PRZYPOWIEŚĆ O JABŁONI Z GŁĘBOKIM DUCHOWYM PRZESŁANIEM

Przypowieść z duchowo-gnostyckim przesłaniem

W pewnym sadzie stała sobie wielka jabłoń. Była tak duża, że można było mieć wrażenie, że listkami sięga samego nieba. To drzewo w najlepszym i najdojrzalszym okresie swojego istnienia. Jak co roku wydawała mnóstwo dorodnych, pięknych jabłek. Zbliżała się już jesień, niektóre listki były już lekko żółtawe. Dnie były coraz krótsze i krótsze. Wielkimi krokami zbliżały się zbiory, a po nich coraz mroczniejsze miesiące jesieni i zimy.

W tym roku jabłek było całe mnóstwo. Większość z nich była jeszcze zielona, ale niektóre zaczęły się już czerwienić. Były wśród nich pięknie zaczerwienione jabłka, które były przekonane o tym, że celem i przeznaczeniem jabłek jest ciągle i ciągle nabywać coraz ładniejszej, czerwonej barwy. Nie były one rozumiane przez swoje zielone koleżanki. Zielone jabłka uważały, że skoro większość jabłek jest zielona, to tak musi być, i nie ma sensu nic zmieniać. Ba, drwiły one z czerwonych jabłek i z ich barwy. Były przeświadczone o tym, że te czerwone są jakieś inne, i nawet że zagrażają one istnieniu jabłoni. Zielone jabłka były zdania, że wszystkie muszą być takie jak one, że taka jest już tradycja i kultura, i że całe to czerwienienie się to jakaś fanaberia.

Wśród czerwonych jabłek jedno szczególnie się wyróżniało. W pewnym momencie zwróciło się ono do innych czerwonych jabłek:

-Jestem takie czerwone i wspaniałe, czerwieńsze niż praktycznie wszystkie z czerwonych! Słuchajcie się mnie! To ja będę zarządzać Wami! To ja rządzę całą jabłonią, a nie jabłoń mną. Nie będę służył jabłoni, non serviam! Mam ukryty plan dla nas wszystkich, nowy porządek jabłka, ale większość zielonych jabłek musi opaść i zginąć. Czeka nas wielki wstrząs i przejście do nowego jabłkowego ładu!

.

Były tam też nieco inne jabłka. Czerwone, ale gdzieniegdzie miały odcienie żółtego i zielonego. W zasadzie niczym specjalnym się nie wyróżniały. Rosły sobie razem, na ustronnej gałęzi, cicho i na uboczu. Wtedy jedno z nich nie wytrzymało i rzekło:

Naszym przeznaczeniem nie jest ani wiecznie być zielonymi i nieustępliwymi, ani nieustannie się czerwienić. Naszym zadaniem jest dojrzeć, opaść, umrzeć, i poprzez nasionko, które jest w każdym z nas, narodzić się na nowo jako drzewo. Nikt Wam o tym dotąd nie mówił. Byliście zajęci albo kultywowaniem tradycyjnej zieleni i stagnacji, albo wiecznym nabywaniem coraz czerwieńszych barw. A to nie tak. Jesteście idealne w każdym kolorze, jakie tylko macie. Dla każdego z Was jest miejsce na jabłoni, ale przeznaczeniem każdego jest i tak opaść i narodzić się na nowo jako drzewo, jako jabłoń z własnymi jabłkami. Życie po opadnięciu na ziemię istnieje, naprawdę!

-Wy, zielone jabłka, nie zatrzymacie czerwienienia się innych, a potem także samych siebie – kontynuowało swój wywód. A Ty, najczerwieńsze z czerwonych, które chcesz wprowadzić nowy jabłkowy porządek.. Cóż, nie zarządzasz i nigdy nie będziesz zarządzać jabłonią. Bo choć jesteś częścią jabłoni, to nie jesteś całą jabłonią. Tak jak kropla jest częścią oceanu i ocean zawiera się w kropli, choć kropla nie jest całym oceanem. Pójdź po rozum do głowy, bo w pewnym momencie możesz nabrać barw do tego stopnia, że staniesz się brązowe jeszcze na gałęzi i zgnijesz na niej, jeśli nie będziesz chciał puścić rzekomego zarządzania nią. Czytaj dalej „PRZYPOWIEŚĆ O JABŁONI Z GŁĘBOKIM DUCHOWYM PRZESŁANIEM”

Uważasz, że masz wolną wolę? Przeczytaj to!

Uważasz, że masz wolną wolę? Przeczytaj to!

wolna wolaW filmie „Terminator 3” jeden z głównych bohaterów, John Connor, w pewnym momencie się zbuntował i powiedział, że pieprzy przeznaczenie. Przystawił sobie pistolet do głowy i zagroził, że wystrzeli. Że cała legenda Johna Connora i jego misja zostaną zakończone. Całe przeznaczenie szlag trafi. Dlaczego miałby to zrobić? Ponieważ ma coś, co jest najcenniejszą wartością na Ziemi, a czego nie miał robot wysłany z przyszłości by go chronić.

WOLNĄ WOLĘ.

