NWO WYKORZYSTUJE SKRAJNĄ PRAWICĘ I LEWICĘ BY NISZCZYĆ NARODY!

Świat jest jak wahadło zegara. Nadmierne wychylenie wahadła w lewo zawsze będzie oznaczało, prędzej czy później, jego wychylenie w prawo. Świat i jego (pod)systemy składowe, także te przyrodnicze, ekonomiczne, społeczne, polityczne, mają cechy homeostatu. Chociaż podlegają ciągłym wahaniom i skrajnościom, to i tak dążą do neutralizacji tych skrajności. Od 1968 roku (data symboliczna) ma miejsce wychylenie w lewo. Królują doktryny takie jak tolerancja, multikulturalizm, pacyfizm, demokracja, feminizm i kult żeńskości, globalizacja i tak dalej. Ale każdy system tworzony przez człowieka jest niedoskonały. Z biegiem lat i dekad niedoskonałości i błędów, a także skrajności, jest coraz więcej, aż system ten ulega najpierw inercji, a potem rozpadowi.

Tak więc od 2015 roku (data również symboliczna – zwycięstwo Trumpa) mamy do czynienia ze zwrotem na prawo i z marszem prawicy przez świat. Nie jest to żaden przejaw tego, że ludzie nagle zgłupieli (jak uważa lewica), ale po prostu naturalnie występujące zjawisko, w dodatku znane z historii. Lewicowy romantyzm, potem prawicowy pozytywizm, następnie lewicowa dekadencja, później prawicowy czas totalitaryzmów i II wojny światowej, jak i lewicowy bunt pokolenia 1968 roku. Więc upadek liberalnej demokracji jest nie tylko koniecznością historyczną, ale wręcz mistyczną.

Obecnie więc mamy do czynienia ze „zderzeniem cywilizacji”, także wewnątrz naszej, łacińskiej cywilizacji. Od lat, jak tylko wygrywa prawica, to od razu lewicowi liberałowie się oburzają i z marszu chcą wyjeżdżać, zrzekać się obywatelstwa i w inny sposób wyrażać swoje niezadowolenie. Popularność zdobywają ruchy prawicowe. Zasadniczo są dwa rodzaje prawicy. Pierwsza to prawica „normalna”, o konserwatywnym charakterze ideologicznym i socjalnym charakterze ekonomicznym. Druga prawica to prawica skrajna, bardzo aktywna i fanatyczna w internecie. Od prawicy „normalnej” różni się tym, że jest ekstremalnie kapitalistyczna w obszarze ekonomicznym. Obie te prawice są obecnie pod silnym obstrzałem lewicowców, chadeków, zielonych czy komunistów. Mamy teraz coraz większą polaryzację w społeczeństwie i coraz większy konflikt między tymi dwiema skrajnościami.

Wojna ideologiczna liberałów z konserwatystami w różnych krajach, powoli przekształca się w hybrydowy (asymetryczny) konflikt zbrojny. Najbardziej widać to w USA po zabójstwie Floyda, ale i w Polsce to widzimy w postaci pojedynczych incydentów pobić, podpaleń (jak wczoraj gdy zwolennik PO dokonał dewastacji i podpalenia) czy też dewastacji mienia, pogróżek itp. Bez wątpienia żyjemy w czasach radykalizacji, w których lewa (liberalna) strona radykalizuje się i sięga po przemoc, bo boi się utraty władzy w wyniku „marszu prawicy przez świat.” Radykalizuje się też strona prawa.

Przeciętnie świadoma osoba powie, że chodzi o zasadę Divide et impera – czyli że społeczeństwem podzielonym i skłóconym łatwiej jest rządzić. To częściowo prawda. Ale prawdą jest też to, że rządy niektórych krajów naprawdę chcą się wyzwolić spod tyranii globalistycznych, lewicowych elit deep state, realizujących plan NWO. Kraje, które chcą się wyzwolić, to m.in. Polska, USA, Węgry, Włochy, Austria, inne kraje Europy Środkowej, Brazylia. Te państwa mają umiarkowanie prawicowe rządy, optujące za państwami narodowymi i za inną wizją przyszłości, niż orwellowskie, lewackie NWO.

Na konflikcie między prawicą a lewicą zyskują oczywiście Czytaj dalej „NWO WYKORZYSTUJE SKRAJNĄ PRAWICĘ I LEWICĘ BY NISZCZYĆ NARODY!”

Biali ludzie są katowani na ulicach a sprawców nie łapią! To już wojna!

Widziałem kolejny filmik, jak murzyn dosłownie katuje białą kobietę, w dzień, przy wielu świadkach. Widziałem też filmik, jak murzyn kłuje nożem pobitego do nieprzytomności białego chłopaka. Takich filmików nagrywanych jest teraz bardzo dużo. Takich przypadków jest coraz więcej i więcej, tysiące dziennie w całej Europie Zachodniej, bo lewicowe media bardzo podburzają mniejszości do ataków na białych. Nasila się agresja wobec przedstawicieli naszej rasy i jest ona coraz bardziej bezwzględna.

