W trudzie teorii spiskowych i obłędnych doktryn rodzi się globalna świadomość!

Co dobrego przyniosą teorie spiskowe? O racjonalności i nieracjonalności.

Lux Inter Tenebris – Światłość poprzez ciemność. Z ciemności kwarantanny i medialnej epidemii, wyłania się światłość świadomości i przebudzenia. Wydarzenie o niemal „biblijnym” charakterze, jakim jest obecna zaraza i zamknięcie państw, popchnęła ludzi do poszukiwania prawdy. To był masowy szok, który ten proces wręcz siłą wymusił. Ludzie zaczynają masowo kumać, o co w tym wszystkim chodzi. O to, że mogą nam odebrać wolność. Że epidemia minie, a totalitarne ustawy mogą pozostać. O to, że chcą na epidemii zarobić bardzo duże pieniądze.

Jest wojna pomiędzy racjonalistami i sceptykami (lewicowcami, głosicielami wersji oficjalnych – żywioł stechnicyzowany, zmurszały) a nieracjonalnymi „foliarzami” czy też „szurami” (często zainteresowanymi duchowością, często prawicowcami – żywioł barbarzyński, autentyczny).

Oni się tego bardzo boją. Czytam ich artykuły i profile na FB. Są przerażeni tym, że tak wielu ludzi otwiera oczy. Grupują się na swoich kanałach informacyjnych, narzekają, robią listy szarlatanów, są agresywni i sfrustrowani. Starają się demaskować rzekomą pseudonaukę i rzekome teorie spiskowe. Ale zaraz pojawia się mnóstwo krytycznych komentarzy ludzi, którzy przejrzeli na oczy. Mają one setki a nawet tysiące polubień lub plusów.

To walka o ludzką świadomość, ale nie tylko. O naszą wolność, o to, czy dalej będziemy biedni i wyzyskiwani, czy dalej nasz świat będzie piekłem i polem walki.

.

Są trzy poziomy teorii spiskowych:

Czytaj dalej „W trudzie teorii spiskowych i obłędnych doktryn rodzi się globalna świadomość!”

LEWICA vs PRAWICA: JAK TO SIĘ SKOŃCZY?

Postępy liberalnego postępu i zwrot świata ku prawicy

Postęp nauki i techniki dokonuje się w coraz szybszym tempie i coraz bardziej zadziwia. Czasami wręcz szokuje. Obecna elita uważa, że starą zasadę „Bóg, Honor, Ojczyzna”, należy zastąpić nową – „Nauka, Sztuka, Technika.” Ten eksperyment o nazwie „wolna amerykanka (liberalizm), wraz z galopującym postępem technicznym i społecznym, trwa od czasów rewolucji francuskiej.

Zarządcy systemu (możesz ich nazwać bankierami, przemysłowcami, politykami, Illuminatami i tak dalej) eksperymentowali z nowymi pomysłami i ideami. Sprawdzano, jak nowe idee wpłyną na jednostki i na równowagę systemu. Te nowe idee, które miały zastąpić stare podwaliny cywilizacji, to:

  1. Liberalizm obyczajowy – czyli tolerancja, „róbta co chceta”, większe poluzowanie obyczajów, większy obszar wolności dla jednostki, więcej możliwości samorealizacji i tak dalej.
    .
  2. Ateizm – czyli nie ma ani Boga ani duchowości, wszystko powstało przez przypadek i na drodze samorzutnych, przypadkowych zmian. Nasza egzystencja nie ma ani sensu ani celu, po śmierci się rozpadamy na amen w pacierzu. Więc nie ma znaczenia, czy postępujesz dobrze czy źle, choć wielu ateistów kieruje się etyką i postępuje raczej dobrze. Etyka (wewnętrzny kompas) miała zastąpić moralność (zewnętrzny, społeczny kompas.
    .
  3. Racjonalizm, sceptycyzm – doktryny silnie popierające naukę. Wynikały one z założenia, że Boga nie ma, a wszechświat, świat, człowiek i inne istoty żywa są po prostu czymś w rodzaju „maszyny.” Fizyka, biologia, chemia, matematyka i inne dziedziny nauki mają wg racjonalistów i sceptyków wystarczająco dobrze tłumaczyć naturę świata.

Czytaj dalej „LEWICA vs PRAWICA: JAK TO SIĘ SKOŃCZY?”

KONCERNY FARMACEUTYCZNE OSIĄGAJĄ ZYSK KOSZTEM ZDROWIA I ŻYCIA?! PRZEDSTAWIAM DOWODY!

Medycyna i kontrowersje. Zysk ponad ludzkie zdrowie i życie, czyli polityka koncernów farmaceutycznych

Medycyna akademicka, czyli oficjalna, oparta na metodach chirurgicznych i produktach koncernów farmaceutycznych, jest poddawana obecnie miażdżącej krytyce. W internecie i coraz częściej w debacie publicznej trwa wojna między zwolennikami medycyny naturalnej, nazywanymi „alt-medowcami” i obrońcami medycyny oficjalnej, zwanymi „racjonalistami”, „sceptykami” czy też „zwolennikami i propagatorami nauki.”

Ja chciałbym zwrócić Twoją uwagę na pewien bardzo ważny aspekt. Jest on przemilczany nawet przez niezależne czy alternatywne media. Jednak jest to bardzo ważne. Bo tego argumentu big pharma i jej propagandyści („racjonaliści” i „sceptycy”) nie będą już w stanie obalić w żaden sposób. Jest to ostateczny i już niepodważalny dowód na to, że celem koncernów farmaceutycznych nie jest skuteczne leczenie ludzi chorych. Ale ich celem jest zaleczanie ich objawów tak, by chory musiał brać ich leki bardzo długo, najczęściej dożywotnio. Ich celem jest zysk za wszelką cenę, nawet po trupach.

Jednak muszę tutaj dodać pewne ważne zastrzeżenie. Czy całkowicie neguję medycynę akademicką, czy wierzę, że witamina C leczy raka, czy nakładam sobie aluminiową folię na głowę?! Absolutnie że nie! W swoich felietonach krytykujących medycynę akademicką staram się jednocześnie dostrzegać, że ona także jest potrzebna. Często ratuje ludziom zdrowie i życie. Pomyśl, ile razy Ty zawdzięczasz jej życie? Może nawet nie wiesz, że gdyby nie ta oficjalna medycyna, to nie byłoby Cię wśród żywych? Pomyślmy.. Antybiotyk podany na ciężką infekcję w dzieciństwie? Ginekolog który uratował Ciebie i mamę podczas trudnego porodu? Operacja wyrostka robaczkowego, ratująca Cię przed konaniem w męczarniach? Pogotowie, które przyjechało na miejsce wypadku samochodowego, do zawału, do ataku kamienia nerkowego, do złamania nogi, do zasłabnięcia, i tak dalej? Nie ma co całkowicie negować i demonizować oficjalnej medycyny. Często konieczne jest zarówno leczenie farmaceutyczne, jak i to naturalne.

