CZY ZAGADKOWY KOD MATRIXA ISTNIEJE? TAJEMNICE JĘZYKA PRASŁOWIAŃSKIEGO!

Wiedza tajemna: czy kod matrixa istnieje? Tajemnice języka prasłowiańskiego

Zapraszam Cię do obejrzenia niecodziennego filmu video. Mówi on o językach słowiańskich i o tym, że właśnie w języku prasłowiańskim zapisano pojęcia, symbole i znaczenia bazowe.

Ktoś mądry powiedział, że ten, kto ma władzę nad językiem, ten może społeczeństwu wmówić praktycznie wszystko. I to jest prawdą. Zobaczcie na działania UE i elit politycznych świata. Oni neoliberalną tyranię wciskają nam jako „wolność i demokrację„, kapitalistyczne niewolnictwo wciskają nam jako „wolny rynek„.

Poprzez zmianę znaczenia podstawowych pojęć można przedefiniować dosłownie wszystko. Dziś wszystko zdaje się być odwrócone o 180 stopni, zdaje się stać na głowie. Dobro jest przedstawiane jako zło, a zło jako dobro.

globalna świadomość 1

Przez ostatnie stulecia stworzono politykę, która jest oparta o dawno przestarzały podział na prawicę i lewicę. Stworzono również debatę publiczną i jej standardy, czyli ścisłe ocenzurowanie. Nad tym czuwa całą dobę setki think-tanków, tysiące organizacji i fundacji, setki tysięcy dziennikarzy. Te systemy stworzono tak, by podzielić społeczeństwa i ukryć prawdę. Dzieje się tak właśnie poprzez manipulację językiem.

Socjotechnika i PR to wojna o obowiązującą narrację i wojna o słowo. Obecnie pomimo pierwszych symptomów skrętu w prawo, obowiązuje narracja lewicowo-liberalna. Ważne jest to, że nawet najbardziej zatwardziali nacjonaliści, konserwatyści, PiSowcy, katolicy itp itd, funkcjonują w obrębie narracji lewicowo-liberalnej. Ponieważ to ona nadaje znaczenie słowom. To ona tworzy przestrzeń „codziennej zwyczajności”, w której myślą i poruszają się lewicowcy, prawicowcy, anarchiści, nacjonaliści, katolicy, ateiści, ezoterycy i reprezentanci wszystkich innych doktryn.

Każda obowiązująca narracja inaczej definiuje słowa. Każda epoka, każda obowiązująca narracja, każdy naród, każda opcja polityczna i w końcu każdy z nas z osobna inaczej te słowa rozumie i definiuje. Ale tylko Ci, którzy mają władzę nad słowem, narzucają ich znaczenie innym i tym samym pełnią rząd dusz. To słowa są potęgą każdej elity, ponieważ są nośnikami wiedzy i określają całą naszą codzienność.

matrix

Kto ma władzę nad obowiązującą narracją i nad słowami, ten dyktuje innym co jest dobre a co złe. Co jest „normą społeczną„, a co jest „zachowaniem aspołecznym”. Co jest „totalitarnym faszyzmem” czy „wstrętnym socjalizmem”, i w konsekwencji czego można nie lubić. Znaczenie słów zmienia się w zależności od tego, kto ma władzę nad słowami i kto dyktuje swoją wersję.

To, co dziś jest normalnością, i co z pełnym oburzeniem bronimy, jutro czy za 100 lat może być uosobieniem najgorszych możliwych wzorców. Czy też uosobieniem „dawnych, niewolniczych czasów„, przed którymi nasi potomni będą ostrzegali dzieci i wnuki. Toczy się globalna wojna o słowo. Słowa tworzą mapy rzeczywistości, a mapy te tworzą wspomnianą wyżej codzienność. Mapy rzeczywistości to oczywiście ideologie, religie i tym podobne. Mapa rzeczywistości to także ekonomia, która nie jest nauką ścisłą, ale bardziej sztuczką iluzjonistów czy manipulacją.

Cytuję: „Co powiesz na to, że na matrycy (matrix), na której aktualnie bytujemy, wszystko co zostało do tej pory stworzone, miało swój zapis wraz ze swoim znaczeniem. Każdy znak, wyraz, dźwięk, kolor, zapach, ruch, zachowanie, czucie i.t.p. miało swoje początkowe znaczenie, które jest jedynym i prawdziwym..”

A teraz zapowiadany film o kodzie Matrixa – „Tajemnicze znaczenie języka prasłowiańskiego”:

Moja strona jest niezależna od wszelkich stron sporu politycznego. Utrzymuję ją z reklam i dobrowolnych darowizn Czytelników. Nie ma u mnie przymusowych abonamentów i opłat za treści. Dzięki temu mogę zachować niezależność i dostarczać Ci wartościowych i prawdziwych informacji, które są cenzurowane i trudno dostępne. Wspomóż moją pracę na rzecz poszerzania świadomości, a w zamian za to dotychczasowa ilość nowych wpisów będzie zachowana. Link z informacją, jak to zrobić tutaj: https://atomic-temporary-22196433.wpcomstaging.com/wsparcie/

  

Zakazana nauka: przestrzeń serca jako podstawa superświadomości

Zakazana nauka: przestrzeń serca jako podstawa superświadomości

zakazana naukaArtykuł ten to niejako odtrutka na to, co jest serwowane nam w postaci oficjalnej, akademickiej nauki. Nauka w Rosji i republikach poradzieckich ma to do siebie, iż cenzura i zaprzedanie koncernom jest tam mniejsze. Z tego powodu, obszar ten to miejsce, gdzie powstaje wiele zadziwiających i nieraz rewolucyjnych teorii naukowych.

Dziś przedstawiam Wam teorię Pana dr. n. med Aleksandra Gonczarenki. Jest to opracowanie o ludzkim mięśniu sercowym i jego niezwykłych właściwościach. Czy dacie wiarę tej niezwykłej w swej istocie teorii?

Na swojej stronie nigdy nie daję gotowych rozwiązań ani nie lansuję jednego, stałego modelu widzenia świata. Z tej przyczyny, iż dobrze wiem, że nie poznaliśmy nawet jednego procenta właściwości i zmiennych tego świata, nie mówiąc już o wszechświecie, który jest niemal zupełną zagadką.

Nie wiemy, co jest w głębinach oceanów, co jest głębiej niż 10 kilometrów pod ziemią (najgłębsze odwierty). Najdalsza załogowa misja człowieka to, według oficjalnie lansowanej teorii, księżyc. Najdalsza misja bezzałogowa to sonda Voyager wysłana dekady temu z jej przestarzałymi instrumentami pomiarowymi. Nie wiadomo nawet, czy przekroczyła ona heliosferę, a jeśli ją przekroczy – to co się za nią będzie znajdowało?

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Ciekawostki naukowe: Przestrzeń serca jako podstawa superświadomości

Cytuję: „Przypadek w  eksperymencie spowodował odkrycie, nieznanych wcześniej, zjawisk w pracy serca, które doprowadziły do ​​nieuniknionych przemyśleń.

Okazało się, że pompowaną do wszystkich naczyń ciała krew, serce momentalnie dzieli na porcje o różnym składzie, które są  nakierowywane tylko do określonych narządów.  Realizatorem tego  mechanizmu są „miniserca”, znajdujące się na wewnętrznych powierzchniach komór serca. Są one sprzężone z poszczególnymi narządami i częściami ciała. Te miniserca posiadają cały niezbędny zestaw narzędzi „hemoniki” w celu wykształcenia w przestrzeniach komór, wrzecionowatych „pakietów”  erytrocytów. Kanały wylotowe serca, w czasie skurczu, nadają tym pakietom celowe ukierunkowanie do sprzężonego z nim narządu. Skurczową funkcję  mięśnia sercowego zaczyna impuls magnetyczny, powstający w objętości krwi w komorze, w momencie jej gwałtownej kompresji.

Ustalono, że układ sercowo-naczyniowy okazuje się być oddzielną, wysoko zorganizowaną strukturą naszego ciała. Posiada własny mózg (mózg serca), własne serce (serce serca) i ma własne falowo-hemodynamiczne połączenia, dzięki którym zarządza trajektorią ruchu informacyjno-energetycznych pakietów erytrocytów do naczyń krwionośnych. Ponadto, materializuje i rozdziela wszystkie formy czasu w organizmie i służy systemom wyprzedzenia świadomości.

Te stwierdzenia, okazały się pobocznymi wnioskami z wyników eksperymentu, którego  pierwotnym celem, było rozpracowanie modelu neurogennego zawału serca u małp. W wyniku celowo stworzonej stresowej sytuacji w rodzinie małp, samiec pawian zginął. Podczas anatomopatologicznego badania jego serca stwierdzono, zmiany martwicowe w przednio-bocznej powierzchni koniuszka serca. Po rozcięciu jamy lewej komory, znaleziono  skrzep powyżej miejsca zawału (Ryc. 1).

ciekawostki naukowenauka

Rys. 1

Postawiony naukowy cel eksperymentu został osiągnięty i wiarygodnie potwierdzony morfologią. Jednak podczas badania wszystkich głównych naczyń zwierzęcia, odnaleziono jeszcze sześć skrzepów, usytuowanych jeden za drugim, tylko w lewej tętnicy biodrowej. Wszystkie skrzepy miały cechy pochodzenia wewnątrz sercowego. Taka patologia – to zwyczajne następstwo zawału serca. Jednak zdziwiło to, że z całej sieci naczyń krwionośnych ciała małpy, skrzepy ułożone były w niezwykły łańcuch. Naturalnie, powstał domysł, że skrzepy miały tę samą drogę  przepływu z komory serca. A ponieważ ich formowanie się w sercu powtarzało się na przestrzeni długiego czasu, można było założyć, że ich ruch do jednego punktu nie był przypadkowy. To naprowadziło na myśl, że do tętnicy biodrowej krew płynie porcjami,  tylko od wierzchołka komory serca, od tego miejsca, gdzie znaleziono skrzep krwi. Sekcja zwierzęcia obiektywnie wykazała ten związek, jak również to, jak zawał jednego obszaru serca odłączył całą sieć naczyń  tętnicy udowej.

Powstaje naturalne pytanie: czy działa także związek odwrotny, jeżeli zwierzęciu zablokuje się przepływ krwi w tętnicy udowej?  Czy otrzymamy zawał wierzchołka serca?

Natychmiast, u innej małpy, przewiązano lewą tętnicę udową i już w ciągu 36 godzin uzyskano zawał mięśnia sercowego o dokładnie takiej samej lokalizacji.

W klinicystyce, znane są fakty, kiedy przecinaniu naczyń lub „syndromowi ich zaciskania ” towarzyszą również  zawały mięśnia sercowego [1]. Podobne zjawiska – nie są rzadkością w chirurgii i chorobach układu krążenia, ale badacze nie połączyli ich razem, a widzieli je jako sporadyczne „znaleziska” anatomopatologów [2]. Oceniliśmy te zjawiska jako prawidłowość, co doprowadziło nas do wniosku, że jeśli sieć naczyń jednej tętnicy ma swoje przedstawicielstwo w sercu, to i inne nie powinny być wyjątkiem. Dalej, zwierzętom przewiązywano tętnice doprowadzające krew do różnych narządów, i przez 1 – 2  doby badano morfologię serca, a następnie usystematyzowano zmiany chorobowe serca.

Zatrzymaniu przepływu krwi, za każdym razem towarzyszyło pojawienie się zawałopodobnych zmian chorobowych komór, tylko w miejscach sprzężonych  z przewiązanymi  tętnicami, nad którymi zwykle usytuowany był skrzep krwi. Cechą histologicznych badań serca było  to, że przecięcie mięśnia sercowego wykonywano jednocześnie z znajdującym się na nim skrzepem krwi. W rezultacie, pod małym powiększeniem można było zobaczyć obraz wzajemnego związku pomiędzy skrzepem krwi a wewnętrzną powierzchnią serca. Na sekcjach, w miejscu zawału, wykrywano beleczkowate komory, woreczkowatego kształtu, z których do jamy serca wystawała zamrożona strużka erytrocytów w formie ślimaka(Ryc. 2).

ciekawostkizakazana nauka

Powtarzalność tego obrazu, skłoniła do zwrócenia się w kierunku mało znanych prac Kołomackiego [3]. W swoich badaniach serca, a zwłaszcza funkcji naczyń Thebesiusa  (zaznaczone strzałkami na rysunkach),  on zastosował kamerę filmową  wewnątrz jam komór serca (Ryc. 3, 4).

biologiaprzyroda

Po raz pierwszy w świecie, na filmie został zarejestrowany wyrzut mikro strug  erytrocytów z ujść naczyń Thebesiusa  do komór beleczkowatych, płynących  na spotkanie potoków krwi z przedsionków (w okresie  rozkurczu).  W wyniku zderzenia  tych potoków krwi, nad komorą beleczkowatą, formowało się lokalne skręcenie porcji krwi.

Niestety, badania te nie były potrzebne  fizjologii. Teraz, jest przeciwnie, odkrycie Kołomackiego, wyjaśniło  istotę  mechanizmu formowania, krzepnącej pod mikroskopem, patologii. Komory beleczkowate, z wchodzącymi do nich ujściami naczyń Thebesiusa,  swoimi właściwościami  przypominały mini serca.  Samoistnie kurczą  się i rozluźniają, zmieniają swoją objętość, regulują wpływające i wypływające porcje krwi. Miniserca  mogą wyłączyć się od pracy skurczowym ściśnięciem  swojej jamy, albo przy pomocy wykształcenia skrzepu krwi nad sobą, jak było w naszych doświadczeniach.

Na wewnętrznej powierzchni komór serca podobnych miniserc  jest około stu, ale ich znaczenie funkcjonalne było nieznane. Zakładano, że służą one jako przystosowanie się dla „równomiernego mieszania krwi” w jamach komór serca [4]. Teraz stało się jasne, że maja znaczenie zupełnie przeciwne: wirowym skręceniem mikro strumieni,  wypełniają objętość komór serca, oddzielnymi porcjami krwi o różnych właściwościach.

