Owoce polskiego wzrostu gospodarczego są bezlitośnie drenowane przez obce korporacje

Owoce polskiego wzrostu gospodarczego są bezlitośnie drenowane przez obce korporacje

zagraniczne korporacje nie płacą w Polsce podatkówWiele pisałem na swojej stronie o tym, że w obecnym kapitalizmie mamy uprzywilejowaną kastę, która ma wybitnie roszczeniową postawę. Ma ona także ogromne ulgi i przywileje. Ta kasta „nadludzi” to: korporacje, banki, wielki biznes, urzędy – i oczywiście ich pracownicy, czyli tzw „lemingi„. To nie socjalistyczne rozdawnictwo i pomoc społeczna drenuje skarb państwa. Czynią to właśnie te przywileje dla owej „elity próżniaczej„.

Powinni to pamiętać wyborcy PO, KORWiN, Nowoczesna PL – to wy uwłaszczyliście się i zbudowaliście swoje kariery na niedoli i nędzy milionów wyzyskiwanych Polaków. To wy jesteście rozkapryszoną, roszczeniowo nastawioną warstwą społeczeństwa. To wy macie specjalne przywileje nie tylko od struktur państwa, ale także od banków, od supermarketów itp itd. Ludzie biedni, których oskarżacie o roszczeniowość i socjalizm, nie mają nawet jednego procenta takich przywilejów jak wy.

O to się toczy batalia. W Polsce jest całkiem spora grupa „elity próżniaczej„, czyli zwykłych skurwysynów, którzy uwłaszczyli się ponad miarę na niewiarygodnym wręcz wyzysku i nędzy milionów Polaków. Oni nie odstąpią od żłoba, nawet za cenę gospodarczej zagłady kraju. Ich myślenie polega na tym, cytuję:

Co, jebane lewackie roszczeniowe oszołomy, nie podoba się kurwa pensja 3 zeta za godzinę i spierdalacie do Anglii? Nie ma sprawy, sprowadzimy sobie Ukraińców, Syryjczyków, Pakistańczyków. A Wy spierdalajcie, teraz kurwa my!

zagraniczne korporacje nie płacą w Polsce podatkówZauważcie że bardzo podobną, wręcz identyczną mentalność mają zwolennicy rzekomo antysystemowego (a tak naprawdę popierającego system) Korwina. Gdy oni dorwą się do koryta – to będzie jeszcze gorzej, kamień na kamieniu z tego kraju nie zostanie. A jeśli już zostanie jakiś kamień – to będzie on sprywatyzowany, jak wszystko inne, łącznie z obywatelami. 

Cytuję: „Czy to zwiastuje wyborczą klęskę PO? – Nie wiadomo, bo do tej partii jest dołączonych około 30 proc. osób, które Polskę wyzyskują. Cała olbrzymia administracja rządowa, banki, media, [korporacje], zakłady powiązane ze Skarbem Państwa. To jest środowisko broniące swoich interesów i ich się nie przekona w żaden sposób. Są pijawkami na narodzie, które nie ustąpią. Oni zawsze będą głosować na Kopacz lub kopaczopodobną istotę. Oni dobrowolnie nie odstąpią od żłobu.”
~Jan Pietrzak

Zachodnie korporacje poprzez para-mafijne rozwiązania unikają płacenia podatków w Polsce. Dodatkowo, prawie w ogóle nie są kontrolowane przez służbę skarbową, lub są traktowane niezwykle liberalnie. To polscy mali i średni przedsiębiorcy są traktowani niezwykle restrykcyjnie przez fiskusa. Są przez niego łupieni, co wykazuje raport NIK.

