Medycyna kłamie na temat chorób serca! Miliony ludzi umiera przedwcześnie

Medycyna kłamie na temat chorób serca! Miliony ludzi umiera przedwcześnie

choroby serca i ukladu krazeniaChciałbym Wam, Czytelnicy, przedstawić dziś obszerny felieton autorstwa dr Jerzego Jaśkowskiego opisującego kłamstwa i interesy korporacji farmaceutycznych odnośnie chorób serca, układu krążenia i cholesterolu.

To, że oficjalna, akademicka medycyna jest skorumpowana do cna, wiemy od dawna. Okazuje się jednak, że korupcja nie jest wcale patologią tego systemu, ale jego rdzeniem, kamieniem węgielnym. Ten system powstał na korupcji, na tym, by korporacje farmaceutyczne zarabiały krocie. A chorzy, zamiast mieć dostęp do terapii leczących przyczyny chorób, byli dożywotnio uzależnieni od lekarstw czasowo uciszających objawy.

Powiedzmy sobie wprost:
-podawanie leku na nadciśnienie nie jest leczeniem przyczyn nadciśnienia, ale chwilowym uciszaniem objawów. Większość pacjentów nadal pije, pali, je masę cukru, glutenu, mięsa, fast-foodów.
-podawanie insuliny nie jest leczeniem przyczyny cukrzycy którą jest między innymi nieprawidłowe odżywianie oparte na lansowanej przez WHO „piramidzie żywienia”, ale chwilowym (kilka godzin) uciszaniem objawów.

Podobnie jest z wieloma innymi chorobami traktowanymi przez medycynę jako „nieuleczalne”. Musimy pamiętać, że z nieuleczalnych chorób jest najlepszy biznes, bo pacjent musi brać leki do końca życia i jest od nich uzależniony. Stąd wiele chorób celowo uczyniono „nieuleczalnymi”, przekupując nie tylko naukowców, badaczy itp. Ale także tworząc ogromne grupy lobbingowe, zespoły eksperckie, think-thanki, korumpując na ogromną skalę urzędników, polityków, rządy, system edukacyjny.

W świecie, gdzie najważniejszą wartością jest zysk, Twoje zdrowie jest dopiero na kolejnym miejscu, zazwyczaj dość odległym. Zarobić muszą: korporacje, naukowcy, lekarze, politycy, urzędnicy (SANEPID itp), tzw. „eksperci” – ta lista jest bardzo długa. A tam, gdzie rządzi ogromny pieniądz, tam nie ma miejsca na sentymenty, na współczucie, na wartości. Tam pieniądz jest wartością samą w sobie – jest celem – i to celem, który uświęca wszystkie środki.

Stąd jak już raz na coś zachorujesz i idziesz do lekarza, to dostajesz tak zaprojektowany lek, by wywołał kolejne objawy uboczne i po latach jego zażywania, kolejne choroby, na które musisz brać kolejne leki. Samonapędzający się mechanizm, istne perpetuum mobile, którego przewidywanym końcem jest Twoja przedwczesna, najczęściej bolesna śmierć.

Lekarze przepisują swoim pacjentom szczepionki, których nigdy sobie ani swoim dzieciom by nie podali. Tak samo jest z lekami.

Polecam też przeczytać i rozpowszechniać inne materiały na temat zdrowia:
Wysoki cholesterol nie powoduje chorób serca! To kolejny kit przemysłu farmaceutycznego
Zawał serca powstaje zupełnie inaczej!
Szokujące skutki niedoborów witaminy D. Czy jesteś w grupie ryzyka?
Niesamowicie skuteczne metody na depresję: zapomnij o syntetykach!
Czy sól to zabójcza trucizna? A może w tej kwestii też jesteśmy okłamywani?!
Masz wysoki cholesterol? To dobrze, będziesz długo żył!

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Upadek edukacji na przykładzie chorób serca cz.1

Cytuję: „Od wielu już lat piszę o katastrofalnym upadku oświaty i nauki w Polsce. Zaczęło się to wszystko koło roku 1974, kiedy to gensek Edward Gierek, za „otrzymane” pożyczki, sprzedał m.in. oświatę i naukę w Polsce, wprowadzając tzw. reformy. Pamiętam te dyskusje telewizyjne i radiowe, kiedy to „wybitni” eksperci medialni wmawiali mniej wartościowym tubylcom, że po co robotnikowi znajomość historii i nauk ścisłych. Zapomniano tylko podać, że ok. 75 % młodzieży [80% dziewcząt] kończyło wówczas edukację na poziomie szkoły zawodowej. Skutki tych kolejnych reform, np. likwidacja kółek naukowych i przedmiotów dodatkowych w stanie wojennym, są przerażające. Po 1990 roku nastąpiła wręcz katastrofa w postaci otwierania tzw. szkół prywatnych.

