Brakuje papierosów, nie dano nam też niczego do picia czy do jedzenia. Około południa na sali zjawia się dwóch esbeków, jeden trzyma w ręku listę. Procedura jak w poprzednich wypadkach. Esbek czyta imię, nazwisko, każe wziąć rzeczy i wyjść. Wyczytany podchodzi do drzwi, tam dwóch uzbrojonych zomowców bierze go między siebie i wychodzą. Gdy zomowcy wracają, esbek czyta kolejne nazwisko. Po wyprowadzeniu około 20 osób, w tym wszystkich członków Prezydium KK, niektórych członków KK (m.in. Karola  Modzelewskiego, Seweryna  Jaworskiego i Jana Łużnego), a także Jacka  Kuronia, esbecy wychodzą. Zostajemy w o połowę uszczuplonym gronie. Kolegów chyba gdzieś wywieziono? Mniej więcej około 15-tej w „klubie” znajdują się już wszyscy przywiezieni do koszar poprzedniej nocy, poza nieszczęsnym muzykiem z „Grandu”.

Od Tadeusza  Mazowieckiego i Jana Strzeleckiego, których najdłużej trzymano w poprzedniej sali, dowiadujemy się o tzw. deklaracjach lojalności. Okazuje się, że Mazowieckiego i Strzeleckiego zaprowadzono na rewizję i spisanie personaliów w inne miejsce niż nas wszystkich. W pokoju na I piętrze rozmawiało z nimi dwóch cywilów, wyglądających bardziej na oficerów wojska niż policji. Proponowali podpisanie papierka-zobowiązania do zaprzestania działalności na szkodę Polski Ludowej. – Czy ja prowadziłem działalność na szkodę Polski Ludowej? – spytał Jan. – Ależ nie, nie, panie profesorze – zaprzeczali gorliwie cywile. – My znamy pana wspaniały dorobek naukowy. Nam chodzi jedynie o to, żeby pan wykazał zrozumienie sytuacji, realizm w myśleniu. Mazowiecki i Strzelecki, oczywiście, odmówili podpisania takich de- klaracji. Cywile bardzo żałowali, poprosili o rozsądek i przemyślenie. Papierosów już prawie nie ma, chce się pić i jeść. Coraz wścieklejsi miotamy się po sali. Dopiero teraz spisujemy w kilku egzemplarzach listę naszych nazwisk, adresów, telefonów. Kto pierwszy wyjdzie, ma zawiadomić rodziny. Wszyscy stawiamy na Janka  Mystkowskiego, operatora telewizji amerykańskiej NBC, który wraz ze sprzętem siedzi cierpliwie pod ścianą (okazało się jednak, że Janek był internowany jeszcze przez trzy miesiące). Dręczy nas niepokój o rodziny, bliskich. Sami dobrze wiemy, że na razie nic się nam strasznego nie stało, ale czy oni to wiedzą? Przecież nikt nie wie, co naprawdę kryje się za określeniem „internowanie”.

Mogą sobie wyobrazić wszystko, co najgorsze. Spokojem emanuje Mazowiecki. Jest bardzo opiekuńczy i troskliwy wobec innych; działa kojąco. Strzelecki wygląda na nader zaciekawionego sytuacją, w jakiej się znalazł. Krzyś W. tryska wisielczym humorem. Dobrze po 15-tej na salę wchodzi esbek i wywołuje Mieczysława Ziaję, członka KK, bez rzeczy. Ziaji nie ma około pół godziny. Wreszcie wraca, mówi, że podsuwali mu deklarację lojalności, ale odmówił podpisania. Około piątej po południu buntujemy się i piszemy protest przeciwko warunkom internowania, domagając się jedzenia i picia. Protest, podpi- sany przez wszystkich, wręczamy podoficerowi milicji, który stoi przy drzwiach. Ten jest wyraźnie zaskoczony, nie wie co zrobić z kartką. Nic nie mówi, wreszcie znika za drzwiami.