Pora raz na zawsze skończyć to el dorado dla zagranicznych złoczyńców, którzy nie dość, że sprzedają na całym świecie szajs (poczytajcie o spisku żarówkowym), to jeszcze wyzyskują nas i niszczą nasze państwo. Oni powinni zostać pozbawieni przywilejów, które można porównać do przywilejów szlachty sprzed upadku I RP. Oni powinni płacić podatki, uczciwie. Bo to, co obecnie robią powszechnie reklamowane i szanowane korporacje i banki w Polsce, jest zwykłą kradzieżą, wręcz zbrodnią.

Wstęp: Jarek Kefir

Czytaj dalej „Owoce polskiego wzrostu gospodarczego są bezlitośnie drenowane przez obce korporacje”

Modlitwa chłopo-robotnika z dużego miasta XXI wieku

Młodzi, wykształceni, z wielkich miast

„Panie Waldku, jaka jest ta Polska chłopo-robotnicza, tej bandyckiej postkomuny III RP w XXI wieku? Czy coś się zmieniło w mentalności polskiego chłopa przez te minione wieki?

Chłopstwem polskim znowu czas się zająć, gdyż wszystko co nam z 1000-letniej Rzeczypospolitej zostało to sól tej ziemi, czyli chłopstwo pospolite. Na tej notce oczywiście tematu nie sposób zakończyć, a i z nadzieją patrzę w stronę innych blogerów, że do tematu tego się włączą, abyśmy pod różnymi kątami tego zwierza ująć tu mogli.

Na pierwszy ogień reminiscencje z literatury naszej pięknej temat ten rozpoczną. Józef Ślimak, jak niestety tylko niektórzy pamiętają, jest głównym bohaterem powieści Bolesława Prusa, “Placówka”. Był to chłop średniozamożny, posiadał niewielkie gospodarstwo i dziesięć morgów ziemi, które znajdowały się we wsi nad doliną rzeki Białka. Miał on żonę Jagnę i dwóch synów: Jędrka i Staśka. „Był to chłop średniego wzrostu, z szeroką piersią i potężnymi ramionami. Miał twarz spokojną, wąsy krótko podcięte, na czole grzywkę, a z tyłu długie włosy spadające aż na kark. Bardzo lubił palić fajkę” – tak właśnie wyglądał Józef Ślimak. Bohater ten był prostym, zacofanym chłopem, który wierzył w zabobony. Wszystko złe, co spotykało ludzi na ich drodze, odczytywał jako boskie karanie niewiernych. Nie zmieniał swojego zdania na ten temat nawet wtedy, kiedy krzywda spotykała jego, choć miał się za pobożnego. Swój kawałek ziemi uprawiał tak jak jego przodkowie i był przekonany, że to najlepsza metoda.

Nigdy nie starał się wybić ponad społeczność, w której żył, uważał bowiem, że skoro jedni są wójtami i bogaczami, to właśnie tego chce Bóg i nie należy niczego zmieniać. Okazywał więc szacunek stojącym wyżej od niego, ale i tym mniejszym nie dawał się wyprzedzić.

Nazwisko, jakie nosił, doskonale oddawało jego temperament. Nigdy się nie spieszył, jakoś pracował i było dobrze. Potrafił jednak wpadać także w gniew, a wtedy był po prostu nieobliczalny. Potrafił wtedy przeklinać i rzucać, co miał pod ręką – zdarzało mu się także pobić parobka. Jednak tak naprawdę nie był złym człowiekiem i dbał o powodzenie swojej rodziny, kochał żonę oraz synów, chciał niby dla nich jak najlepiej, ale po nim to choćby potop, niech się już synowie dalej martwią. Nigdy nie gardził groszem, imał się różnych prac, byle tylko trochę zwiększyć swoje zapasy finansowe. Nie bał się żadnej roboty i również za to go ceniono. Nigdy nie przehulał zarobku, ale skrzętnie składał i chował „w skarpetę” wszystko, co udało mu się zarobić.