Medycyna akademicka i medycyna naturalna są tak samo potrzebne

Szczególnie w tych „trudnych” chorobach. Na przykład chorzy na Hashimoto często biorą hormony w niskiej dawce, leki antydepresyjne i stosują metody naturalne. Można demonizować leki na nadciśnienie, że nie leczą przyczyny, ale co zrobić, gdy chory ma ciśnienie 210 / 110 i lada moment może umrzeć? Leki antydepresyjne i uspokajające są poddawane miażdżącej krytyce, czasami słusznej. Ale to te leki uratowały miliony ludzi przed popadnięciem w obłęd, przed samobójstwem, nałogiem, popełnieniem przestępstwa. Bo w tych chorobach już tak jest, że samymi witaminami się ich nie wyleczy, a psychoterapia trwa bardzo długo. Są przypadki tak lekoopornych i trudnych chorób, że pacjent bierze trzy silne leki razem, narażając się na bardzo ciężkie, zagrażające życiu powikłania (zespół serotoninowy). Bo nic innego nie działa, a chory cierpi tak bardzo, że ma kilkadziesiąt prób samobójczych na koncie. Tak więc nie jest to takie czarno-białe i proste. Często jest tak, że jakiś nagły przypadek, przyjazd  pogotowia lub wizyta na SOR przywracają zdrowy osąd.

Medycyna jest jaka jest. Choć nauka uważa, że wie już wszystko, to tak naprawdę dopiero stawiamy pierwsze kroki. Wciąż nie mamy leczenia, które byłoby leczeniem przyczyny. Leki farmaceutyczne nie leczą przyczyny choroby. One czasowo uciszają objawy, pozostawiając przyczynę nie wyleczoną, i przy okazji powodują różne skutki uboczne. Medycyna akademicka i jej apologeci mają „pieniężną fobię” na punkcie medycyny naturalnej. Wiadomo, że żaden biznes konkurencji nie lubi, szczególnie ten zarabiający miliardy dolarów. Wg lekarzy działać może tylko to, co przynosi dochód koncernom. Z kolei medyczni propagandyści, owi „sceptycy” czy też „zwolennicy nauki”, uważają, że wszystko co oficjalne jest prawdziwe. Uważają też, że tylko to, co przynosi wpływy i dochody rządom, bankom i korporacjom jest prawdziwe, słuszne i naukowe. Cała reszta to wg nich „teoria spiskowa” lub „pseudonauka”.

Terapie genowe i inżynieria genetyczna są prawdziwym leczeniem przyczyn chorób

Obecnie zdani jesteśmy na gówniane specyfiki farmaceutyczne, lub na metody medycyny naturalnej i dietetyki. Jednak leczenie metodami naturalnymi często nie gwarantuje, że np choroba Hashimoto nie zajmie kolejnego organu. Dużo jest obecnie mutacje i błędów w genomie ludzkim. Wielu ludzi nie toleruje żywności z siarką (jajka) lub jej suplementów (MSM). Powszechne są zaburzenia cyklu przemiany katecholamin (biopteryna i inne).

Częsty w naszej populacji jest zbyt niski poziom BH4, czyli biopteryny. Odpowiada ona za prawidłową ilość neuroprzekaźników – serotoniny, dopaminy, noradrenaliny. Nie chodzi mi oczywiście o stan ciężki, który wymaga podawania syntetycznego analogu – sapropteryny, występujący w przypadku fenyloketonurii czy hiperfenyloalaninemii. Chodzi o łagodnie zmniejszoną ilość BH4 na tyle, by powodować niedobory różnych neuroprzekaźników i tym samym nasilając zły nastrój, np w chorobach autoimmunologicznych.

O biopterynie i metodzie na podkręcenie jej aktywności pisałem w poniższym artykule:
Niesamowity naturalny sposób na depresję!

Co jest leczeniem przyczyny? Leczenie przyczyny chorób to leczenie na poziomie genów, czyli inżynieria genetyczna. Już sama nazwa brzmi złowrogo, bo kojarzy nam się z GMO, czyli z manipulacjami genetycznymi włączającymi geny szczura do pomidora. Ludzkość dopiero stawia pierwsze kroki w genetyce. Dodawanie genu zwierzęcia np do pomidora czy kukurydzy nie może skończyć się dobrze. Owszem, nie zmutujesz, ale organizm inaczej reaguje na takie pożywienie. Jednak to w terapiach genowych jest przyszłość medycyny. To one leczą przyczynę choroby.

O kontrowersjach wokół GMO pisałem w poniższym artykule:
GMO: zagrożenie jest realne! „Życie wymyka się spod kontroli”

Epigenetyka kontra absurdy zdarzające się czasami w medycynie naturalnej

Wstępem do inżynierii genetycznej i do uzdrawiania na poziomie genów jest epigenetyka. Jest to stosunkowo nowa dziedzina nauki. Możesz za równowartość 1500 zł zbadać sobie genom w zagranicznym instytucie. Dostajesz wynik i to pomaga dobrać suplementy, dietę, a czasami także lekarstwa na podstawie rzetelnych przesłanek. W wyniku takiego precyzyjnego leczenia można uśpić złe geny, jak i rozbudzić te, które działają zbyt słabo. Jest to skuteczniejsze niż leczenie i suplementowanie na ślepo. Reklamy suplementów kuszą, przedstawiają same plusy i pomijają skutki uboczne. To samo zresztą dotyczy „reklam” farmaceutyków dokonywanych w gabinetach lekarskich. Ludzie chorzy, zawiedzeni przez akademicką, czyli oficjalną medycynę, często leczą się w ten sposób – na ślepo. Szukają pomocy na facebookowych grupach, które są tak naprawdę jednymi wielkimi śmietniskami. Otrzymują pod swoimi odpowiedziami dziesiątki, a czasami nawet setki odpowiedzi. Każdy mówi co innego. Na przykład: witamina C tylko lewoskrętna. Albo nie! Witamina C tylko w formie askorbinianu sodu.