Uważam że miał on prawo tak zadecydować. Nawet gdyby cały plan ruchu oporu miał szlag trafić, gdyby opór przeciwko maszynom miałby się nie udać. Niby dlaczego ktokolwiek miał zmuszać tego pełnego wątpliwości człowieka do wzięcia na siebie tak wielkiej odpowiedzialności? A może on nie chciał? Miał prawo nacisnąć na spust i zakończyć swoje życie, ponieważ ma wolną wolę. I żadnemu bogowi, żadnemu prawu karmy, żadnemu Źródłu, żadnemu przeznaczeniu gówno do tego świętego i niezbywalnego prawa człowieka – WOLNEJ WOLI.

Film Terminator to oczywiście opis pełen symboli i archetypów. Podobnie jest w innej sadze filmowej – Matrix. Co by było, gdyby Neo połknął nie tę pigułkę co trzeba? Według słów Morfeusza, zasnąłby znowu i uwierzył w co tylko by chciał. Może obudziłby się znowu w matrixie jako ktoś znany, lubiany, bogaty, i miałby sielankowe życie? A cały plan Morfeusza i matrixowej wyroczni poszedłby się jebać? Człowiek ma prawo odejść i żaden człowiek, żadne bóstwo i żaden duchowy czy nie-duchowy mechanizm nie ma najmniejszego prawa w ten przejaw wolnej woli ingerować.

Religie, new age i ezoteryka krzyczą i przekonują, że nie wolno samodzielnie podejmować decyzji o odejściu. Katolicyzm twierdzi, że samobójcy idą do piekła. New age i ezoteryka uważają, że jest to niewłaściwe i narusza prawo karmy czy inne, często z dupy wzięte teorie. A ja uważam co innego. Jeśli bóg, architekt, Universum, wszechświat, najpierw stworzył człowieka poranionego i wyniszczonego życiem, a potem zamierza go jeszcze karać za samobójstwo.. To taki byt nie jest bogiem, ale diabłem z samego dna piekieł. I nie chcę mieć z takim bogiem, karmanem, architektem nic do czynienia.

New age głosi, że nie ma przypadkowych spotkań, że nie ma przypadkowych wydarzeń, że każde cierpienie nosi w sobie sens i rozwój, że każde złe wydarzenie ma sens i ma czegoś nas uczyć. A co, jeśli to nieprawda? A co jeśli żadnego przeznaczenia ani boskiego planu nie ma? A co, jeśli tym wszystkim rządzi chaos i te zimne, bezduszne, olewcze i beznamiętne i przede wszystkim okrutne prawa Murphy’ego z tej drugiej strony lustra? Czyli z otchłani? Co jeśli cierpienie nie ma żadnego sensu ani żadnych walorów wychowawczych? Co, jeśli żadne złe wydarzenie nie ma ani głębszego ani płytszego sensu?

Prywatnie przestałem niemal zupełnie bać się śmierci. Nie zamierzam jednak przyspieszać kresu swojego życia, bo zamierzam zaznawać jeszcze codziennych radości i szczęścia, i coraz częściej mi się to udaje. Ale gdybym hipotetycznie chciał kiedyś popełnić samobójstwo – czy mógłbym to zrobić? Czy mógłbym po prostu pokazać bogu / karmanowi czy komukolwiek innemu środkowy palec i powiedzieć, żeby spierdalał i że mam totalnie wyjebane na jego plan? Według mnie mógłbym ponieważ mam niezbywalne prawo – WOLNĄ WOLĘ. I co wtedy? Czy oburzyłeś się, czytelniku, komentatorze?

Nie byłoby moich felietonów, nie byłoby uświadamiania ludzi, nie byłoby poszerzania wiedzy i przekazywania jej innym. Nie byłoby mojego przeznaczenia. Nie byłoby mnie. Czy świat by się zawalił? Czy stałaby się apokalipsa? Czy niebo spadłoby na Ziemię, tę Ziemię? Oczywiście że nie! Świat by istniał nadal, a Słońce nadal wschodziłoby na wschodzie i zachodziło na zachodzie, tak jak robi to od niezmierzonych eonów czasu. Nic by się nie stało i w zasadzie nic by się nie zmieniło.

To są rozważania czysto teoretyczne. Od kilkunastu lat mam wbudowany w psychikę mechanizm który to uniemożliwia. Ale uważam go za ograniczenie mojej wolnej woli. Bo wielu ludziom świadomość tego, że mogą kiedyś tam sami odejść, przynosi.. ulgę. Ja tej świadomości nie mam. Nie boję się faktu zakończenia tego życia ale mam dwie obawy związane ze śmiercią. Jak widzicie, nie ma lekko. Otóż co, jeśli po śmierci dorwie mnie bezlitosna maszyna astralu, skasuje mi wspomnienia z tego życia, i przemocą nakaże mi się wcielić (reinkarnować) znowu na Ziemi? I to na jeszcze gorszych warunkach? W postapokaliptycznym świecie rodem z jakiegoś thrillera SF?