Wierny tradycji nie wzgardził człowiekiem, który przekroczył jego próg. Miał dla takiego zawsze dobre słowo, strawę i miejsce przy piecu. Nie rozróżniał wtedy hierarchii i częstował wszystkich po równo. Prawdziwie kochał ziemię i nie wyobrażał sobie życia innego, niż praca na roli. Walczył o swój dobytek z niespotykaną u niego w innych sprawach zawziętością. I chociaż wokół niego piętrzyły się problemy i narastały trudności, nie zdecydował się na sprzedaż gospodarstwa. Nie cierpiał Niemców, którzy wykupywali pobliskie pola od innych rolników i nie poszedł z nimi na żadne układy. Tego prostego chłopa można byłoby porównać z bohaterem powieści Henryka Sienkiewicza „Szkice węglem”- Rzepą. Ci dwaj chłopi mają wiele wspólnego, gdyż są typowymi przykładami ludzi niewykształconych i zacofanych: „Osiadły z dala od miasta, zapracowany, nie mający czasu na książkę czy gazetę”. To znaczy, że zwykły chłop, mający kawał ziemi i na nim pracujący, po prostu nie miał ani czasu, ani możliwości, by się kształcić i najważniejszym jego problemem był dobry wypoczynek po trudnej pracy.

Największymi wadami Ślimaka było zacofanie oraz brak samodzielności myślenia: “Dziwny był chłop ten Ślimak. NA WSZYSTKIM SIĘ ROZUMIAŁ, nawet na żniwiarce: wszystko zrobił, nawet naprawił młocarnię we dworze; wszystko sobie w głowie ułożył, nawet przejście do płodozmianu na swoich gruntach, ale niczego sam nie ośmielił się wykonać, dopóki go kto gwałtem nie napędził. Jego duszy brakło tej cienkiej nitki, co łączy projekt z wykonaniem, ale za to istniał bardzo gruby nerw posłuszeństwa: dziedzic, proboszcz, wójt, żona – wszyscy oni zesłani byli od Boga po to, ażeby Ślimakowi wydawać dyspozycje, których sam, sobie wydać nie umiał. Był on rozsądny i nawet przemyślny, ale samodzielności bał się gorzej niż psa wściekłego. Miał nawet przysłowie, że: „chłopska rzecz – robić, a pańska – bawić się i rozkazywać innym”. Ten cytat wiele mówi o postaci Ślimaka i o jego poglądach, przedstawia go jako człowieka zupełnie niegłupiego, a nawet zdolnego, ale bardzo niesamodzielnego. Akurat z powodu jego niesamodzielności o ważnych sprawach w rodzinie decydowała jego żona, której Ślimak ślepo ufał, czuł obowiązek spełniania jej woli i na nic się nie odważył bez jej narady. To udowodniła sytuacja, która wydarzyła się, gdy Józef poszedł prosić dziedzica o łąkę, a dziedzic widząc niesamodzielność chłopa, proponuje mu kupienie łąki za szczególnie niską cenę, ale pod warunkiem, że zdecyduje się on natychmiast, nie radząc się z żoną. Ślimak widział w tym jakiś podstęp i nie zgodził się, argumentując swoją decyzję słowami: “- Kiej kupować bez żony, jaśnie panie – to nieładnie…”.

Stosunek Józefa Ślimaka do otoczenia:” Ślimak, który ma silne poczucie własnego interesu i interesu swojej rodziny, NIE CZUJE WIĘZI Z NAJBLIŻSZYM SOBIE ORGANIZMEM SPOŁECZNYM, ze wsią. Żyje właściwie poza nią, OBOJĘTNY NA WSZYSTKO, CO GO BEZPOŚREDNIO NIE DOTYCZY”. Nie ufał on dziedzicowi, chociaż go szanował: „Ale co innego uczcić jaśnie pana, a co innego ufać mu”. Ślimak nie wierzy dworowi z zasady, podejrzewa każdy krok dziedzica, wszędzie dopatrzy jakiejś zasadzki. Był także podejrzliwy wobec kolonistów, ale podziwiał ich umiejętności, sprawność i organizację.