Elity deep state chcą w ten sposób odsunąć bunt ludzkości od siebie (banków, finansistów, korporacji i zdegenerowanych miliarderów-zbrodniarzy, realizujących neomarksistowski plan), i stworzyć wojnę wszystkich ze wszystkimi, w tym wojnę rasową. Wszystko to związane jest z ruchem black lives matter i ze sprawą zabójstwa Floyda. Od tamtego czasu mamy systematyczne podgrzewanie atmosfery.

Poza tym zawsze atakuje się inteligencję, liderów, czy choćby tak zwanych samców alfa, czyli silnych mężczyzn w danej społeczności. Inteligencję się zabija (Katyń) lub ogłupia błędnymi doktrynami (lewactwo). A samców alfa wysyła się na wojnę, by ginęli i by dana społeczność miała traumę na kilka pokoleń do przodu. Teraz szykuje się nam coś podobnego. Elita chce zniszczyć instytucję rodziny, narodowości, rasy po to, byśmy byli bezmózgą, szarą i wymieszaną papką różnych zatomizowanych i skłóconych grupek i mniejszości. Wtedy nie stawimy oporu, a ludźmi mniej inteligentnymi i wymagającymi od życia dużo mniej, niż biali, łatwiej się zarządza i łatwiej się nimi manipuluje.

To są młode, nabuzowane testosteronem byczki. Od maleńkości jest im wpajany ekstremalny patriarchalizm, kult macho i nienawiść do białych. Kolorowi są bardziej agresywni i impulsywni. Nie integrują się z nowymi ojczyznami, tworzą gangi, klany, strefy no-go. I to jest fakt. Znam opinię, że Francuzi boją się arabów, francuskie kobiety rezygnują z normalnych strojów i zaczynają nosić długie sukienki aż po kostki i bluzki zakrywające całą górę ciała, by nie prowokować do gwałtów. Tam nie ma tak, że młoda para w sobotnią noc pójdzie na spacer z klubu nad rzekę lub po osiedlu. Dla własnego bezpieczeństwa musisz wsiąść w taksówkę przy klubie i wracać nią na swoje strzeżone osiedle. Czytaj dalej „Biali ludzie są katowani na ulicach a sprawców nie łapią! To już wojna!”

Wojna z terroryzmem, której nie było

Fikcyjna wojna z terroryzmem i miliony jej prawdziwych ofiar

11 wrzesnia zamachyPoniżej wklejam dla Was artykuł autorstwa Anand Gopal, przetłumaczony przez polskiego blogera „Ex Ignorant”. Nawiązuje on do umyślnie (?) przegranej wojnie z terroryzmem. Sama wojna z terrorem została ogłoszona po atakach terrorystycznych 11 września 2001 roku w USA.

Włączyły się w nią jak jeden mąż prawie wszystkie kraje „cywilizacji zachodniej”. Czy jednak chodziło o zwycięstwo w tej wojnie, czy o coś zgoła przeciwnego? Np wygenerowanie sztucznego wroga podług starej koncepcji zderzenia cywilizacji, po ich uprzednim napuszczeniu na sobie?

To brzmi jak teoria spiskowa, ale cóż, ja się nie boję słów „teoria spiskowa”. Te dwa słowa są jak fragment „kodu” – zaszczepiany w umyśle, skutecznie tamuje dalszą dyskusję, dalsze pytania, dalsze dociekania. Teoria spiskowa i koniec! Nie waż pytać, poszukiwać! A za słowami „teoria spiskowa” kryją się mechanizmy znacznie potężniejsze. Czyli mechanizm lęku przed ostracyzmem i społecznym odrzuceniem – a te lęki są jednymi z potężniejszych. Trzymają one architekturę systemu w ładzie. Bo przecież nikt nie chce dyskutować ze spiskowymi oszołomami, kimkolwiek oni są. Raz zostają nimi prawicowcy węszący wszędzie działania Żydów, innym razem zostają nimi antyglobalistyczni lewicowcy – czyli jak pasuje aktualnej władzy.

Artykuł który poniżej wkleiłem, jest kolejnym artykułem, który podnosi kwestię samo-pożerającej się cywilizacji człowieka XXI wieku. Określa się to mianem peaku bądź kanibalizmu cywilizacyjnego. Wielu ludzi uświadomionych, w mniejszym lub większym stopniu, powiela pewien błąd. Wiemy nie od dziś, jak iluzoryczne są te mechanizmy sterujące cywilizacją. Jak krucha jest równowaga, gdy te mechanizmy sobie uświadomimy i wyrzucimy z podświadomości, umysłu. Część z nas nie bierze jednak pod uwagę tego, że te mechanizmy, choć tak kruche, działają w większości przypadków idealnie.