Eksperymentatorzy wiedzieli, że jednoczesny pomiar lokalnego ciśnienia , wielkości nasycenia tlenem, temperatury oraz analiza jej składu  w różnych częściach komory przynoszą niejednakowe rezultaty. Rozrzut wartości bywa tak rażący, że w laboratoriach nawet przyjęto uśredniony współczynnik błędu, chociaż jest  to rezultat pracy miniserc.

W ostrych eksperymentach,  z wywoływaną niedrożnością  tętnic obwodowych było przeprowadzane znakowanie wewnętrznej powierzchni lewej komory i w wyniku tego  zestawiono schemat sprzężenia  poszczególnych części serca z określonymi obszarami  organizmu. Schemat przypominał spiralę  dysku z Fajstos, ale z rysunkami punktów akupunkturowych ucha, dłoni albo podeszwy stopy (Ryc.5).

serce czlowiekaserceOznacza to, że wewnętrzna powierzchnia komór –  jest zestawem mnóstwa serc, z których każde  służy konkretnemu  narządowi. Bezpośredni dowód na to, że miniserce zaopatruje w krew tylko określony, sprzężony z nim narząd, otrzymano  po  wprowadzeniu do beleczkowatej zatoki, globuliny surowicy z promieniotwórczym  znacznikiem. Gdy surowica była wprowadzana do wierzchołka serca, to poziom  promieniowania  promieniotwórczego o dziesiątki razy zwiększał się u nasady ogona lub w tylnej kończynie zwierzęcia (Ryc. 6 a). Przy wprowadzeniu jej z  prawej strony od koniuszka serca, poziom promieniowania wzrastał  w wątrobie (Ryc. 6 b), a wprowadzenie do podstawy komory, podwyższało radioaktywność mózgu  itd. (Ryc. 6 c).

Eksperymenty te wykazały, że docelową selekcję krwi do narządów  przeprowadzają miniserca. Co jest fizyczną istotą celowego rozdzielania przepływu krwi? Wiadomo, że najbardziej stabilną formą ruchu płynu w realnym świecie jest struktura uporządkowanego wiru. Aby udowodnić, że w organizmach zwierząt i ludzi działa właśnie celowy, wirowy przepływ krwi, został stworzony model hydrodynamiczny. Rurki Pitot’a podłączono  elastycznym wężem, do źródła ciśnienia płynu. Zmieniając konfigurację węża, wytwarzano wirowe strumienie wody, które według życzenia kierowano do umyślnie wybranej rurki manometrycznej. Układ ten dowodzi, że ruchem płynów, znajdującym się stanie wirowym, można celowo (świadomie) sterować. Podobny mechanizm funkcjonuje w świecie zwierząt od milionów  lat.

U dwudysznych, strumienie krwi tętniczej i żylnej w jamie tej samej komory, najpierw  przekształcają się w wirowe  „pakiety”, które następnie wypychane są w różnych kierunkach: z krwi żylnej – do skrzeli, płuc, a tętniczych – do mózgu. Ten sam mechanizm separacji przepływu krwi działa u płodu człowieka. Krew tętnicza i żylna beleczkowatego systemu lewej komory jest skręcana w oddzielne wiry i wir tętniczy uwalniany jest do mózgu a ubogi w tlen – do narządów wewnętrznych i łożyska. Mechanizm ten utrzymuje się przez całe życie człowieka. U ludzi, obserwuje się znane zjawiska patologicznego zasinienienia  ciała [5]. Lokalizacja ich na ciele, zależy od miejsca niezarośnięcia przewodu Botalla w przegrodzie  międzykomorowej. Stąd, strumienie  krwi żylnej płyną stale, tylko do tych samych części ciała, podtrzymując w nich sinicę, przez co pokazują  lokalizację patologii w sercu (rys. 7).

ukrywane fakty naukoweKolejny eksperyment miał na celu wyjaśnienie pytania: czy rzeczywiście w sercu powstają wirowe struktury krwi? A jeśli tak, to czy dobrze zachowują swoją strukturę na całej długości łożyska  tętniczego?

Zwierzętom wstrzykiwano dożylnie barwnik, a następnie, natychmiast zamrażano je w ciekłym azocie, po czym robiono histogram  ścięć tętnic i jam serca.  Porównując zdjęcia cięć (preparatów mikroskopowych)  tętnic i serc, zrekonstruowano obraz strukturalnych ruchów erytrocytów. Jamy serca i tętnic na całej swojej długości były  wypełnione złożonymi strukturami  krwinkowych kulek (Ryc. 8) przypominających wrzecionowatą architektonikę.

biologia czlowiekauklad krazenia

Eksperymenty te potwierdziły hipotezę  Czyżewskiego i Ahudża,  że erytrocyty w łożyskach tętniczych poruszają się w strukturze „konglomeratów” (Rys. 9) [6, 7].

Dla wytwarzania podobnych,  stabilnych, wirujących pakietów krwi i zarządzania nimi, serce posiada wszystkie  niezbędne środki  „hemoniki” [8,9]: specyficzne  mięśnie, komory beleczkowate, zastawki, system naczyń  wieńcowo-Thebesiusowych (rys.10), mechanizm kontroli pól elektromagnetycznych.

W rezultacie wzajemnego oddziaływania przeciwnych strumieni krwi,  z naczyń Thebesiusa ze strumieniami krwi z przedsionków, zachodzi skręcanie strumieni a zmniejszanie się zatok, ustala ich położenie w jamach komór. Dzięki temu, że powstawanie wirowych pakietów erytrocytów determinowane jest położeniem topograficznym miniserc, spiralne mięśnie Mc Calluma, nadają każdemu z nich w momencie skurczu swój wektor celowego ruchu.

Niejasne zostaje pytanie:  w jaki sposób wirujące pakiety,  znajdują przeznaczony im cel i jak określają one swoją drogę ruchu w sieci rozgałęziających się naczyń.nauka

Kierowanie krążeniem krwi,  tradycyjnie wiązane jest w fizjologii, z obowiązkowym udziałem układu nerwowego. Od ponad stu lat, naukowcy szukali obiektu, dzięki któremu centralny i obwodowy  układ nerwowy  może  kontrolować ilość przepływającej  krwi, jej prędkość, sortowanie elementów krwi według wieku, ilości tlenu w nich zawartego, wysyłanie do miejsc przeznaczenia, ale poszukiwania nie dały oczekiwanego rezultatu.

Wieloma  pracami  udowodniono, że miejscowy  przepływ krwi  realizuje się bez udziału układu nerwowego [10]. Hipoteza  o istnieniu peryferyjnego serca tętniczego [II], chemicznej regulacji[12], odśrodkowej pompy wirowej [6], również nie dostarczyły odpowiedzi na zjawiska, zachodzące w strumieniach krwi. Sugeruje to istnienie realnej, śródnaczyniowej więzi. Jej działania pozwalają każdemu narządowi niezależnie, zamawiać porcję krwi o niezbędnym  składzie  i objętości oraz dostarczać ją do jednoznacznie  zdefiniowanych  miejsc,  dla pokrycia potrzeb lokalnej homeostazy.

W ostatnich latach udowodniono, że pomiędzy powiązanymi komórkami tkanek, istnieją promieniowania rezonansowe o wysokiej częstotliwości [13]. Więc i miniserca, włączające w swoją strukturę tkanki, „rodzinnie” powiązanego narządu, powinny  mieć z nimi częstotliwościowo-rezonansową  zgodność. Podstawę dla takiej przesłanki, dają fakty z embrionalnego rozwoju serca. Ono formuje organizm, a miniserca same uczestniczą w wykształceniu sprzężonych tkanek [5].

Jako materialny nośnik  reprezentacji  każdego miniserca z powiązanym  z nim narządem służy specyficzna muskulatura. Ta  muskulatura tworzy morfologiczną, funkcjonalną  i immunologiczną mozaikę serca  i  kontynuuje komunikację serca  z  włóknami  mięśni gładkich naczyń krwionośnych, które wchodzą do narządów i tam rozgałęziają się w naczynia włosowate. Pozostało udowodnić, że włókna  te,  są przewodnikami wysokoczęstotliwościowego promieniowania systemu śledzenia serca, strukturalno-informacyjno-energetycznej  dystrybucji  przepływu krwi. Jeśli między powiązanym organem i minisercem  ujawni się genetyczne pokrewieństwo, to zakłócenie gładkomięśniowego związku między nimi, powinno doprowadzić do zmiany architektoniki  poruszających się krwinek czerwonych.

We fluorymetrze  fazowym,  histochemicy  obserwowali przekonywujące, tego samego typu, świecenie preparatów DNA i RNA z tkanek  serca i narządów  powiązanych między sobą, potwierdzające  ich pokrewieństwo. Jako miejsce zakłócenia  łączności gładkich włókien mięśniowych, została wybrana lewa tętnica szyjna  [14]. Przyjąwszy wszystkie rejestrowane bioprzepływy  mózgu za już skończoną dla niego informację, założyliśmy, że wprowadzenie jej w hipotetyczny włóknowy kanał związku serce – mózg może doprowadzić do pojawienia się w nim informacyjnego „szumu”,  który powinien pociągnąć za sobą zmiany w strukturze erytrocytów w tym naczyniu.

W eksperymencie uruchomiono prądy (bioprzepływy) z 16 punktów  mózgu, poprzez półprzewodnik do cewki z drutu o właściwościach magnetostrykcyjnych  (*Magnetostrykcja – zjawisko zmiany rozmiarów ciał podczas magnesowania) nawiniętej w formie futerału dookoła tętnicy szyjnej.  Przez 15-20 min po  oddziaływaniu na badane zwierzę  prądami własnego mózgu, zanurzano je w płynnym azocie.  Tak jak w poprzednich doświadczeniach, wykonano serię cięć (preparatów) tętnic szyjnych i wytworzoną  architektonikę przepływu. Po porównaniu z prawą tętnicą szyjną, na odtworzonych schematach były nieobecne wiropodobne struktury erytrocytów. Fakt ten był interpretowany przez nas, jako pośrednie potwierdzenie istnienia własnych włókienkowych połączeń serca.

Aby zaznaczyć kontury systemu śledzenia serca i narządów,  ruchu wirującego pakietu po łożysku naczyniowym,  koniecznie trzeba było zlokalizować  źródło elektropobudzenia serca. Do chwili obecnej, miejsce jego położenia nie było  znane (na pewno) [15].  Wiadomo jednak, że w ciągu kilku tysięcznych części sekundy, przed pojawieniem  się prądów elektrycznych w sercu, powstaje impuls magnetyczny gdzieś w środku komory serca [16]. Robocza hipoteza zakładała, że ​​ten impuls może rodzić się w samej krwi. Jej właściwości paramagnetyczne i „nienewtonowskie” zachowanie dawały do tego podstawę. W doświadczeniu  in vitro, 30,0 – 50,0 ml krwi tętniczej, poddano gwałtownemu sprężeniu, które rejestrowano jako „magnetyczne pluśnięcie”. Kontroli in vivo służyły narządy miąższowych zwierząt.

W szczególności, gwałtowna kompresja przepływu krwi nerki w rytmie tętna, wzbudzała pojawianie się elektrycznych potencjałów podobnych do potencjałów serca. To potwierdziło przypuszczenie, że fizyczna deformacja krwi, doprowadza do wzbudzenia impulsu magnetycznego, który prawdopodobnie indukuje przepływy jonowe w  błonach  komórkowych wsierdzia, a to uruchamia system elektryczny serca. Te cudowne (wspaniałe) właściwości krwi, zmuszają serce do wypełniania swoich funkcji  i wynoszą poza jego granice  związki  elektromagnetyczne. Fala tętna, przebiegająca przez naczynia,  odkształca ich ściany, a tym samym repolaryzuje ciekłokrystaliczne białka włókien mięśni gładkich, powodując ruch ukierunkowanych przepływów.

Jej uderzeniowe oddziaływanie na pakiety erytrocytów wzbudza w nich pole magnetyczne. Każdy pakiet pochodzi z określonego miniserca, jest ściśle dozowany, indywidualny, a pojawiający się w nim impuls ma pewną częstotliwość, właściwą tylko temu wirowi. Impuls elektryczny repolaryzowanego  włókna mięśni  gładkich  naczynia krwionośnego  i  promieniowanie magnetyczne  wirowego pakietu erytrocytów, przenoszonych  w jego łożysku,  pokrywają się według częstotliwości. Fala tętna, zawsze wyprzedzająca fale wiru, służy źródłom wzbudzania wysokoczęstotliwościowego falowodowego związku, pokazuje sprzężenie,  które prowadzi pakiet do przeznaczonego jemu narządu.

Osocze tętniczego łożyska naczyniowego, jest wypełnione setkami białkowych frakcji, których struktura cząsteczek jest w stanie skręconym. Rozwijając się tylko przy pewnych częstotliwościach, zapewniają one przewagę ślizgania się w strumieniu krwi temu pakietowi erytrocytów, który  jest z  nimi zgodny co do częstotliwości. To jest jeden z kanałów komunikacji własnej serca. Według niego, na przykład, narząd „wnioskujący” o porcję krwi,  otrzymuje impuls pierwotny o ruchu do niego substancji odżywczych, a serce, impuls zwrotny że porcja krwi jeszcze w drodze, nie jest przejęta przez narząd i dlatego nie ma konieczności formowania dodatkowego pakietu. Krew z serca do narządów płynie  6-20 s, więc aorta i duże naczynia mają rezerwę czasową, aby przyjąć w  tym momencie porcję krwi przeznaczoną  dla innych narządów.