Prus po prostu przedstawia go jako prostego chłopa, zacofanego, stawiającego przed sobą naprawdę nieduże cele i bohatera, który sam tego nie rozumiejąc stawia opór kolonizatorom niemieckim.

Od czasów Bolesława Prusa w mentalności chłopskiej tak niewiele się zmieniło, duża część z nich została musowo przesiedlona do miast, gdzie ktoś musiał przecież obsadzić wakujące miejsca po wytrzebionym przez Hitlera i Stalina mieszczaństwie i inteligencji polskiej. I tak z chłopa, mamy chłopo-robotnika, co to na 300% normy PRL budował, mamy nawet pseudointeligenta, co to reżimowi na uniwersytetach, w sądach i prokuraturach wiernie służył, a dziś jego dzieci, te wykształciuchy wielkomiejskie bez wiedzy, dalej nie mające więzi z najbliższą sobie społecznością, i dalej obojętni na wszystko, co ich bezpośrednio nie dotyczy, znaleźli sobie przewodnika, co to ma za nich IV RP budować. Jak to chcieli zrobić? Ano tak jak w tej ich modlitwie poniżej:

  Modlitwa chłopo-katolika z dużego miasta

Zatem w mentalności panie Waldku, nic się u polskiego chłopa nie zmieniło, chłopu tylko zmieniono środowisko życia, zamiast pracować na roli, siedzi teraz w mieście betonowych blokowisk udając inżyniera, inteligenta, menedżera, polityka, męża stanu, dyrektora, katolika, kosmopolitę, itd.

Nota z 17.10.2011r. Zauważyłem, iż prof. Jaroszewicz odniósł się do tego tematu również

Źródło: http://www.blog.pl/blog-socjologiakrytyczna_blog_onet_pl/2011/02/20/modlitwa-polskiego-chlopo-katolika-z-duzego-miasta/

Życie w Polsce: Dramat w trzech Aktach

Życie w Polsce: Dramat w trzech Aktach

Przedstawię tutaj trzy historie. Ich związek z realnymi życiorysami jest przypadkowy. Wnioski wyciągnijcie sami.

1. Dawid, student informatyki z Politechniki Szczecińskiej

Po ukończeniu szkoły znał perfect kilka języków programowania, uczył się jednego z najtrudniejszych – Assemblera (kod maszynowy). Zna też perfect 3 języki obce, w tym angielski i niemiecki z certyfikatem, no i bardzo dobrze (w trakcie nauki) rosyjski i hiszpański.

Po ukończeniu Polibudy, poszedł do pracy. Był bardzo zaskoczony, gdy jego pierwsza wypłata w korporacji wynosiła 800 złotych netto. Był to rok 2004. Człowiek ten, gdy się upił, niemal płakał, że zarabia jak Rumun, o kredycie hipotecznym może zapomnieć, musi mieszkać w wynajmowanym pokoju w kamienicy, z pleśnią na ścianach. No i te nadgodziny.. Jego kobieta w tym czasie zarabiała jeszcze mniej niż on, około 600 – 700 złotych na rękę, za cały etat i nadgodziny, nie pamiętam już dokładnej kwoty.

Ale minęło dziewięć długich lat. Dawid ożenił się ze swoją dziewczyną. Awansował w swojej korporacji, jego pensja znacznie wzrosła. Dostał kredyt hipoteczny na preferencyjnych warunkach, ze względu na tzw wkład własny i wysokie dochody jego i żony. Jak żyje dzisiaj, na początku 2013 roku?