Albo co, jeśli będę chciał, jako dusza, uwolnić się z ziemskiego więzienia, a to okaże się.. niemożliwe? Niektórzy czytelnicy ostrzegali mnie, bym po śmierci nie leciał poza Ziemię, w kierunku niewyobrażalnych bezkresów kosmicznej pustki, tej „kosmicznej zamrażarki„. Do Plejad są tryliony kilometrów lub więcej, do Kasjopei też. A co, jeśli tam… nic, absolutnie nic nie ma? A co, jeśli jako dusza wylecę poza heliopauzę (ostateczną barierę Układu Słonecznego) i nie będę mógł już nigdzie, absolutnie nigdzie lecieć? Ani z powrotem na Ziemię, ani dalej?

Zaś mój drugi lęk związany ze śmiercią, to lęk przed męką konania. Znam sposób który jest sposobem pewnym na 99,9%. Jeden z wycofanych już farmaceutyków powoduje bardzo ciężkie zaburzenia automatyzmu serca nawet jeśli przedawkujesz go choćby przez przypadek, zaledwie trzykrotnie. Zgon jest wtedy nagły i bardzo szybki. Ale czasami bywa, że człowiek bierze całe pudło takiego środka i… przeżywa, choć logika i nauka nie dają mu na to praktycznie żadnych szans. Za to doświadcza boleści i męki konania, zanim trafi do szpitala, gdzie go odratują.

Istnieje jeszcze jedna hipoteza. Hipoteza śmierci jako ostatecznego katharsis, ostatecznego uwolnienia z planety więziennej zwanej Ziemią. W wielu baśniach, legendach, przekazach i filmach zostało to pokazane symbolicznie i archetypowo. Odejście za morze, popłynięcie na drugą stronę morza jest archetypem, symbolem umierania. W trylogii Władcy Pierścieni po zakończonej walce elfy odchodzą za morze do lepszego świata, czyli umierają.

W filmie Truman Show główny bohater przebudził się, poznał prawdziwą, więzienną naturę systemu (świata). Po czym pokonał swój największy lęk – lęk przed pływaniem i morzem. Wsiadł na żaglówkę i popłynął na drugą stronę morza, by się ostatecznie uwolnić. Lęk przed morzem można interpretować jako lęk przed kobiecością (także kobiecością własną) jak i lęk przed śmiercią. Morze jest siłą, z której urodziło się, wyewoluowało i wyszło życie, na ląd.

Zaś w filmie Dark City jeden z bohaterów poznał czym naprawdę jest świat (więzieniem), przebudził się. Powiedział on do głównego bohatera filmu, że istnieje tylko jedna droga by się uwolnić – i zaraz po tych słowach rzucił się pod pociąg i umarł. Z drugiej strony, główny bohater Dark City także wiedział czym jest system, ale nie zamierzał umierać, lecz dokonał korekty tego systemu. I udało mu się to. Nad mrocznym miastem w końcu zaświeciło Słońce, pojawiła się plaża i morze, i ludzie w końcu mogli zbliżyć się do zaginionego raju z dzieciństwa. Mieścił się on właśnie nad morzem.

Inna hipoteza z kolei mówi, że gdy nie przerobimy wszystkich życiowych lekcji i zakończymy przedwcześnie życie, to te same lekcje wrócą w przyszłym życiu, z jeszcze większą siłą. I w co tu wierzyć?

Autor: Jarek Kefir Czytaj dalej „Uważasz, że masz wolną wolę? Przeczytaj to!”

Człowiek, który zrozumiał los i przeznaczenie. Przeczytaj zaskakujący wywiad!

Człowiek, który zrozumiał los i przeznaczenie. Przeczytaj zaskakujący wywiad!

karma i przeznaczenieWklejam poniżej felieton dotyczący wielu zagadnień – karmy, duchowości i jej powiązania z nauką..

Pisałem już kilka razy, iż według mnie, to, co nazywa się św. Graalem, istnieje i jest po prostu powiązaniem tradycyjnej nauki z duchowością. Obecnie Ziemię toczy tragiczny konflikt z serii tych nie do rozwiązania tradycyjnymi metodami:

Czy powiązanie między duchem a materią istnieje?

To właśnie ten konflikt jest przyczyną wielu schematów, w jakie wpadamy. Z jednej strony, zabobonnej czci jaką oddajemy, o ironio, martwym przecież posążkom w świątyniach. A z drugiej strony – przejście na drugą stronę skrajności, czyli odrzucenie wszystkiego co duchowe i kulcie materii. Kult materii obecnie nazywa się „racjonalizmem naukowym”.

Jak wiemy, teoretycznie, prawie wszyscy – wszelkie skrajności są złe. Czemu więc wciąż dzielimy się na tych, co klęczą pod figurą, i na tych, którzy zaczytują się w Dawkinsie, Rand’zie i innych pisarzach tego typu?

Kluczem do zrozumienia jest fakt podziału. Podział jest jedną z zasad tej planety. Podziały są wszędzie. Między religiami, państwami, województwami, miastami, dzielnicami, ulicami.. Podziały zachodzą tak głęboko, że u wielu ludzi mieszka kilka autonomicznych osobowości. Ba! Czyż my nie wirtualizujemy naszego zachowania w zależności od okoliczności? Inną maskę wkładamy na: imprezę, do pracy, do szczerej rozmowy, do wyjścia na miasto.