Tak więc, system śledzenia serca, 5-6 krotnie zmniejsza ilość krwi, niezbędnej naszemu organizmowi. Wnioski z tych eksperymentów, tak naprawdę, tylko potwierdzają ewolucję serca. U robaków, każdy segment ciała  posiada swoje serce, może ich być kilkadziesiąt. W miarę komplikowania się organizmów, ta liczba zmniejsza się do czterech a u ssaków do jednego. I chociaż mnóstwo serc zjednoczyło się w jedno, one kontynuują zaopatrywanie w krew wszystkie te same co kiedyś, związane z nimi narządy. Po wykonaniu odlewu gipsowego  lewej komory,  na odlewie widoczne są  kanały wylotowe [17] (Ryc. 11).

ciekawostki naukoweBiegną one spiralnie od wierzchołka do podstawy, wzdłuż nich znajdują się dziesiątki miniserc, których rozmieszczenie przypomina pierwotnego robaka, zwijającego się w serce (Ryc. 12). Na schemacie stref sprzężenia serca  z narządami  i częściami ciała, na tym rysunku pokazano związki  z obszarami głową (7), szyi (2), kończyn górnych (3), śledziony, żołądka i wątroby (4), nerek (5); narządów miednicy (6); kończyn dolnych (7). Ponieważ między minisercem a  sprzężonym  z nim narządem istnieje genetyczne pokrewieństwo, nie byłoby zaskoczeniem, jeśli okaże się, że ludzki genom powtarza spiralę miniserc a ostatnie służą jako urządzenia sczytujące (czytniki).

Wnioski z eksperymentów zmieniają nasze wyobrażenia o sercu i krążeniu krwi, wyjaśniają wiele zjawisk fizjologicznych, nierozumianych od wieków. Na przykład: – jak różne substancje odżywcze są kierowane  z jednej i tej samej aorty [18]; – jak organizmowi wystarcza pięć litrów krwi, zamiast niezbędnych 20 litrów, jak wynika to z obliczeń [19]; – w jaki sposób tylko stare czerwone krwinki są odbierane przez śledzionę, a cieplejsza  krew, z dużą ilością tlenu, glukozy i młodymi erytrocytami – kierowana jest do mózgu [6]; – do ciężarnej macicy  płynie krew  z większą ilością substancji odżywczych niż w tym samym czasie do tętnicy biodrowej, itp.

biologia czlowiekaUkład sercowo-naczyniowy, znając program rozwoju innych systemów, organizuje materialną podstawę dla ich rozwoju i wzrostu, w dosłownym sensie, wyściela sobą jej podstawę, z góry ustalając nasz rozwój. W okresie embrionalnym, serce hoduje nasz mózg. Jest to jeden z argumentów, które stawiają mądrość systemu serca nad naszą świadomością. Ponadto, serce ma swój mózg i zdarza się, że samo serce jest wystarczające dla utrzymania ciała przy życiu. Istnieją przypadki, kiedy ciało funkcjonowało,  ze zniszczonym  w głowie mózgiem,  przez wiele lat.

Działanie układu sercowo-naczyniowego obejmuje przestrzeń trylionów  żywych komórek. Urządzeniami  odbierającymi  informacje dla serca, są miliardy kapilar. Ich łączna długość wynosi około 100 000 km [20]. Te subtelne czujniki naczyniowe, tworzą granicę interakcji zewnętrznego i  wewnętrznego świata. Do nich serce nie dopuszcza  układu nerwowego. Cała informacja  z  Wszechświata  wsiąka poprzez kapilary ruchomymi strukturami erytrocytów. Zbiornikiem gromadzącym informacje w systemie serca jest krążąca w koło krew.

I kompletnie zadziwiającym wydaje się, jak ta informacja materializuje się w formy czasu. Czas teraźniejszy – to układ żylny, przeszły-limfatyczny,  przyszły – układ tętniczy. Czas teraźniejszy, rzeczywistymi strumieniami  wycieka z naczyń włosowatych. Nosicielami  informacji w nich, są erytrocyty. W żyłach, poruszają się one jak słupki „monet”,  podobne do trójwymiarowej taśmy magnetofonowej, która wchodzi do prawego przedsionka serca i sczytywana jest tam przez mózg serca. Przed przedstawieniem formowania się  czasu przeszłego, trzeba przypomnieć, że system limfatyczny jest najstarszy w „ruchu krążeniowym”.

On posiada swoje serca, naczynia, rozgałęziony system związany z wieloma ośrodkami zarządzającymi. Właściwym, także jest, zaznaczenie jego udziału w ciekawej zbieżności. Dziesięć tysięcy uderzeń serca na dobę odpowiada  tej samej ilości obumierających komórek w mózgu. Innymi słowy, każdemu skurczowi serca,  „stowarzyszenie”  komórek mózgu wydziela jedną swoją komórkę. I należy przypuszczać,  że te komórki nie obumierają, jak się powszechnie uważa, a odchodzą do zbiornika (magazynu) pamięci. Potwierdza to fakt, że  mózg,  poprzez włókna nerwowe  wydziela mitochondria i lizosomy do układu limfatycznego.

Okazują się one, matrycowymi nosicielami włączników przeszłości (pamięci). Czas przyszły, zaczyna się przygotowywać w prawym przedsionku, ze zlania się teraźniejszości (krwi żylnej) i przeszłości (limfy). W epicentrum tego zlania się, znajduje się mózg serca. Rozmieszczając się nad prawym uszkiem, u zbiegu żyły głównej górnej, z bocznej strony, mózg serca jest „obnażony” przy wejściu do przedsionka serca. Tutaj kontroluje dopływ elementów  krwi  i  generuje z nich pakiety wirowe. Obok jego pola widzenia nie przechodzi ani jeden  erytrocyt, ponieważ mózg stosuje efekt biolokalizacji. Biolokalizator znajduje się razem z mózgiem, wyglądem podobny do półksiężycowatej fałdy. Jego okresowe impulsy elektromagnetyczne skanują informacje z krwinkowych kulek i z mitochondriów. Materializując  przyszłość, lewe serce zamienia laminarny przepływ strumieni krwi z żył płucnych,  w chaotyczny ruch, pogrążający czerwone krwinki  w próżnię  rozkurczu.

Serce – jest jedynym organem, który współdziała ze strukturą, która napełnia krew nieznaną nam informacją. Miniserca lewej komory tłumaczą tę informację  w pakiety erytrocytów i wypełniają nimi układ tętniczy. Należy przy tym uwzględniać, że pakiety przemierzają drogę z komór do tętniczek mózgu w ciągu 6 – 8 sekund. Ten okres, jest momentem przerwy w percepcji czasu dwóch systemów: sercowo-naczyniowego i nerwowego. Od mózgu serca informacja już wyszła, a do mózgu w głowie, ona dojdzie dopiero za kilka sekund.

Mózg serca, zwracając mitochondria  mózgowi w głowie, włącza do pamięci  obrazy, odczucia, zdarzenia. Ten moment, w świadomości, pojawia się jako czas teraźniejszy. Ale dla mózgu serca, moment ten jest już w  przeszłości, ponieważ w tym okresie, serce zdążyło skurczyć się już kilkakrotnie i wysłać nowe informacje do centralnego układu nerwowego, których treści i znaczenia mózg w głowie jeszcze nie zna. W ten sposób, system serca wyprzedza świadomość, splata w nim 3 formy czasu i tworzy nową zdolność do współdziałania ze światem.

Dokładność tego stwierdzenia potwierdza fizjologia słuchu. Jeszcze zanim wypowiemy słowo, struna bębenkowa już napina błonę bębenkową ucha, do tej wielkości percepcji głośności dźwięku, z którym dopiero zamierzamy się wypowiedzieć.  Okazuje się, że nasza mowa, jej sens, emocjonalność, nie są spontaniczne. Słowo już zaistniało w wyprzedzającej nadświadomości serca, a mózg w głowie, tylko uświadamia sobie jego sens.

Interwał  przechodzenia hemodynamicznej informacji z mózgu serca do mózgu w głowie, zmienia  formy czasu w świadomości (umyśle). W nas łączą się dwa fizyczne ciała: nerwowe i sercowe,  dwie świadomości: jedna świadomość serca i inna świadomość, mózgu.  One są rozdzielone odstępem czasu, który jest najbardziej czułym (wrażliwym) momentem dla obcych penetracji i przenikania, jeśli nie ma duchowej ochrony.

Wszystkie wykonawcze  narządy, mają swoje przedstawicielstwo w samym  sercu i samo serce, w stosunku do swojego mózgu  także jest wykonawcą. Dlatego bezwzględnie  należało  założyć, że i przy sercu, tak jak przy pozostałych narządach, powinno być swoje serce (czyli struktura spełniająca funkcje serca). Ale funkcji tego serca serca jest jeszcze więcej, bardziej subtelnych  i wyrafinowanych. Wychodząc  z wiedzy o wielkim sercu, możemy przewidzieć warunki, którym powinno odpowiadać serce serca:

– pojemność jego jamy będzie odpowiadać objętości  krwi tętnic wieńcowych;

– strumienie jego krwi powinien wyprzedzać strumienie wielkiego serca;

– magnetyczny impuls wielkiego serca może być włączony  skurczowym wyrzutem serca serca;

– jego muskulatura jest zdolna kontrolować przepływ krwi i mieć w sobie genetycznie powiązane tkanki wielkiego serca.

I taki twór istnieje. Znajduje się w sercu i wygląda jak anatomiczne nieporozumienie, o nieznanym  fizjologicznym przeznaczeniu. Tym tworem są uszka serca. Spełniają one wszystkie te wymagania, w tym:  ich struktura posiada specyficzną muskulaturę, której w tkankach otaczających przedsionki nie ma. I dokładnie tak jak w wielkim sercu, w uszkach zdarzają się zawały serca. I tak jak  w wielkim sercu, wyłączając tętnice  biodrowe,  tak skrzepy z serca serca, wpadając do tętnicy wieńcowej wyłączają  wielkie serce. Serce serca skrywa w sobie tajemnicę nagłej śmierci. Czy jest przy sercu serca swoje serce i czy ma ono swoją świadomość?

LITERATURA:

1. М. И. Гурвич, Тер. архив, № II (1966). 2. С. П. Ильинский, Сосуды Тебезия, Москва (1972). 3. И. А. Коломацкий, Материалы к научной сессии, Краснодар (1965), с. 36. 4. Б. Фолков, Кровообращение, Медицина, Москва (1976), с. 21. 5. Р. Д. Маршалл, Дж. Т. Шефферд, Функция сердца у здоровых и больных (1972). 6. Л. А. Чижевский, Структурный анализ движущейся крови, Москва (1959) 7. A. S. Ahusa, Biorheology, 7(1), 25 – 36 (1971). 8. А. И. Гончаренко, Физические факторы в комплексной терапии и профилактике сердечно-сосудистых заболеваний, Сочи (1978), с. 122. 9. А. И. Гончаренко, „3акономерности и механизм селективно-регионарного кровотока”, 13 съезд ВФО им. Павлова, т. 2 (1979), с. 170. 10. Г. П. Конради, Регуляция сосудистого тонуса, Ленинград (1973). 11. Г. И. Косицкий, Афферентные системы сердца, Москва (1975). 12. М. В. Яновский, „О функциональной способности артериального периферического сердца”, Научн. мед., №11,126-133 (1923). 13. В. А. Левтов, Химическая регуляция местного кровообращения, Ленинград (1967). 14. А. А. Поколозин, В. И. Донцов, Старение и долголетие, № 3,7 (1993). 15. А. М. Блинова, Н. М. Рыжова, ДАМН СССР, №5,56(1961). 16. Руководство по кардиологии, т. 1, Москва (1982), с. 143-167. 17. Н. Б. Доброва, Н. Б. Кузьмина, ВАМН СССР, № 6,22. 18. В. Гарвей, Анатомическое исследование о движении сердца и крови у животных (1948). 19. И. Ф. Цион, Курс лекций по физиологии, т. 2 (1866). 20. К. А. Шошенко, Кровеносные капилляры, Новосибирск (1975).

Autor: dr. n. med. Aleksander Gonczarenko, fizjolog
Tłumaczenie: J. Flakowicz
Źródło polskie: http://treborok.wordpress.com/przestrzen-serca-jako-podstawa-superswiadomosci/
Polecam też: Aleksander Iwanowicz Gonczarenko – Serce

Doggerland: tajemnicza, zatopiona kraina. Prawda czy mit?

Zakazana archeologia i ukrywane dzieje Ziemi: W poszukiwaniu Doggerlandu

Poniżej przeklejam artykuł z serwisu national-geographic.pl. Opisuje on zatopioną krainę, mającą się znajdować na dnie dzisiejszego Morza Północnego.

Przy okazji tego artykułu, warto wspomnieć, czym jest tzw zakazana archeologia. Okazuje się, że bardzo niewiele wiemy na temat tego, jakie były dzieje naszego gatunku. Wszystkie modele które mamy, opierają się na pewnych założeniach, teoriach, dogmatach, które ktoś kiedyś ustanowił jako „naukową prawdę objawioną”.

Nietrudno odgadnąć, że celem takiego obrotu sprawy było narzucenie ludzkości, że wszechświat powstał przez przypadek (więc: Boga, Istoty Najwyższej nie ma), i tak samo powstały organizmy – przez przypadek.

Według takiego materialistycznego widzenia świata, wszystko to, co czujemy, widzimy, słyszymy, nad czym się zachwycamy, jest tylko przypadkową sumą zdarzeń biochemicznych w naszym mózgu. To tak samo, jak z religiami, które narzucają człowiekowi samoponiżanie się i samobiczowanie.

Racjonalizm naukowy, świecki humanizm, sceptyzm – i inne nazwy tej samej hydry – tak samo, jak religie, poniżają człowieka, sprowadzając go do przypadkowo powstałego zbiorowiska cząstek i atomów.

„Skrajne przeciwieństwa przeciwieństwa są tym samym” – pamiętajcie.