Nie mam nic przeciwko szkołom prywatnym, ale ani wówczas, ani obecnie, nie posiadamy kadry nauczycielskiej, przygotowanej do prowadzenia takiej liczby placówek. Nagminne było, że jeden profesór obsługiwał kilka takich szkół. I nikomu to nie przeszkadzało?

Proszę mi pokazać prywatne szkoły, które posiadają gabinety biologiczne, fizyczne, czy chemiczne, gdzie młodzież może poznawać tajniki eksperymentów.

Sprawa się jeszcze bardziej pogorszyła, kiedy to Ministerstwo zwane Edukacji Narodowej [ także nie wiadomo jakiego narodu, Polska od 1000 lat była wielonarodowym państwem i nikomu to nie przeszkadzało, z wyjątkiem sąsiadów] uznało licencjaty, czyli dawniejsze kursy pomaturalne, jako wyższe wykształcenie.

Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ to hunta już przygotowywała,  prawie 10 lat wcześniej, „nowe kadry”, rozdając na prawo i lewo tytuły naukowe. Powtarzano starą zasadę – „kadry są wszystkim”. Tylko w pierwszym roku stanu wojennego gensek Jaruzelski alias Margules alias Wolski alias Słucki mianował 1320 profesórów.

Jak Szanowny Czytelniku możesz sam sprawdzić, od tego czasu mamy zalew odkryć naukowych w postaci licznych patentów, nawet ponad 100 rocznie! Dla przykładu, Niemcy mają 17500, a Korea Południowa 14500.

Ostatnio nawet ośrodki naukowe zauważają ten problem. Np. w krakowskiej „Pauzie” jest ciekawy artykuł na ten temat prof. Jerzego Kuczyńskego [27 marca 2014].

Nie zmienia to sytuacji, że nadal pracownicy naukowi pracują na kilku etatach. Oczywistym jest więc fakt, że nie mogą pilnować własnej katedry.

Problem szastania przez rozmaite partie i partyjki tytułami jest całkowicie zgodny z zasadami cywilizacji azjatyckiej. Tworzymy piramidę i wystarczy obsadzać tylko szczyt, aby reszta słuchała i robiła to, co chcemy. Problem w tym, że obecnie taki „naukowiec” po licencjacie przyznaje pieniądze na badania temu profesórowi. Skutki są opłakane i widoczne.

Z drugiej strony taki profesór, znając swoje braki, mówi to, co mu podsuną. A kto ma pieniądze, oprócz polityków, czyli marionetek w rękach „trzymających władzę”?  Przecież tzw. klasę średnią systematycznie, na całym świcie zresztą, się likwiduje. Oczywiście w tej sytuacji pieniądze przyznają ci, co dysponują odpowiednimi funduszami i są w stanie wykupić dany patent albo zablokować jego realizację, poprzez organa zwane państwowymi. Ewidentnym przykładem jest tutaj sprawa p. Kluski i jego Olimpusa. Dzięki skutecznemu działaniu WSI,  to znaczy chciałem napisać Urzędowi Skarbowemu, Olimpus przestał istnieć, a jego miejsce, jak każdy może zobaczyć na półkach sklepowych, przejął Dell.

To szastanie liczbą nowych wyższych szkół w Polsce, a  jest ich ok. 470 na 35 milionów obywateli, a np. w Niemczech tylko 80 na ok. 90 milionów mieszkańców, oraz tytułomania powodują, że instrukcje w postaci wytycznych, są jedną wielką dezinformacją. Skutecznie przekształcono szkoły i uniwersytety w urawniłowkę, zgodną z aktualnie obowiązującą poprawnością polityczną.

Ta poprawność polityczna sprowadza się do głoszenia tez, nie tyle prawdziwych, co mających uzasadnić ściąganie podatków. Oczywiście, aby się ludziska nie buntowali, to ci znani telewizyjni naukowcy wymyślają uzasadnienia do najgłupszych teorii i teoryjek.

Wystarczy przytoczyć sprawę tzw. efektu cieplarnianego. Kiedy to garstka celebrytów ze służb specjalnych, na jawnych posadach, organizuje konferencje „naukowe” i wydaje instrukcje do szkół w sprawie rzekomej szkodliwości CO2.

Zupełnie nie ma znaczenia, że ludzkie spalanie, to pomijalnie mały procent produkcji dwutlenku węgla. Ludzie oddychając wydzielają ponad 30% więcej dwutlenku, aniżeli spalając w samochodach, samolotach, czy piecach. Mało tego, mówi się ciągle o spalaniu przez społeczeństwo, ale nie podaje się, że 60% paliw zużywa wojsko. I nikt tam oszczędności nie poczynia.