Wtedy ktoś inny powie, że żaden askorbinian, że jeśli witamina C, to tylko liposomalna. A może nie witamina C, tylko coś jeszcze innego?! A co z niedoborami witaminy D3? I tak dalej. Można prędzej zgłupieć niż znaleźć pomocy. Ten suplement, potem inny, potem jeszcze inny.. I często ludzie czują się dalej źle. I szukają dalej nowych suplementów, nowych pomysłów na dietę, robią kolejne i kolejne badania krwi, moczu, kału, USG, tomografie i tak dalej. Wiedzą, że na przykład na Hashimoto oficjalna medycyna nie może im praktycznie nic dać. Jeśli już, to tylko hormony, które powodują dalsze osłabienie tarczycy, które rozregulowują oś podwzgórze-przysadka-tarczyca-nadnercza. Dlatego po trzech czy czterech miesiącach brania tych hormonów i początkowej poprawie, zaczynasz czuć się bardzo źle. Często gorzej, niż przed rozpoczęciem ich zażywania. Więc medycyna recepty nie ma.

Medycyna akademicka nie umie leczyć chorób autoimmunologicznych, więc wmawia chorym, że nie są chorzy

Dodatkowo „medyczni racjonaliści” często publikujący na swoich blogach, stronach czy innych propagandowych kanałach zachwalających oficjalną medycynę, zaczynają negować te objawy. Mówią, że żadne Hashimoto nie istnieje, bo wystarczy tylko brać hormony. Że wyczerpanie nadnerczy to nie jest choroba. Że utajona borelioza nie istnieje. A tak naprawdę Ci wszyscy chorzy powinni być leczeni psychiatrycznie. To zupełnie nowy trend w oficjalnej, medycznej propagandzie. Polega on na negowaniu dolegliwości które dziś przybierają rozmiar epidemii, a na które medycyna oficjalna nie ma lekarstwa. Bo skoro na czymś nie można zarobić, to lepiej uznać, że to coś nie istnieje, prawda?

A cierpiącym ludziom, którym nie pomagają hormony, antydepresanty i różne metody naturalne wmówić, że są po prostu chorzy psychicznie. Jeśli te „pandemiczne” trudne choroby są porażką medycyny, i dodatkowo nie można na ich leczeniu zarobić, to się to ukrywa, demonizuje, mówi że Ci ludzie są chorzy psychicznie. Zaś naturapeutów, którzy rzetelnie wykonują swoją pracę, zastrasza się i nęka w różny sposób. Medycyna oficjalna nie lubi konkurencji, a big pharma i jej agentura w naszym kraju jest wyjątkowo silna.

Istnieje ogromna siatka blogerów, autorów, you-tuberów, którzy „zawodowo” oczerniają medycynę naturalną, propagują rządowo-korporacyjne „wersje oficjalne”. Zmawiają się oni na swoich tajnych grupach, by działać przeciwko naturapeutom, dietetykom i innym osobom zaangażowanym w pomaganie chorym, dla których medycyna akademicka nie ma żadnej oferty. Robi się wszystko, by ludzie zawiedzeni medycyną oficjalną nie mieli alternatyw w postaci naturapeutów. W Polsce przypomina to czasami sceny z filmów sensacyjnych klasy C.

Koncerny farmaceutyczne są przeciwne terapiom genetycznym, ponieważ trwałe wyleczenie pacjenta ogranicza im zyski!

Przyszłość jest w terapiach genowych, które już teraz stają się powoli popularne. Jednak ze strony środowiska farmaceutycznego padły szokujące wyznania na temat tych metod leczenia. Są one ostateczną demaskacją ich prawdziwego oblicza i tego, do czego naprawdę dążą. Interesuje ich tylko zysk, utrzymywanie pacjentów przy życiu, by cały czas brali leki, a nie ich realne wyleczenie. Żadni propagandyści farmacji na blogach typu „Tylko nauka” lub: „Pogromcy absurdów medycznych” nie będą mogli tego argumentu obalić.

10 kwietnia 2018 roku opublikowano raport „The Genome  Revolution”. Analitycy banku Goldman Sachs, tego który odpowiada za plan Balcerowicza i zniszczenie polskiej gospodarki, analizowali przyszłość pod kątem rozwoju inżynierii genetycznej i terapii genowych. Doszli oni do wniosku, że ten model biznesowy, jak to oni określili, jest niezbyt interesujący. W raporcie powiedzieli oni wprost: „-Skuteczne wyleczenie pacjentów w dłuższym okresie redukuje bazę klientów i prowadzi firmy farmaceutyczne do bankructwa.” Terapie genowe już zdążyły rozbudzić nadzieję, choć są one w powijakach. Dalej stwierdzili: „-Tworzenie lekarstw na choroby zakaźne jest nieopłacalne, gdyż ograniczanie puli nosicieli zagrozi przyszłym zyskom”. Jako przykład podali tutaj firmę Gilead Sciences, która opracowała w 90% skuteczny lek na WZW typu C, i zaczęła odnotowywać straty. Zaproponowano, by dalej szukać nieskutecznych, ale koniecznych do ciągłego podawania leków na depresję, nowotwory, cukrzycę.

Niestety, ale nie jest to „fake news” lub kolejna „oszołomska teoria spiskowa”. Nikt ze środowiska medycyny naturalnej tego sobie nie wymyślił. Raport w języku angielskim, w wykonaniu analityka Salveena Richtera, możesz przeczytać na portalu amerykańskiej telewizji CNBC News w linki poniżej. Tego argumentu „farmaceutyczni” blogerzy nie będą w stanie odeprzeć:
Goldman Sachs asks in biotech research report: ‚Is curing patients a sustainable business model?’

Koncerny farmaceutyczne widzą w terapiach genowych niebezpieczeństwo, choćby dlatego, że oznaczają one podanie jednej lub kilku dawek. A to uniemożliwia zarabianie na danym pacjencie przez długie lata. Sprawdza się tu powiedzenie, że pacjent wyleczony to klient stracony. I nie jest to „bzdurne powiedzonko pro-epidemików, płasko-ziemców i innych oszołomów„, jak głoszą to medyczni propagandyści. Okazało się to być prawdą. Czy jest możliwe, by wpływowe i potężne koncerny farmaceutyczne doprowadziły wręcz do nowego „polowania na czarownice”, z inżynierią genetyczną w roli „czarownicy”? Czy możliwe, by bogaci i wpływowi zahamowali rozwój potężnej i obiecującej dziedziny nauki, jaką jest genetyka?