Żadnego przebudzenia globalnego nie będzie. Chocholi taniec będzie trwał do ostatniej chwili. Co będzie tą ostatnią chwilą? Prawdopodobnie zagłada biosfery, gdy psychopaci rządzący planetą nagle zdadzą sobie sprawę, że nie można jeść pieniędzy. Zapewne ostatnie odcinki tysięcznej serii „Tańca z gwiazdami” będą trwały nawet wtedy, gdy ludzie masowo będą umierać z głodu, promieniowania, kataklizmów pogodowych, przeludnienia, itp.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Jak przegrać wojnę [z terrorem], której nie było

Cytuję: „Kiedy w zamierzchłych czasach, tuż po 11 września 2001 roku, rozpoczęła się wojna, administracja Busha sposobiła się do wyeliminowania nie tylko Osamy bin Ladena i jego stosunkowo niewielkiego oddziału Al-Kaidy, ale samego „terroru”, tego amorficznego monstrum XXI wieku. Planowali dokonać tego w około 60/83 krajach, aby – jak zwykli mawiać – „osuszyć bagno” na całym świecie.

W rzeczywistości zapoczątkowali przeszarżowaną wojnę nie tyle „z terrorem”, ile „terroru”, która w każdym miejscu, od Afganistanu po Pakistan, Somalię i Afrykę, zdestabilizowała regiony i położyła fundament rozrastającego się dżihadu. W tak wielu przypadkach, chociażby w Abu Ghraib i Guantanamo, spełnili najśmielsze fantazje Osamy bin Ladena, tworząc infernalne plakaty rekrutacyjne dla przyszłych dżihadystów, do czego nie była zdolna sama Al-Kaida.

Teraz zdają się powtarzać ten proces w Jemenie. Przyspieszają w tym biednym kraju eskalację „udanej” wojny operacyjnej, prowadzonej przy użyciu dronów przeciwko grupie, która posługuje się mianem Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego (AQAP). Drony dość skutecznie likwidują różne postacie tego ruchu, ale w innym sensie są dlań darem niebios. Te „pozasądowe egzekucje”, które można trafniej nazwać (jak czyni to Paul Woodward) „spekulacyjnymi morderstwami”, regularnie uśmiercają cywilów, w tym kobiety, dzieci, a ostatnio weselników. Są zabójczą wizytówką Waszyngtonu i jako takie gwarantują, że więcej Jemeńczyków dołączy lub udzieli wsparcia AQAP.

Proces tworzenia wrogów, których trzeba następnie zabić, zainicjowany został w Afganistanie w 2001 roku, nawet jeśli dla większości Amerykanów pozostaje informacyjną nowiną. Anand Gopal w opublikowanej w tych dniach książce No Good Men Among the Living: America, the Taliban, and the War Through Afghan Eyes („Brak szlachetnych pośród żywych: Ameryka, Talibowie i wojna widziana oczami Afgańczyków”) przedstawia oszałamiającą opowieść o tym, jak Stany Zjednoczone prowadziły w tym kraju przez blisko rok swoją „wojnę z terrorem” przeciwko – dosłownie – duchom. W konsekwencji reanimowały ruch Talibów, który już nie istniał, a następnie pogrążyły się w konflikcie, którego nie mogły wygrać. To historia dotychczas nieopowiedziana, chociaż bez niej nie sposób odnaleźć sens drugiej afgańskiej wojny Waszyngtonu. Tom Engelhardt

O tym, jak Stany Zjednoczone stworzyły wojnę w Afganistanie – i potem ją przegrały

wojna z terroryzmem

Był to typowy poranek w Kabulu. Plac Malika Ashgara zastawiony taksówkami Corolla, zielonymi jeepami policji, trąbiącymi mikrobusami i wściekłymi motocyklistami. Chłopcy sprzedawali telefoniczne karty, a mężczyźni wymachiwali plikami banknotów do wymiany, każdy torował sobie drogę wokół pojazdów, wśród spalin. Przy bramie Liceum Esteqial, jednej z najbardziej prestiżowych szkół w kraju, studenci kopali piłkę. Z ministerstwa edukacji jego zlokalizowanego naprzeciwko uczelni, wyblakłego, starego budynku w sowieckim stylu  wysypała się na ulicę kolejka pracowników. Właśnie przecinałem plac, kierując się do ministerstwa, kiedy zobaczyłem zamachowca-samobójcę.

Miał rysy skandynawskie. Ubrany w niebieskie dżinsy i białą koszulkę, z dużym plecakiem, zaczął strzelać na oślep w stronę ministerstwa. Z mojego miejsca, około 50 metrów od hotelu, nie mogłem dojrzeć jego twarzy, ale nie spieszył się i nie panikował. Ukryłem się za zaparkowaną taksówką. W krótkim czasie drogówka uciekła, a plac opustoszał.

Dwadzieścia osiem osób, w większości cywilów, zginęło tego dnia w 2009 roku w atakach przed ministerstwem edukacji, ministerstwem sprawiedliwości i w innych punktach miasta. Władze USA oskarżyły potem Siatkę Haqqanich, zagadkową brygadę z siedzibą w Pakistanie, która była pionierem seryjnych, miejskich ataków samobójczych z pierwszych stron gazet. W przeciwieństwie do innych grup Talibów, podejście Haqqanich do przemocy było światowe i wyrafinowane: angażowali Arabów, Pakistańczyków, nawet Europejczyków; inspirowała ich najnowsza radykalna myśl islamska. Ich przywódca, ponad siedemdziesięcioletni watażka Jalaluddin Haqqani, przypominał hybrydę Osamy bin Ladena i Ala Capone, tyleż zaciekły ideolog, co bezwzględny pragmatyk.

Po upływie wielu lat jego zwolennicy wciąż walczą. Stany Zjednoczone wycofują w tym roku znaczną część swoich wojsk, ale siły Operacji Specjalnych w liczbie 10.000, jednostki paramilitarne CIA i ich pełnomocnicy prawdopodobnie pozostaną, aby walczyć z Haqqanimi, Talibami i innymi pokrewnymi formacjami w wojnie, która zdaje się nie mieć końca. Tak dobrze okopani wrogowie czynią dzisiaj konflikt nieuchronnym – a wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

Choć trudno to sobie teraz wyobrazić, w połowie 2002 roku w Afganistanie nie było rebelii: Al-Kaida pospiesznie opuściła kraj, a Talibowie przestali istnieć jako ruch wojskowy. Jalaluddin Haqqani oraz pozostali czołowi przywódcy Talibów próbowali nawiązać dialog z drugą stroną, aby znaleźć kompromis i złożyć broń. Jednakże dziesiątki tysięcy wojsk amerykańskich wylądowały po 11 września 2001 roku na afgańskiej ziemi w jednym celu: aby stoczyć wojnę z terrorem.

W mojej nowej książce Brak szlachetnych pośród żywych: Ameryka, Talibowie i wojna widziana oczami Afgańczyków informuję, że USA kontynuowały tę wojnę, chociaż nie miały wroga do walki. Aby zrozumieć, jak amerykańska batalia w Afganistanie stała się długoterminowym fiaskiem, zalecana jest lekcja (ukrytej) historii. W pierwszych latach po 2001 roku Waszyngton, motywowany przez idée fixe, że świat jest sztywno podzielony na obozy terrorystyczne i nie-terrorystyczne, sprzymierzył się z afgańskimi watażkami i siepaczami. Ich wrogowie stali się naszymi wrogami, a ich waśnie zostały przemianowane na „antyterroryzm” za sprawą błędnych konkluzji wywiadowczych. Historia Jalaluddina Haqqaniego, który z potencjalnego sojusznika Ameryki przeobraził się w jej największego wroga, to modelowy przypadek ilustrujący, jak „wojna z terrorem” stworzyła wrogów, których miała wykorzenić.

Kampania, aby zlikwidować Haqqaniego: 2001

Jalaluddin Haqqani jest średniego wzrostu, ma krzaczaste brwi, orli nos, szeroki uśmiech i okazałą brodę, która w pełnej krasie połyka połowę jego twarzy. W swojej ojczyźnie, trzech południowo-wschodnich prowincjach Afganistanu znanych zbiorczo jako Loya Paktia, jest kimś na kształt bohatera wojennego, anty-sowieckiego mudżahedina o legendarnej odwadze i niemalże mitycznej wytrzymałości. (Pewnego razu, kiedy go postrzelono, odmówił przyjęcia środków przeciwbólowych, bo pościł.) U schyłku zimnej wojny był wielbiony przez Amerykanów – kongresmen z Teksasu Charlie Wilson nazwał go „uosobieniem dobroci” – a także Osamę bin Ladena. W latach 80-tych Stany Zjednoczone zaopatrywały go w środki i broń w walce przeciwko wspieranemu przez sowietów reżimowi w Kabulu i Armii Czerwonej, natomiast radykalne grupy arabskie zapewniały nieprzerwany napływ rekrutów, aby wzmocnić jego nieustraszone siły afgańskie.

Amerykańscy oficjele mieli na myśli właśnie tę historię, kiedy w październiku 2001 roku rozpoczęła się druga afgańska wojna. W nadziei, że przekonają Haqqaniego (który w latach postradzieckich popierał Talibów i Al-Kaidę), aby przeszedł na ich stronę, ocalili jego terytorium w Loya Paktii przed intensywnymi bombardowaniami, które zafundowali reszcie kraju. Talibowie powierzyli mu dowództwo sił wojskowych; obie strony przeczuwały, że jego głos mógł zdecydować o przebiegu wojny. Haqqani spotkał się z czołówką Talibów i Osamą bin Ladenem, po czym niezwłocznie udał się do Pakistanu, gdzie wziął udział w serii spotkań z Pakistańczykami i wspieranymi przez USA Afgańczykami.

Jego przedstawiciele również zaczęli spotykać się z amerykańskimi urzędnikami w Islamabadzie, stolicy Pakistanu, i Zjednoczonych Emiratach Arabskich; Amerykanie ostatecznie zaproponowali mu układ: miał się poddać i trafić do aresztu, podjąć współpracę z nowymi afgańskimi władzami wojskowymi, a na wolność wyszedłby w bliżej nieokreślonym terminie. Dla Haqqaniego, jednej z najbardziej szanowanych i popularnych osobistości Loya Paktii, perspektywa pobytu za kratkami była niewyobrażalna. Arsala Rahmani, jego współpracownik, który później zostanie senatorem w rządzie afgańskim, powiedział mi: „Chciał piastować ważne stanowisko w Loya Paktii, a oni zaoferowali mu areszt. Nie mógł w to uwierzyć. Czy możesz sobie wyobrazić taką zniewagę?”

Haqqani odrzucił amerykańską ofertę, ale pozostawił otwarte drzwi do przyszłych rozmów. Jednak w Stanach Zjednoczonych panował etos: albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. „Osobiście zawsze byłem przekonany, że Haqqani to osoba, z którą mogliśmy współpracować,” powiedział dziennikarzowi Joby’emu Warrickowi były pracownik wywiadu USA. „Ale w owym czasie nikt nie wybiegał w przyszłość, nie prognozował, gdzie będziemy za pięć lat. Autorzy strategii politycznej mówili po prostu: ‚Pieprzyć tych brązowych karłów.’”

Na początku listopada USA rozpoczęły bombardowanie Loya Paktii. Dwa dni później samoloty bojowe zaatakowały dom Haqqaniego w miejscowości Gardez, w pobliżu granicy z Pakistanem. Nie był obecny, ale w wybuchu zginął jego szwagier i służący. Następnego wieczoru amerykańskie odrzutowce uderzyły w szkołę wyznaniową w miejscowości Mata China, jedną z wielu, jakie Haqqani zbudował w Afganistanie i Pakistanie, aby zapewnić schronienie, wyżywienie i edukację biednym dzieciom. Malem Jan, przyjaciel rodziny Haqqanich, zjawił się następnego dnia rano. „Nigdy nie widziałem czegoś podobnego,” powiedział. „Było tak wiele ciał. Dach leżał na ziemi. Widziałem jedno żywe, uwięzione pod nim dziecko, ale nikt nie zdążył go stamtąd wydobyć.” Śmierć poniosły trzydzieści cztery osoby, głównie dzieci.

Haqqani był w swojej głównej rezydencji w pobliskiej miejscowości Zani Khel, zakurzonym skupisku lepianek, które kiedyś było anty-sowiecką twierdzą. „Usłyszeliśmy eksplozję, a następnie dźwięk przelatujących samolotów,” powiedział kuzyn, który mieszkał obok. „Poczuliśmy strach.” Haqqani schronił się w domu sołtysa, Mawlawiego Sirajuddina. Niedługo potem budynek zatrząsł się gwałtownie od bezpośredniego uderzenia. Haqqani odniósł ciężkie rany, ale zdołał wydostać się spod gruzów i uciec. Sirajuddin nie miał tyle szczęścia: jego żona Fatima, trzech wnuków, sześć wnuczek i dziesięcioro innych krewnych zginęło.

Nazajutrz rano Haqqani wysłał swoim podwładnym i podległym dowódcom wiadomość, aby się poddali. Amerykanie zdążyli już znaleźć lokalnego sojusznika w Loya Paktii, którego szukali – Pachę Khana Zadrana, niedoszłego przywódcę i zwolennika afgańskiego króla na wygnaniu. Z gęstą pojedynczą brwią i wąsami, PKZ (jak nazywali go Amerykanie) przypominał afgańskiego Saddama Husajna. Ten ekstrawagancki i porywczy analfabeta pod wieloma względami był przeciwieństwem Haqqaniego, któremu przelotnie służył podczas anty-sowieckiego dżihadu. Do Loya Paktii przybył zaraz po ucieczce Talibów w połowie listopada i z miejsca ogłosił się zarządcą trzech prowincji. Bezzwłocznie scementował relacje z Amerykanami, obiecując, że dostarczy im człowieka, którego teraz poszukują najbardziej: Jalaluddina Haqqaniego.

„Kiedy widziałem go ostatni raz,” wspominał Malem Jan, „był zmartwiony i zdenerwowany. Powiedział, żebym się ratował i wyjechał, bo Pacha Khan nie pozwoli nam żyć.” Pod koniec listopada, o świcie, Haqqani przedarł się przez granicę z Pakistanem. W miejscu publicznym nie pokazał się już nigdy więcej.

Próba pojednania idzie z dymem: 2001

W dniu 20 grudnia 2001 roku, wspierany przez Amerykę Hamid Karzaj przygotowywał się do swojej inauguracji jako tymczasowy prezydent Afganistanu. Konwój prawie 100 osób ze starszyzny najważniejszych plemion Loya Paktii wybrał się owego popołudnia do Kabulu, aby pogratulować Karzajowi i zadeklarować swą lojalność; gest, który dalece przyczyniłby się do legitymizacji jego rządów wśród granicznej ludności kraju. Haqqani wysłał z Pakistanu członków rodziny, bliskich przyjaciół i sojuszników politycznych, aby dołączyli do konwoju – gałązka oliwna pokoju dla nowego rządu.

Długi na około 30 pojazdów konwój przemierzał pustynię przez wiele godzin. Przed zachodem słońca dotarł do szczytu wzgórza i został zmuszony do zatrzymania: PKZ i setki jego uzbrojonych ludzi blokowały drogę. Malek Sardar, senior plemienia Haqqanich, zbliżył się do niego. „Domagał się, aby starszyzna uznała go za lidera Loya Paktii,” powiedział mi Sardar. „Zażądał z miejsca naszych odcisków kciuka i podpisów.” Sardar obiecał, że wróci po inauguracji, aby omówić tę kwestię, ale PKZ nie ustąpił, zatem konwój cofnął się i wyruszył w poszukiwaniu alternatywnej drogi do Kabulu.

Korzystając ze swojego telefonu satelitarnego, Sardar zadzwonił do urzędników w stolicy Afganistanu i konsulacie USA w pakistańskim Peszawarze z prośbą o pomoc, ale było za późno. PKZ, który miał już posłuch kluczowych amerykańskich oficerów, poinformował ich, że kawalkada „Haqqani-Al-Kaida” przedziera się do Kabulu. Zaraz po tym, wśród ogłuszających eksplozji, samochody zaczęły stawać w płomieniach. „Widzieliśmy rozbłyski na niebie, ogień był wszędzie. Ludzie krzyczeli, a my biegliśmy,” powiedział Sardar. Amerykanie bombardowali konwój. Ataki trwały godzinami. Kiedy Sardar i inni schronili się w dwóch okolicznych wsiach, samoloty zawróciły i uderzyły w obie lokalizacje, niszcząc prawie 20 domów i zabijając dziesiątki mieszkańców. W sumie w zamachu zginęło 50 osób, w tym wielu szacownych przedstawicieli starszyzny plemiennej.

Był już późny grudzień i w Qale Niazi, osadzie, która była twierdzą Haqqanich w latach 80-tych, przerażona bombardowaniem starszyzna przejęła kontrolę nad leciwym arsenałem. „Nie chcieliśmy, aby broń tę przejął i wykorzystał Pacha Khan,” powiedział senior plemienia Fazel Muhammad. „Powinna należeć do rządu Karzaja, a więc strzegliśmy jej do przyjazdu urzędników.”

Pewnej nocy, kiedy szedł drogą do wsi na wesele, usłyszał amerykańskie samoloty. Chwilę później znajdujące się przed nim lepianki eksplodowały od bezpośredniego uderzenia. Druga bomba trafiła w skład broni, wywołując serię wybuchów. Nocne niebo zapaliło się, oświetlając uciekające kobiety i dzieci. „Nadleciało kilka śmigłowców,” powiedział Muhammad, „i osoby te przestały istnieć.”

Rano Fazel Muhammad szukał domu swoich krewnych, gdzie odbywało się wesele, ale znalazł tylko zdruzgotane błotne cegły, odkształcone ramki zdjęć, zdeformowane naczynia, dziecięcy but, skórę głowy z warkoczem i oderwane ludzkie palce. Plemienna komisja powołana później, aby zbadać masakrę ustaliła, że PKZ przekazał Amerykanom „informację wywiadowczą”, że Qale Niazi to bastion Haqqanich. Według dochodzenia ONZ zginęły 52 osoby: 17 mężczyzn, 10 kobiet i 25 dzieci.

Pojednanie i płomienie: 2002

W ciągu sześciu tygodni amerykańska kampania, której celem była likwidacja Jalaluddina Haqqaniego przyniosła rezultat w postaci 159 martwych cywilów, zrównanej z ziemią wsi, 37 zniszczonych domów, rozbitego plemiennego przywództwa i awansu jednego człowieka, Pachy Khana Zadrana, na pozycję najważniejszego gracza w Loya Paktii. Tymczasem Haqqani i jego zwolennicy ukrywali się w Pakistanie, obserwując utratę trzech prowincji, w których cieszyli się prestiżem i bogactwem. Życie w Pakistanie okazało się być odrobinę lepsze. Podczas gdy Haqqani zaszył się w Peszawarze, jego rodzina wycofała się na przedmieścia Miram Shah, stolicy plemiennej agentury Północnego Waziristanu. Pakistańska armia ściśle wówczas współpracowała z Waszyngtonem, aby zgarnąć podejrzanych Al-Kaidy i Talibów. W grudniu jej żołnierze wtargnęli do domu w Miram Shah i zaaresztowali jego syna, Sirajuddina. Kilka tygodni później przeprowadzili szturm na kryjówkę w Peszawarze – Haqqani zbiegł w ostatniej chwili.

Przez kolejne miesiące oddziały sił specjalnych USA wkraczały nieoficjalnie na terytorium Pakistanu, aby przeprowadzać obławy na domy i seminaria Haqqaniego, co wzbudziło gniew społeczności lokalnej. „Nigdy nie pozwolimy komukolwiek zniszczyć naszych religijnych instytucji,” powiedział Hajji Salam Wazir, nestor plemienia. „Jestem zaskoczony, w jaki sposób Amerykanie wykorzystują muzułmanów,” dodał. „Do wczoraj Haqqani był dla USA bohaterem i bojownikiem o wolność i wysyłali swoich najlepszych ekspertów wojskowych, aby go szkolić. Teraz jest terrorystą.”