Żaden z owych nowomianowanych profesórków nie zabierze głosu i nie zaprzeczy tej jawnej głupocie. A nauczyciele wszelkiej maści, od szkół podstawowych, do uniwersytetów, powtarzają te dyrdymały o wpływie człowieka na klimat. No cóż, wyraźnie widać, jak skuteczne były „reformy” prowadzone przez fachowców, od lat 70-tych.

I zupełnie nie mają znaczenia nawet wystąpienia oficjalne instytucji naukowych, jak na przykład NASA, która w czerwcu ubiegłego roku opublikowała raport, że człowiek nie ma żadnego wpływu na klimat Ziemi. W kilka miesięcy potem Minister Środowiska w Polsce wyłudził w budżetu 100 milionów złotych na „zakąski” pod nazwą Konferencja Klimatyczna.

Tak to wprowadzenie testów spowodowało, że myślenie samoistnie uległo zanikowi. Własne obserwacje wskazują, że student, czyli osoba po maturze, jak ma rozwiązać zdanie typu „odpowiedź prawdziwa 1, 2, 3”, to je rozwiąże, ale jak jest podane „czerwony, czarny, niebieski”, to stoi z rozdziawioną gębą i nie wie, co robić. Najbardziej ograniczone myślenie mają absolwenci tzw. matur międzynarodowych, którzy wprost wyjaśniają, że oni tego nie mieli, więc jakim prawem zadajemy im takie pytania.

Ale „nasze” ministerstwo chcąc ich „uszlachcić”, pozwala  wybierać studia bez egzaminów.

Rozdawnictwa tytułów naukowych, czyli azjatyckiego sposobu formowania elit, nie wprowadzili komuniści, jak to podaje p. Józef Wieczorek, http://blogjw.wordpress.com/ ale Austriacy, sprzedając na prawo i lewo tytuły, po wymordowaniu polskiej szlachty, w tzw. Mordach Galicyjskich, pierwszym Ludobójstwie w Europie, inaczej zwanym Rabacją w 1846 roku. Ponad 5000 osób wymordowano płacąc po 10 halerzy za głowę, a za żywego dawano tylko 5 halerzy. Do dnia dzisiejszego potomków tych bandytów w Małopolsce nazywa się pilarzami, od przecinania na pół piłami mordowanych ludzi, co później szeroko stosowali upowcy, także szkoleni w Wiedniu przez Abwehrę, tzw. mielnikowcy.

Te wymienione czynniki są wspierane bardzo potężnie przez przejęcie prasy naukowej i zmonopolizowanie jej w jednym ręku. W Polsce taki monopol ma firma Elsevier, która obsługuje ponad 30 milionów naukowców i pracowników służb zdrowia  i informacji na całym świecie. Wydawnictwo to ma 2200 tytułów czasopism naukowych, 20 000 produktów edukacyjnych w 24 krajach. W Polsce reprezentuje ich Urban & Partner, wydający większość czasopism medycznych. Innym takim wydawnictwem jest Medycyna Praktyczna, której głównymi sponsorami są GSK, Merck, Sanofil, czy Novartis,  główne koncerny szczepionakrskie.

Nie trzeba być specjalnym ekonomistą, aby wiedzieć, że to dział marketingowy decyduje, jaki artykuł jest dobry a jakiego publikować nie wolno. Już w 1992 roku naczelny redaktor BMJ powiedział, że nie można znaleźć recenzenta, którego zaakceptowałby przemysł farmakologiczny.

Znając te fakty, zdziwienie budzi ciągle powtarzany przez niektórych profesórów slogan, że czasopisma recenzowane – czyli cenzurowane – są lepsze od np. internetu. Ale można się domyśleć, że człowiek, który rozumie swoją miałkość, dowartościowuje się tytułem administracyjnym, lub innym. Albo liczy sobie punkty.

W sytuacji opisanej powyżej zupełnie jasne stają sią wyniki Raportu Instytutu Badań Edukacyjnych „Szkoła Samodzielnego Myślenia” [Wprost 15.02.2014].             Według tych badań tylko 2% uczniów potrafiło bezbłędnie zinterpretować tekst i użyć do tego logicznej argumentacji. Ale całkowitą interpretację tekstu przeprowadził tylko 1 promil uczniów szkół podstawowych i 2 promile gimnazjalistów. Czyli 1 na 1000 rozumie, co czyta. Dobitnie potwierdzają to wpisy internautów pod tekstami [nie mówię o trolach].