Zapraszam Cię teraz na ciekawe artykuły poświęcone medycynie, w tym tej naturalnej, zdrowiu, szkodliwości leków i szczepień:

Zanim kupisz suplement lub witaminę.. Lista tajemnic i oszustw koncernów farmaceutycznych
Czy kawa szkodzi? Jesteśmy okłamywani a szokujące skutki uboczne są ukrywane!
Niepokojące odkrycie: popularne leki i suplementy na zgagę rujnują zdrowie?!
Zanim sięgniesz po silne leki.. Niesamowity i wciąż szokujący wpływ litu na zdrowie
Leki na żołądek pogarszają objawy zamiast pomagać. Konsekwencje mogą być bardzo poważne
Dlaczego leki na depresję nie działają? Będziesz w szoku gdy to przeczytasz, ale lekarze naprawdę tego nie wiedzą!
Naltrexon: cudowny lek na choroby wobec których medycyna jest bezsilna
Nadmiar wapnia jest niebezpieczny! Koncerny trują nas od lat!

Autor: Jarek Kefir

jarek kefir

Dzięki dobrowolnym darowiznom mogę utrzymać stronę, jak i docierać z demaskacjami i ukrywaną wiedzą do setek tysięcy ludzi. Wesprzyj moje publikacje, jak je lubisz. Byt wolnych mediów jest teraz ciężki i od dobrej woli Czytelników zależy ich istnienie:

Na konto bankowe:

Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek:

DWIE ZŁE SKRAJNOŚCI: ŚLEPA WIARA RZĄDOM I KORPORACJOM I ŚLEPA WIARA W GŁUPIE TEORIE SPISKOWE

Rodzaj ludzki ma dwie dość poważne wady, które tutaj omówię. Pierwsza z nich to popadanie w skrajności, miotanie się między skrajnościami. Cały wszechświat jest skrajnością – proton i elektron, plus i minus, mężczyzna i kobieta, dzień i noc, prawica i lewica, lewa i prawa półkula mózgowa, ego i podświadomość.. i tak dalej, w nieskończoność. Jednak te skrajności są szczególnie dramatyczne u ludzi. Czyli w polityce, ekonomii, relacjach, związkach, a także w psychice.. Człowiek z racji swej natury, a także społeczeństwa, państwa, narody, są powołani do tego, by godzić przeciwieństwa, by nie hołdować skrajnościom. Dawni mistycy nazywali to „alchemią”.

Druga wada, jaka toczy rodzaj ludzki, to ślepa wierność, ślepe zaufanie. Związane ono jest najczęściej z autorytetem lub z aparatem przemocy. Autorytet może być: kapłanem, ideologiem, politykiem, liderem, ekspertem, medium, korporacją itp itd. Aparat przemocy to: państwo, prawo, „omerta społeczna” wraz z dulszczyzną norm społecznych, armia itp itd. Zupełnie inną kwestią jest to, czy np silne państwo i silna armia są potrzebne. Bo przy obecnej mentalności ludzi są one bardzo potrzebne, inaczej panowałaby nieustająca anarchia i rozlew krwi. To silna armia uzbrojona po zęby i bezwzględna policja umożliwia Ci uduchawianie się, medytowanie i głoszenie pacyfistycznych idei. To jest ogromny paradoks, ale warto mieć go na uwadze. Jednak nie o tym jest ten artykuł.

Skupmy się na ślepej wierności, ślepym zaufaniu. Co uważasz ze większy obciach?
1. Wiarę w opowieści dziwnej treści typu: gwałty reptilian, jakieś gęstości 5D czy kontrolę myśli z satelity?
2. Wiarę, że rządy o nas dbają, że korporacje produkują przebadane produkty dobrej jakości, że ekonomia i rynek są wolne, że wszystko co oficjalne jest prawdziwe?

Te dwa nurty są uważane za jedyne istniejące. Zarówno zapalony teoretyk spisku siedzący w folii aluminiowej na głowie, jak i szczepiący się co roku na grypę zwolennik rządu uważa, że tylko on ma rację i że nie ma nic pośredniego między tymi dwiema skrajnościami. I co oczywiste, uważają oni, że zdanie przeciwnika jest w 100% fałszywe. No i reprezentant każdej z tych wierności każe wybierać – albo jesteś z nami, albo jesteś przeciwko nam! Nie możesz się nawet w kilku procentach nie zgadzać z doktryną, bo od razu stajesz się wrogiem, albo reprezentantem „heretyckiej frakcji”. Zauważcie, że dokładnie te same mechanizmy występują w pozostałych, nierozwiązywalnych z natury człowieczych sporach. Albo jesteś katolickim oszołomem, albo jesteś ateistycznym komuchem! Albo jesteś skrajnym prawicowcem, albo jesteś skrajnym lewicowcem! I tak dalej.

Wg mnie żadna ze skrajności nie jest dobra. Czymże różni się ślepa wierność rządom i korporacjom, od ślepej wierności w coraz bardziej śmieszne i przerażające teorie spiskowe? Wg mnie niczym, bo na głębszym poziomie rozumienia, skrajne przeciwieństwa są tym samym. Oba pokłócone obozy mają swoje racje. Spiskowcy nie bez powodu uważają, że rządy kłamią, że korporacje sprzedają szajs, którego bezpieczeństwo jest wątpliwe, a ekonomia nas wyzyskuje. Z kolei wierni rządom i korporacjom zwracają uwagę na to, że wielu zwolenników teorii spiskowych nie ma umiaru. Że ślepo wierzą we wszystko, co tylko jest „alternatywne”, aż do wiary w teorie, które wręcz zahaczają o granice psychozy.

Fanatyczni zwolennicy spiskowej teorii dziejów nie zauważają, że często wierzą w teorie, które nie mają żadnego pokrycia w faktach. Że na niektóre teorie, które są w spiskowym półświatku „niepodważalnym konsensusem”, nie ma żadnych realnych dowodów. Że te teorie są coraz bardziej przerażające, zaś dla postronnego obserwatora są śmieszne i kojarzą się co najwyżej ze szpitalem psychiatrycznym, niż z rzetelnym badaniem ukrywanej prawdy. Wiara w niepotwierdzone i śmieszne teorie spiskowe może wywodzić się z dzieciństwa (niemowlęctwa) i może być kontynuowana w dorosłym życiu, jako podświadomy wzorzec. Niemowlak nie ma poczucia odrębności i uważa, że jeśli zesra się w pieluchę lub jest głodny (bodźce negatywne), to odpowiada za to „zła wersja mamy”, a nie on sam. Z kolei przy bodźcach pozytywnych wg niemowlaka ma pojawiać się „dobra wersja mamy”.