Na początek zapraszam do obejrzenia dwóch demotywatorów o zapomnianych dziejach Ziemi i zakazanej archeologii:

zakazana historia i archeologia

zakazana archeologiaŹródło obrazków: http://demotywatory.pl/user/Kozzi19

-przyp. Jarek Kefir

Zapraszam teraz do przeczytania artykułu właściwego:

W poszukiwaniu Doggerlandu

Cyt. „Przez dekady rybacy na Morzu Północnym znajdowali w sieciach ślady zaginionego świata. Dziś archeolodzy zadają wciąż aktualne pytanie: co dzieje się z ludźmi, gdy ich ziemia znika pod wzbierającymi wodami?

8 tys. lat p.n.e.: grupa łowców-zbieraczy, która schroniła się przed sztormem w głębi lądu, porządkuje zatopione obozowisko. W końcu zabraknie im suchej ziemi, na którą mogliby powrócić. / Rys. Alexander Maleev.
8 tys. lat p.n.e.: grupa łowców-zbieraczy, która schroniła się przed sztormem w głębi lądu, porządkuje zatopione obozowisko. W końcu zabraknie im suchej ziemi, na którą mogliby powrócić. / Rys. Alexander Maleev.

Kiedy na dnie Morza Północnego po raz pierwszy pojawiły się świadectwa zaginionego świata, nikt nie chciał w nie wierzyć. Te przedmioty pokazały się półtora wieku temu, gdy rybacy na wybrzeżu holenderskim zaczęli na szerszą skalę stosować technikę połowów włokiem rozprzowym. Włóczyli po dnie morskim obciążone sieci i wyciągali w nich obfitość soli, gładzic oraz innych ryb dennych.

Czasem jednak na pokład wypadał z łomotem ogromny kieł, szczątki tura, nosorożca włochatego lub innego wymarłego zwierza. Rybaków niepokoiły sygnały, że natura nie zawsze wyglądała tu tak jak obecnie. Rzeczy, których pochodzenia nie umieli sobie wyjaśnić, wrzucali z powrotem do morza.
Kilka pokoleń później przedsiębiorczy paleontolog amator Dick Mol dogadał się z rybakami, by ci przekazywali mu kości i notowali, w którym miejscu zostały znalezione. W roku 1985 pewien kapitan przyniósł Molowi znakomicie zachowaną ludzką kość żuchwy z mocno startymi zębami trzonowymi. Wraz z przyjacielem Janem Glimmerveenem, także badaczem amatorem, zdobyli oznaczenie wieku kości metodą węgla C14. Okazało się, że żuchwa ma 9,5 tys. lat, a więc człowiek ten żył w okresie mezolitycznym, który w północnej Europie zaczynał się z końcem ostatniej epoki lodowej, około 12 tys. lat temu, i trwał do początków uprawy roli 6 tys. lat później. – Sądzimy, że ta kość pochodzi z grobu – mówi Glimmerveen. – Leżała nietknięta od czasu, gdy ten świat zniknął pod falami około 8 tys. lat temu.

zakazana archeologia doggerland

Historia tego zaginionego lądu zaczyna się od topnienia lodów [pewnie było tam za dużo przemysłu wydzielającego CO2 do atmosfery… – admin]. 18 tys. lat temu poziom mórz wokół północnej Europy był około 122 m poniżej dzisiejszego. Wielka Brytania nie była wtedy wyspą, lecz niezamieszkanym północno-zachodnim kątem Europy, oddzielonym od reszty kontynentu ostępami zamarzniętej tundry. Gdy świat się ogrzewał i lód ustępował, jelenie, tury i dziki posuwały się na północ i zachód. Za nimi szli myśliwi. Opuściwszy wyżyny dzisiejszej Europy kontynentalnej, znaleźli się na rozległej nizinie. Archeolodzy nazywają ją Doggerland, od mielizny Dogger na Morzu Północnym, niekiedy groźnej dla statków. Kiedyś widziany jako na ogół niezaludniony przesmyk lądowy pomiędzy nowożytną kontynentalną Europą i Brytanią, dziś Doggerland uważany jest za obszar zamieszkany przez prawdopodobnie znaczną liczbę ludności mezolitycznej. Do czasu, gdy po paru tysiącach lat wyparło ją stąd nieustannie wzbierające morze.

Okres klimatycznych i społecznych zmian trwał do momentu, gdy pod koniec mezolitu Europa straciła znaczną część lądu i uzyskała kontur zbliżony do dzisiejszego. Wielu badaczy uznało Doggerland za klucz do zrozumienia mezolitu w północnej Europie oraz lekcję dla nas – również żyjących w czasach głębokiej klimatycznej zmiany. Dzięki zespołowi archeologów krajobrazu z uniwersytetu w Birmingham, kierowanemu przez Vince’a Gaffneya, mamy obecnie dobre pojęcie o tym, jak wyglądała ta zaginiona kraina. Opierając się na danych z pomiarów sejsmicznych zgromadzonych głównie przez kompanie naftowe poszukujące ropy pod dnem Morza Północnego, Gaffney i jego koledzy dokonali cyfrowej rekonstrukcji blisko 47 tys. km2 zatopionego lądu na obszarze większym niż Holandia.

W uniwersyteckim Centrum Techniki Wizualnej i Kosmicznej IBM, którym kieruje, Gaffney wyświetla obrazy tej terra incognita na wielkich ekranach, w pełnych barwach. Nieco poza zasięgiem mapy Ren i Tamiza łączą się i płyną na południe dzisiejszym kanałem La Manche. Gaffney wskazuje ręką inne dorzecza, stosunkowo rozległe, dla których nie mamy nazwy. W klimacie epoki, być może parę stopni cieplejszym niż dzisiejszy, kontury na ekranie przekładają się na łagodnie falujące wzgórza, lesiste doliny, bujne bagna, jeziora. – To był raj dla łowców-zbieraczy – mówi Gaffney.

Publikacja w roku 2007 początkowej sekcji tej mapy pozwoliła archeologom „zobaczyć” po raz pierwszy świat mezolityczny, a nawet umiejscowić prawdopodobne położenie osad, z uwzględnieniem miejsc ewentualnych wykopalisk. Koszty podwodnej archeologii oraz marna widzialność w Morzu Północnym czynią te osady niedostępnymi, przynajmniej na razie. Badacze mają jednak inne sposoby na ustalenie, kim byli Doggerlandczycy i jak reagowali na wciskanie się morza w ich krainę.

Przede wszystkim dzięki skarbom wyciągniętym z rybackich sieci. Oprócz ludzkiej żuchwy Glimmerveen zgromadził ponad setkę innych obiektów – kości zwierzęcych noszących ślady uboju oraz narzędzi z kości i rogów, wśród nich topór zdobiony zygzakowatym wzorem. Badacz ma współrzędne punktów, gdzie te przedmioty znaleziono, a rzeczy na dnie morskim nie mają skłonności do przemieszczania się daleko od miejsc, z których uwolniła je erozja. Dlatego może być pewien, że w dużej części pochodzą z De Stekels (Krzyże). Tak Holendrzy nazywają obszar na południu Morza Północnego charakteryzujący się stromymi grzbietami dennymi. – Takie miejsce, czy też miejsca, musiało znajdować się blisko rzeki – mówi Glimmerveen. – Być może ci ludzie żyli na nadrzecznych wydmach.

Inna droga do poznania Doggerlandczyków to wykopaliska na pobliskiej płytkiej wodzie lub na wypłyceniach odpływowych ukształtowanych w podobnym czasie. W latach 70. i 80. XX w. na stanowisku Tybrind Vig, kilkaset metrów od brzegu jednej z duńskich wysp na Bałtyku, znaleziono świadectwa zdumiewająco zaawansowanej późnomezolitycznej kultury rybackiej: m.in. pięknie zdobione wiosła i kilka długich, smukłych łodzi, w tym jedną dziewięciometrową. W mniej odległych latach Harald Lübke i współpracownicy z Centrum Archeologii Bałtyckiej i Skandynawskiej w niemieckim Szlezwiku wykopali w Zatoce Wismarskiej podwodne pozostałości grupy osiedli datowanych na okres 8,8–5,5 tys. lat temu. Te miejsca wyraźnie dokumentują zmianę w pożywieniu ludności – przejście z ryb słodkowodnych na morskie, gdy nieustannie podnoszący się poziom morza na przestrzeni stuleci przekształcił jej krainę z lesistego pojezierza w trzciniaste bagna, fiordy i wreszcie dzisiejszą otwartą zatokę.

Podobna metamorfoza miała miejsce w Goldcliff, nad estuarium Severn w Walii, gdzie od 21 lat badania prowadzi zespół archeologa Martina Bella z uniwersytetu w Reading. W okresie mezolitu wąska, wcięta dolina mieściła tylko rzekę Severn. Gdy poziom morza wzrósł, rzeka się rozlała, być może w ciągu zaledwie jednego stulecia, poza ściany tej doliny, tworząc współczesną formę lejka. W paru miejscach estuarium jest usiane wysepkami.

Uwaga: to nie jest zdjęcie z czasów Doggerlandu. Wtedy jeszcze nie było aparatów fotograficznych. To jest rekonstrukcja.
Uwaga: to nie jest zdjęcie z czasów Doggerlandu. Wtedy jeszcze nie było aparatów fotograficznych. To jest rekonstrukcja.

Któregoś dnia w czerwcu, podczas wyjątkowo niskiego odpływu w Goldcliff, ruszyłam za Bellem i jego współpracownikami przez grząskie, pocięte strużkami wody, błotniste płaszczyzny. Mijaliśmy zakonserwowane w mule wielkie pnie prehistorycznych dębów. Na pracę mieliśmy niecałe dwie godziny – do następnego przypływu. Dotarliśmy do niewielkiej grzędy, która 8 tys. lat temu była linią brzegową wyspy. Ekipa skierowała na nią strumień wody z węża pod ciśnieniem. Nagle odsłoniły się odciski stóp: 39 śladów trzech lub czterech osób podążających w obu kierunkach wzdłuż grzędy. – Mogli wyjść z obozowiska, żeby sprawdzić, czy ryby złapały się w pułapki zastawione na pobliskiej zatoce – powiedział Bell.

Bell jest przekonany, że w każdym okresie w przeszłości w estuarium znajdowały się liczne obozowiska tworzone przez duże rodziny. Siedziby te nie były stale zamieszkane. Najstarsza mogła być zalewana podczas najwyższych przypływów, korzystali więc z niej sezonowi goście i za każdym razem odbudowywali obóz nieco wyżej na zboczu. Co ważne, wracali przez stulecia, a może i tysiąclecia, odnajdując drogę w terenie, który zmieniał się nie do poznania. Musieli być świadkami zatapiania i umierania dębowego lasu.

Lato i jesień były na wybrzeżu porą obfitości. Na moczary ściągała na popas zwierzyna łowna, pod dostatkiem było ryb, orzechów laskowych, jagód. Na zimę i wiosnę grupy przenosiły się w wyżej położone okolice, wędrując zapewne dolinami dopływów rzeki Severn. Ponieważ była to wyłącznie kultura słowa mówionego, starsi stanowili bezcenną skarbnicę wiedzy o środowisku. Umieli na przykład interpretować migracje ptaków i na tej podstawie wyznaczać grupie czas na dotarcie na wybrzeże lub powrót na wyżynę. Od trafności tych decyzji zależało przeżycie.

Odkrycia o dużo większej koncentracji artefaktów sugerują, że ludzie mezolityczni, podobnie jak później północnoamerykańscy myśliwi-zbieracze, gromadzili się na specjalne doroczne okazje – prawdopodobnie wczesną jesienią, kiedy pojawiają się foki i nadpływają łososie. Na zachodzie Brytanii zgromadzenia te zwoływano na nadmorskich klifach, ponad foczymi miejscami godowymi. W ich trakcie następowała wymiana informacji o sytuacji na brzegach rzek poza terytoriami poszczególnych grup. Ta wiedza stawała się zasadnicza, gdy postępował niszczycielski napór morza na ląd.

Najgwałtowniejszy wzrost poziomu morza wynosił metr do dwóch na stulecie, ale ze względu na ukształtowanie terenu zalania nie były równomierne. Na obszarach płaskich, jak współczesna wschodnia Anglia, dwumetrowy przyrost mógł oznaczać przesunięcie wybrzeża o kilometry w głąb lądu, w rejonach pofałdowanych – znacznie mniej. W nisko położonym Doggerlandzie podnoszące się morze zamieniło jeziora śródlądowe w estuaria rzek. Jedno z nich w szczególności – Outer Silver Pit – jak pokazuje cyfrowa rekonstrukcja Gaffneya, obejmuje potężne piaszczyste łachy, które mogły zostać uformowane tylko przez gwałtowne pływy. Bywało, że prądy wodne czyniły niebezpiecznym przepływanie takiego lejka w dłubance i odcinały dostęp do dobrze znanych terenów łowieckich.

Jak mezolityczni myśliwi, świetnie zgrani z rytmem pór roku, poradzili sobie w sytuacji rozpadu otaczającego ich świata? Jim Leary, archeolog z English Heritage, przekopał się przez literaturę etnograficzną, poszukując analogii w położeniu Inuitów i innych współczesnych łowców-zbieraczy borykających się ze zmianą klimatu. Dla tych, którzy nauczyli się korzystać ze wzbierającego morza, stając się wprawnymi szkutnikami i rybakami, nowe zasoby były zapewne dobrodziejstwem – przez jakiś czas. W końcu nadszedł jednak punkt zwrotny, kiedy utrata terytorium przeważyła nad nowymi korzyściami. Inni ludzie z mezolitu, „spichlerze wiedzy”, jak nazywa ich Leary, nie potrafili już dłużej odczytywać subtelnych sezonowych zmian w terenie i odpowiednio planować grupowego działania. Odcięci od rodzimych terenów łowieckich, rybackich czy cmentarzy ludzie doznają głębokiego poczucia braku swojego miejsca. – Jak Inuici, którym powrót zamyka topienie się kry lodowej – mówi Leary.