Po minucie wpada na salę esbek i mówi: – Bardzo państwa przepraszam, ale my nie byliśmy przygotowani na przyjęcie… (tu zawiesza głos, jakby chciał powiedzieć: „szanownych gości”). Sami nic nie mamy do jedzenia, ani do picia. Jednocześnie chciałbym państwu wyjaśnić, że nie jesteście internowani, nie, nie jesteście internowani, podkreślam z naciskiem, tylko zatrzymani do wyjaśnienia. Nic więcej – zatrzymani do wyjaśnienia. Proszę nas zrozumieć, sądziliśmy, że będziecie od razu stąd przewiezieni. Sami się dziwimy, że to trwa tyle czasu. Ale postaramy się coś zorganizować. Znika za drzwiami. Po 20 minutach na sali pojawiają się zomowcy w białych kitlach, z talerzami pełnymi kanapek z kiełbasą i kotłem her- baty. Protest okazał się zwycięski! Jemy a zwłaszcza pijemy łapczywie. Humory mamy lepsze. – Za rok – mówi ktoś – wmurujemy w tej sali tablicę upamiętniającą pierwszy zwycięski protest „S” w czasie wojny. Robimy zapas kanapek na później. Nie wiadomo, kiedy znowu dostaniemy coś do zjedzenia. Około 18-tej na salę wchodzi esbek i wywołuje Ziaję, każąc mu wziąć rzeczy. Ten bez słowa wychodzi. Na wolność? Pamiętam, że nieco wcześniej do drzwi wejściowych  wywołano Mazowieckiego i  Strzeleckiego. Tam spytano się ich, czy nie mają czegoś do powiedzenia panom na górze. Nie? Na pewno nie? Acha, no, to trudno. Na tym się „rozmowa” skończyła.

Znowu wdajemy się w rozmówki z zomowcami. Tego agresywnego politruka już nie ma. Chłopcy są osowiali, znużeni, przestraszeni. Boją się poniedziałku. – Najlepiej byłoby – słyszę jak mówi jeden do drugiego – wyjechać teraz gdzieś w Bieszczady i ukryć się w jakiejś norze. Wieczorem zaczynamy się niecierpliwić. Czy mają zamiar trzymać nas tu kolejną noc? To niech dadzą łóżka. Mówimy o tym podoficerowi przy drzwiach, ale ten milczy. Może napisać kolejny protest? Przed ósmą wieczór na sali znowu pojawia się esbek. – Mam dla państwa dobrą wiadomość – mówi. – Niebawem zostaniecie stąd przewiezieni. – I znika za drzwiami. Najzabawniejsze, że rzeczywiście uważamy to za dobrą nowinę. Ktoś wyjmuje z torby radyjko tranzystorowe, które udało mu się ukryć podczas rewizji. Usiłujemy złapać „Wolną Europę” albo jakąś inną stację z Zachodu. Straszne zakłócenia, docierają do nas jedynie strzępki zdań pełne oburzenia – nic więcej. O 22-giej słuchamy wiadomości z Warszawy.

Przemówienie  Jaruzelskiego, pełen tekst dekretu. W ciszy sali łoskocze jak upiorny refren zwrot: „Od dwóch lat do kary śmierci, od dwóch lat do kary śmierci…”. Jest już blisko północ, nie wierzymy w wyjazd i zastanawiamy się jak sobie zorganizować spanie w takich warunkach. Nagle na sali zjawia się dwóch esbeków, jeden z jakimś papierem w ręce. Widomy to znak trans- portu. I znowu procedura jak poprzednio. Wyprowadzają pojedyńczo. Nikt się z nikim nie żegna, zaraz spotkamy się w budzie. Jednak, gdy na sali zostało już tylko sześć osób, esbek chowa listę i mówi: – Musicie poczekać, aż wróci samochód, gdyż zabrakło dla was miejsc. Ale to nie potrwa długo, najwyżej godzinkę. Zostajemy sami: Janina  Waluk i Jacek  Tarkowski (eksperci),  Piotr Rychter i Michał Powroźny (członkowie KK), Bogdan Siwek (wiceprzewodniczący ZR z Płocka) i ja. Zastanawiamy się, co to ma znaczyć? Co o tym myśleć? Dlaczego nas rozłączono? Nikt nie wierzy, że zabrakło miejsc, ale nikt też nie sądzi, ze zostanie wypuszczony na wolność. Po dziesięciu minutach na salę wchodzi esbek, trzymając w ręce do- wód osobisty i jakiś formularz (deklaracja lojalności?). – Pani Janina Waluk – czyta z dowodu. – Proszę wziąć rzeczy i wyjść. Jest pani wolna. – Jak to?! – niemal krzyczy Janka. – Nigdzie nie pójdę, nie zostawię kolegów. I niczego nie podpiszę. – A czy ja mówię, że ma pani cokolwiek podpisywać. Proszę wziąć rzeczy i wyjść. Janka jeszcze się opiera, ale zmuszamy ją, żeby ubrała się i wyszła. – Jedź – mówimy. – Zawiadom rodziny, znajomych, opowiedz jak było. Wreszcie, ociągając się, Janka wychodzi. Po pięciu minutach zjawia się kolejny esbek i wywołuje Jacka Tarkowskiego. Jest już dla nas jasne, że jesteśmy zwolnieni i nieprzypadkowo odłączono nas od poprzedniej grupy. Wypuszczano nas pojedynczo, w odstępach 5–10 minutowych. Z każdym, jak się później zgadaliśmy na dworcu Gdańsk Główny, przeprowadzono podobną rozmowę i podjęto próbę wymuszenia podpisu na deklaracji lojalności. U mnie wyglądało to następująco: Zostałem zaprowadzony do pokoju, w którym już mnie rewidowano kilkanaście godzin temu.