Nie jest to dziwne, ponieważ  jak twierdzą PT Autorzy, duża część nauczycieli także miała problemy ze zrozumieniem tekstu. Jak wykazałem na przykładzie tzw. efektu cieplarnianego, praktycznie 100% nauczycieli  nie rozumie tego zagadnienia, ponieważ we wszystkich szkołach postępuje ta indoktrynacja. Przecież muszą potem, jako dorośli, bez oporu płacić podatek od tego dwutlenku węgla. Widzimy to doskonale, obserwując „naszych” posłów.

Problem z medycyną pogłębia fakt finansowania wszelkich badań naukowych przez przemysł farmakologiczny. Ponad 50 % badań jest sponsorowanych, a biorąc pod uwagę całość, tj. finanse, karuzelę stanowisk oraz wydawnictwa, można powiedzieć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że żadna praca przeciwna przemysłowi nie ma prawa ukazać się drukiem. Czasami zdarzają się „pomyłki”, ale pod naciskiem przemysłu, wydawnictwo szybciutko wycofuje taki artykuł, oczywiście z dużym rozgłosem prasowym. Jako oficjalną przyczynę wycofania takiego krytycznego dla przemysłu artykułu, podaje się np. rzekomo nieetyczne podejście autora do badań, ponieważ dawał dzieciom cukierki.

Ustalono, że na 73 badane prace dotyczące działania leków, publikowane w najbardziej prestiżowym czasopiśmie medycznym New England Journal of Medicine, pomiędzy sierpniem 2011, a sierpniem 2012 roku, aż 60 było finansowanych przez przemysł. A w przypadku 50 artykułów, współautorami byli pracownicy firmy produkującej dany preparat. W kolejnych 37 publikacjach główny autor był wręcz odbiorcą grantu tego producenta leku. Jakie są tego konsekwencje, musisz sam Szanowny Czytelniku sobie wyobrazić. Ale ten periodyk – NEJM – dociera do co najmniej 600 000 lekarzy na całym świecie i jest licznie przedrukowywany.

Tak totalnego prania mózgu przeciętny umysł spracowanego na wielu etatach lekarza w Polsce na pewno nie zniesie. Nie dziw się więc, że będzie taki medyk opowiadał to, co opowiada.

Powoduje to silne dewiacje umysłowe, takie jak:

– sceptycyzm względem wszystkiego, czyli twierdzenie, że prawda jest nierozstrzygalna,

– agnostycyz, czyli twierdzenie, że nie można wykazać, że prawda jest nierozstrzygalna,

– realatywizm poznawczy, czyli twierdzenie, że prawda jest stopniowana, zmienna i zależy od tego, kto i kiedy ją głosi. Czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Konkretnie – lekarz pacjentowi sprzedaje lek, którego sam nigdy by nie brał.

W medycynie odnosi się to do tzw. mody na dany lek, metodę leczenia, czy teorię naukową.

Na przykład pomimo odkrycia leptonów w 1995 roku, polscy dietetycy i specjaliści od żywienia nadal powtarzają nieprawdziwe teorie o szkodliwości tłuszczy i cholesterolu. I zupełnie nie ma dla tych osób znaczenia, że ich teoria powstała ok. 60 lat temu, czyli ponad dwa pokolenia wstecz.

Oni nadal, tak jak w sekcie, wierzą w to, co im kiedyś powiedziano.

Takich teorii – dogmatów w medycynie jest dużo w każdej epoce. W okresie ostatnich 50 lat przemysł wytwarza je wręcz na pęczki. Zamiast jednostki chorobowej tworzy się wyimaginowany wskaźnik badania laboratoryjnego, którego podwyższenie, lub obniżenie u danego chorego, jest rozpoznawane jako choroba. Oczywiście przemysł ma już przygotowane lekarstwo, które wystarczy kupić i wszystko jest w porządku. A jak za mało ludzi ma ten wskaźnik zmieniony? To zmienia się normę i obniża wskaźnik. Tak postępowano od 20 lat z cholesterolem. W latach 70-tych ubiegłego wieku norma wynosiła do 250 mg, ale ewentualne leczenie rozpoczynano od wartości powyżej 400. Potem obniżono normę na 200, przed 10 laty już starano się wmówić, że norma wynosi tylko 150, a obecnie sugeruje się, że nie powinna być wyższa aniżeli 100 mg.

Problem polega na tym, że cholesterol, to jest m.in Twój mózg, Szanowny Czytelniku. Jak go sobie sam obniżysz o 50 %, to będziesz płacił i nie zadawał głupich pytań „swojemu” lekarzowi.

Niestety tak się ostatnio składa, że najwięcej takich z sufitu wyciąganych teorii medycznych stwierdza się u kardiologów. W ostatnim 20-leciu kardiolodzy w Polsce rozpoczęli walkę z cholesterolem, z solą, z nadwagą, i dziesiątkiem innych problemów.