– Sytuacja musiała spowodować wielkie zmiany demograficzne. Ludzie, którzy żyli tam, gdzie dziś jest Morze Północne, zostali wyparci bardzo szybko – mówi Clive Waddington z działających w Derbyshire Archeological Research Services Ltd. – Część ruszyła do Brytanii. W Howick (Northumberland), na urwiskach biegnących wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża Brytanii, zespół Waddingtona znalazł pozostałości chaty odbudowywanej trzy razy na przestrzeni 150 lat. Te szczątki, datowane na blisko 7,9 tys. lat przed Chrystusem, należą do pierwszych brytyjskich świadectw osiadłego trybu życia. Fakt odtwarzania domostwa Waddington tłumaczy rosnącym przywiązaniem do miejsca i przypuszcza, że mieszkańcy bronili swojego kawałka ziemi przed falami „wysiedlonych” Doggerlandczyków.

– Wiemy, jak ważne dla utrzymania się przy życiu tych ludzi były łowiska – mówi Anders Fischer, archeolog z Duńskiej Agencji Kulturalnej w Kopenhadze. – Skoro kolejne pokolenia były świadome znikania najlepszych miejsc połowu, każde z nich musiało znaleźć nowe, często rywalizując z grupami sąsiednimi. Prawdopodobnie kończyło się to przemocą.

Migracje, terytorialność, konflikty, stresujące klimatyczne zmiany – mimo wszystko ludzie zdobywali się na ciągłe przystosowywanie. Przyszedł wszakże czas, kiedy morze położyło ostateczny kres zdolności Doggerlandczyków do przeżycia. Około 8,2 tys. lat temu, po tysiącleciach nieustannego podnoszenia się morza, napłynęła potężna masa wody z gigantycznego jeziora lodowcowego w Ameryce Północnej zwanego Agassiz, co spowodowało skokowy wzrost poziomu oceanu o 0,6 m. Przez spowolnienie cyrkulacji ciepłej wody na północnym Atlantyku ten zrzut wywołał nagły spadek temperatury, co na wybrzeża Doggerlandu, jeśli jeszcze jakieś pozostały, skierowało uderzenia lodowatego wiatru. Jakby tego było mało, mniej więcej w tym czasie osunięcie się dna morskiego u wybrzeży Norwegii, zwane osuwiskiem Storegga, uruchomiło tsunami, które zalało wybrzeża północnej Europy.

Czy tsunami Storegga było śmiertelnym ciosem, czy Doggerland już wcześniej zniknął pod falami? Pewne jest, że po tym kataklizmie wody mórz podnosiły się już wolniej. Później, około 6 tys. lat temu, nowi ludzie z południa dotarli na gęsto zalesione brzegi Wysp Brytyjskich. W łodziach przywieźli owce, bydło, zboże. Żyjący dziś potomkowie tych wczesnoneolitycznych rolników, wyposażeni w o niebo bardziej zaawansowaną technikę, znów patrzą w przyszłość, zmagając się ze wzbierającym morzem.

Źródło: http://www.national-geographic.pl

Dinozaury wyginęły dopiero 40.000 lat temu. To wstrząśnie nauką

Cyt. ”
Gdy weźmie się pod uwagę mnogość legend i mitów zawierających odniesienia do walki ludzi i wielkich gadów, nie trzeba być specjalnie błyskotliwym, aby zadać pytanie, czy w historiach tych nie tkwi jakieś ziarnko prawdy. Oczywiście dziwne smoki walczące z ludźmi to nic innego jak niedobitki dinozaurów. Okazuje się, że istnieją badania naukowe popierające tę teorię.

Naukowcy zajmujący się poszukiwaniem śladów z zamierzchłej przeszłości, co jakiś czas odnajdują zadziwiające szczątki dinozaurów, których kości zawierają kolagen. Oznacza to po prostu tyle, że nie zostały one skamieniałe, a więc nie są tak stare jak byśmy oczekiwali.

Jak wiadomo rzekoma zagłada dinozaurów wystąpiła na skutek uderzenia meteorytu, a raczej asteroidy, która rozbiła się w okolicy dzisiejszej Zatoki Meksykańskiej. Do tego zdarzenia miało podobno dojść 65 milionów lat temu. Gdy zbadano szczątki z zawartością kolagenu okazało się, że mogą mieć od 22 do 39 tysięcy lat.

Kości z taką nieoczekiwaną zawartością odkryto w Teksasie, na Alasce, w Kolorado i w Montanie. W sumie były to szczątki 8 rodzajów zwierząt. Kolagen znaleziony w ich kościach to włókniste białko, które stanowi podstawę tkanki łącznej (ścięgna, chrząstki, skóra) oraz zapewnia wytrzymałość i elastyczność.

Nie trzeba być wielkim naukowcem, aby zauważyć, że obecność tkanek miękkich w kościach dinozaurów wskazuje raczej na to, że żyły dużo dłużej niż nam się wydawało. Prawdopodobnie na pewnym etapie dochodziło nawet do interakcji ludzi i dinozaurów, co spowodowało, że pojawiły się opowieści o latających i ziejących ogniem gadach.

W zeszłym roku w Singapurze odbyła się konferencja Western Pacific Geophysics Meeting. Przedstawiono tam społeczności naukowej wyniki badań problematycznych kości dokonane za pomocą datowania izotopu C14. Jest to metoda czasami krytykowana, ale uznawana przez większość naukowców. Jej dokładność zależy przede wszystkim od tego czy próbki nie zostały „zabrudzone” młodszym materiałem.

Dr Thomas Seiler, fizyk z Niemiec wykonywał prezentację na temat metodologii badania i wszystko wskazuje na to, że zminimalizowano maksymalnie ryzyko skażenia próbek. Odczyty wskazywały na to, że znajduje się tam ilość izotopu, która plasuje się w górnej granicy wykrywania wieku obiektu. Innymi słowy samo znalezienie izotopu świadczy o tym, że są to kości zdecydowanie młodsze niż 6 milionów lat. Po takim okresie C-14 byłby już nie do ustalenia.

Szwedzi odnaleźli szczątki zwierzęcia zwanego Mozazaurem. Zawierały one pozostałości tkanki miękkiej i biomolekuł tej wielkiej kilkunastometrowej morskiej jaszczurki. W 2009 roku dr Phil Wilby odkrył rzekomo skamieniałą gigantyczną kałamarnicę. Skamielina zawierała zbiornik z atramentem, którym dało się nawet pisać za pomocą pióra. Takie odkrycia, podważające mozolnie ustalany kanon są bardzo często ukrywane i zamiatane pod dywan historii”

Źródło: http://innemedium.pl/

Zakazana historia: kościół katolicki a rozbiory Polski

Tajemnice historii: kościół katolicki a rozbiory Polski

Cytuję: „Nie mam za bardzo czasu na pisanie, ale nie mogę już dłużej słuchać Kurskich, Jurków, Terlikowskich, Romaszewskich i im podobnych. Żałuję, że adwersarze tych panów nie posiadają odpowiedniej wiedzy historycznej ażeby móc odpierać ich „bezsporne i niezaprzeczalne fakty” odnośnie zasług Kościoła rzymskokatolickiego dla naszego bytu państwowego i niepodległości. Oni tego nie przeczytają, ale internet ma to do siebie, że wiadomość puszczona w sieć przetacza się przez wiele, wiele PCetów, laptopów.. i może jakiś młody miłośnik historii czytający poniższy tekst zostanie kiedyś politykiem lokalnym, krajowym, czy może dziennikarzem i podobne bzdety o „zasługach” Kościoła będzie mógł gładko zripostować.

KOŚCIELNE „ZASŁUGI” DLA POLSKI

Od zarania dziejów Kościół dążył do supremacji władzy religijnej nad świecką. Cel był prosty: podporządkować władzę świecką Kościołowi by objąć niepodzielnie rządy dusz i wyłudzać kasę. Kościół zawsze będzie zwalczał silną władzę, bo od słabych, zmuszonych do szukania poparcia z ambony da się wyłudzić więcej. Polska była areną, poligonem tej walki. Niestety, w naszym przypadku wygrał ten Kościół. Za osłabienie państwa i podporządkowanie go temu Kościołowi zapłaciliśmy cenę straszliwą, najwyższą w Europie.

W roku 1079 Bolesław Śmiały odbudował potęgę Chrobrego. Z powodzeniem interweniował na Węgrzech i na Rusi, zdobył Kijów, koronował się na króla. Był sojusznikiem papieża, skutecznie bił Niemca. Ale duchowieństwo było wtedy w 80% niemieckie. Śmiały nie walczył z Kościołem, wręcz przeciwnie – umacniał go. Jego władza była jednak dla Kościoła zbyt silna. Gal Anonim, przecież zakonnik, w swojej kronice nazywa biskupa traditor – zdrajca. Oto fragment:

„Jako król Bolesław był z Polski wyrzucony długo byłoby o tym mówić tyle jednak ujdzie powiedzieć, że nie godziło się pomazańcowi karać pomazańca cieleśnie, za jaki bądź grzech. To, bowiem zaszkodziło mu wielce, że gdy biskupa za zdradę skazał na obcięcie członków, więc do grzechu dodał grzech My jednak ani biskupa zdrajcę uniewinniamy,ani brzydką zemstę królewską pochwalajmy, lecz ostawmy te sprawę i opowiedzmy, jak przyjęto króla Bolesława na Węgrach.”

Tak, więc krótko mówiąc przywrócenie tytułu królewskiego i wzmocnienie władzy Bolesława musiało budzić niezadowolenie u przywódców państw ościennych, przede wszystkim Niemiec i Czech, oni to za pomocą niektórych polskich rodów możnowładczych starali się zbudować opozycję przeciwko Królowi. Uczestniczył w tym Biskup Krakowski Stanisław, Gall uczynek Stanisława nazywa grzechem i zdradą, albowiem biskup złamał przysięgę wierności, którą ślubował Bolesławowi, kiedy brał od niego inwestyturę.

Wbrew kłamstwom Kościoła – zdrajca w sutannie nie został zamordowany, tylko zgodnie z prawem skazany przez sąd za zdradę i stracony. Gdyby było inaczej, to natychmiast w glorii męczennika zostałby świętym – wszak każdy kult jest złotodajny dla kleru. Taki św. Wojciech został kanonizowany zaledwie dwa lata po śmierci! W przypadku Stanisława okazji zwyczajnie nie było, bo ludzie zdrajcę pamiętali. Wymazywanie zdrady z pamięci narodu zajęło oszustom w sutannach aż 174 lata. Wydatnie pomógł najazd tatarski w 1241 r., który spustoszył Polskę.

Podczas rozbicia dzielnicowego. Kościół wszelkimi sposobami osłabiał państwo, szczuł na siebie książąt dzielnicowych. Za poparcie jednych przeciw drugim wyłudzał kolejne nadania i przywileje. W ten sposób zupełnie zanarchizował Polskę i stała się ona areną nieustannej wojny domowej. Osłabiona, straciła Śląsk, Pomorze, Ziemię Lubuską, płaciła Niemcom daninę lenną. Nie była w stanie uporać się z najazdami Prusów i ściągnęła sobie na kark zakon krzyżacki.

Spośród plejady zdrajców w sutannach, wymienić trzeba takich jak arcybiskupi gnieźnieńscy: Jakub ze Żnina, Janik, Henryk Kietlicz; biskupi krakowscy: Gedko, Paweł z Przemankowa i Muskata; wrocławscy: Wawrzyniec, Tomasz I i Tomasz II oraz biskup poznański Andrzej. Posługiwali się zdradą, fałszerstwem i klątwą. Wyklęli m.in. Władysława Wygnańca, Mieszka Starego, Henryka Brodatego, Konrada Mazowieckiego, Leszka Czarnego, Henryka Probusa, Władysława Łokietka, potem Kazimierza Wielkiego, pomijając pomniejszych książąt. Klątwa oznaczała faktyczną utratę władzy, gdyż poddanych władcy zwalniano z posłuszeństwa wobec niego. O zdjęcie klątwy trzeba było zabiegać w Rzymie, a trwało to długo i kosztowało słono. Jak w tych warunkach Polska mogła normalnie funkcjonować?

Na zjazdach w Łęczycy (1180 r.) w Borzykowej (1210 r.) i w Wolborzu (1215 r.) Kościół, wygrywając książąt przeciw sobie, wyłudził przywileje osłabiające cały kraj i całkowicie uniezależniając się od polskiego państwa. Kiedy Łokietek jednoczył Polskę i potrzebował złota na wojsko i zabiegi dyplomatyczne, papież zmusił go do… zwiększenia „świętopietrza”.

W r. 1515 w czasie zjazdu wiedeńskiego. Zawarto wtedy układ, na mocy którego Zygmunt Stary i Kazimierz Jagiellończyk, król Czech i Węgier, oddali Habsburgom Czechy i Węgry. Za darmo! Tylko za zerwanie przez Habsburgów sojuszu z Moskwą.
W polskiej dyplomacji rej wówczas wodzili biskupi Drzewiecki i Tomicki, papiescy niemieccy agenci. Kościół popierał wtedy Niemców, bo Polska słusznie nie kwapiła się do planowanej przez papieża wojny z Turcją. Dwa lata później Marcin Luter ogłosił swoje tezy. Niemców czekał wstrząs reformacyjny i wojny domowe…

W 1582 roku, kiedy pobita przez Batorego Moskwa prosiła o pokój. Car Iwan Groźny w obliczu całkowitej klęski w toczonej od czterech lat wojnie zaczął mamić papieża obietnicami zawarcia unii prawosławia z Rzymem i swego udziału w wojnie z Turcją. Papież wysłał do Moskwy swego legata, jezuitę Possevina, który pośredniczył w rokowaniach pokojowych. Ten działał ze szkodą dla Polski i zmarnował Batoremu owoce wielkiego zwycięstwa. Można było uzyskać znaczne lepsze warunki pokoju.
Po zawarciu rozejmu w Jamie Zapolskim car zaczął grać na zwłokę. Gdy Kościół zrozumiał że został wystawiony do wiatru, zaczął namawiać Batorego do kolejnej wojny obiecując 25 tys. dukatów subsydiów miesięcznie. Jednak plany wojenne pokrzyżowała śmierć króla Stefana.