Zrobiło się z niego panisko, typowy „korpo-ludek”, jak on sam w żartach określa. Jeździ zagazowanym autem kupionym za gotówkę (jedna z lepszych instalacji LGP na rynku). W rozmowach z nami, protestujących przeciwko ACTA nazwał „gnojkami, którzy nie wiedzą co chcą i nie znają realiów życia w XXI wieku”. Sam popiera tę międzynarodową ustawę, mówiąc, że to on jest ekspertem w tej dziedzinie, bo przecież kończył pięcioletnie studia i teraz robi doktorat, też na Politechnice. Uważa, że trzeba zrobić wszystko, byle tylko nie dopuścić PiS czy innej tego typu „partii z telewizora” do władzy. Uważa, że wszelka wiara w spiskową teorię dziejów to albo przejaw choroby psychicznej, albo zdziecinnienia.

On sam wraz z żoną odbyli wiele zagranicznych podróży, lubią miejsca egzotycznie, nie poznane, czyli takie, które trzeba samemu śledzić „z atlasem w ręku”, opisywane niemal wyłącznie na zagranicznych, niszowych portalach globtroterów.

2. Anka, biznes woman po 30-stce

Ma firmę związaną m.in. z dystrybucją artykułów papierniczych i innych, sąsiednie miasto – Poznań. Uważa, słusznie, że trzeba korzystać z życia jak tylko się da. W swoim wybudowanym niedawno domu ma pięć lub więcej kotów.  W rozmowach mówiła nawet: „no, stać mnie, poza tym sama angażuję się finansowo w pomoc tym zwierzętom, dając kasę na fundacje„.

Często rozmawia z nami, na komunikatorze, bądź dużo rzadziej – gdy się spotkamy. Stara się zrozumieć to, że mam problemy, tzw. „zaburzenia depresyjne„. Uważa, że powinienem się bardziej zająć życiem realnym, niż „spiskami i bujaniem w obłokach„. Jako przykład podaje mi swoje uporządkowane i bogate życie towarzyskie. Często też pokazuje zdjęcia, np. przesyłając przez FB.

W rozmowach mówi, że nie warto się zajmować polityką i innymi takimi sprawami, bo to de facto „życie wirtualne„, a nie każdy ma na nie czas. Tu czasami stawia ukłon w stronę mnie i albo stara się mnie naprowadzić, że powinienem „popracować” nad tym, by wziąć odwyk od polityki i nierealnych mrzonek, i bym po prostu dał porwać się życiu.

Gdy kiedyś starałem się coś wyciągnąć od niej, jakieś poglądy – stwierdziła, że na razie jest ok, rządzi partia liberalna, jest demokracja No i że „nie przeszkadza to przedsiębiorcom„, choć wiadomo, jest ciężko, ale są kraje gdzie jest gorzej, pewne trudy życia w dużej wspólnocie należy ponosić.

3. Marek i Beata, małżeństwo przed 40-stką, trójka dzieci

Obecnie z całą rodziną mieszkają w Kanadzie, gdzie mają wyrobione obywatelstwo. Przed wyjazdem do Kanady, lata temu, Marek pracował jako inżynier w PKP Cargo. Przy piwie Beata się żaliła, że jej mąż zarabia niewiele ponad 1600 złotych netto, ona nie ma pracy i muszą wynajmować mieszkanie w małym mieście. Oczywiście, nadgodziny i konieczne dojazdy do pracy do wielkiego miasta.

Wyemigrował najpierw on, potem ściągnął za ocean całą rodzinę. Dziś Beata ma magisterkę z psychologii, całość skończona właśnie w Kanadzie.

Ona sama uważa, że świat jest urządzony dobrze. Często wtrąca się w dyskusje, wyśmiewając naszą „antysystemowość„, i zajmowanie się „spiskowymi teoriami. Także mówi, że nie ma na to czasu, że gdy ja zacznę pracować na pełen etat, na stałą umowę, poznam nowych ludzi w pracy itp – to dopiero zobaczę co to życie realne, i sam się będę śmiał z tego co dziś robię. Gdy ja powiedziałem, że teraz dla młodych, nawet po studiach inżynierskich, nie ma stałych umów, są tylko czasowe bądź umowy śmieciowe – ona na to: Jarek, no co ty pierdolisz..