Tak samo zwolennik teorii spiskowych w dorosłym już życiu nie zauważa, że to, jaka jest ekonomia, polityka i relacje, zależy nie tylko od jakichś mrocznych elit. Ale zależy to także od nas, ludzi. Jeśli mamy mentalność ofiary, jeśli jesteśmy ślepo ufającymi wyznawcami, „owcami”, to zaraz znajdzie się jakiś „wilk”, który to wykorzysta. Klucz do przemiany świata nie tkwi w wymordowaniu znienawidzonych Illuminatów, których tak naprawdę nikt nie widział na oczy i na których istnienie nie ma dowodów. Klucz do przemiany świata to własna, wewnętrzna przemiana. Mamy taką elitą, taką ekonomię i takie bogactwo lub taką biedę, na jakie sami jako zbiorowość (naród, ludzkość) zezwalamy. Prawo wolnej woli nie jest łamane. Jeśli ktoś wciąż hołduje mentalności ofiary, to niech się nie dziwi, że prędzej czy później spotka kata.

Fanatyczni zwolennicy wersji oficjalnych, czyli wersji rządowo-korporacyjnych, często zapominają o tym, że część teorii spiskowych po latach okazywała się być ponurą prawdą (np teoria spiskowa z lat ’60 o istnieniu mafii). Zapominają oni, że każdy rząd, każda korporacja, każda partia polityczna, każda organizacja i w końcu każdy pojedynczy człowiek mają swoje interesy, które często kolidują z interesami innych. Więc rządy, korporacje, partie, organizacje i pojedynczy ludzie czasami grają nieczysto. Rząd ogłupia obywateli, korporacja dąży do maksymalnego zysku nawet po trupach milionów, partia polityczna hołduje politycznemu makiawelizmowi, zaś pojedynczy człowiek kłamie czy donosi na sąsiadów. Niestety, ale nie wszystko jest jawne i transparentne.

Słowem zakończenia.. Jako ludzkość dopiero zaczynamy wychodzić z wieków barbarzyństwa, biedy, wyzysku i ciemnoty. Dopiero uczymy się być ludźmi. Oczywiste jest to, że istnieją rozmaite grupy, które choćby po trupach chcą chronić swoje wpływy i zyski. Te grupy to np rządy, korporacje czy mafie. Te grupy zrobią wszystko, by zachować status quo. Z drugiej strony, temu burzliwemu procesowi towarzyszy ogromna ilość lęku, spekulacji, podejrzliwości i plotek. To idealne pole do wzrostu różnych dziwnych, a czasami wręcz szaleńczych teorii. Wciąż uczymy się zdrowego balansu w każdej możliwej dziedzinie życia. Ja jestem dobrej myśli. Wierzę, że pomimo ogromnych trudności, posuwamy się naprzód.

Ten artykuł jest częścią szerszej serii moich publikacji o tytule: „Prawdziwe demaskacje, głupie teorie spiskowe a zdrowy racjonalizm”. Chciałbym, by w tym trudnym i mało znanym świecie kierowało Cię i serce, i zdrowy, „rozumowy” racjonalizm. Poniżej zamieszczam linki do tych artykułów:
Realne spiski i przekręty, a głupie teorie spiskowe. Jak nie zwariować?
Jak nie zwariować w świecie ogromnych przekrętów i teorii spiskowych?
Trwa szaleństwo idei i doktryn ale ludzkość wkrótce się z niego przebudzi!
Czy technika jest zła a natura jest dobra? To nie jest takie proste!
Czy smartfony doprowadzą do epidemii zombie?! Niepokojące doniesienia naukowców
Robotyzacja wymusi ogromne przemiany.. Jak się włączyć i wygrać? To wielka szansa dla nas!
Dlaczego dawniej było fajniej i lepiej? Dzisiejsze czasy to jakaś porażka!

Autor: Jarek Kefir

Moja strona jest niezależna od wszelkich stron sporu politycznego. Utrzymuję ją z reklam i dobrowolnych darowizn Czytelników. Nie ma u mnie przymusowych abonamentów i opłat za treści. Dzięki temu mogę zachować niezależność i dostarczać Ci wartościowych i prawdziwych informacji, które są cenzurowane i trudno dostępne. Wspomóż moją pracę na rzecz poszerzania świadomości, a w zamian za to dotychczasowa ilość nowych wpisów będzie zachowana. Link z informacją, jak to zrobić tutaj: https://jarek-kefir.org/wsparcie/

  

Byłem chrześcijaninem. Upadek Sacrum i cywilizacja po traumie średniowiecza

upadek-chrzescijanstwaZapraszam na szokujący w swej wymowie artykuł autorstwa pana Jana Kurowickiego ze strony strajk.eu. Opisuje on w telegraficznym skrócie koncepcję filozofa Ortegi y Gasseta.

Jego przesłaniem jest to, że po średniowieczu NIKT, absolutnie nikt już nie jest chrześcijaninem. Nawet zadeklarowani, konserwatywni katolicy. Może się to wydawać szokujące ale właśnie tak właśnie jest.

W średniowieczu chrześcijaństwo było potężnym systemem religijnym, ideologicznym, naukowym, militarnym, społecznym, państwowym – i każdym innym. Chrześcijaństwo zapełniało i wypełniało dosłownie każdy element człowieczego żywota.

Nie było nawet najmniejszej niszy nie zagospodarowanej przez chrześcijaństwo. Po średniowieczu to wszystko zaczęło się rozpadać. Chrześcijaństwo oddawało coraz to nowe pola innym iluzjom i innym systemowym szaleństwom. A mianowicie rozszalałym ideologiom które doprowadziły nieomal do zagłady życia na Ziemi (wydarzenia 1914 – 1956). Także nauce pełnej szaleństw, sztywnych dogmatów, korupcji, lobbingu, fałszerstw i wypaczeń. Zawirusowanej newtonowsko-kartezjańską ideologią materializmu.

Duża część sfer życiowych zajmowanych przez chrześcijaństwo, została oddana państwu i jego aparatowi opresji i władzy. Obecnie chrześcijaństwo zamknięte jest w wąskiej enklawie, bastionie czy rezerwacie, który dodatkowo ulega powolnej implozji i kurczy się jeszcze bardziej. Dlatego więc do chrześcijaństwa dodano elementy, których tam wcześniej nigdy nie było – by trochę opóźnić implozję (agonię) tego systemu.