Kolejny raz Kościół katolicki „zasłużył” się dla Polski w 1596 r., zawiązując unię brzeską. Unia ostatecznie zburzyła w Rzeczypospolitej pokój religijny, który był podstawą jej potęgi. Gwarantowała go konfederacja warszawska, uchwalona przez sejm w 1573 r. Ten pokój religijny był solą w oku Kościoła katolickiego, gdyż zbory protestanckie rozwijały się o wiele prężniej niż katolickie parafie. Toteż biskupi na synodzie w Piotrkowie w 1577 r. rzucili na akt konfederacji klątwę. Papież potwierdził tę klątwę bullą z 1578 r.

Konfederacja warszawska, akt bezprzykładnej tolerancji religijnej w ówczesnej Europie, został przez UNESCO wciągnięty na listę Pamięć Świata. Tomasz Jefferson przyznawał, że pisząc konstytucję amerykańską, wzorował się na konfederacji warszawskiej. Smaczku temu dodaje, że jest to akt przez Kościół nadal wyklęty, co daje obraz „tolerancyjnego i miłosiernego” Kościoła.

Kościół dążył do podporządkowania prawosławia. W 1589 r., wykorzystując utworzenie patriarchatu moskiewskiego, Kościół przy pomocy jezuitów przekonał Zygmunta III do zawiązania unii i uznania jej za jedyną reprezentację „religii greckiej” w Rzeczypospolitej. Skutki, dokładając do tego wyjątkowo partackie wykonanie, były dla Polski straszliwe.

W czasie synodu w Brześciu, w którym brało udział aż 44 jezuitów, hierarchowie uniccy i prawosławni obrzucili się nawzajem klątwami. Dzięki uznaniu unii przez Wazę – „króla jezuitów” – i faktycznej delegalizacji prawosławia, unici, korzystając ze wsparcia władzy państwowej, siłą odbierali prawosławnym cerkwie, klasztory i majątki. Dochodziło do najazdów, morderstw, regularnych bitew. Nienawiść ludu ruskiego do Polski i Kościoła rosła, aż wybuchła w okrucieństwie słynnych rzezi w czasie powstań kozackich. Kozacy ogłosili się obrońcami prawosławia, a stałym punktem ich żądań była likwidacja unii. Ich powstania z czasem przekształciły się w wojny religijne. Zaczęli przy tym szukać poparcia w Moskwie.

Unia brzeska dała Moskwie pretekst do ingerencji w sprawy polskie. Powstanie Chmielnickiego wykrwawiło Polskę i złamało jej potęgę, a wykorzystały to Rosja i Szwecja. To Kościołowi Polska zawdzięcza wszystkie swoje klęski w XVII wieku, które były przyczyną późniejszej utraty niepodległości. Wszystkie wojny w XVII wieku Polska toczyła z państwami innych wyznań. Kolejną okazję podporządkowania prawosławia Kościół dostrzegł po pojawieniu się Dymitra Samozwańca.

To nuncjusz papieski Rangoni w 1604 r. osobiście wprowadził Samozwańca do „króla jezuitów” i zapewnił jego poparcie dla moskiewskiej awantury. Włączyli się biskupi i jezuici, tym bardziej że oszust potajemnie przyjął katolicyzm i obiecał go krzewić w Rosji. Wyprawę w 1609 roku papież Paweł V ogłosił krucjatą, nawet pobłogosławił dla Zygmunta III miecz i kapelusz – atrybuty „rycerza Kościoła”.

Skończyło się katastrofą. Polacy zostali z Moskwy przegnani, Wielka Smuta do dziś jest dla Rosji pretekstem do poczynań nieprzyjaznych wobec Polski, a rocznica wygnania polskich interwentów jest świętem narodowym Rosji. Wojsko po powrocie zażądało zapłaty żołdu w wysokości… 20 milionów złotych! Zawiązało konfederację i zanim sejm uchwalił podatki, zaczęło łupić kraj. Kler katolicki dał na krucjatę aż… 300 tys. zł! Straszliwy to rachunek za chodzenie na pasku Kościoła.

Na sejmie w 1605 r. Zygmunt III chciał wzmocnić władzę królewską, wprowadzić stałe podatki, powiększyć armię. Wszystko upadło, ponieważ król, będąc pod przemożnym wpływem jezuitów, nuncjusza i biskupów, odmówił podpisania uchwał sejmu, w tym potwierdzenia konfederacji warszawskiej.

Oburzona szlachta, jasno widząc dążenie do rządów absolutnych, pełnej katolicyzacji kraju i ograniczenia uprawnień sejmu, podjęła program obrony tolerancji religijnej, niezbędnej w państwie wielowyznaniowym. Na sejmie w 1606 r. stanął projekt „konstytucji przeciw tumultom”. Chodziło o ukrócenie inicjowanych przez jezuitów pogromów religijnych poprzez karanie ich sprawców. Dotychczas zbrodniarze, osłaniani przez kler, byli bezkarni. Uzgodniony już projekt król dał do oceny… jezuitom – Skardze i Bartschowi. Ci uznali, że jest szkodliwy dla wiary katolickiej. Po ich nocnej akcji biskupi, z urzędu senatorowie, mimo uprzedniej zgody, zablokowali ustawę w senacie. Przepadły także uchwały o podatkach na wojsko.

Osobistym, specjalnym listem za pobożność i obronę wiary katolickiej dziękował „królowi jezuitów” papież. Wybuchł bunt – rokosz kierowany przez katolika Zebrzydowskiego. Wojska królewskie zwyciężyły rokoszan w bratobójczej bitwie pod Guzowem. Program reform i wzmocnienia władzy królewskiej jednak upadł. Zwyciężyła idea „złotej wolności” której piewcami stali się jezuici, wychowawcy młodzieży. Kościołowi słabe państwo i anarchia zawsze najbardziej odpowiadały.

Kolejny raz Kościół katolicki „zasłużył” się dla Polski w roku 1619, sprowadzając na kraj najazd turecki i szwedzki. Węgrzy powstali przeciw katolickiemu terrorowi Habsburgów, wsparł ich książę Siedmiogrodu, lennik turecki Bethlen i obległ Wiedeń. Czesi zdetronizowali Habsburgów i przysłali mu posiłki. Rozpalała się wojna 30-letnia.

„Król jezuitów” Zygmunt III wysłał „braciom katolikom” Niemcom na pomoc korpus 10 tys. lisowczyków. Bez zgody sejmu, wbrew protestom kanclerza i hetmana Stanisława Żółkiewskiego! Za darmo! Naciskał na króla Kościół: nuncjusz papieski Ruini, prymas Gembicki – przewodniczący senatu – i podkanclerzy biskup Lipski. Lisowczycy rozbili Węgrów pod Humiennem. Pobity Bethlen zdał relację sułtanowi Osmanowi II. Jak ostrzegał hetman, na Polskę spadł najazd turecki. Ale właśnie o wplątanie Polski w wojnę z Turcją chodziło Kościołowi. Cel osiągnęli.

Szczupłe siły polskie przegrały pod Cecorą w 1620 r. Głowa Żółkiewskiego zawisła na bramie w Stambule, a hetman polny Koniecpolski dostał się do niewoli. Tatarzy spustoszyli Podole aż po Lwów. Nie było komu bronić… Miesiąc po Cecorze wojska Habsburgów pobiły Czechów pod Białą Górą. Czechy na 300 lat straciły niepodległość. Główną rolę w bitwie odegrali lisowczycy – ci, których zabrakło w Polsce.

W następnym roku, przewidując ponowny najazd, sejm uchwalił podatki aż osiem razy większe! Połowę wojska mieli stanowić prawosławni Kozacy prześladowani przez unię brzeską. Ani trochę nie otrzeźwiło to katolickich fanatyków. Obrona Chocimia zatrzymała najazd, ale Polska straciła Mołdawię. Czyli wojna przegrana. Najgorsze, że został zerwany pokój z Turcją trwający od ponad 100 lat. Polska stała się celem ataku tureckiego.

Okazji nie przepuścili Szwedzi i uderzyli na osłabioną Polskę. Nie miał jej kto bronić, bo wojska poszły na Turków. „Bracia katolicy” Niemcy na pomoc nie przyszli. Na domiar złego ludność miała już dość katolickiego terroru jezuitów i otworzyła Szwedom bramy Rygi. Wojna była niepotrzebna, bo Szwedzi gotowi byli zawrzeć pokój, byle król zrezygnował z pretensji do ich tronu. Ale była w interesie Kościoła i katolickich Habsburgów, którzy chcieli, aby Szwedzi bili się w Polsce, z dala od teatru wojny 30-letniej.

W czasie powstania Chmielnickiego w 1648 r. po klęsce pod Korsuniem do niewoli dostali się hetmani. Mimo krytycznej sytuacji interrex prymas Łubieński (trwało bezkrólewie po śmierci Władysława IV) i podkanclerzy biskup Andrzej Leszczyński (ten miłosierny po katolicku biskup, przywódca partii wojennej, chciał utopić powstanie kozackie we krwi), sterowani przez nuncjusza papieskiego de Torres, nie dopuścili do oddania dowództwa wojsk wybitnym wodzom Radziwiłłowi i Firlejowi, bo… byli oni ewangelikami. Bali się wzrostu znaczenia ewangelików po zwycięstwie ewangelickiego wodza. Złamali zasadę, że pod nieobecność hetmanów koronnych dowodzą litewscy. Kalwin Radziwiłł był polnym litewskim. Kościół jest zatem pośrednim sprawcą haniebnej klęski pod Piławcami i rozpalenia powstania na całej Ukrainie.

Potem Kościół rękoma nuncjusza, biskupów (z urzędu senatorów) i jezuitów nie dopuszczał do wejścia w życie zawartych z Kozakami ugód zborowskiej i białocerkiewskiej. W efekcie po każdej wybuchała kolejna wojna. Nienawiść tak narastała, że w kolejną ugodę hadziacką nikt już nie wierzył. Kościół szkodził Polsce, by nie dopuścić do uszczuplenia swoich przywilejów – do wejścia hierarchów prawosławnych do senatu i przywrócenia praw prawosławiu. Z osłabiania Polski przez Kościół skorzystała Rosja.

W roku 1660 na sejmie stanęła sprawa reformy państwa, w tym wyplenienia liberum veto. Po tragedii potopu była powszechna zgoda posłów na reformę. Zniesienie liberum veto było krokiem najważniejszym, jak pokazała przyszłość. Sprzeciwili się tej uchwale biskup krakowski Trzebicki i prymas Wacław Leszczyński wraz z bratem Janem, agenci habsburscy. Sterował nimi poseł habsburski de Lisola.

Dla Kościoła i obcych mocarstw liberum veto było instrumentem bardzo wygodnym – łapówki brali pojedynczy posłowie, zamiast całych stronnictw. Jezuici, wychowawcy szlacheckiej młodzieży, wpajali jej, iż jest to fundament szlacheckiej wolności. Wkrótce liberum veto zupełnie zanarchizowało Polskę, pozostało symbolem polskiej głupoty i warcholstwa. Między innymi dzięki niemu szczuci przez Kościół katoliccy fanatycy w roku 1658 odstępstwo od katolicyzmu zaczęli karać banicją z kraju (wygnanie Braci Polskich), a w 1733 r. odebrali ewangelikom i prawosławnym prawa publiczne. Ta nietolerancja dała pretekst ościennym, innowierczym mocarstwom do ingerencji w sprawy Polski.

Po raz kolejny Kościół katolicki zabłysnął na sejmie niemym w 1717 r. Zdetronizowanemu Augustowi II w roku 1709 pomogły powrócić na tron Rosja i Kościół. Dążąc do zaprowadzenia rządów absolutnych, Niemiec w roku 1713 wprowadził do Polski wojska saskie, które poczynały sobie jak w kraju okupowanym. Gdy Sasi zamordowali kilku szlachciców, wybuchła wojna domowa – szlachta zawiązała konfederację tarnogrodzką przeciw królowi.

Konfederaci nie zgodzili się na mediację nuncjusza papieskiego, pamiętając, kto Niemca posadził na tronie i popierał nawet po detronizacji. Wobec tego biskup Szaniawski i hetman Pociej wystąpili z propozycją mediacji… cara Piotra I. Poszło łatwo, bo kanclerzem był wówczas Jan Szembek, płatny agent Rosji, senatowi przewodniczył jego brat prymas Krzysztof.

Rosja, oczywiście, wprowadziła swoje wojska do Polski, a gen. Dołgoruki narzucił porozumienie. Pod rosyjskimi bagnetami odbył się sejm, na którym nikogo nie dopuszczono do głosu, stąd nazwa: sejm niemy. Głosowano wcześniej uzgodnione ustawy. Kościół w porozumieniu z Rosją uzyskał, co tylko chciał. Przede wszystkim innowiercom zakazano publicznego odprawiania nabożeństw ewangelickich i prawosławnych. Wymusiło to zamykanie kościołów ewangelickich, a cerkwie przejmowali unici. Rosja i Niemcy godziły się na szykany względem własnych braci w wierze, gdyż był to zawsze konieczny wymóg Kościoła w zamian za zdradę i osłabienie Polski – utrzymanie silnego katolicyzmu było priorytetem, skutkiem zaś – zawsze słabe państwo.