Jest na pewno dumna z tego, co osiągnęła. Credo jej życia to rozrywka, emocje, i w pewnym sensie – poddanie się „wirowi życia”. Też ma skłonność do pouczania mnie, że powinienem zająć się bardziej życiem realnym, oderwać się od politykowania, krytykanctwa i spisków. To przecież niepotrzebne, „sam świata nie zmienisz„, możesz jedynie zmienić siebie i swoje życie jak będziesz chciał. De facto konieczność emigracji za chlebem na obczyznę, rozłąka z rodziną i dotychczasowymi przyjaciółmi wyszła jej i jej rodzinie na lepsze. Owszem, jest ciężko, ale kto nie ma dziś ciężko? Dlatego, wg niej, powinienem się „wziąć za siebie”, porobić jakieś kursy w dziedzinie która mnie od zawsze interesuje i wtedy na pewno będzie ok.

Autor artykułu: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc moje niezależne inicjatywy i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj (link).

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym zapoznać się z tą tematyką.

 

Wielkomiejskie lemingi i korpo-ludki zamieniły tę dzielnicę w piekło..

Opowiem Wam swoją historię. Moja dzielnica była spokojnym i sielskim miejscem. Ot, typowe polskie globowisko. Ale do czasu. Oto bowiem banki razem z kartelem deweloperów zawarły umowę typu: „my obniżamy marże i oprocentowanie kredytów, a wy będziecie jeszcze dłuuuugo sprzedawać ciasne klitki po 500.000 złotych”. Tak więc na moją zieloną dzielnicę wkroczyły buldożery, koparki, i inne dymiące parą, spalinami, wyziewami silnikowymi maszyny. W ciągu kilku tygodni zielona kraina zmieniła się niemal w księżycowy, postindustrialny krajobraz. Raj utracony – paradise disowned.

Wielkie jak wieże apartamentowce, bloki mieszkalne, szeregowce jak i zwykłe domki jednorodzinne wiły się w górę w zastraszającym tempie. Kredyciarskie rodzinki nie mogły się doczekać na przeprowadzenie się do dopiero co budowanych mieszkanek, i już w trakcie budowy przychodzili. Niedospani, ledwo urwani „na chwilkę” z pracy, by coś podpisać, by pooglądać i z dumą, pychą, pomyśleć sobie: „to wszystko jest moje, zapracowałem na to swoimi rencami„, jednocześnie pogardliwie spoglądając na nasze dawne osiedle, z ostatnim skraweczkiem zieleni..

Widywałem ich często, niektórzy przychodzili prosto z pracy, w garniakach, z czarnymi okularami markowej firmy Police, i to bez względu na porę roku czy intensywność słonecznego oświetlenia.. Ta grupa, tzw korpo-świnie, była chyba najbardziej zestresowaną grupą, jaką kiedykolwiek widziałem na dzielni – wiecznie zerkający na zegarek, nękani telefonami a to od szefa, a to od złośliwych bab z sąsiednich departamentów ich korporacji. Komunikowali się przez markowe ajfony, ajpady czy inne ustrojstwo, nerwowo gestykulując dłońmi i wykonując groteskowe miny, grymasy twarzy. Ton głosu był w zależności od stopnia dzwoniącego: jeśli to był szef, to wiadomo, ton przyciszony, potulny, mający znamiona znerwicowania. Wiadomo – korpo-ludek nie może w niczym podskoczyć szefowi, najlepiej gdyby miał język dokładnie takiej długości, jak jelito grube szefa wielkiego korpo. Gdyż dziś, w dobie tuskowatej zielonej wyspy szczęścia, wypada już tylko wchodzić szefowi w tyłek, trzeba ten tyłek grzecznie lizać.