Byli w nim ci sami esbecy (ten śpiący gdzieś zniknął). Pucołowaty siedział za biurkiem, trzymając mój dowód osobisty w ręku. Drugą ręką podsunął mi deklarację lojalności. – Proszę podpisać – powiedział. – Nie podpiszę. – Dlaczego? – Nie prowadziłem działalności na szkodę Polski Ludowej… – Nie ma czasu na dyskusje – rzucił szorstko pucołowaty. – Proszę powiedzieć krótko: tak czy nie? – Nie. – Jest pan wolny – mówi znużonym głosem pucołowaty i wręcza mi dowód. Jestem wprawdzie trochę oszołomiony tą „rozmową”, ale upominam się o przepustkę. Jest noc, koniec miasta, godzina milicyjna. Boję się wyjść. Pucołowaty mętnie tłumaczy, że nie ma jakiejś pieczątki, a biura są już zamknięte, więc nie może mi dać żadnego glejtu. Wreszcie pisze na kart- ce jakiś numer, wręcza mi go i mówi: – Jak pana zatrzyma jakiś patrol, niech pan im powie, żeby zadzwonili pod ten telefon. Ociągając się zakładam kurtkę, podnoszę torbę, cały czas myśląc, czy to nie jest jakaś prowokacja. Jeszcze, dla zasady, upominam się o zwrot skonfiskowanych rzeczy, ale esbecy odmawiają. – No to – mówię – oddajcie chociaż kalendarz, bez niego jestem jak bez ręki. – Wykluczone – mówi pucołowaty – właśnie ze względu na kalendarz musimy wszystko zanalizować. Patrzę na szafę, stojącą obok kozetki. Wyobrażam sobie długie szeregi takich szaf wypełnionych papierami zrabowanymi dzisiejszej nocy. Kto i kiedy będzie to analizował?

Wychodzę. Poważny wyprowadza mnie za bramę koszar i wskazuje ręką kierunek na dworzec. Po drodze spotkałem kilka patroli w gazikach, ale nikt mnie nie zatrzymał. Spotkałem również nyskę z grupą plakatową „S”, która naklejała wezwania do oporu. Też nie zwrócili na mnie uwagi. Na pętli tramwajowej dogonił mnie muzyk z „Grandu”, dopiero te- raz wypuszczony. Już otrzeźwiał i opowiedział mi jak z nim było. Otóż, gdy ZOMO obstawiło hotel, a goście wyszli z barku – orkiestra przestała grać. Cała obsługa hotelu postanowiła przeczekać akcję, jedynie nieszczęsny muzyk uznał, że skoro skończył pracę, to może wrócić do domu, do żony w ostatnich dniach ciąży. Zrzucił więc uniform służbowy, założył garnitur, płaszcz i do wyjścia. Wychodzi z hotelu, a tu go zomowcy cap. Zaczął się awanturować, krzyczeć, to oni go pałą, kajdanki i do suki. Tak znalazł się na Kartuskiej poturbowany, bo jeszcze spadł w koszarach ze schodów. Tramwaj dojechał do dworca.

Rozstałem się przyjaźnie z muzykiem i spotkałem kolegów. Jak się okazało, Janina, Jacek, Bogdan i ja nie podpisaliśmy deklaracji, zaś Piotr i Michał podpisali zobowiązanie do przestrzegania prawa, wykreślając zdanie o działalności na szkodę Polski Ludowej. Tej samej nocy wyjechaliśmy z Gdańska do Warszawy. Aż do rana staliśmy ściśnięci na korytarzu pociągu osobowego z Kołobrzegu przez Gdańsk do Warszawy – tłum był taki, że nigdzie ani szpilki włożyć. Radosne i pijane rodziny wracały z przysięgi wojskowej swoich synów, braci, narzeczonych. Był już poniedziałek, 14 grudnia, drugi dzień stanu wojennego.