Równolegle idzie straszenie, że najbardziej niebezpieczne są właśnie choroby serca i najwięcej ludzi umiera z ich powodu.

Trudno to uczciwie potwierdzić, ponieważ nie wykonuje się od wielu lat sekcji w szpitalach, a to były jedyne prawdziwe dane. Obecnie dane „podrabia” się pod NFZ i jego punktację. Tak więc żadne uczciwe statystyki nie istnieją. Opieramy się tylko na szacunkach.

Nawet prasa ostatnio to zauważyła: „Plaga zawałów, czy żądza zysku” Gazeta 3.04.2013. NFZ, tylko wrocławski, zauważył wzrost liczby zawałów pomiędzy 2009 a 2010, z 12.800 do 14.700, a wzrost kosztów odpowiednio ze 154 milionów, do 181 milionów. W tym samym okresie, w liczniejszym województwie mazowieckim, wydatki na leczenie zawałów serca wzrosły ze 120 milionów do 132 milionów, i to w okresie 4 lat, a nie jednego roku.

P.S. Od 1880 roku monopol prasowy jest trzymany przez konsorcjum Rothshield. W ten prosty sposób wszystkie gazetki i gazety mają mniej więcej ten sam zakres informacji. Niepoprawne politycznie informacje są przemilczane, a właściwe nagłaśniane. Stąd także rozbicie prasy w poszczególnych krajach na lokalne dzienniki. Powoduje to powstanie rozbicia” dzielnicowego” . Afery nagłaśniane lokalnie nie przeszkadzają “politykom” na robienie karier w innych regionach. Dlatego np. w Polsce przewozi się “polityków” przed wyborami, do różnych województw. Ustanowienie prawa, że można być posłem tylko z regionu w którym się mieszka znacznie utrudniłoby manipulacje.

Przykład obecny: nigdzie nie można znaleźć zdjęć ludzi rzekomo zatrutych gazem w Syrii, a to wg różnych źródeł od 1600 do ponad 4000 ludzi.. Tak zwykle chętni reporterzy nie opublikowali ŻADNEGO zdjęcia. To jedno przedstawiające dzieci, nie jest zdjęciem osób zatrutych gazem bojowym. Jeżeli to w ogóle są ludzie.

PS. Ciekawe kogo moje prace tak bulwersują, że jak mi podali Czytelnicy powstałą już kolejna strona “krytykująca je”. Przecież utrzymanie strony kosztuje, ktoś opłaca “człowieka”, opłaca abonament?\

Upadek edukacji na przykładzie chorób serca cz.2

Cytuję: „Ostatnio zabrał głos na łamach  „tv.rp.pl” 8.04.2014 18.31 prof. dr Mirosław Jarosz, gastroenterolog, na temat szkodliwości soli w codziennym żywieniu. Czegóż to p. profesor nie twierdzi! A że to 50% udarów mózgu, zawałów serca, jest spowodowanych solą, 25- 30 % przypadków raka żołądka powoduje sól w jedzeniu. Sól rzekomo sprzyja otyłości wśród dzieci i młodzieży, powoduje wzrost tłuszczu. Wszystko dokładnie w schemacie, jaki podałem przed laty w pracy pt: „Medycyna strachu”.

Trudno sobie wyobrazić większe pomieszanie z poplątaniem.

Po pierwsze, pojęcie sól nie jest pojęciem naukowym, chemicznym, tylko gwarowym. Np. sól himalajska zawiera aż 87 innych związków. W soli naturalnej jest kilkanaście związków. Szczególnie istotny jest stosunek potasu do sodu, który w naturalnej soli wynosić może nawet 16:1. Natomiast to, co my kupujemy, to jest sól sztuczna -NaCl- otrzymywana przez suszenie w temperaturze sięgającej nawet powyżej 1000 stopni C.

Niestety, żadna z prac wykonywanych na zlecenie przemysłu i wojska [do tego powrócę] nie precyzuje, jakie badania przeprowadzono. Czyli, czy odnoszono się do związku z chorobami serca sodu, czy soli?

Po drugie, to, co nam dają, szczególnie w przetwarzanych produktach, nie ma nic wspólnego z solą naturalną, stosunek bowiem sodu do potasu wynosi jak 1:4. Badania natomiast wykazują, że to potas jest tym odpowiedzialnym zarówno za nadciśnienie, jak i za choroby serca. I to niedobór potasu odpowiada za nadciśnienie.

Co prawda w 2010 roku opublikowano dane, jakoby nadciśnienie było przyczyną ponad 2 milionów zgonów na całym świecie, ale dane były z sufitu i nikt uważający się za naukowca, nie powinien się na takim szacunku opierać. Autorzy tego nowoorleańskiego Raportu podali także, że 40 % zgonów przedwczesnych było z powodu choroby niedokrwiennej serca, a 41 % z powodu udaru. Jest to znowu pomieszanie z poplątaniem, ponieważ  autorzy przeanalizowali 247 wybranych prac z lat 1990 – 2010, nie podając żadnych kryteriów, jakimi się kierowali wybierając te, a nie inne prace.

Można się domyślać, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że wybrali głównie prace anglojęzyczne. Ale w pracy znajdowało się doniesienie z Kazachstanu. Każdy, nawet średnio zorientowany czytelnik wie, że żywienie w Kazachstanie jest zupełnie inne, aniżeli w Nowym Jorku. Porównywanie w rodzaju  „serce – sól”  jest bezmyślne. Zupełnie inne czynniki mogą występować w Kazachstanie, a zupełnie inne w Nowym Jorku, chociażby pył, przetworzona żywność, hałas, pola elektromagnetyczne itd. Autorzy tego raportu nawet nie zająknęli się na temat polipragmazji różnych czynników.

Wiadomo, że największy wpływ na zawał mięśnia serca ma przepracowanie i stres. A w omawianym Raporcie nie został on nawet poruszony, jako czynnik ryzyka. Rodzaj soli konsumpcyjnej jest zupełnie inny w USA, niż w krajach azjatyckich.

W krajach uprzemysłowionych sól jest przetworem, zawierającym około 97% chlorku sodu, ale zawiera także absorbenty wody, takie jak żelazocyjanek, glinokrzemian. Wiadomo z toksykologii, że związki te są truciznami, których w naturalnej soli nie ma.

Rodzi się więc pytanie, w jaki sposób PT Autorzy tego raportu dokonali analizy, co tak naprawdę powoduje nadmiar przyjmowanych związków toksycznych i jak dokonali selekcji czynników toksycznych.

Poza tym, z innych badań wynika, że ryzyko chorób serca jest o 56% wyższe w grupie spożywającej mało soli.

Udowodniono bezspornie, że przyczyną otyłości są dodatki słodzące, takie jak chlorowcopochodne fruktozy, będące 400 – 600 razy słodsze aniżeli sacharoza. Cały przemysł cukierniczy bazuje tylko na tym preparacie słodzącym. Autorzy w ogóle nie zwrócili na to uwagi. Podobnie zresztą jak „nasz” gastroenterolog.

Chlorowcopochodne fruktozy dodaje się jako słodziwo do wszelkich sprzedawanych produktów z powodu niskiej ceny. Nawet fałszuje się nazwę pisząc, że produkt jest słodzony cukrem naturalnym, ponieważ faktycznie fruktoza jest cukrem naturalnym, ale nie ta chlorowcopochodna.

Szlak metabolizmu fruktozy w organizmie jest zupełnie inny, aniżeli sacharozy, czy glukozy. Stąd otyłość i wzrost poziomu cukru, oceniany jako cukrzyca.

Aż 75% posiłków dla dzieci i młodzieży zawiera różne związki soli przetwarzanej. Jeżeli dziecko od maleńkości jest w ten sposób trute, to trudno się dziwić, że po latach ma nadciśnienie.

Z moich własnych, ponad 20-letnich obserwacji chorych cukrzycowych z owrzodzeniami, wynika jednoznacznie, że odstawienie wszelkiego rodzaju batoników, napojów butelkowych, jogurtów i innych produktów kupowanych w hipermarketach, plus wzbogacenie diety o witaminę K-2 [ 300 – 500 mcg] pozwala w okresie 6-9 miesięcy wyzdrowieć choremu z cukrzycą typu II, nawet pobierającemu wcześniej insulinę.

Twierdzenie, że to sód jest przyczyną wszelkiego zła sercowego, jest wyraźnie naciągane i niepotwierdzone badaniami. Teoria ta ciągnie się od lat 40 i pomimo minięcia 2 pokoleń nie została udokumentowana.  Dlaczego?

Pozwala ona natomiast przerzucić odpowiedzialność za chorobę z producentów tego rodzaju produktów spożywczych, na konsumenta. „To przecież ty, głupi ludziku, jesteś sobie winien, ponieważ jesz za dużo soli”.

Proszę zauważyć: mamy instytucje państwowe, w rodzaju Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego -NIZP, który tak zajadle ściga biedne matki, nie chcące szczepić dzieci, a pomija całkowitym milczeniem producentów big-foodów, trujących ludzi solą.?

To właściwie dla kogo oni pracują i przez kogo są opłacani? Podobno z naszych podatków. Czyżby w rzeczywistości było inaczej?