Inaczej sytuacja się przedstawiała, gdy do wiecznie zestresowanego korpo-ludka, z trzęsącymi się rękoma, dzwoni osoba z innego wydziału bądź nie daj Boże podwładny. Wtedy hulaj dusza, piekła nie ma – ton głosu śmiały, bardzo donośny, no typowe wielkomiejskie panisko, z korzeniami w podlaskiej, zachodniopomorskiej czy rzeszowskiej wiosce, dechami zabitej. Imponujący styl, jakim posługuje się wtedy taki korpo-ludek, to niemal to samo, co zaznaczanie terytoriów łowieckich przez koguciki co dopiero im zastrzyk hormonów uderzył do główki. „Bo ja tu jestem panem, ja jestem pan i władca, na swoim!” – zdaje się mówić, choć tak naprawdę nigdy nie miałby odwagi powiedzieć tego komuś wyżej postawionemu. Za odwagę trzeba płacić, strach jest za darmo..

Tak więc minął rok, wielkie budowy dobiegły końca, i mój skrawek zieleni zmienił się w ogromne, sypialniane suburb rodem z amerykańskiego filmu.. ale filmu grozy. Gdyż powiadają mądrzy ludzie: wsioka ze wsi wyciągniesz, ale wsi z wsioka – nigdy nie wyciągniesz.. Wieśniacka mentalność zadłużonego po uszy noworysza-narcyza, co myśli, że pana Boga za nogi złapał, bo zarabia 5000 zeta i ma kredyt, daje o sobie znać na każdym kroku. Nasza sielska dzielnica, nasz zielony raj, za sprawą kredyciarzy na ciepłych posadkach załatwionych przez rodzinkę, w ciągu mniej niż dwóch lat zmienił się w prawdziwe piekło na Ziemi..

Oto bowiem, zimą, wieczorami, dało się czuć porażający, wygryzający nozdrza smród palonych plastików. Zrobiłem małe śledztwo i przekonałem się, że.. to kredyciarze z domków jednorodzinnych palą w kominkach i piecach śmieci różnego rodzaju, gdyż po pierwsze: skąpią na opał, „bo kredyt mam, panie”, a po drugie – albo w ogóle nie mają podpisanej umowy na wywóz śmieci, albo mają pod domkiem maleńki, plastikowy koszyk, i wizytę śmieciary raz na miesiąc lub rzadziej.. I z tym jest związany kolejny mankament życia z „młodymi, zadłużonymi z wielkich miast” – lemingami z wypranymi móżdżkami.

Otóż kredyciarze z monumentalnych szeregowców i wieleset metrowych pałacyków, zaczęli podrzucać śmieci do naszego, dzielnicowego śmietnika! Śmieci było tak dużo, tak strasznie śmierdziało, tyle os latało wokół, że najpierw mieliśmy kontrolę sanitarną. A potem prywatny właściciel firmy ds. wywózki śmieci, narzucił naszym biednym przecież lokatorom, nową umowę na wywóz śmieci, wielce dla nas niekorzystną. Tak więc musieliśmy, z własnej kieszeni, wybudować wiatę i ogrodzenie nad naszymi śmietnikami, by kredyciarze nie podrzucali nam swoich odpadków. Ale i to nie przemogło prostactwa i fantazji niektórych kredyciarzy-koryciarzy: otóż kilku z nich niby „pożyczyło” klucze od starszych wiekiem i nie kumających osób z naszej dzielnicy, i zwyczajnie je skopiowało! Widziałem sam, jak pan w średnim wieku z chyba największego i najbardziej wypasionego domku jednorodzinnego, podrzuca nam śmieci.Podrzucając nam śmieci miał na sobie garniak Gucciego, na ręku złoty roleks, no i klasyka – okulary przeciwsłoneczne, choć było dopiero rano. Wynosił on stertę gazet „zły”, tych z lat 90-tych XX wieku – gazet opisujących wszelkie zbrodnie i zboczeństwa. Kolekcja tych gazet była naprawdę imponująca, miał chyba wszystkie numery!