Rosja poczuła się zwolniona z zobowiązania oddania Polsce zdobytych na Szwedach Inflant, co zagwarantowała w traktacie narewskim. Czyli na udziale w III wojnie północnej, i to w zwycięskiej koalicji, Polska nie zyskała nic, poza ruiną kraju i utratą suwerenności.

Na sejmie biskup Łubieński spowodował ograniczenie liczebności wojska polskiego maksymalnie do 18 tys. w Koronie i 6 tys. na Litwie. Uchwalono jednak tak niskie porcje żołnierskie, że starczało zaledwie dla 12 tys. wojska. Jak to się miało do ponadstutysięcznych armii sąsiadów, przyszłych zaborców? W ten sposób ukrócono żądania szlachty, by Kościół płacił podatki na obronę Polski. Kraj był zniszczony licznymi wojnami i zarazami. Kwitły jedynie ogromne majątki biskupie i zakonne. Zdrajcy w sutannach rozwiązali problem wraz z polskim wojskiem. Polska zastała przez nich rozbrojona i rzucona na łup zaborcom.

Gwarantem ustaw sejmowych uchwalonych na życzenie biskupów została Rosja i w ten sposób z Polski zrobiono rosyjski protektorat. Tak Kościół przyczynił się do utraty przez Polskę suwerenności i rzucenia jej w szpony Rosji. Dołgoruki został pierwszym ambasadorem, a właściwie wielkorządcą Rosji w Polsce. „Osiągnięcia” sejmu niemego są porównywalne w skutkach do sejmów rozbiorowych.

Kolejny raz nieocenioną rolę w naszej historii Kościół katolicki odegrał w roku 1767, pomagając Rosji zmontować konfederację radomską, aby obalić reformy Stanisława Augusta. Dążąc do powstrzymania reformatorskich poczynań króla, ambasador Repnin postanowił wykorzystać tępotę katolickich fanatyków, kołtunów szlacheckich wychowanych przez jezuitów. Wywołał sprawę równouprawnienia innowierczej szlachty.

Trafił w dziesiątkę. Za rosyjskie pieniądze zawiązano dwie konfederacje innowierców. Ten sam Repnin podpuścił zdrajców nuncjusza i biskupów. Ci użyli księży oraz jezuitów do poszczucia z ambon katolickich fanatyków, którzy „w odpowiedzi” na te konfederacje, zawiązali katolicką konfederację radomską. Znowu krążyło rosyjskie złoto. Skaczące sobie do oczu konfederacje, katolicka i innowiercze, kotłowały się w… przedpokojach ambasady rosyjskiej. Ogłupienie zapierające dech w piersiach.

Oszalałych z nienawiści katolickich fanatyków Kościół podszczuwał poparciem samego papieża poprzez nuncjusza Duriniego oraz propagandą z ambon. Przywódcami fanatyków byli biskupi: niebywały warchoł Sołtyk (na sejmie komenderował tłumem rozwścieczonej szlachty), Załuski i Krasiński. Repnin obiecywał im detronizację króla i… niedopuszczenie do równouprawnienia innowierców. W tej iście makiawelistycznej intrydze pomagał Repninowi ksiądz Podoski.

Na czele konfederacji radomskiej Repnin postawił księcia Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”. Francuz, gen. Dumouriez tak określił tego katolickiego fanatyka, wychowanka jezuitów: „Najbogatszy pan w Polsce, ale głupie bydlę”. Toteż nietrudno było Repninowi wystawić całą tę zgraję oczadziałych kadzidłem wychowanków jezuitów, kołtunów szlacheckich, do wiatru.

Na „sejmie repninowskim” w 1768 roku podpisano traktat z Rosją. Szlachcie prawosławnej i ewangelickiej przyznano pełnię praw politycznych, Rosja ponownie stała się gwarantem „praw kardynalnych”, w tym liberum veto i wolnej elekcji. Przywrócono rosyjski protektorat nad Polską. Podoskiemu za zdradę zapłacono nie tylko złotem, ale i godnością prymasa Polski – na prośbę Rosji obdarzył go nią papież, wbrew protestom króla Polski.

Zdrajca biskup Sołtyk żalił się w czasie sejmu w liście do kumpla w sutannie Podoskiego: „Zawiedzeni zostaliśmy, jak ptaszęta na lep wzięte. Chcieliśmy wzmocnić wolność, a staliśmy się niewolnikami.” Wkrótce pojechał kibitką do Kaługi, gdzie na zesłaniu spędził pięć lat. Prorok?…

Tak to kolejny raz Kościół uniemożliwił reformy w Polsce, pomagając przy tym prawosławnej Rosji.

Kolejny raz Kościół katolicki zasłużył się Polsce, doprowadzając do wybuchu konfederacji barskiej w 1768 roku. Po równouprawnieniu innowierców kler przystąpił do kontrataku, chcąc je cofnąć. Papież Klemens XIV polecił nuncjuszowi Duriniemu napomnieć biskupów, „(…) że są w pierwszym rzędzie katolikami, a dopiero potem Polakami”. Nuncjusz użył jezuitów i ambon do zaciekłej akcji propagandowej, skierowanej przeciwko Rosji, która równouprawnienie przeforsowała. Wykorzystał powszechne oburzenie wywiezieniem przez Repnina do Kaługi czterech senatorów, w tym biskupów Sołtyka i Załuskiego. Prawą ręką Duriniego był biskup Krasiński, który został przywódcą konfederacji barskiej. Duchowym jej patronem był „ksiądz Marek” Jandołowicz.

Ta nieprzytomna ruchawka katolickich fanatyków w ciągu pięciu lat zrujnowała i wykrwawiła kraj, stała się bezpośrednią przyczyną I rozbioru i pozbawiła Polskę możliwości oporu. Chaos był taki, że przez pięć lat nie mógł zebrać się sejm! Powstanie chłopskie („koliszczyzna”) spustoszyło Ukrainę. Powstańcy wyrżnęli ok. 200 tys. Polaków i Żydów, nikt nie liczył ofiar odwetowego ludobójstwa. Durini został z Polski odwołany na żądanie Rosji. Jak pisze prof. Łukasz Kurdybacha, rola nuncjusza papieskiego Duriniego w rozpętaniu tej wojny domowej nie została do końca odkryta. Następca Duriniego, Garampi, nawiązał ponownie bliską współpracę z Rosją. Oczywiście, przeciwko Polsce, a raczej tego, co z niej zostało…

W czasie sejmu rozbiorowego w 1773 r. po stłumieniu konfederacji barskiej, idiotycznej ultrakatolickiej ruchawki, zaborcy przystąpili do rozbioru Polski. Zrujnowana i wykrwawiona nie miała szans się przeciwstawić. Król Stanisław August Poniatowski błagał o pomoc Kościół, który miał świetne układy ze wszystkimi sąsiadami Rzeczypospolitej. Nuncjusz Garampi odpowiedział mu: „Gdybym zaprotestował, rozgniewałbym i obraził dwór wiedeński”.

Gdy cesarzowa Maria Teresa zwróciła się do papieża Klemensa XIV z wątpliwościami moralnymi co do rozbioru, „Ojciec Święty, któremu Polacy zawsze ślepo wierzyli, pospieszył jej odpowiedzieć, w imieniu nieba i ziemi, że inwazja i rozbiór były nie tylko właściwe politycznie, ale i w interesie religii; że w Polsce Moskale mnożą się niebywale; że wprowadzają tam po kryjomu religię schizmatycką; i że dla duchowego dobra Kościoła było konieczne, ażeby dwór wiedeński rozciągnął swe panowanie możliwie daleko” (wg Lelewela). Jeśli Kościół, potężna siła w Europie, moralny autorytet przynajmniej dla państw katolickich, nie zaprotestował, to kto miał zaprotestować? Po za Turkami – nikt w Europie… Nic więc dziwnego, że głównymi sprawcami ratyfikacji traktatów rozbiorowych przez polski sejm byli biskupi: Młodziejowski – jako kanclerz – był organizatorem sejmu, Ostrowski przewodniczył senatowi i delegacji podpisującej traktaty rozbiorowe, Massalski płomiennymi mowami za rozbiorem zyskał dla Kościoła miano „czwartej potencji rozbiorowej”. Za „zasługi dla Polski” biskupowi Ostrowskiemu papież na prośbę Rosji i Austrii zapłacił złotodajną godnością prymasa Polski i Litwy.

Historia pokazała, jak obca była Polakom narzucona przez Kościół nietolerancja. Już w kilka lat po wymuszonym przez Rosję równouprawnieniu prawosławnych i ewangelików nikt ich w Polsce nie dyskryminował. Gdyby nie prawne ramy kontrreformacji – nietolerancji i prześladowań narzuconych Polakom przez kler – Polska pozostałaby potęgą, a z pewnością nie byłoby rozbiorów.

Kolejny raz Kościół zasłużył się Polsce – i to po wielokroć – po I rozbiorze, kolaborując z zaborcami w zabranych prowincjach. Zaraz po rozbiorze biskupi złożyli przysięgę nowym władcom, podjęli z zaborcami aktywną współpracę i wezwali lud do posłuszeństwa: „Przysięgamy Jego Mości królowi Prus i jego prawnym następcom w rządach, jako nam najłaskawszemu królowi i władcy kraju być poddanym i wiernym, posłusznym i oddanym. Dbać o uczucia wierności dla króla, o miłość ojczyzny, posłuszeństwo wobec praw”. To fragment roty przysięgi biskupów polskich (?) królowi Prus po I rozbiorze.

Wymienić tu trzeba szczególne „zasłużonych”: arcybiskupa Sierakowskiego, biskupów Sołtyka (pochowany w katedrze wawelskiej!), Massalskiego, Ostrowskiego, a nawet Krasickiego. Toteż oporu nie było żadnego, kler nie ustawał w ukłonach dla nowych władców i w przekonywaniu Polaków, że muszą teraz służyć nowym panom. Upewniło to zaborców, że dalsze rozbiory też zakończą się sukcesem. Byle głaskać purpurowe i czarne suknie..

Zaborcy zagarnęli część wielu diecezji, reszta ich obszaru pozostała w okrojonej Polsce. Zupełną katastrofą było, że większość z tych zdrajców biskupów nadal zasiadała w polskim senacie, będąc jednocześnie poddanymi zaborców i im się wysługując.

Kiedy Katarzyna II zaczęła tworzyć nową strukturę Kościoła katolickiego na terenach I rozbioru, i to bez zgody papieża, nie natrafiła na opór, a wręcz przeciwnie. Kler kolaborował masowo z urzędasami carskimi, a zdrajcy Siestrzeńcewicz, Benisławski, Sierakowski i inni mianowani przez carycę „biskupami” ochoczo przyjęli sakry biskupie i pensje. Wkrótce wsparł ich i papież Pius VI – przysłał nuncjusza Archettiego, zatwierdził nową rosyjską strukturę Kościoła katolickiego, całkowicie niezależną od polskiej, i sam wyświęcił „biskupów” Katarzyny.

Karty szczególnej zdrady i hańby zapisali jezuici. Mimo kasaty zakonu przez papieża w 1773 r., Prusacy i Rosjanie pozwolili im działać i nadal wychować młodzież. Warunek był prosty: wychowywać polską młodzież w duchu posłuszeństwa zaborcom. Jezuici gorliwie to wypełniali. Komisja Edukacji Narodowej nie objęła swym działaniem terenów I rozbioru. To powinno nam uświadomić, jakie „zasługi” Kościół i jezuici wyrządzili Polsce.

Następnym przyczynkiem dla „wzmacniania” naszej niepodległości przez Kościół katolicki było obalenie Kodeksu Zamojskiego w 1780 roku. Kolejny raz Kościół uniemożliwił naprawę państwa. Po wstrząsie wywołanym przez I rozbiór panowała zgoda co do konieczności reform i ratowania pomniejszonego kraju. Zadanie opracowania zbioru praw sejm pod wpływem króla Stanisława Augusta powierzył w 1776 r. byłemu kanclerzowi koronnemu Andrzejowi Zamojskiemu. Wśród twórców Kodeksu był m.in. Józef Wybicki. Nuncjusz papieski Archetti nasłał swego agenta biskupa sufragana płockiego Krzysztofa Szembeka, by go o wszystkim informował. Po dwóch latach pracy, w roku 1778 Kodeks był gotowy do przedstawienia sejmowi.

Kodeks Zamojskiego miał umocnić państwo, przede wszystkim więc ograniczał przywileje Kościoła. Wprowadzał też pewne zmiany polityczne i ujednolicał prawo. Biskupi nie chcieli jednak zgodzić się na jakiekolwiek ograniczenie swoich przywilejów. Nuncjusz Archetti na polecenie papieża przystąpił do kontrakcji. Szukał sojusznika nawet w rosyjskim ambasadorze Stackelbergu. Kardynał Pallavicini w imieniu papieża zalecał szczególną ostrożność: „Porozumienie i współpraca nasza z państwem heretyckim nie powinna tam wyjść na jaw, gdyż to przyniosłoby nam szkodę, jakkolwiek Opatrzność posługuje się nieraz takimi środkami celem pokrzyżowania ludzkiej polityki dla dobra Kościoła i jego głowy”. Ale nawet naciskany przez nuncjusza Stackelberg odmówił bezpośredniego poparcia.

Król usiłował przekonać Kościół do konieczności reform – pytał o powody sprzeciwu, skoro proponowane rozwiązania były od dawna stosowane w innych krajach katolickich: „Dlaczego Polska ma być niżej ceniona? Czyż nie zasługuje ona na te same łaski i względy?”. – Naiwniak… Przypominał też, że nasz kraj był przez wieki przedmurzem chrześcijaństwa… Król nie zaniedbał nawet wysłania do Rzymu do papieża swego posła, zaufanego księdza, Włocha Ghigiottiego. Bezskutecznie. Widząc, że nuncjusz zamierza użyć liberum veto i zerwać sejm, aby obalić Kodeks, król – chcąc ratować reformy – wycofał projekt spod obrad i przeniósł na sejm 1780 r.