Co dodano do chrześcijaństwa? Dodano, a właściwie ukradziono wartości ogólnoludzkie, uniwersalne i ponadczasowe i obleczono je w szaty chrześcijaństwa. Jeszcze raz przypominam jedną bardzo ważną kwestię. Jeszcze w dość ciemnym i barbarzyńskim wieku XIX, tych wartości i sentymentalizmów tam po prostu nie było. Zalicza się do nich np kojarzenie chrześcijaństwa z wrażliwością, w tym na los bliźniego, z ogólnie rozumianym „dobrem„, empatią itp. Ile razy słyszy się, że: „to taki dobry człowiek, co niedzielę chodzi do kościoła„.

Ale mało tego.. Do chrześcijaństwa podczepiono w bardzo subtelny sposób inne wartości uniwersalne i ponadczasowe – a mianowicie, ezoteryczne i gnostyckie. Wystarczy przypomnieć sobie słowa Jana Pawła II:
-„Więc w mroku jest tyle światła, ile życia w otwartej róży; ile Boga zstępującego na brzegi duszy
-„Wczoraj do Ciebie nie należy, jutro niepewne.. Tylko dziś jest Twoje

Ten drugi cytat został wypowiedziany właśnie przez Jana Pawła II i jest niemal żywcem przejęty z doktryn ezoterycznych / gnostyckich. Niemal każdy mistrz duchowy, w tym popularni mistrzowie new age, akcentuje radość dnia dzisiejszego i chwili obecnej, jak i iluzoryczność dnia wczorajszego i jutrzejszego.

To, co proponuje Ortega jak i podsumowujący jego prace Jan Kurowicki, jest dla mnie kolejnym, nowym spojrzeniem na prastary problem. Kolejną cegiełką nieskończonego hologramu wiedzy, kolejną warstwą która jak dotąd była dla mnie ukryta. Polecam.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Czas hucznej dyskoteki ŚDM oddalił się już w medialną niepamięć. Nie bez powodu. Cudów nie było. Terroryści też się nie pofatygowali. Pojawił się za to dla urozmaicenia rozrywki Franciszek papież. Królował wszędzie plastyczny kicz i – na przemian z pląsami oraz nabożeństwami – homilijna grafomania. Nikt tam wszakże nie został zapłodniony choćby jedną świeżą myślą. Bo jeśli nawet były one, to się zmyły. Nie tylko od święconej wody. Głównie od potu i religijno-moralizatorskich komunałów.

Ale za to – zapewne – wiele młodych owieczek opuściło Kraków z kacem. A niektóre nawet z „życiem poczętym”. I tlą się w nich nie tylko dyskotekowe rytmy i okrzyki. To bowiem normalne na takiej imprezie, kiedy to w dźwiękach popularnych i folklorystycznych melodii hulają ciała i dusze, a piekło jest obecne tylko (i to na niby) pod czerwonymi beretami episkopatu.

Ponadto: służby komunalne uprzątnęły śmieci, kościelni księgowi policzyli dochody za zorganizowanie tej imprezy, aparat państwa – straty. Wszystko więc w porządku. Czegóż można było więcej oczekiwać? Choć – jak sądzę – należy pytać o powody, dlaczego w duchowym sensie zdarzyło aż tak mało? Ale to już wykracza daleko poza samą tę imprezę. Wiedzie ku rzeczom i sprawom poważniejszym, które na ogół nawet się nie śnią ani religijnym trzodom na bożych pastwiskach, ani ich pastuchom.

Tylko Kościół nasz (nie) święty uważa, że miało miejsce wielkie i udane wydarzenie sakralne. Jednak (nie od dziś) nie bardzo wie, co mówi. A jeszcze mniej rozumie.

ŚWIAT PO ŚREDNIOWIECZU

Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: co współcześnie i na jakich warunkach (nie tylko u nas) oferuje Kościół i religia? I czy to one mają monopol na sakralne formy i treści, które nie od dziś funkcjonują w przestrzeni społecznej? Wprawdzie niejednokrotnie mówi się, że po średniowieczu życie społeczne, gospodarcze i polityczne wyszło z horyzontu teokratycznego, jednakże duchowe, mimo dokonujących się przekształceń, tkwi w nim nadal.

Znajduje to wyraz np. w często głoszonym poglądzie, że chrześcijaństwo wciąż określa naszą kulturę, nasz indywidualny stosunek do świata i człowieka do samego siebie. Służy to często za argument dla uznawania szczególnej funkcji Kościoła w życiu zbiorowym i jego obecności w przestrzeni publicznej.

Jest to jednak nadmierne rzeczy uproszczenie. Otóż ów horyzont teokratyczny był możliwy dawno temu: w średniowieczu. Po nim już nie. Kościół bowiem realizował wtedy funkcje, jakie dzisiaj należą do wielu różnych i odrębnych ideologicznych aparatów państwowych W szczególności: do aparatów szkolnych, kulturalnych i politycznych. Wyodrębniły się zaś one i usamodzielniły w trakcie kształtowania się kapitalistycznej gospodarki i wzrastającej dominacji mieszczaństwa. A towarzyszyły temu złożone procesy duchowe.

Warto więc może w tym kontekście przypomnieć ważne konstatacje J. Ortegi y Gasseta z „Wokół Galileusza” – zbioru esejów napisanych przez niego jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Spolszczonych zaś w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku. Pozwalają bowiem pojąć rzeczywisty sens i pozycję religii i Kościoła po średniowieczu, zwłaszcza współcześnie.

Oto w ostatnim z nich powiada ten hiszpański filozof i socjolog, że na pytanie: czy jesteś chrześcijaninem? – należy odpowiedzieć: JESTEM nim w tym znaczeniu, że nim BYŁEM. I każdy z mych współczesnych, powiada on, niezależnie od tego, czy się deklaruje jako wierzący, czy ateista, też jest nim właściwie tylko w tym sensie, że był.

O CO TU CHODZI?

Rzecz, według tego myśliciela jawi się (w swobodnym omówieniu) mniej więcej tak: oto rzeczywiste chrześcijaństwo rozkwita w całej pełni (ale i się kończy) w średniowieczu. Wtedy to świat, życie społeczne i człowiek tkwili w zaczarowaniu religijnym sacrum. I zarazem – mówiąc językiem L. Althussera – Kościół skupiał w sobie funkcje innych aparatów ideologicznych, jako części własnego, określając charakter całej świadomości społecznej.