Koniec końców, miałem wielką satysfakcję, gdy go zobaczyłem, bowiem wziąłem go za habety i dostał taką plombę w ryj, że się przewrócił! Do swojej ulubionej, 14 godzinnej pracy poszedł z wybitym zębem.. Za dwa dni zobaczyłem go w miejscowym sklepie ze świeżutką koronką wstawioną w miejsce zęba, który mu wybiłem. Wybulił za to zapewne z 10.000 lub więcej. Poznałem to po tym, że ten sztuczny ząb (koronka) był lśniąco biały, i to kontrastowało na tle wręcz brązowawej żółci reszty zębów.. Popatrzyłem tylko na niego z politowaniem, po czym opowiedziałem tę historię Heńkowi, mojemu znajomemu sprzedawcy z tego sklepu. Chłop postawił mi za to flaszkę i podziękował w imieniu całej dzielnicy! Od tej pory żaden z kredyciarzy nie podrzuca nam śmieci..

Ale to nie koniec przyjemności obcowania z młodymi, zadłużonymi z wielkich miast. Oto bowiem ich dzieci, wychowane bezstresowo w imię neoliberalizmu i ducha tolerancji, wolnej miłości, zaczęły okupować place zabaw na naszej dzielnicy, przeganiając nasze dzieci. Dochodziło do bójek, pobić, dwie sprawy skończyły się w sądzie, z wyrokami na korzyść mieszkańców naszej dzielnicy. Dzieciaki kredyciarzy piły alkohol, paliły papierosy na naszej dzielnicy, sikały na nasze budynki i bramy. Jeden z nich zaczął dilować marichuaną kupowaną od innego dilera. Trafił do poprawczaka.. Przetarł tym samym kryminalne szlaki innym dzieciom noworyszy. Koniec końców, musieliśmy się znowu złożyć i wybudować wielki płot wokół naszych dwóch placów zabaw.

Osobnym tematem są imprezki urządzane przez bogaczy na kredytach. Ja mieszkam właśnie na samym skraju mojej dzielnicy, tam, gdzie kiedyś był piękny i zielony park, teraz stoją betonowe, szkaradne potworki dla kredyciarzy. Widzę często, co dzieje się w piątkowe i sobotnie wieczory, gdy korpo-świnie są wreszcie spuszczane ze smyczy niewolnictwa korporacyjnego. Normą jest seks na balkonie, raz nawet widziałem trzy osoby to robiące! Nazajutrz na trawniku pod ich blokami można znaleźć puszki i plastiki po najtańszym piwie, np marki „tesco”. Leżą tam czasami papiery po salcesonie, opakowania po zestawach Mc donalds, czy też kebabach, także puszki po paprykarzu szczecińskim i.. pełno zużytych prezerwatyw..

Ale najgorsze wydarzyło się, gdy odurzony alkoholem i narkotykami gość imprezki kredyciarskiej, będący w maniakalnym, ostatnim stadium delirium tremens, wyrzucił przez okno nowiutki, wielgachny telewizor plazmowy gospodarza. Wtedy zaczęła się bójka, myślałem, że gospodarz wypchnie tego gościa z balkonu, a to przecież ten blok-koszmarek ma 10 pięter.. Wezwałem policję, filmowałem całe zajście z okna, dostarczyłem dowodów w sprawie sądowej. W końcu mogło się coś komuś stać. Na odchodne, gdy gościa zabierała policja, gospodarz mu mówił: „wiesz ile ja kredytu mam na ten telewizor? To był full wypas, a ty wyrzuciłeś to za okno! Jesteś trupem!” – a całość okraszona takim stekiem bluzg, że musiałem aż zmówić kilka zdrowasiek i różaniec, by to zapomnieć bez traumy dla mojej psychiki..