Archetti działał zza kulis „przy pomocy wrzawy, intryg, gróźb i złota”. Na sejmiki ruszyli zakonnicy, sączyć jad do uszu pijanej szlachty, swoje robili kapelani i spowiednicy magnatów. Urzędnikom tłumaczyli, że Kodeks wprowadzi ich odpowiedzialność karną; magnatom, że pozbawi ich tytułów książąt i hrabiów; szlachcie, że ograniczy jej władzę nad chłopami; hołocie szlacheckiej, że straci prawa polityczne. Na sejmiku w Środzie przygotowano zamach na życie Wybickiego. W ogóle nie podnoszono najważniejszej sprawy – ograniczenia przywilejów Kościoła – z obawy, że szlachta mogłaby to poprzeć. Ponieważ nikt nie czytał Kodeksu, ta intryga Kościoła trafiła na podatny grunt.

W tej sytuacji król postanowił powołać komisję sejmową do zbadania Kodeksu i wprowadzenia jakichś zmian. Zgodził się na to nawet… Stackelberg, ale… nie Kościół! Pallavicini pisał do Archettiego: „Ojciec Święty ufa Waszej Przewielebności i wierzy, że W.P. użyje wszelkich środków dla obalenia kodeksu”.

Na sejmie przekupieni przez nuncjusza posłowie wśród wrzawy zaczęli demonstracyjnie Kodeks drzeć i rzucać na ziemię. Sejm podjął uchwałę: „(…) tenże Zbiór Praw na zawsze uchylamy i na żadnym sejmie aby nie był wskrzeszany, mieć chcemy”. Wspaniałą okazję naprawy państwa 13 lat przed Konstytucją 3 maja zmarnował Polsce Kościół. Takie to są „zasługi Kościoła dla Polski”.

Chyba jednak największym udziałem Kościoła katolickiego w zachowaniu naszej niepodległości i przetrwaniu jako narodu dokonał popierając targowicę i wskazując drogę do drugiego rozbioru. Dużo obszerniej pisałem już o tym w osobnym wątku – „Konstytucja 3 maja a Kościół katolicki”, więc tylko w wielkim skrócie bo nijak pominąć takiej „zasługi” nie można.

Kler aktywnie popierał targowickich zdrajców, bo nie mógł się pogodzić z „bezbożnym, jakobińskim dziełem Konstytucji 3 maja”, postępowymi hasłami oraz utratą majątków, które Sejm Wielki przeznaczył na odbudowę wojska. Intrygował nuncjusz Saluzzo, który w listach do Rzymu przedstawiał Kołłątaja i Staszica jako jakobinów.

To papież Pius VI dał Rosji zielone światło do wojny z Polską i jej rozbioru, kierując 24.02.1792 r. brewe dziękczynne do Katarzyny II, w którym nazwał ją heroiną stulecia i sławił jej podboje. Wśród nich wymienił I rozbiór Polski. Wszak było tuż po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, którą Kościół zwalczał jako jakobińską. Papież dążył też do wciągnięcia Rosji do wojny z rewolucją francuską. Nikt nie idzie na wojnę bez nadziei zdobyczy, najlepiej terytorialnych. Papież dał carycy jasny sygnał, że zapłaty należy szukać w Polsce. Toteż za trzy miesiące Rosja, pewna swego, uderzyła na Polskę.

To wróg Polski papież Pius VI pobłogosławił targowicę, „aby stworzenie konfederacji stało się początkiem spokojności i szczęścia Rzeczypospolitej”. Wspomniany nuncjusz Saluzzo namawiał króla do przystąpienia do targowicy. Nic dziwnego, że wielu biskupów aktywnie działało wśród targowickich zdrajców. Ich kapelanem był biskup Sierakowski; przywódcą na Litwie – Kossakowski; Skarszewski zwolnił Polaków z przysięgi na wierność Konstytucji 3 maja; biskup Okęcki listem pasterskim zarządził modły o powodzenie targowicy i został cenzorem wydawnictw; działali bp. Massalski i Adam Naruszewicz.

Wdzięczna targowica przywróciła Kościołowi majątki, cenzurę wydawnictw i zwróciła oświatę. Tenże nuncjusz Saluzzo czynił starania o wysłanie polskiej kawalerii narodowej na wojnę z… rewolucyjną Francją!

Kolejny raz pomocną dłoń Kościół katolicki podał Polsce na „sejmie hańby” w Grodnie w 1793 r., pomagając Rosji i Prusom zalegalizować II rozbiór.

Po klęsce Polski w wojnie w 1792 r. i zaprowadzeniu rządów targowicy Rosja przysłała do Warszawy ambasadora Sieversa z zadaniem doprowadzenia do II rozbioru i ratyfikacji traktatów rozbiorowych przez polski sejm. Koszty, czyli łapówki, pokrywała do spółki z Prusami. Kościół był wdzięczny targowicy i Rosji za obalenie jakobińskiej Konstytucji 3 maja, przywrócenie mu edukacji młodzieży i majątków zabranych przez Sejm Wielki na odbudowę wojska polskiego. Toteż wśród głównych aktorów „sejmu hańby” byli biskupi:

-Skarszewski, targowicki podkanclerzy, ten sejm organizował.
-Kossakowski rosyjskim złotem przekupywał i dobierał posłów (67 dukatów od głowy)
-Massalski wygłaszał prorosyjskie mowy „o nieograniczonej ufności we wspaniałomyślność cesarzowej.”

W kościołach warszawskich czytano list pasterski bpa Okęckiego z 2.09.1792 r., w którym wzywał do modłów, „ażeby Bóg błogosławił pracom konfederacji generalnej dla dobra ojczyzny podjętym.”

Kiedy już po II rozbiorze uproszony przez króla Stanisława Augusta kardynał protektor Polski Antici błagał papieża Piusa VI o interwencję na rzecz Polski, papież odpowiedział, że uważa ją za nieodpowiednią w obecnych okolicznościach, i radził kapitulację przed zaborcami. Ważniejsze dla Kościoła było utopienie we krwi rewolucji francuskiej.

Przedstawiłem tylko te największe klęski w naszej historii do czasu rozbiorów. Ja już pomijam takie drobnostki historyczne, które nie miały żadnego, bądź większego znaczenia dla historii Polski, takich choćby jak np. to, że w słynnym strajku dzieci we Wrześni przeciw nauczaniu modlitwy „Ojcze Nasz” po niemiecku zaprotestowali rodzice poprzez swoje dzieci a nie Kościół poprzez swoich funkcjonariuszy. Temat ich nie interesował i nie byli stroną w sporze – skąd my to znamy…

Do doprowadzenia do rozbiorów walnie przyczynił się Kościół katolicki. Fałszerze historii w sutannach czynią wszystko, by wymazać z pamięci narodu rolę Kościoła w rozbiorach. Wymazać, że katolicki kler sterował polską polityką i podporządkowywał ją interesom obcego państwa – Państwa Kościelnego. Przecież kanclerzem lub podkanclerzym zawsze był duchowny, prymas przewodniczył senatowi i był interreksem, a kościelne awanse zależały od wysługiwania się interesom Kościoła i cesarzy niemieckich.

Wychowawcami dzieci władców (także magnatów) byli prawie zawsze duchowni. Do tego Kościół dzierżył oświatę i jedyne wówczas masowe medium – ambonę. Kościół przez wieki miał monopol w edukacji Polaków, tylko na krótko przerwany epizodem wspaniałych szkół ewangelickich doby reformacji. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – proroczo napisał Jan Zamojski w akcie fundacyjnym swojej Akademii. To Kościół był piewcą złotej wolności, obrońcą wolnej elekcji i liberum veto. Potrzebował ich, aby utrzymać Polskę w stanie anarchii, by móc ją grabić bez przeszkód.

To Kościół katolicki wychowywał polską młodzież, zaszczepiał jej fanatyzm katolicki, kołtuństwo i anarchię. To Kościół katolicki zamordował Polskę. Najwięksi zdrajcy w naszej historii to m.in. kardynał Radziejowski, biskupi: św. Stanisław, Kossakowski, Massalski, Młodziejowski, Ostrowski, Trzebicki. Cywilni zdrajcy: Hieronim Radziejowski, Adam Poniński, Ksawery Branicki, Szczęsny Potocki i inni byli wychowankami szkół katolickich, w ogromnej większości jezuickich. To Kościół siał nietolerancję, pogardę. Efekt tego katolickiego ogłupiania był taki, że Polska od połowy XVII wieku nie wniosła do kultury europejskiej NIC! Nie mówiąc o nauce, zlikwidowanej zupełnie, wyciętej równo z trawą.

Wydarto Kościołowi edukację właściwie przypadkiem: papież w 1773 roku skasował zakon jezuitów. Z dnia na dzień w polskiej oświacie powstała pustka. Wykorzystał to król Stanisław August i doprowadził do powołania przez sejm Komisji Edukacji Narodowej. Dzieło KEN cofnęła targowica, która w 1792 roku zwróciła edukację Kościołowi. Trochę tego ziarna jednak wykiełkowało, mimo wysiłków kleru, by wszelką wolną myśl wytępić.

Odrębna kwestia to oświata ludu. Nawet KEN nie zrobiła tu wiele, bo nie zajmowali się nią jezuici, ale proboszczowie, a w praktyce organiści, często niepiśmienni. Katolicki program nauczania dla ludu to wkuwanie na pamięć katechizmu i śpiew kościelny. Jedynym awansem społecznym dla przywiązanego do ziemi pańszczyźnianego chłopa była ministrantura, potem stanowisko kościelnego lub organisty. Polski robotnik potrafił wykonać tylko prace proste, a na stanowiska techniczne sprowadzano Niemców, Czechów, nawet Holendrów, niemal zawsze ewangelików. Zaś o edukacji dziewcząt nie było w ogóle mowy! Trudno się dziwić, że polscy emigranci do USA w XIX w., ogłupieni przez Kościół analfabeci, zapracowali na słynne „Polish jokes”.

Dlatego budzi przerażenie, że mimo tych doświadczeń ponownie wpuszczono Kościół do szkół. Jest nadzieja (choć mała), że katolicki kamień u szyi, który topił polską oświatę przez wieki i opóźniał rozwój kraju, będzie w końcu odcięty.

Równocześnie Kościół praktycznie nie płacił podatków, nawet na obronę Polski. Wysilał się tylko czasem na subsidium charitativum, czyli podatek dobrowolny. Zawsze były to ochłapy. W roku 1775 (już po I rozbiorze) Kościół zaczął płacić 600 tys. zł rocznie. Zmusił ich do tego… rosyjski ambasador Stackelberg!

Tu ukazała się bezmyślność Kościoła. Pazerność odjęła mu rozum: skarby jakie sobie nagromadził zagrabili mu w czasie potopu Szwedzi. Owo doświadczenie niczego go nie nauczyło. Nachapał się ponownie, ale nadal nie chciał płacić podatków na obronę Polski i.. znów Kościół został obrabowany podczas III wojny północnej przez Szwedów, Rosjan i Sasów.

Kler znowu zabrał się do wyłudzania pieniędzy od ogłupionych Polaków, nachapał się i… – dwie lekcje powinny wystarczyć – pewnie płacił wreszcie podatki? Ale przecież toż to Kościół katolicki, to i trzeci raz go oskubali – tym razem zaborcy. Potem jeszcze bolszewicy i hitlerowcy. Kościół przywilejami podatkowymi cieszy się nadal. Mało tego – Kościół jest jedynym podmiotem na który można przekazać darowiznę w nielimitowanej kwocie! Czy mam wyjaśniać jakie to niesie za sobą podatkowe nadużycia? Może w osobnym wątku…

Powyższe „zasługi” pomniejszyłem o wszelkie kościelne manipulacje przy obieraniu króli elekcyjnych, oraz związaną z tym stronniczością polityczną i konsekwencjami tych działań na dalsze losy naszego kraju, ponieważ opisałem już to w osobnym wątku:
http://forum.ioh.pl/viewtopic.php?t=13557

O tym jak Kościół zwalczał Konstytucję 3 maja, aktywnie popierał Targowicę – za co kilku biskupów zawisło też już pisałem:
http://forum.ioh.pl/viewtopic.php?t=13374

A o tym jak Kościół pozbawiał nas szans na odzyskanie Prus Książęcych jeszcze napiszę. W sumie od dawna mam już to gotowe ale muszę zweryfikować jeden dość bardzo istotny aczkolwiek na pierwszy rzut oka niewiarygodny szczegół. Dlatego muszę się upewnić o czym piszę aby móc odpierać ewentualne ataki. Na które mam nadzieję, że będę miał czas.

Mam ogromny żal do tzw. komuny, że przez choćby część okresu swoich rządów (np. na początku kiedy była jawnie wroga Kościołowi) nie nauczała w szkołach o powyższych jego „ZASŁUGACH”. Nijak nie mogę tego zrozumieć. Po co zabiegać o poparcie Kościoła w systemie totalitarnym mającego wszelkie atrybuty siły, którego nie wybrało i nie popiera społeczeństwo? A może właśnie to tu jest pies pogrzebany…?

Kardynał Dziwisz niedawno powiedział, że „Kościół nie zasłużył na to aby czuć się w Polsce obco” – czyżby? ”

Źródło: https://forum.ioh.pl/viewtopic.php?t=17525

.

jarek kefir

Dzięki dobrowolnym darowiznom mogę utrzymać stronę, jak i docierać z demaskacjami i ukrywaną wiedzą do setek tysięcy ludzi. Wesprzyj moje publikacje, jak je lubisz. Byt wolnych mediów jest teraz ciężki i od dobrej woli Czytelników zależy ich istnienie:

Na konto bankowe:

Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:

Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek: