Kategoria: Ekonomia i gospodarka

Polska będzie krajem niewolniczej siły roboczej. Jan Krzysztof Bielecki: „Pierwszy milion trzeba ukraść..”

Polska krajem niskich płac – Jan Krzysztof Bielecki

„Poczytajmy sobie, co ma do zaproponowania Polakom Izaak Blumenfeld, pseudonim: ‚Jan Krzysztof Bielecki’,  autor słynnego cytatu “Pierwszy milion trzeba ukraść”

(zob. http://pl.wikiquote.org/wiki/Jan_Krzysztof_Bielecki)

Typowy wolnorynkowy liberał, współzałożyciel Kongresu Liberalno-Demokratycznego.

Będąc coraz bogatszymi, będziemy rozwijać się wolniej. Jestem natomiast przekonany, że jeszcze przez wiele lat podstawowym czynnikiem dającym nam przewagę nad innymi krajami będą konkurencyjne koszty pracy. Badania i rozwój są oczywiście potrzebne, ale nie łudźmy się – w ciągu kilku lat nie staniemy się państwem, którego rozwój gospodarczy jest oparty na wynalazkach. Azjatyckie tygrysy też zaczynały od konkurowania ceną: najpierw Japonia konkurowała z USA, potem Korea zaczęła produkować taniej niż Japonia, Chiny produkują taniej niż Korea, a już Wietnam zaczął produkować taniej niż Chiny. Po drodze te państwa stają się nowoczesnymi gospodarkami.

Głównym hasłem wyborczym Donalda Tuska jest cywilizacyjny skok, doganianie Zachodu – to właściwie jedyny postulat, który on tak jasno deklaruje. Pan tymczasem właśnie powiedział, że naszą jedyną szansą na dalszy rozwój jest praca za stawki niższe niż w innych krajach – to nasza jedyna szansa na dalszy rozwój.

niskie pensje polakow

I doganiamy. W czasie rządów premiera Tuska PKB na mieszkańca w Polsce wzrósł z 54 proc. średniej unijnej do 64 proc. Fakt, że trzymamy konkurencyjne koszty pracy, że wydajność u nas rośnie szybciej niż pensje, jest dla nas podstawą rozwojową. I to właśnie jest jednym z powodów, dla których powstało tyle bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Właśnie dlatego Polska ciągle notuje wzrost gospodarczy i tworzy miejsca pracy. Gdy koszty pracy u nas wzrosną, to tych miejsc zacznie ubywać.

Innymi słowy, Zachód cały czas gonimy – ale gonimy na słabo opłacanych stanowiskach.

Czy ja wiem, czy za słabo? Na przykład płaca minimalna rośnie u nas za szybko, jest już wyższa o 30 proc. niż w Czechach. To pokazuje, jak bardzo w ryzach konkurencyjności musimy trzymać wysokość płac.

Tak mówi Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów w rozmowie z Agatonem Kozińskim. Rozmowę opublikował Dziennik Bałtycki, 26 września 2013 roku.

placa minimalna

Przeczytajmy to spokojnie jeszcze raz. Oto po sześciu latach nieustającego rozwoju przeplatanego kampaniami i spotami o sukcesach, władza w osobie najważniejszego człowieka od gospodarki komunikuje nam:

  • “Jeszcze przez wiele lat podstawowym czynnikiem dającym nam przewagę nad innymi krajami będą konkurencyjne koszty pracy”
  • “Badania i rozwój są oczywiście potrzebne, ale nie łudźmy się – w ciągu kilku lat nie staniemy się państwem, którego rozwój gospodarczy jest oparty na wynalazkach”
  • Punktem odniesienia nie są żadne Niemcy, których stajemy się kolonią, ale Azja, i to ta budująca wzrost na taniej sile roboczej. Wietnam pojawia się jako wzorcowy przykład dla Polski.
  • Władzę najbardziej martwi wzrost zarobków Polaków i ich ograniczenie wydaje się być głównym celem

Najbardziej zaskakuje ten spokój J.K. Bieleckiego ogłaszającego, że Polacy to naród taniej siły roboczej i tak pozostanie…

Cóż, witajcie w fazie docelowej modelu rozwojowego rozpoczętego w 1989 roku. Witaj zwłaszcza klaso średnia. Na pocieszenie: nikt chyba nie wydaje tyle na ogłoszenia o postępach w innowacyjności, niż nasza władza w zaprzyjaźnionych mediach. Słowem – prawie innowacyjna gospodarka, z naciskiem na prawie.

Na temat bankiera “Bieleckiego” vel Izaak Blumenfeld warto sobie poczytać np. tu:
http://niepoprawni.pl/blog/6583

 

Spełniły się „przepowiednie” futurologów: pracujemy za dużo, głównie w sektorach które są niepotrzebne gospodarce

Cyt. ”
W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 1960. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 1920. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 1960.). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: „A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód?” I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: „Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!”

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

Autor: David Graeber
Tłumaczenie: Michał Michalski
Źródło oryginalne: „Strike!” (lato 2013)
Źródło polskie: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

O AUTORZE

David Rolfe Graeber (ur. 1961) – amerykański antropolog, publicysta i aktywista obywatelski. Obecnie związany z London School of Economics, wcześniej m.in. wieloletni pracownik Yale University (nieprzedłużenie z nim umowy, mimo znaczącego dorobku, stało się to przyczyną międzynarodowych protestów; podejrzewa się polityczny kontekst decyzji). Naukowo zajmuje się m.in. teoriami wartości, jako działacz obywatelski angażował się w protesty przeciwko światowym szczytom ekonomicznym, był też jednym z ważnych inicjatorów ruchu Occupy Wall Street (współorganizował pierwsze protesty w Nowym Jorku, a ponadto, zdaniem magazynu „Rolling Stone”, jest autorem sloganu „Jesteśmy 99%”). Pochodzi z zaangażowanej politycznie rodziny robotniczej, określa się jako anarchista, należy do radykalnej organizacji syndykalistycznej Industrial Workers of the World. Autor m.in. następujących książek: „Toward an Anthropological Theory of Value: The False Coin of Our Own Dreams” (2001), „Fragments of an Anarchist Anthropology” (2004), „Possibilities: Essays on Hierarchy, Rebellion, and Desire” (2007), „Direct Action: An Ethnography” (2009), „Debt: The First 5000 Years” (2011), „Revolutions in Reverse: Essays on Politics, Violence, Art, and Imagination” (2011), „The Democracy Project: A History, a Crisis, a Movement” (2013).

Jesteśmy całkowicie w kieszeni kapitału zagranicznego. „To patologia transformacji ustrojowej”

Cyt. ”
Nie jesteśmy u siebie

Prof. Witold Kieżun: “Praktycznie rzecz biorąc nie jesteśmy u siebie, jesteśmy w kieszeni kapitału zagranicznego. Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem…”

Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem… To jest bardzo bolesne. Wymieramy, straciliśmy markę na świecie, jesteśmy całkowicie uzależnieni…
– mówi w rozmowie z “Bliżej” prof. Witold Kieżun, ekonomista, powstaniec warszawski, więzień sowieckich łagrów, autor książki „Patologia transformacji”.

To bardzo mocny i poruszający wywiad. 91-letni Kieżun z dużym dystansem i niezwykle celnie opisuje stan, w jakim znalazł się nasz kraj, a zwłaszcza polska gospodarka:

W tej chwili struktura gospodarki polskiej jest strukturą gospodarki kraju skolonializowanego, tak samo jak struktura Burundi, Rwandy i krajów afrykańskich. 95% kapitału bankowego, 90% kapitału handlowego i praktycznie rzecz biorąc minimalny procent własnych przedsiębiorstw produkcyjnych…

Na 100 największych przedsiębiorstw mamy ok. 30 procent, ale cały szereg polskich przedsiębiorców ma również kapitał zagraniczny. W dalszym ciągu praktycznie rzecz biorąc nie jesteśmy u siebie, jesteśmy w kieszeni kapitału zagranicznego
Partia, która buduje socjalizm wprowadza kapitalizm w Polsce. To 23 grudnia 1988 roku. Co następuje później? W parę miesięcy później powstaje dziewięć banków komercyjnych, które udzielają już kredytów na zakup, funkcjonowanie prywatnych przedsiębiorstw. To początek nomenklaturowego pomysłu. Istnieją badania, które wskazują, że 62% średniej większości przedsiębiorstw są w posiadaniu dawniejszej nomenklatury

Powstaje tylko problem, kto to będzie realizować. Zapraszają Trzeciakowskiego, on odmawia, bo uznał, że ten projekt nie może być zrealizowany. Odmawia też Józefiak… Wreszcie zupełnie przypadkiem – to są kandydatury „z notatnika” – znaleziono moje nazwisko. Dostaję telefon od ambasadora w Nairobi, czy mogę natychmiast wrócić do Polski. (…) Ja mówię: proszę pana, mój projekt się kończy za rok. I wówczas Kuczyński mówi jest kapitalny kandydat: Balcerowicz, który pracował w instytucie badań nad marksizmem i leninizmem przy KC PZPR, no ale był na stypendium w ramach tej akcji zorganizowanej przez Amerykanów – stypendia głównie dla młodej kadry partyjnej. Te stypendia były bardzo mądrze pomyślane – jeśli ktoś przyjeżdża z Polski na cały rok do USA, to on jest całkowicie indoktrynowany

Stosuję się tę samą konwencję, która była zastosowana do Afryki. Przyjeżdżają przedstawiciele wielkich korporacji, dają łapówki i kupują za 10-15 procent, a najważniejsze przedsiębiorstwa zostały przejęte w trybie wrogiego przejęcia. Przykład? ZSUT – trzy olbrzymie zakłady: Warszawa, Węgrów, Bydgoszcz – po 6, 8 tys. pracowników, produkcja telefonów i swojego rodzaju monopol na telefony w Związku Radzieckim

Niemcy mają sześć procent banków zagranicznych, Francja chyba dwanaście. Tam dochodzi maksymalnie do 20 procent. U nas w tej chwili na 63 banki tylko cztery są polskie. (…) Finanse są całkowicie opanowane. To samo jeśli chodzi o produkcję. Ten proces dotyczy wszystkich krajów środkowej Europy. Wielki kapitał zachodni przejął działkę, gdzie są dobrzy pracownicy, sprawni inżynierowie i gdzie są tanie koszty transportu

Tragedia polega na tym, że idea Solidarności została zawłaszczona przez ludzi z innego systemu. To nie byli ludzie wychodzący z filozofii chrześcijańskiej i solidarnej, katolickiej nauki społecznej. Tego się nie zna, to byli ludzie z zupełnie innego obozu. Ludzie, którzy wyrośli jednak w filozofii leninizmu, marksizmu i syndromu wroga – każdy, kto ma inne zdanie, trzeba zniszczyć fizycznie albo psychicznie. To jest moher, to jest zaścianek, nie reprezentuje żadnej kultury intelektualnej, a wszystko co wy reprezentujecie jest stare i przeszłe. (… ) Smutno mi, że umieram nie w tej Polsce, o którą walczyłem… To jest bardzo bolesne. Wymieramy, straciliśmy markę na świecie, jesteśmy całkowicie uzależnieni…

Niemcy zniszczyli naszą młodość, wymordowali nas połowę. A teraz praktycznie rzecz biorąc, gdy minister spraw zagranicznych amerykańskich chce się porozumieć z UE, to do kogo dzwoni? Do pani Merkel. Prezydent USA jedzie do Berlina, a nie Brukseli. A nasz minister jedzie do Berlina, by wytłumaczyć, że Niemcy miały mieć priorytet. Jesteśmy pod okupacją, okupacją ekonomiczną. Straciliśmy samodzielność, o którą się biliśmy…

Gdyby zdrowie pozwalało, absolutnie poszedłbym na protest. Formy tej manifestacji powinny być nie tylko udziałem robotników, ale nas, inteligencji, ludzi, którzy czytają, znają historię i odpowiednie wykształcenie. To dla nich niesłychanie ważne – to protest społeczny

Zobacz i posłuchaj całej wypowiedzi profesora:

Źródło: wpolityce.pl/autorzy/zespol-wpolitycepl

Wstrząsające nagranie: cywilizacja czyli bezduszna machina śmierci

Dziś wstrząsająca wizja artystyczna w postaci nagrania video – La surconsommation. Obejrzyj i wyciągnij wnioski. Czy jest to tylko krytyka przemysłu mięsnego?

A może to krytyka cywilizacji – bezdusznej machiny śmierci, w której następuje całkowita uniformizacja i dehumanizacja istoty ludzkiej? Czym tak naprawdę różnimy się od pędzących po taśmociągach elementach zwierzęcych zwłok?

Tak samo jesteśmy „hodowani”, tak samo jesteśmy „tuczeni” niezdrową, wręcz toksyczną „paszą”. I tak samo jesteśmy „dojeni”, „strzyżeni” czy też „patroszeni”. Ma to oczywiście trochę inny wymiar niż w przypadku zwierząt.

Tylko my nie widzimy swojej niewoli, a czasami wręcz uważamy ją za coś wyróżniającego pośród innych gatunków istot zamieszkujących ten łez padół. Czy słusznie?

Niewolnik w Cesarstwie Rzymskim miał zagwarantowany chleb, odzienie i dach nad głową. Tak samo chłop pańszczyźniany w przenajświętszej Rzeczpospolitej. Dziś to my musimy zapracować na: chleb, odzienie i dach nad głową, i nie jest to nic złego. Złe jest to, że system jest tak skonstruowany, że jest to trudne samo z siebie i od systemu nie dostaniemy nic ponad to. W zamian za czasami niewolnicze warunki pracy, mamy to samo co niewolnik czy chłop pańszczyźniany: chleb, odzienie i dach nad głową. Co się zmieniło, poza technologicznymi zabawkami posiadanymi przez elity?

Przy obecnym poziomie technologii i automatyzacji, narody i państwa powinny być wręcz niewyobrażalnie bogate, a poszczególni ludzie powinni żyć godnie. Jednak tak nie jest. Pytanie, gdzie się podziewają te pieniądze?

Zwierzęta gdy sytuacja na ich terenie zaczyna być zła, opuszczają go i przenoszą się na sąsiednie terytoria. Czy w przypadku ludzi – istnieją alternatywne systemy ekonomiczne? Prawne? Społeczne? Państwowe? Nie. A spróbuj tylko taki założyć, to korporacje i złotouści „głosiciele demokracji” ze swoimi militarnymi zabawkami, zrobią Ci z dupy jesień średniowiecza 😉

Pod śmietnik podjechał srebrny kabriolet..

Opiszę tutaj zdarzenie, które miało miejsce parę dni temu, którego byłem świadkiem.

Otóż na moim osiedlu jest śmietnik, który jeszcze nie jest ogrodzony. Już pisałem na moim blogu, że kawałek dalej, za miedzą, znajduje się dzielnica domków jednorodzinnych i szeregowców, część z tych osiedli jest strzeżona.

Siedziałem wtedy na ławeczce, zdarzenie to obserwowałem z oddali. Pod śmietnik na mojej dzielnicy podjechał srebrny kabriolet. Nie mogłem dostrzec z takiej odległości, jaka jest marka tego samochodu, ale samochód ten robił wrażenie! Kosztował, zapewne, więcej niż 150.000 złotych..

Kabriolet przystanął tuż pod śmietnikiem, ale w jego stronę zaczął patrzeć jeden z sąsiadów, który tamtędy przechodził z psem. Chłop dwa metry na dwa, przystanął i obserwował, co zrobi właściciel samochodu, który przystanął tuż pod naszym śmietnikiem..

Chwilę to potrwało. Osoba siedząca za kierownicą owego kabrioletu przez jakiś czas nie robiła nic, po czym jednym zamaszystym ruchem, wystawiła rękę za okno pojazdu, i pokazała środkowy palec („fuck you”) sąsiadowi z psem. Chwilę później, samochód ten ruszył z piskiem opon i tyle go widzieliśmy..

Można się tylko domyślać, spekulować, dlaczego zachowanie tej osoby było takie a nie inne. Czy na przykład osoba za kierownicą luksusowego kabrioletu zatrzymała się przed naszym śmietnikiem, by wyrzucić tam swoje śmieci? Ale nie mogła wyrzucić śmieci, ze względu na obecność postawnego sąsiada z psem na spacerze? Bo choć pewnie ma swoją firmę, zarabia krocie, ale jest tak skąpa, że nie chce płacić za wywóz śmieci ze swojej posesji?

To właśnie tego typu polscy „byznesmeni” płacą pracownikom zatrudnionym na czarno 800 złotych netto. Nie wierzycie, że takie pensje są codziennością? To pojedźcie do Polski wschodniej, na wieś. Tam nawet minimalna krajowa jest dla „pracodawców” zbyt dużym obciążeniem. Działa to na tej zasadzie:

kapitalizm

kapitalizm-1

biznes

ekonomia

biznes

Wkrótce fala eksmisji w Polsce

Wyrzucanie na bruk / eksmisje w Polsce

„Przez Polskę wkrótce przetoczy się fala eksmisji, z których spora część może być po prostu wyrzuceniem na bruk. Tylko w 14 największych miastach kraju sądy orzekły nakaz eksmisji ponad 20 tysięcy lokatorów.

W posiadającej ponad 700 tysięcy mieszkańców Łodzi nakazy eksmisji orzeczono w niemalże 6 tysiącach przypadków, o niemal połowę mniej ludny Szczecin wyprosi lokatorów z ponad 3700 lokali, a w stolicy opustoszeje ponad 2700 mieszkań. Prawdopodobnie liczba eksmisji znacząco wzrośnie również w miastach, które dotychczas unikały takich praktyk, jak choćby Poznań, który przez 5 ostatnich lat dokonał zaledwie 161 usunięć lokatorów.

Powodem eksmisji są zazwyczaj długi, których lokatorzy nie są w stanie spłacić, składają się na nie nieopłacone czynsze, odsetki od nich i kary. Wielu z nich to starsi ludzie, którzy stracili pracę i z powodu wieku czy stanu zdrowia nie są w stanie znaleźć nowej, inni nie są w stanie sprostać podwyżkom opłat za mieszkania, jak wielu Warszawiaków, którym miasto podniosło opłaty o 200%.

eksmisje

Nie tylko właściciele kamienic są zainteresowani wyrzuceniem nieopłacalnych mieszkańców. Podobne plany mają też wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe, samorządy, a nawet Wojskowa Agencja Mieszkaniowa. Sprawę ułatwia tutaj zeszłoroczna nowelizacja prawa, dzięki której nawet w okresie ochronnym, czyli od listopada do końca marca można już eksmitować ludzi, którzy zajmują dane mieszkania.

Poważnym problemem dla tracących dach nad głową jest nieprzyznawanie im w wielu wypadkach mieszkań socjalnych. Dla przykładu w Łodzi 1804 osoby nie dostały prawa do mieszkań socjalnych, w Szczecinie 1272, w Gdańsku 600.

Nowelizacja ustawy o ochronie praw lokatorów, która weszła w życie 16 listopada 2011 roku, zezwala gminom na przyznawani, im jedynie lokali tymczasowych z obniżonymi standardami. Lokal taki musi posiadać co najmniej 5 metrów kwadratowych powierzchni na osobę, dostęp do wody i dość miejsca na piecyk do ogrzewania i maszynkę do gotowania. Prąd w takich pomieszczeniach nie jest niezbędny.

Lokale tymczasowe to dość często stare hotele robotnicze i opuszczone internaty, ale również przystosowane pomieszczenia fabryczne czy zabudowania społeczno-gospodarcze poza miastem. Co gorsza, takie lokale są przyznawane jedynie na określony okres czasu, minimalnie jeden miesiąc. Jeśli dana osoba nie zacznie uiszczać wymaganych opłat za lokal tymczasowy, zostanie ona z niego wyrzucona na bruk.”

To już koniec kredytowego El Dorado, klasa średnia w ciemnej dupie!

Klasa średnia kurczy się i jest coraz biedniejsza

Przedstawiciele klasy średniej są cisi i pokornego serca. Grzecznie płacą podatki, skrupulatnie spełniają obywatelski obowiązek chodząc na wybory, znajdują szczęście i spełnienie w gronie rodziny i klubie sportowym, dwa razy w roku jadą na urlop. Niestety, coraz trudniej członkom klasy średniej realizować te,  wydawałoby się prozaiczne marzenia. W mediach często pojawiają się  przesycone troską reportaże o trudnej sytuacji osób bezrobotnych, czy niemieckich milionerach, opływających w dostatki. Przedstawiciele klasy średniej najczęściej milczą, a jeśli zabierają głos w dyskusji, wyrażają obiektywne, wyważone opinie.

Pracują w pocie czoła, płacą podatki i są gospodarczym kręgosłupem społeczeństwa. Niemiecka klasa średnia coraz dotkliwiej odczuwa skutki kryzysu i obawia się postępującej pauperyzacji.

klasa średnia

Dwa dni po spotkaniu Marcel Brandt przysłał maila z krótkim wyjaśnieniem, aby mieć pewność, że został właściwie zrozumiany: ”Jesteśmy zadowoleni z dotychczasowego poziomu życia i mamy poczucie, że państwo zabezpiecza podstawowe potrzeby rodziny – nie mniej, ale i nie więcej”.

lemingi

Sobota, mieszkanie Brandtów w Tybindze. Bite trzy godziny siedzimy przy stole w kuchni i w pokoju stołowym. Po przejrzeniu notatek stwierdzam, że rozmowa krążyła wokół dwóch tematów: braku pieniędzy i wolnego czasu. Pod koniec miesiąca portfel Marcela Brandta świeci pustkami.

lemingi 1

Latem 2013 roku kondycja ekonomiczna niemieckiej klasy średniej jest daleka od ideału. Podróżując po kraju spotykam wiele rodzin, zmagających się z podobnymi problemami, co państwo Brandt. Wszyscy żyją z pracy własnych rąk, nie oglądają się na pomoc państwa, nie odziedziczyli majątku po przodkach i nie mogą liczyć na wsparcie bogatych krewnych. Pensje zjadają kredyty, komorne, opłaty za przedszkola. Niemiecka klasa średnia żyje z ołówkiem w ręku, aby nie wpaść w pętlę zadłużenia.

klasa srednia

Kerstin Brandt kroi pomidory na sos do spaghetti. Pięcioletnia córka Mia wspólnie z trzyletnim bratem Leo budują namiot z koców. Marcel Brandt przynosi butelkę wody mineralnej ze spiżarni. Opowiada, że od dłuższego czasu starannie planują wydatki, aby zbytnio nie przeciążać konta. Nawet przy rocznych dochodach w środkowym, pięciocyfrowym przedziale nie da się dociągnąć do końca miesiąca bez różnych wyrzeczeń.

lemingi 0

Marcel Brandt zarabia pieniądze na kataklizmach przyrodniczych. Zajmuje stanowisko dyrektora marketingu w firmie informatycznej, która opracowała system wczesnego ostrzegania przed tsunami, przesyłany za pośrednictwem SMS-ów do wszystkich telefonów komórkowych znajdujących się na zagrożonym obszarze. Firma informuje także operatorów turystycznych, jak na przykład TUI o ewentualnych zamachach terrorystycznych, przeprowadzonych w pobliżu hoteli, w których wypoczywają klienci biura.

1253360788_by_Nathanielxd_500

– Obrazowo można powiedzieć, że pracuję w agencji prasowej, specjalizującej się w nagłaśnianiu złych wiadomości – stwierdza żartobliwie Marcel Brandt. Kilka tygodni temu przeprowadzili się z Hechingen do oddalonej o 30 kilometrów Tybingi. W pewnym sensie to zła wiadomość, ponieważ zmiana miejsca zamieszkania wyrwała sporą dziurę w budżecie domowym. W Hechingen wynajmowali pół bliźniaka z ogródkiem za 680 euro miesięcznie. Teraz mieszkają w stumetrowym mieszkaniu (bez balkonu) i płacą 320 euro czynszu więcej. Niektóre codzienne sprawunki stały się luksusem. – Jeszcze nie tak dawno często robiłam zakupy w sklepie z żywnością ekologiczną. Za dwa kawałki żółtego sera i ogórki bez szemrania płaciłam nieprzyzwoicie dużo pieniędzy – opowiada Kerstin Brandt. Tym razem pomidory i makaron na sobotni obiad kupiła w Aldim.

lemingi 2

Współczesne wydanie słownika języka niemieckiego Duden definiuje klasę średnią jako ”zbiór jednostek, zajmujących środkowe miejsce na drabinie społecznej, charakteryzujących się określonym poziomem kultury, wykształcenia i stabilizacji ekonomicznej.” Czy autorzy słownika, pisząc o ”stabilizacji ekonomicznej”, mieli na myśli fakt, że rodzina Brandtów punktualnie płaci komorne? Może chodziło im o nauczyciela Friedera Matthecka, przelewającego co miesiąc alimenty w wysokości 2400 euro na żonę i dzieci? Albo o rodzinę Luigartów, mieszkających w domku szeregowym bądź Janę Schäfertöns, finansującą z własnej kieszeni wizyty u fizjoterapeuty?

Po przeprowadzce Marcel Brandt nie musi dojeżdżać kilkadziesiąt kilometrów do pracy. Wydaje mniej na paliwo i ma więcej czasu dla rodziny. Niestety wysoki czynsz naruszył stabilizację finansową rodziny. Brandtowie chętnie odwiedziliby przyjaciół mieszkających w Kanadzie. – Niestety, bilety lotnicze dla czterech osób kosztują 3 tysiące euro. Musielibyśmy zrezygnować z wakacji przez dwa lata, aby polecieć do Kanady.

piateczek

Brandtowie co roku jeżdżą busem marki Volkswagen do Francji na pole kempingowe nad Atlantykiem. Samochód kosztował 20 tys. euro. Miesięczne raty kredytu wynoszą 600 euro. – Można powiedzieć, że pracuję na spłatę kredytu samochodowego – stwierdza Marcel Brandt. Pokaźnym wydatkiem w domowym budżecie jest przedszkole dla dzieci. Dwa miejsca w całodziennym przedszkolu kosztują 400 euro. W sierpniu Kerstin Brandt chce wrócić do pracy na stanowisko producenta form drukowych. Póki co pracuje dorywczo dwa razy w tygodniu w sklepie z odzieżą używaną dla dzieci. Zarabia siedem euro na godzinę. – Właściwie nie opłaca mi się jeździć taki kawał drogi, ale potrzebujemy każdych dodatkowych dwustu, czy trzystu euro – dodaje pani Kerstin.

Klasa średnia stanowi najliczniejszą grupę niemieckiego społeczeństwa. Kryteria przynależności do klasy średniej różnią się w zależności od instytutu gospodarczego, czy ekonomisty. W przypadku singli o przynależności do klasy średniej decyduje dochód między 1130 a 2420 euro. W przypadku małżonków z dwójką dzieci kwota ta waha się między 2370 a 5080 euro. Niektórzy analitycy uwzględniają poziom wykształcenia i wykonywany zawód, ale wszyscy dochodzą do podobnego wniosku: liczebność niemieckiej klasy średniej maleje w szybkim tempie. W 1997 roku stanowiła 65 procent społeczeństwa, obecnie tylko 58,5 procent.

klasa srednia 0

Źródło: Süddeutsche Zeitung