A może zamiast wiecznie dzielić i dzielić, aż do rdzenia naszych osobowości.. Spróbować zacząć łączyć? Spróbować odnaleźć, choćby w przeciwniku ideologicznym czy religijnym fakt, że jego ideologia bądź religia, TEŻ zawiera fragment prawdy uniwersalnej? Mały, ale zawsze.

Jarek Kefir

______________________________________________________________

A teraz zapraszam do lektury zapowiadanego artykułu:

Człowiek, który rozpracował karmę

Cytuję: „Jest osobą niezwykle kontrowersyjną, ale jego poglądy podziela wielu ludzi. Gorliwi wyznawcy chłoną jego wypowiedzi i, co sami przyznają, czują się dzięki niemu po prostu szczęśliwsi. Dziś Siergiej Łazariew, autor bestsellerowych książek i badacz, który podobno rozpracował istotę karmy, odpowiada na najciekawsze pytania związane z wpływem poprzednich wcieleń na teraźniejszość.

-W jaki sposób rozwój intuicji wiąże się z karmą?

S. N. Łazariew: W bardzo prosty. Otóż francuscy badacze spostrzegli, że w pociągu, który uległ katastrofie, jest średnio o 15% mniej pasażerów niż zwykle. Dlaczego? Bardzo zwyczajnie – ten człowiek, którego karma jest lepsza, złamie nogę, zgubi lub ukradną mu bilet albo rozmyśli się i nie trafi do tego pociągu.

A ten, którego karma jest gorsza, nie otrzyma intuicyjnego ostrzeżenia. Odwrotnie – „pogoni go” tam i pojedzie tym pociągiem. Intuicja – to właściwe przeczucie odnośnie przyszłości, związane z czystością duszy człowieka. Im bardziej czysta dusza, tym jestem „wyżej nad ziemią” i tym silniejsza jest moja intuicja oraz prawidłowe postrzeganie przyszłych zdarzeń. I na odwrót – w tych samych proporcjach.

-Czy rodzeństwo bliźniacze niesie jednakową karmę?

S. N. Łazariew: Nie. Zwykle bliźniak, który rodzi się pierwszy – bierze więcej negatywu, drugiemu jest lżej. Kiedyś, gdy ludzie mieli niezachwiane poczucie, że Bóg kieruje wszystkim – rozumowali prawidłowo. Kiedy ktoś dokonał złodziejskiego czynu, myśleli: „Bóg cię osądzi, ja teraz ciebie nie będę osądzać. Wsadzajcie go do więzienia, róbcie z nim wszystko, co trzeba, ale ja go nie osądzam”. Oto było właściwe ustosunkowanie się.

Obecnie wiara w Boga powinna być świadoma i rozsądna – czyli religia winna stać się wiedzą, nauką. Proces ten właśnie zachodzi, widzę go w każdej pracy badawczej. Tak więc potrzebna jest umiejętność zrozumienia, że jeśli pojawiają się nieprzyjemności życiowe, oczyszczana jest moja dusza; jeśli mnie oszukano – to w ten sposób poniżana jest moja mądrość, ponieważ przylgnąłem do mądrości. Umiejętność nieosądzania – to umiejętność pozostawania w dobrym zdrowiu.

Przed trzema dniami badałem młodego człowieka ze schizofrenią. Ujrzałem przyczynę: jego ojciec bezustannie osądzał siebie i innych – głupich, niemądrze postępujących, władze, sąsiadów i siebie. Nastąpił proces lgnięcia do mądrości oraz rozwój pychy. U matki – to samo zjawisko. A u syna – to już dziesiątki razy silniejsze.

Przylgnięcie do mądrości i „ziemskości” przekracza u niego poziom śmiertelny. A to oznacza – albo śmierć, albo chorobę, która odbiera mądrość – właśnie schizofrenię. Jest jeszcze coś niedostrzegalnego, choć należącego do „ziemi”, ale bardziej subtelnej natury.

Dlaczego niedostrzegalnego? Są to tak subtelne struktury duszy, że mogą one leżeć poza obszarami jednego żywota. O co chodzi? Pieniędzy nie zabiorę ze sobą do grobu, rodzina wraz z moją śmiercią także się rozpadnie. Jednak moje zdolności nie rozpadną się wraz z moją śmiercią. Przeniosę je w kolejne życie, ponieważ zdolności istnieją niejedno wcielenie.

Moje duchowe jakości – dobroć i przyzwoitość – trwają więcej niż jedno życie. Moja mądrość, która leży u podstaw duchowych jakości, może żyć dziesiątki wcieleń. Takie pojęcie – jak los, przeznaczenie – okazuje się, że to jest realny twór. Twór informacyjno-energetyczny, który żyje, jak stwierdziłem, przez ponad 40 wcieleń. Otóż do tego też można przylgnąć.

Jak można przylgnąć do zdolności? Jeżeli zaczynam gardzić niezdolnym – przylgnąłem do zdolności. Jeżeli zazdroszczę bardziej zdolnemu – przylgnąłem do zdolności. Kiedy dusza lgnie do „ziemskiego”, staje się pyszna. Pycha jest blokowana najcięższymi chorobami, szczególnie obecnie, gdy ludzkość bardzo daleko posunęła się w kwestii osądzania niezdolnych i osądzania siebie.

Tu jest bardzo ważny moment. Praktycznie każdy człowiek przychodzący do mnie na wizytę uważa, że osądzać siebie – to normalne. Nic podobnego. Osądzanie siebie, przygnębienie – to znaczy niechęć do życia – to są programy samounicestwienia, które dają najcięższe zachorowania.

Kiedy człowiek zabłądził w lesie, to jego zachowanie ma trzy etapy. Pierwszy etap – nienawidzi on wszystkich, z powodu których poszedł do lasu, którzy mu to doradzili. Najbardziej prymitywne podejście do sprawy – „wszyscy są winni”. Potem staje się bardziej uduchowiony. Zaczyna coś rozumieć i zaczyna nienawidzić siebie – jest to drugi etap. Tak czynią bardziej „duchowi” ludzie. Trzeci etap – rozumie, że nikt nie jest winny, że winnych po prostu nie ma i zaczyna poszukiwać wyjścia. Aktualnie cała ludzkość zwraca ten program – nienawiści, osądzania i poszukiwania winnych – przeciwko sobie. Włącza się program samounicestwienia, odbywa się to automatycznie.

-Czy można się czegoś dowiedzieć o swoich poprzednich wcieleniach i wcieleniach swoich dzieci?

S. N. Łazariew: Można, ale nie trzeba. Dlaczego? Ponieważ wszystkie nasze poprzednie wcielenia przejawiają się w naszym postępowaniu. Całe moje poprzednie życie jest odzwierciedlone w każdym moim czynie. Dlatego wystarczającym jest dokładne przejrzenie swego obecnego życia – i można oczyścić karmę.

Gdy przed człowiekiem odkrywa się szczegółowo jego poprzednie życie, to traci on poczucie ważności obecnego życia. Zachodzi proces „neutralizacji” i pojawia się w nim obojętność do aktualnego życia. Jest to niebezpieczny program. To jest przyhamowanie rozwoju. Dlatego – jeśli nie znamy przeszłości, jeśli jest ona dla nas zakryta, podobnie jak i przyszłość – dzieje się to nieprzypadkowo. Ponieważ zobaczenie przyszłości, przyszłych wydarzeń, szczególnie, gdy nie jesteś w stanie na nie wpłynąć – to trauma dla świadomości.

Dlatego posiadamy instrument – mamy nasze obecne życie, mamy emocje, za pomocą których odbieramy – odczuwamy całe życie i to jest w pełni wystarczające. Po to, by zmienić swoją karmę, powinienem zmienić swój los. Karma – to los wielu żywotów.

Mój los – to mój charakter. Mój stan wewnętrzny zależy od tego, jak się prowadziłem w poprzednim życiu. Aby zmienić karmę i los, trzeba zmienić charakter. A charakter – to postrzeganie świata. Jeżeli w jednej chwili potrafię zmienić postrzeganie całego świata, jeśli dokona się to na wszystkich płaszczyznach – moja karma jest „zdjęta”. Przykładem jest symbolika „Łotra na krzyżu” – człowiek zmienił całkowicie postrzeganie świata i zmieniła się jego karma.

-Dlaczego dzieci „rozliczają się” za swoich rodziców i krewnych? To jest niesprawiedliwe.

S. N. Łazariew: Proszę zrozumieć, że istnieją prawa. Weźmy na przykład taką sytuację: Kapitan dowodzi okrętem. Nie potrafił opanować sytuacji i statek rozbił się o rafy. Więc czy jest to sprawiedliwe, że pasażerowie zginęli?

Jest prawo, istnieją także wyższe prawa. Jeśli kapitan się „nie spisał” i pasażerowie zginęli, to znaczy, że każdy z nich trafił na ten okręt nieprzypadkowo. Jeżeli moi rodzice coś „nakręcili”, a ja też z przeszłych żywotów mam analogicznie negatywny „bagaż”, to okazałem się ich synem nie przypadkiem. Jeżeli zaprzestałem osądzania ich – zamknąłem najbardziej głębokie analogiczne struktury. I na odwrót.

A dlaczego ludzie odpowiadają za grzechy kraju itd.? Znowu wszystko jest nieprzypadkowe. Każdy człowiek precyzyjnie trafia w miejsce, które dokładnie odpowiada wewnętrznemu zakodowaniu jego pól. Trafiłem do jakiegoś kraju – bo na głębokim poziomie jestem z nim w zgodności.

Dlatego istnieje Wschód i Zachód. Np. kobieta na Zachodzie – wyemancypowana, osądza, pogardza, lekceważy – jest tam bezpłodna. Rodzi się potem na Wschodzie i „oduczają” ją tam. „Oduczają” wystarczająco długo. Odradza się i potem może już żyć na Zachodzie. Tak wygląda wahadłowy system, dzięki któremu żyjemy.