Dzięki temu zdawało się, że w boży ład wpisane są rzeczy, sprawy, zawody, funkcje, hierarchie niebieskie i ziemskie. Ogarniał on i określał wszystko, a całość bytu przenikało mistyczne, boskie światło. Było też wiadomo, że początek gatunku ludzkiego zaczął się w rajskich pieleszach. Po grzechu pierwszych rodziców zaś znalazł się on za karę na tym łez padole. Wiedziano również, jak m.in. pouczali scholastycy, że nad sferą podksiężycową, czyli nad ziemią, wznosi się kryształowa kopuła, w którą wpisane są gwiazdy. I poruszały się one po niej, bo popychali je aniołowie, itp., itd.

Być więc chrześcijaninem – wedle Ortegi y Gasseta – to właśnie ISTNIEĆ W TAKIM ŚWIECIE i żyć nim oraz jego treściami, jako przenikniętym boskością.

Filozof ten dość długo wylicza związane z tym światem myśli i wyobrażenia. Po czym zauważa, że od czasów nowożytnych po współczesne ten świat zanika. A z nim – prawdziwe chrześcijaństwo. Ginie wszak niezmienny boży ład i przenikające byt światło Boga. Pojawia się historia, jako odbicie zmian i przeobrażeń natury i społeczeństwa. Znika sfera podksiężycowa i wznosząca się nad nią kryształowa kopuła. Otaczające nas natomiast ziemskie zjawiska wyjaśnia m.in. fizyka Galileusza. Kosmos – astronomia Kopernika i Keplera. Biblijny zaś obraz naszego poczęcia przez Boga ustępuje darwinowskiej koncepcji ewolucji, itp. itd.

Niezależnie natomiast od deklarowanej czy przeżywanej faktycznie wiary lub religijnej obojętności, takie myślenie i przedstawianie sobie świata staje się dominujące. A wraz z procesami owego zanikania i znikania wyłaniają się, konkurują i górują nad Kościołem nowe aparaty ideologiczne państwa.

W tym właśnie sensie NIKT po średniowieczu nie był już (i nie jest) chrześcijaninem.

RESZTKI PO SACRUM

Równocześnie każdy jest nim, bo ma właśnie chrześcijaństwo za sobą. Co to znaczy? Autor „Wokół Galileusza” odpowiada: człowiek jest nim, bo korzysta z tego, co po nim zostało. Odwołuje się wszak nieustannie do jego pojęć, wyobrażeń, a nawet do wielu jego form działania i rytuałów, aby zakorzenić się w jakiejś społecznej wspólnocie, określić wartości swego człowieczeństwa i tożsamość indywidualną.

Te bowiem działania, formy i rytuały pozostają nadal żywymi dobrami kulturowymi, bo zawierają coś więcej, niż to, co nadawało im średniowiecze: społeczne sposoby odniesień ludzi bezpośrednio do siebie i do społecznych instytucji. Były więc i pozostały – inaczej mówiąc – społecznymi i kulturowymi skrzepami tych sposobów, które mogą się (a raczej – muszą) aktualizować nawet wtedy, gdy rozsypały się ich pierwotne konteksty.

Dlatego Ortega powołuje się na przykład pewnego socjalisty, który o sobie mówi, że jego „powołaniem” jest „poświęcanie się” sprawom klas ludzi pracy, a zwłaszcza biednych i opuszczonych. To bowiem „powołanie” czy „poświęcenie” pochodzi ewidentnie z sakralnego zaplecza. Opowiada też o wzrastającej od XV w. afirmacji tego ziemskiego świata, który przestał być padołem łez i zmienił w kosmos człowieczeństwa, ale ŚRODKI WYRAZU tej afirmacji ludzie znajdują wciąż w minionym blasku, formach i normach chrześcijaństwa.

Pisze wreszcie, że dla określenia siebie i swej niszy prywatności, także sięga człowiek do tego, co ma za sobą, aby jednak podążać własną drogą, i by odgrodzić się od prozy codzienności, itd.

Jak czytamy, dawny święty, gdy podążał ku rzeczom, wychodził od boskiego punktu widzenia i wraz z nim do Boga powracał. „Ową podróżą tam i z powrotem do Boga – powiada Ortega – zakreśla przeto koło. Ta kolista droga życia świętego jedynie styczna jest z rzeczami: dotyka ich w jakimś punkcie, lecz nie łączy sie z nimi, nie zatraca się w nich. My zaś, nawet jeżeli nadal żyjemy od Boga, zwróceni jesteśmy twarzą do tego świata i nie podejmujemy podróży powrotnej. Przychodzimy od Boga, lecz pozostaje On poza naszymi plecami niczym zwyczajowe tło pejzażu: tym bardziej, że uwagę naszą przykuwa to, co ziemskie”.

Krótko rzecz ujmując: po odczarowaniu świata pozostała ogromna, kulturowa masa spadkowa, która wciąż dostarcza ważnych środków do identyfikacji i spajania człowieka z innymi; do budowania zgody na samego siebie oraz własnej tożsamości i otaczającego nas kokonu niszy prywatności. A przede wszystkim – stanowi ona zbiór narzędzi i materiałów dla powstających od nowożytności, suwerennych wobec Kościoła, wielu autonomicznych ideologicznych aparatów państwa.

RELIGIA JAKO (ZALEDWIE) IDEOLOGIA

Wraz zaś z upadkiem teokratycznego porządku średniowiecza, Kościół (czy raczej – Kościoły) nie ma już monopolu ani na zarządzanie tą masą, ani na formy korzystania z niej. Jest tylko jednym z wielu jej użytkowników. I za pośrednictwem swych licznych funkcjonariuszy uświęca i naturalizuje codzienne podporządkowanie ludzi panującym stosunkom społecznym. Zwłaszcza – reprodukcji kapitalistycznych stosunków produkcji. Zachował wprawdzie swe formy instytucjonalne, rytuały, obrzędy i stroje, lecz świętość, na którą zdawał się mieć monopol, złuszczyła się z niego jak stara skóra z jaszczurki.

Ona zaś sama została pokawałkowana. Nie jawi się więc już jako harmonijna całość, lecz rozrzucona się zdaje w różnych obszarach kultury i społecznego bytu. Poniekąd bez ładu i składu. Jakby była tylko zbiorem resztek i szczątków, z których człowiek (i Kościół oraz inne aparaty ideologiczne państwa) buduje swe znaczące dla siebie całostki.