Ja w każdym bądź razie nie znalazłem, w okresie ostatnich 10 lat, ani jednej wzmianki, aby kiedykolwiek, czy to Główny Inspektor Sanitarny, czy NIZP, kiedykolwiek wszczął kampanię przeciwko truciu ludzi w zakładach masowego żywienia, przez producentów tych „solonych” potraw.

Dlaczego Oni tego nie widzą?

Mogą być dwie opcje. Albo cała ta afera jest zwykłym odwracaniem kota ogonem i ma zaciemnić, czy też odsunąć podejrzenia od prawdziwych sprawców chorób serca, albo są to przyczyny pozamerytoryczne i leżące poza granicami kraju.

O tym, że może to być fałszywa flaga, świadczy bezmyślne przyjęcie przez stomatologów informacji, że podawanie fluoru, rzekomo zapobiega próchnicy. Oczywiście już w 1940-tych latach udowodniono, że jest to literacka fikcja. Był to jednakże łatwy sposób na pozbycie się wyjątkowo toksycznego kwasu fluorowodorowego, powstającego przy produkcji aluminium i uranu. Po co płacić grube pieniądze za składowanie, kiedy można wmówić mniej wartościowemu ludkowi, aby to zjadał, oczywiście dla własnego dobra. I proszę zauważyć, w Polsce nadal stosuje się fluoryzacje w szkołach i jest cała masa dentystów sprzedających taką usługę. Wystarczy w Googlach wpisać pojęcie fluoryzacja. I znowu Główny Inspektor Sanitarny nie chce pokazać, za co bierze pensję.

W podobny sposób zresztą „utylizuje” się inne toksyczne produkty. Na przykład w Gdańsku firma francuska SAUR, odpady z oczyszczalni ścieków składuje na wysypisku innych odpadów poprodukcyjnych Gdańskich Zakładow Fosforowych, na wysokości ok. 50 m nad poziomem morza. Jak wiadomo, nad morzem wieją wiatry zwane bryzami. Wiatr taki, wiejący z prędkością nierzadko powyżej 10 m/s, rozwiewa ten pył na odległość do 30 – 40 km. A ludziska muszą to wdychać. Dlatego województwo ma największy współczynnik zgonów na nowotwory, dochodzący do 17500 zgonów rocznie. Natomiast NFZ przeznacza na leczenie tych raków ok. 100 milionów złotych, to znaczy na co [100 – 200] któregoś tam chorego. Przeważnie kolejki ludzi z wykrytymi nowotworami, czekającymi na podjęcie leczenia, są kilkumiesięczne. Co to znaczy przy raku, nie trzeba przypominać. I znowu, nikomu, ani radnym, ani posłom, ani urzędom, ani uczelniom, nikomu to nie przeszkadza.

Mało tego, nawet sędziowie, np. Machoy z Sądu Okręgowego, nie uważają tego problemu za istotny i uniewinniają GZNF od odpowiedzialności za trucie środowiska.

Z drugiej strony są liczne prace naukowe, wskazujące na lecznicze działanie głogu w chorobach serca. Ostatnio New York Heart Asssociaton przedstawił wyniki badań, oparte na 850 chorych na serce osobach, otrzymujących ok. 1000 mg ekstraktu z głogu. Okazało się, że ekstrakt z głogu poprawił stan zdrowia chorych w zdecydowany sposób, o wiele lepiej, aniżeli placebo. Chorzy otrzymujący ekstrakt z głogu, po 10 tygodniach przyjmowania, wykazali się o wiele lepszą tolerancją na wysiłek, zmniejszoną duszność i zmęczenie. Ekstrakty z głogu wykazały istotny, jak oceniają badacze, drastyczny spadek ciśnienia rozkurczowego krwi. Ekstrakty z głogu były skuteczniejsze, aniżeli np. lek o nazwie Captopril.

I teraz proszę, wytłumacz sobie, Szanowny Czytelniku, dlaczego NFZ refunduje lek o nazwie Captopril, a nie refunduje ziół?

Dlaczego lekarze są szkoleni w przepisywaniu chemii, a nie w ordynowaniu leków ziołowych?

Dlaczego Twoje, przymusowe składki na NFZ, są marnowane na zapełnianie kasy prywatnych monopolistów Big-farmy, a nie na znacznie tańsze zioła?

Wręcz kryminalną aferą jest sprawa wycofania w latach 80-tych leku o nazwie strophantyna, niezbędnego w leczeniu chorych sercowych. Zamiast skutecznego i znanego od wielu pokoleń leku, po dekadzie wprowadzono bardzo kosztowne leczenie kardiochirurgiczne. Problem w tym, że leczenie strofantyną powodowało śmiertelność rzędu 3-4%, a leczenie by-pasami, czy stentami, powoduje śmiertelność rzędu 47%.