-Jak samemu można się zorientować, jaki mam program i w czym tkwi przyczyna moich nieszczęść? Po przeczytaniu pańskiej pierwszej książki wszyscy „rzucili się” do obwiniania za swoje biedy rodziców i dziadków, i zaczęli szukać przyczyny własnych problemów – w życiu swoich krewnych…

S. N. Łazariew: Pierwszą książkę napisałem jako sprawozdanie i druga też będzie sprawozdaniem z moich badań. Do niczego nie przywołuję, niczego nie żądam. Przedstawiam tylko taki obraz świata, jaki mi się układa. Przedstawiam informację, która pomaga ludziom wyzdrowieć.

Dopiero po napisaniu pierwszej książki zobaczyłem, że osobista karma, indywidualne postrzeganie świata przez danego człowieka – jest najważniejsze. Jeżeli w czterech minionych żywotach wyrzekałem się wszelkiej świętości z powodu pieniędzy, to w obecnym życiu rodzę się w rodzinie, gdzie w czterech pokoleniach moich przodków trwał taki sam proces. Karma rodziców – to rzecz wtórna, a moja własna karma, moje indywidualne prowadzenie się, osobiste postrzeganie świata – pierwotne.

W ostatnim czasie wyjaśniam pacjentom, którzy przychodzą do mnie, że np. ktoś z nich nieprawidłowo postrzega otaczający świat, ktoś niewłaściwie postępuje itd. Niektórzy mówią na to: „Niech pan lepiej opowie, co tam wyprawiali moi rodzice”. Odpowiadam: „Wyprawiał pan (pani) i „dostaje” pan (pani)”. Wszystkie wykroczenia rodziców są odpowiednikiem naszych własnych wykroczeń. Dlatego osobiste ukierunkowanie danego człowieka, jego zachowanie i postrzeganie świata decyduje o wszystkim.

Jestem przede wszystkim badaczem, nie należy mnie mylić z działaczem religijnym. Zarzuca mi się często: „Oto mówi pan w kontekście Biblii, potem zahacza pan o karmę, później o coś jeszcze – zbyt dużo wszystkiego pan namieszał”. Nie robię żadnego zamieszania, prowadzę badania i po prostu przekazuję ich rezultaty.

Na ile są one zgodne z jakimś systemem religijnym, o tyle je potwierdzam w ramach tego systemu, oto i wszystko. W mojej drugiej książce opisałem dowody świadczące o tym, że jedną z głównych przyczyn choroby jest osądzanie kogoś.

Jest to także jedna z najważniejszych przyczyn zachorowań na raka. Dlatego umiejętność przyjęcia wszystkiego, jako pochodzącego od Boga – to umiejętność bycia zdrowym. Jak wyjaśniam to swoim pacjentom? Mówię: „Każda komórka organizmu jest przez niego kierowana w 90%, a więc najpierw tą komórką się pracuje, posługuje, a potem ona pracuje na siebie samą”.

Każdy człowiek również prowadzony jest przez karmę Wszechświata i przez Boga w takich samych proporcjach – w 90%. To znaczy, że każdy z nas jest najpierw „narzędziem”. Kiedy więc osądzam innego człowieka – osądzam Boga, który go prowadzi. Świadczy to o tym, że wzrasta we mnie pycha, która jest zablokowywana poważnymi chorobami.

Wniosek jest taki – możemy walczyć ze złem, ale nie możemy osądzać zła. Ponieważ przy pomocy „ziemskiego błota” oczyszczana jest nasza dusza. Dusza może „ubłocić się” wtedy, gdy przylgnie do ziemskich dóbr. Umiejętność wewnętrznego przyjęcia zła, jako danego przez Boga, przy równoczesnej umiejętności sprzeciwienia się mu na zewnątrz – to umiejętność bycia zdrowym.

W stosunku do dzieci można odnosić się surowo i karać je, jednak nie wolno obrażać się na nie i nie wolno ich osądzać. Wielu robi jednak odwrotnie. Dzieci niekiedy powinny mieć stworzone twarde warunki – to działa jak szczepionka – uodparnia.

Dlatego, gdy widzę przywiązanie dziecka np. do pychy czy relacji, mówię rodzicom: możecie karać surowo, ale po 5 minutach trzeba dziecko pogłaskać po głowie, żeby nie „zepchnęło” ono poczucia krzywdy do swego wnętrza. Dziecko będzie się uczyło wówczas przyjmować poniżenie i obrazę od bliskiej osoby, i będzie to oczyszczało jego duszę.

Dlatego powiedziano: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, tj. kiedy rodzice dają mi karę, a ja mimo wszystko szanuję ich, to dzięki temu pozbywam się pierwotnego „przylgnięcia” do ziemskości – do matki i ojca. To jest bardzo ważne.

-Czy można likwidować (zabijać) karaluchy i komary? [śmiech na sali]

S. N. Łazariew: Można, tylko nie wolno się na nie obrażać. [Znowu salwa śmiechu]. Przypominam sobie pewną kobietę, która kiedyś przyszła do mnie i powiedziała: „Mój kot ma pchły, czy może go pan wyleczyć?” Odpowiedziałem: „Oczywiście!”. „A cóż trzeba zrobić?” – zapytała. Mówię jej: „Ma pani myśli samobójcze i niechęć do życia, dlatego spada odporność organizmu. Kot bierze to na siebie, jego odporność spada i rozmnażają się pchły”.

-Jaki jest pana stosunek do medytacji?

S. N. Łazariew: Człowiek Wschodu, dla niego „ziemskość” nie ma znaczenia, podczas medytacji po prostu likwiduje „ziemię” i idzie wzwyż.

Natomiast człowiek Zachodu ma z „ziemskim” związki i żeby „wyjść do góry” – musi zablokować wszystko, co związane jest z „ziemią”. Odbywa się to poprzez skruchę – pokajanie. W związku z tym, jeśli człowiek Zachodu zaczyna medytować, narusza prawa i może mieć problemy.

Żeby medytować, trzeba siebie najpierw odłączyć od ziemi. W jaki sposób? Powinienem pozbyć się wszystkich namiętności. Czym są namiętności? To nienawiść, obraza, osądzanie, ubolewanie, pragnienia, trwoga, krzywda, żal itd. Stanowią one „klej”, który moją duszę przytwierdza do ziemi. Tylko po wyzbyciu się tego wszystkiego mogę medytować. Ale gdy tego wszystkiego się pozbędę, to i bez medytacji „pójdę w górę”.

-Mój mąż nie rozumie mojej potrzeby doskonalenia się, mego zainteresowania problemami rozwoju. Reaguje negatywnie. Jak mam żyć z takim człowiekiem? Może lepiej się rozejść?

S. N. Łazariew: Sprawa polega na tym, że jeśli istnieje jakaś niedoskonałość, to jej leczenie następuje poprzez ból fizyczny lub duchowy – psychiczny. Im bardziej gotów jest człowiek na przyjęcie bólu duchowego, tym mniej będzie fizycznego. Jednak człowiek obcy nie jest w stanie przyprawić o ból duchowy.

Męki duchowe przyjmujemy od najbliższych nam ludzi – od rodziców lub ukochanego człowieka. Te męki duchowe doskonalą naszą duszę, o ile potrafimy wewnętrznie je przyjąć, zaakceptować. Dlatego bardzo ważne jest też zrozumienie, że osądzenie rodziców i osób bliskich leży u źródeł wszystkich problemów.

Kobieta bezustannie osądza męża. Narasta w niej podświadoma agresja, która zaczyna go zabijać. Taki program jest blokowany programem przeciwstawnym. Jej podświadoma agresja powinna się spotkać ze świadomą agresją męża.

Ten proces kończy się chorobą albo rozwodem. Jeśli są pretensje do męża, proszę najpierw prosić Boga o wybaczenie za wszystkie momenty osądzania go. Jakiekolwiek negatywne oddziaływanie na panią, stanowi zawsze rezultat pani wewnętrznej podświadomej agresji.

Zawsze obchodzą się ze mną odpowiednio do kodu, zawartego w strukturach mojego pola! Jeśli mnie potrącono – przyczyna jest w głębi, we mnie. Przepraszam za to, że jestem autorem agresji, skierowanej przeciwko mnie. To ja sprowokowałem człowieka do agresji przeciwko sobie. Dlatego umiejętność oczyszczenia siebie jest także umiejętnością pomocy bliskiej osobie.

Problem alkoholizmu. Oto czyjś syn upija się, „rozwala sobie” wątrobę. Mówię matce: „Jest pani przywiązana do… absolutyzuje pani zdolności, gardziła pani każdym, kto nie był zdolny, nieprawidłowo się pani odnosiła do takich ludzi. Osądzała pani także siebie, kiedy coś się pani nie udawało. Nienawidziła swego przełożonego, który poniżał panią i nie pozwalał pani realizować swoich zdolności. U syna zaś absolutyzacja zdolności i odpowiednio do tego – pycha, przekraczają poziom śmiertelny. Aby przeżyć – musi on poniżać siebie.

Poniża siebie alkoholem”. Tak więc alkoholizm, narkomania, nowotwory, astma, cukrzyca – to przejawy tego samego problemu. Są to objawy zablokowywania potężnego przylgnięcia do „ziemskości” i podświadomej agresji. Czyli dochodzi u niego do wewnętrznego przeciążenia, a jest ono związane właśnie z agresją i z nieakceptowaniem sytuacji, okoliczności. Jeżeli człowiek wewnętrznie kieruje się „w górę” i jeśli w jego duszy nie ma agresji – to potrzebuje minimum alkoholu. System zmiany postrzegania świata pomaga człowiekowi w równoważeniu się.

Tak więc problem nie polega na tym, czy ktoś pije alkohol, czy nie, lecz na tym, jak ustosunkowuje się do np. niepowodzeń w pracy. Oto jakiś człowiek ma niepowodzenia zawodowe, przeżywa to, pojawia się przygnębienie, przekształcające się w depresję. Jest w nim nasilony proces „lgnięcia” do pomyślności w życiu i w pracy.