Zagrożony z jednej strony pakistańskim aresztowaniem, a z drugiej amerykańskim zamachem, Haqqani postanowił raz jeszcze nawiązać kontakt z afgańskim rządem. W marcu 2002 roku wysłał swojego brata Ibrahima Omariego do Afganistanu, aby pojednać się z Karzajem. Podczas publicznej ceremonii z udziałem setek przedstawicieli plemiennej starszyzny i lokalnych dygnitarzy Omari zadeklarował lojalność wobec nowego rządu i wezwał zwolenników Haqqaniego do powrotu z Pakistanu i podjęcia współpracy z władzami. Następnie został mianowany szefem rady plemiennej prowincji Paktia, instytucji mającej połączyć starszyznę z rządem w Kabulu. Niebawem setki dawnych, podległych Haqqaniemu dowódców, obawiających się PKZ, wyszło z ukrycia.

Malem Jan był jednym z nich. Z długimi, zakręconymi rzęsami, cieniem do oczu i wypolerowanymi paznokciami, miał zamiłowanie do tańca, któremu często oddawał się solo ku uciesze swoich towarzyszy. Był również utalentowanym dowódcą, który walczył pod wodzą Haqqaniego we wczesnych latach 90-tych przeciwko władzy komunistycznej. Wiosną 2002 roku skrzyknął swoich dawnych bojowników i rychło zaczęli pracować dla CIA jako jednostka paramilitarna, zapewniając bezpieczeństwo amerykańskim misjom przeciwko Al-Kaidzie.

„To był dobry czas,” wspominał Malem Jan. „Ścisła współpraca, dzielenie posiłków i plotek.” Milicje CIA, których pół tuzina znajdowało się w Loya Paktii, bez ociągania urosły do rozmiarów liczącej 3.000 osób armii cieni – zwanej zbiorczo Zespołem Pościgu Antyterrorystycznego – która do dzisiaj działa poza jurysdykcją rządu afgańskiego i podlega wyłącznie siłom USA.

Kontakty między Haqqanim i CIA zostały odnowione, rolę pośrednika pełnił jego brat, Omari. Zaplanowano spotkanie Haqqaniego z przedstawicielami agencji. Kluczem do porozumienia była gwarancja jego powrotu do Afganistanu i udziału w życiu politycznym Loya Paktii. Problemem był PKZ, który obserwował te posunięcia z zazdrością i nadal zabiegał o bezpośrednią kontrolę trzech prowincji. „Muszę uzyskać pozwolenie na przejęcie władzy jako gubernator,” oświadczył na łamach Austin American-Statesman. „Jeśli nie będę nim ja, będzie to ktoś z Al-Kaidy.”

Kiedy Karzaj powołał nowego człowieka, aby zarządzał prowincją Paktia, PKZ wykonał swój ruch – przystąpił do oblężenia rezydencji gubernatora i zabił 25 osób. W tym samym czasie przekonał amerykańskich oficerów do powstrzymania rodu Haqqanich. Pewnego wieczoru, kiedy Omari składał domową wizytę u państwowego urzędnika niedaleko Kabulu, pojawiły się siły specjalne USA – bez wiedzy CIA – i zaaresztowały go. W tym samym tygodniu do podobnych zatrzymań zwolenników Haqqanich doszło na całym obszarze Loya Paktii.

Kiedy tylko Malem Jan zorientował się w sytuacji, uciekł do Pakistanu, ale część jego podwładnych schwytano i wysyłano do nowego amerykańskiego więzienia w bazie lotniczej Bagram – szybko rozwijającego się centrum dowodzenia. Swat Khan, jego zastępca, powiedział, że podczas początkowego przesłuchania powieszono go za nadgarstki u sufitu. Później pobito. W końcu został przewieziony do Guantanamo, gdzie po kilku latach próbował popełnić samobójstwo. „Kiedy zamykam oczy, ten koszmar trwa,” powiedział mi po wyjściu z więzienia. „Nigdy mnie nie opuszcza.”

Minęły miesiące zanim CIA uświadomiła sobie, że Omari znajdował się w amerykańskim areszcie. Kiedy w końcu został zwolniony, wyglądał jak inny człowiek. W zimny, jesienny dzień, na wzgórzu opodal miasta Chost, setki reprezentantów starszyzny plemiennej i urzędników przyszły, aby go przyjąć. Obecni byli dygnitarze z osad zbombardowanych i zaatakowanych przez amerykańskie odrzutowce i siły PKZ, seniorzy, którzy przeżyli katastrofalny konwój, rolnicy, których synowie zostali zesłani do Guantanamo.