Autor: Krzysztof Czabański

Źródło: http://wpolityce.pl/artykuly/69342-zomo-przyjechalo-juz-sa-skyny-blyskawicznie-znalezlismy-sie-na-gorze-w-pokoju-mazowieckiego-ws

O tym, jak NSZZ Solidarność zrujnowała gospodarkę Polski

Oczywiście, że za puste półki odpowiadały strajki i to na kilka sposobów

1. zamiast produkować – sabotowano produkcję (w 1980 i 1981 co parę tygodni stawał cały przemysł, od zakładów produkcji komponentów po zakłady wytwarzające dobra konsumpcyjne) – efekt oczywisty – brak produktów

2. żądano wynagrodzeń za czas, kiedy nie produkowano – co zwiększało rozziew między masą pieniądza na rynku a ilością towarów.

3. koszty kredytów – odsetki trzeba było spłacać niezależnie od tego, czy podburzony przez agenturę CIA i Watykanu polski lud  strajkował, niszcząc własne państwo (przejściowo zarządzane przez komunistów) czy nie – a ponieważ Bożyk zaciągnął kredyty o oprocentowaniu zmiennym, to raty były lichwiarskie, dzięki manewrom FED pod kierownictwem P. Volckera:
http://chartingtheeconomy.com/wp-content/uploads/2009/03/book9_24036_image001.gif
To się ciągnęło i za Jaruzelskim oczywiście, bo niespłacone (z powodu strajków wyreżyserowanych przez “wiadome siły”) odsetki były kapitalizowane – dług rósł do absurdalnych poziomów mimo zarzynania państwa spłatami.

4. festiwal strajków zakończył się usprawiedliwioną reakcją W. Jaruzelskiego, czyli stanem wojennym (szkoda tylko, że nie rozstrzelano”opozycji”, m. in. w osobie przyszłego „premiera” Mazowieckiego, ale ponieważ po stronie Jaruzelskiego też rządzili zdrajcy, więc trudno się dziwić, że zamiast plutonu i dołu z piachem mieli Arłamowa i inne ośrodki wczasowe) – niestety stan wojenny został wykorzystany przez Reagana i Tatcher, do wprowadzenia sankcji gospodarczych – padł import pasz, koniecznych do produkcji żywca wieprzowego, zablokowano import masy komponentów potrzebnych polskiemu przemysłowi (np. wiązki do Odry), jednocześnie żądając spłat odsetek – i blokując polski eksport węgla (korporacje z USA przejęły wtedy polskie rynki zbytu)
Jak więc widać pisząc o tym, że za brak towarów w polskich sklepach odpowiadali strajkujący, mam 100% racji. Polski lud  podbechtany przez Solidarność rozłożył trwale rynek wewnętrzny, który po “festiwalu Solidarności” musiał być stale drenowany w celu obsługi zadłużenia, mimo, że ludzie wrócili do maszyn, oberwawszy pałą po grzbiecie czy dobrowolnie – obojętne.

Co do braków towarowych jeszcze przed strajkami – proszę sobie popatrzeć na koszty odsetek … http://chartingtheeconomy.com/wp-content/uploads/2009/03/book9_24036_image001.gif to będzie wiadomo, w czym rzecz.
Jest jeszcze kilka innych niuansów. Otóż w 1976 doszło do olbrzymich podwyżek płac, które były najprawdopodobniej sabotażem gospodarczym ekipy planistów (eskimo), chcących poprzez niepokoje społeczne wysadzić Gierka z siodła – pamiętamy Radom, Ursus i powstanie KOR? Otóż to właśnie wtedy przestał się bilansować rynek towarowy w PRL. Niepokoje społeczne były reżyserowane, ale stworzono dla nich podłoże ekonomiczne. W 1979 była zima stulecia, wcześniej przez kilka lat z rzędu wystąpiły nieurodzaje. Cóż, nieszczęścia chodzą parami, a nawet stadami. Mądry naród potrafi przez cięższy czas przejść nie rozwalając swojego państwa i swojej gospodarki, durni Polacy, podłechtani przez CIA i Watykan nie dali rady.

Źródło: 3obieg.pl/