Tak więc od czasów nowożytnych np. elementy treści ewangelicznych trwają w obrębie potocznych metafor poznawczych i aksjologicznych. Gdy dla przykładu mówimy, że ktoś nosi krzyż pański, posługujemy się właśnie taką metaforą. Zarazem poznawczą, jak i aksjologiczną. Bo poprzez z męką Chrystusa związane treści ewangeliczne wyjaśniamy (i wysoko moralnie oceniamy) trudy i męki czyjejś ziemskiej egzystencji.

Treści te są dane również (choć nie wyłącznie!) w sferze tzw. „martwych” metafor językowych, choćby w okrzykach („Jezus-Maryja!”), czy w wołaniach proszących i zaklinających (np. „na rany Chrystusa!”). Rzecz przy tym nie dotyczy tylko języka. Fragmenty i szczątki fabuł ewangelicznych weszły do narodowej wyobraźni i obyczajowości, współtworząc i utrwalając pewien ideologiczny wyraz nacjonalizmu (np. „Polska – Chrystusem narodów”).

Tworzą one zresztą także treści obrzędów „patriotycznych”, nawiązujących do tych fragmentów i szczątków, chociaż bardzo często mają one tylko wartość folklorystyczną i widowiskową. Ważne są jednak, jako samopotwierdzenie się politycznej i „wspólnoty narodowej”, wciąż usilnie współorganizowanej i zawłaszczanej przez Kościół wspólnie z prawicą.

Nic więc dziwnego, że np. proboszcz gdańskiej św. Brygidy wystawił w 1989 r. obraz Matki Boskiej w koszulce z napisem „Solidarność”, trzymającej dzieciątko w jednej ręce, a drugą układając w znak zwycięstwa „V”. Tym bowiem sposobem sakralizował (i mistyfikował) sprzeciw wobec mijającego ustroju politycznego i nadzieję na nową Polskę, ale skolonizowaną przez Kościół. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Ponadto: jednoznacznie brzmiące, jak sentencje moralne, wypowiedzi Chrystusa, są wygodną ozdobą esejów i kazań. Nie mówię już o bogatej – dawnej i współczesnej – ikonografii. W niej – Syn Człowieczy i jego dzieje stanowiły (i stanowią) obrazkowy elementarz. Ukazuje on człowieczą małość wobec stwórcy i drogi nauczycielsko-życiowej jego syna, który, panem pozostając, zrównał wszystkich w swym odkupicielskim pochodzie przez świat.

I wszystko to utrwaliło się na setki tysięcy sposobów, zeskorupiało w wielkiej literaturze i sztuce, nabożeństwach, filmach itd. Teraz zaś trwa w świąteczno-jarmarcznej, odpustowej mierzwie.

I to jest odpowiedź na postawione tu wyżej pytania. Kościół oto i religia oferuje ludziom coś, co kulturowo już mamy za sobą. Ale selektywnie. Wybiera z niego tylko takie fragmenty i szczątki wierzeń, rytuałów i obrzędów, jakie dzisiaj stały się swoistymi, ideologicznymi formami określonych praktyk politycznych, więzi wspólnotowych, czy sposobów uzyskiwania ładu w obrębie jednostkowych nisz prywatności. Reszta zaległa na rozległym zapleczu kulturowym.

CO DALEJ?

To wszystko określiło (i określa) praktyki religijne Kościoła. Także w Polsce. A Światowe Dni Młodzieży stanowią zaledwie jeden z ich wytworów i sposobów przejawiania się. Z całym dobrodziejstwem inwentarza: jako określony zlepek wyobrażeń i rytuałów, uosabiających szczątki dawnego sacrum, wymieszane z zabawowymi formami współczesnej kultury popularnej. Msze i modły, homilie przy kiczowatych ołtarzach, jak i pieśni religijne przy nich zlewały się więc w jedno z rozrywkowymi formami piosenkarskimi czy z folklorystycznymi i rewiowymi.

Była to bowiem typowa impreza dla ludzi, którzy – mówiąc językiem Ortegi y Gasseta – chrześcijaństwo już mają za sobą, ale usiłują się w nie wcielić poprzez prozaiczną dyskotekę. Choć może wielu z nich (a pewnie i większość) uważa się za lepszych i duchowo bogatszych od deklarujących niedowiarstwo czy ateizm. Faktycznie jednak obnażali swe ubóstwo, bo w swej masie przejawiają jeno historyczno-socjologiczny analfabetyzm. Brak im bowiem intelektualnych środków do zrozumienia społecznego charakteru i istoty kulturowych praktyk, w jakich uczestniczą.

Kościół wszakże, choćby nie wiem jak się starał, nie jest w stanie zaoferować wiele więcej. Bo nie ma. Jak już wyżej pisałem: świętość, na którą zdawał się mieć monopol, złuszczyła się z niego jak stara, pokawałkowana skóra z jaszczurki, która rozrzucona się zdaje w różnych obszarach kultury i społecznego bytu. On tylko zlepia jej kawałki, stara się stworzyć właściwą dla swego charakteru całość, uwspółcześnić i dostosować do prymitywnie pojmowanej mentalności młodzieży.

Ale coś takiego, jak ŚDM to tylko jedna z organizowanych przezeń imprez. Głośna, widowiskowa, lecz nie najważniejsza dla podejmowanych przezeń prób odrodzenia jego dawniej społecznej wszechobecności. I sam zresztą zdaje sobie dobrze z tego sprawę. Chodzi mu bowiem o coś więcej: o zdobycie monopolu i wchłonięcie (a przynajmniej o podporządkowanie sobie) państwowych aparatów ideologicznych, które oderwały się odeń po średniowieczu. Zwłaszcza: szkolnych, kulturalnych i politycznych.

Czy mu to się uda? W skali globalnej – nie. Jednakże w lokalnej, narodowej odnosi często spektakularne sukcesy. Zwłaszcza tam, gdzie uprzemysłowienie i kapitalistyczna nowoczesność przyszły stosunkowo niedawno i wciąż panują obyczajowość i kultura tradycjonalna o rodowodzie postfeudalnym i wiejskim. Jak choćby u nas. Gdzie demokracja jest (i musi być) abstrakcją, bo wciąż brak politycznych i instytucjonalnych warunków dla jej funkcjonowania. A sprzymierzony z prawicą Kościół stał się wylęgarnią i filarem autorytarnego nacjonalizmu.

Autorstwo: Jan Kurowicki
Źródło: Strajk.eu