„Na początku nie mogłem go nawet rozpoznać,” powiedział senior plemienia, Malek Sardar. „Nie chciał rozmawiać o tym, co mu zrobili. Nie zadawaliśmy pytań, bo najwyraźniej było to zbyt bolesne.” Powoli, drżącym głosem Omari zwrócił się do tłumu. Powiedział, że wiązanie nadziei z Amerykanami lub rządem jest bezcelowe. Niektórzy seniorzy głośno ubliżali Karzajowi. Inni mówili, że Amerykanie nie różnią się od Rosjan. Omari przysiągł, że nie postawi stopy na afgańskiej ziemi dopóki nie będzie wolna od „niewiernych”. Niedługo potem wyjechał do Pakistanu.

Siatka Haqqanich: 2004-2014

W lecie 2004 roku Malem Jan siedział właśnie z Sirajuddinem Haqqanim, drugim synem Jalaluddina, w swojej pakistańskiej bazie w mieście Miram Shah w Północnym Waziristanie, kiedy obaj usłyszeli swoje nazwiska na BBC. Amerykanie oferowali odpowiednio 250.000 i 200.000 dolarów nagrody za informacje, które doprowadzą do ich schwytania. Zamknięty w sobie, religijny i szalenie inteligentny, młodszy Haqqani szybko przejmował ster siatki schorowanego ojca; uśmiechnął się na myśl, że za jego zastępcę Malema Jana dają więcej. „Mówi się, że ten, za którego głowę nagradzają najsowiciej jest najbliżej Boga,” zażartował.

Haqqani prowadzili teraz otwartą wojnę z Amerykanami. Podczas gdy jego ojciec przewodniczył Loya Paktii przy społecznym poparciu, Sirajuddin rządził w cieniu poprzez strach – skrytobójstwa, porwania, wymuszenia i przydrożne zamachy bombowe. Miram Shah stało się światową stolicą radykalnego dżihadu, domem Al-Kaidy i zgrupowania Czeczenów, Uzbeków i Europejczyków walczących pod sztandarem Haqqanich. ISI, pakistańska służba wywiadowcza, wspierała teraz Haqqanich, próbując w ten sposób wpływać na wydarzenia wewnątrz Afganistanu, chociaż publicznie Islamabad sprzymierzył się z Waszyngtonem.

Klasyfikując pewne grupy jako terrorystyczne i działając później w oparciu o te klasyfikacje, Stany Zjednoczone niebacznie stworzyły dokładnie takie warunki, które zamierzały zwalczać. Do 2010 roku siatka Haqqanich była najbardziej zabójczym skrzydłem coraz bardziej brutalnej rebelii, która pozbawiała życia zarówno niezliczonych cywilów, jak i żołnierzy amerykańskich. Trudno było nawet sobie przypomnieć, że w połowie 2002 roku siły amerykańskie były bez wroga: niedobitki Al-Kaidy uciekły do Pakistanu, Talibowie byli w stanie rozkładu, a Haqqani dążyli do zgody.

Skoro Pacha Khan Zadran zdołał przekonać amerykańskich sojuszników, że jest inaczej, to stała za tym sama logika wojny z terroryzmem. „Terroryzm” był rozumiany nie jako zbiór taktyk (przetrzymywanie zakładników, zabójstwa, zamachy bombowe), ale jako coś, co jest zakorzenione w samej tożsamości sprawców, podobnie jak wzrost czy temperament. Oznaczało to, że uznany za „terrorystę” Jalaluddin Haqqani nie był w już stanie pozbyć się tej etykiety, nawet kiedy próbował się pojednać. Z drugiej strony, gdy PKZ ostatecznie zerwał z rządem Karzaja i wymierzył broń w Amerykanów, nie otrzymał etykiety terrorysty, lecz „renegata.” (W końcu uciekł do Pakistanu, został aresztowany, przekazany afgańskiemu rządowi, a później wybrany do parlamentu.)

W ostatnich latach USA prowadziły przy użyciu dronów intensywną kampanię przeciwko twierdzy Haqqani w Północnym Waziristanie. Zabito dziesiątki dowódców, w tym wojskowego lidera, Badruddina Haqqani. Wielu innych zaaresztowano. Dzisiaj siatka Haqqanich jest cieniem minionej potęgi.

Jednakże wpływ grupy nie zanika. W 2012 roku otrzymałem telefon od rodziny Arsala Rahmaniego, zaprzyjaźnionego afgańskiego senatora. Tego ranka, na zatłoczonym skrzyżowaniu, obok auta Rahmaniego zatrzymał się zamachowiec i zastrzelił go. Później dowiedziałem się, że rozkaz wydał Najibullah, dawny dowódca lojalny wobec siatki Haqqani; założył własną frakcję Mahaz-e-Fedayeen, której bezwzględność sprawia, że Haqqani wyglądają na amatorów. Jego grupa, będąca na celowniku amerykańskich sił antyterrorystycznych, jest po prostu najnowszym wrogiem w wojnie, która nie ma końca.”

Tłumaczenie: exignorant

Przekład dedykowany: polskim weteranom i uczestnikom „wojny z terrorem”.

Autor: Anand Gopal (wersja oryginalna)

Źródło polskie: http://exignorant.wordpress.com/2014/05/24/jak-przegrac-wojne-z-terrorem-ktorej-nie-bylo/