Dlatego jeszcze bardziej będzie mu się „rozwalała” praca i los, żeby oczyścić jego duszę. Jeżeli ten człowiek to przyjmie – dobrze, jeśli nie zaakceptuje – będzie pogorszenie wewnętrznego stanu. Picie alkoholu jak gdyby odrywa nieco od ziemi, lecz rzecz nie w alkoholu, ale w niewłaściwym postrzeganiu sytuacji.

Była u mnie na wizycie pewna kobieta, której umierali kochankowie, zmarło 20 mężczyzn. Patrzę, o co chodzi? Otóż ukochanego człowieka i jego wiedzę, gotowa jest ona postawić ponad Boga. Ta kobieta zabijała ukochanych swoją miłością, „uziemiała” do takiego stopnia, że stawali się niezdolni do życia. Zapytała – czy można to w ogóle zmienić?

Powiedziałem, że po pierwsze codziennie rano powinna zwracać się do Boga, mówiąc, że kocha go bardziej niż jakiegokolwiek człowieka, jego mądrość i zdolności oraz bardziej od wszystkiego, co jest na Ziemi. Po drugie, musi zdjąć z siebie ten „klej”, którym przyklejała siebie do mężczyzn, do ich wiedzy, mądrości. „Proszę zrobić przegląd całego życia, proszę zdjąć ten „klej”, zaprzestać pogardzania głupimi i niedoskonałymi, zaprzestać osądzania ich, obrażania się na tych, którzy oszukiwali czy głupio się zachowywali. Wtedy nie będzie pani „zabijać miłością”. Jeśli nie umie pani zatrzymać wewnętrznej agresji – niech pani ją zamienia na zewnętrzną”.

Kiedyś opowiadałem już o pewnym przypadku. Jeden z moich znajomych od trzech miesięcy był bardzo ciężko chory na bronchit. Lekarze nie mogli pomóc. Zadzwonił do mnie. Powiedziałem: „Masz gruźlicę, pozbądź się urazy do żony, bo będzie za późno, nawet lekarze nie pomogą”. On mówi: „Jak mam pozbyć się urazy, przecież ona mi takie rzeczy robi…” Poradziłem mu, żeby zrobił cokolwiek, chociażby talerz rozbił, a żeby tylko nie trzymał we wnętrzu tej obrazy.

Po tygodniu telefonuje żona i pyta, co mu powiedziałem, ponieważ po naszej rozmowie chwycił za młotek i pokruszył kafelki w łazience, zaczął szafę… Powiedziałem: „Proszę wybrać co jest pani potrzebne – albo mąż zdrowy, albo dobra szafa”. Po tygodniu jego płuca były zdrowe. Dlatego umiejętność „niewpychania” urazy, krzywdy czy osądzenia – do wnętrza – to umiejętność bycia zdrowym. Dlatego kobietom, które płaczą – jest lżej.

-Czy pańska rodzina podziela pana poglądy, czy podąża za nimi?

S. N. Łazariew: No cóż, jeśli po trzy godziny dziennie przysłuchują się moim telefonicznym biesiadom, to chcąc nie chcąc – zaczną podzielać… No, ale mówiąc poważnie, mieliśmy dość duże problemy zdrowotne u naszych dzieci, kiedy były małe. Był to okres, kiedy leczyłem, oddziałując rękami. Obiegłem wszystkich lekarzy, chcąc, by przynajmniej określili przyczyny zachorowań dzieci. Wówczas zrozumiałem, że to pragnienie jest bezsensowne i zacząłem szukać przyczyn samodzielnie. I później nastąpiła znaczna poprawa.

Dlatego z dziećmi postępuję tak: gdy córkę boli głowa – mówię jej: „Sama musisz zrozumieć – dlaczego?” Odpowiada: „Tak, obraziłam się, osądzałam”. „Cóż, poleż i żadnych tabletek nie popijaj”- mówię. Jeżeli dziecko zrozumie, że jeśli kogoś znienawidziło – to może rozboleć je głowa, jeżeli obraziło się – rozbolał je brzuch, wówczas w przyszłości potrafi równoważyć się bez pomocy tabletek.

Nie jestem przeciwny tabletkom ani medycynie, przecież jeżeli będę miał złamaną rękę, to pobiegnę do lekarza. Powinienem jednak pamiętać, że złamanie – to skutek. Dlatego nauczenie dziecka, że choruje, ponieważ „zabrudziła się” jego dusza, że choruje – bo nienawidzi, obraża się i osądza – to umiejętność zaoszczędzenia także na tabletkach.

-Jeżeli wszystkie choroby są karą, wychodzi na to, że nie ma sensu chodzić do lekarzy i zawód lekarza nie jest potrzebny?

S. N. Łazariew: Oczywiste, że to nieprawda. Wiedza jest nieskończona i zawsze będą takie sytuacje, gdy wskutek mego niezrozumienia pojawi się we mnie choroba – jako zablokowanie. Przecież poprzez choroby odbywa się rozwój. Zawsze będą lekarze i zawsze oni będą leczyć. To oczywiste. Jednak w tym zawodzie będzie coraz więcej elementów oddziaływania lekarza na duszę chorego. To wszystko.

Źródło: Wydawnictwo Nuntius