Czyli w majestacie „ekspertów” wprowadzono eutanazję medyczną. I to wszystko dzieje się w majestacie prawa i „naszych” urzędników od NFZ, ustalających takie procedury. Ale czego wymagać od absolwenta kursów pomaturalnych, zwanych licencjatami?

Co to ma wspólnego z wojskiem? Ponieważ, na przykładzie tylko chemtrials, wiemy o czarnym budżecie naszego biednego kraju. Wiemy, że ten czarny budżet idzie na rozmaitego rodzaju eksperymenty także medyczne. Afera z fluorem, wskazuje jednoznacznie że stoi za tym przemysł wojskowo-zbrojeniowy.  Do czasu ujawnienia tzw. eksperymentów wojskowych zupełnie nie mamy możliwości analiz przycyzn i skutków.

Przypisy:

https://www.elsevier.com/

http://naszeblogi.pl/30431-dr-jerzy-jaskowski-fluor-cichy-zabojca

http://www.polishclub.org/2013/12/13/dr-jerzy-jaskowski-fluor-a-trucie-ludzi/

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=11252&Itemid=53

http://www.youtube.com/watch?v=mj1xh8gG5qo

http://www.youtube.com/watch?v=D6fIKkOLQZM

http://gdansk.naszemiasto.pl/archiwum/umieramy-na-raka,1448942,t,i

http://gdansk-wyspa-sobieszewska.mojeosiedle.pl/viewtopic.php?t=2623

http://niepoprawni.pl/blog/3129/jaruzel-tw-wolski-margulis

https://marucha.wordpress.com/2012/07/05/ponura-prawda-o-jaruzelskim/

https://prawda2.info/viewtopic.php?t=9997

http://wirtualnapolonia.com/2011/01/05/dr-jerzy-jaskowski-falszywi-bohaterowie/

http://www.frech.org.pl/historia/106-falszywi-bohaterowie-a-masoneria-cz-1.html

http://3obieg.pl/dr-jerzy-jaskowski-czi-niewiedza-jest-grzechem

http://www.polishclub.org/2014/02/11/dr-jerzy-jaskowski-polska-historia-czy-na-pewno-polska-czesc-1/

http://www.polishclub.org/2014/04/11/dr-jerzy-jaskowski-dziwni-historycy-ukraina-dezinformacja-czesc-i/

http://www.polishclub.org/2014/04/15/dr-jerzy-jaskowski-dziwni-historycy-ukraina-dezinformacja-czesc-ii/

http://alexjones.pl/pl/aj/aj-inne/aj-historia/item/26433-historycy-„ukraina”?-rebelia-szeli-chmielnickiego-i-inne-czii

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=11807&Itemid=119

http://www.polishclub.org/2013/05/31/dr-jerzy-jaskowski-statyny-nie-dziekujemy/

http://www.polishclub.org/2013/12/23/kardiologia-statyny-szamanizm/

http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/statyny_wiara,p299056270

http://iddd.salon24.pl/423062,wspolczesna-medycyna-dr-j-jaskowski-cz-i

http://3obieg.pl/wspolczesna-medycyna-dr-jerzy-jaskowski-cz-iii

http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/cukrzyca_a_sprawa_polska_2,p1733429280

http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/cukrzyca_a_sprawa_polska_1,p1228589357

http://wolnemedia.net/author/dr-jerzy-jaskowski/page/4/

http://przychodnia.pl/nadcisnienie/index25.php3?s=3&d=3&t=25&p1=0

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/domowa-apteczka/glog-poprawia-prace-serca-obniza-cisnienie-wzmacnia-i-uspokaja_37797.html

http://zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/1,105912,83748.html  161 000 rekordow?

http://www.profident.pl/klinika/profilaktyka/fluoryzacja.aspx  reklama

http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2012/04/05/angioplasty-on-heart-disease.aspx

http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2012/10/15/statin-drugs-on-coronary-disease.aspx

PS. Jak łatwo rozpoznać „funkcjonariusza” na blogach? Otóż podstawową zasadą dezinformacji jest wpisywanie treści oderwanych od meritum problemu. Zamiast dopisywać, czy krytykować materiał zamieszczony w artykule, mądrzy inaczej i opłacani osobnicy wpisują różne bzdety na temat braku przysłowiowych przecinków w tekstach, stylu artykułu, literówki  itd.

Kolejnym sposobem dezinformacji jest odrywanie dyskusji od meritum, a nawiązywanie ad personam. Jest to stały i stary sposób działania. Musimy pamiętać, że przemysł farmaceutyczny zatrudnia całe stada użytecznych idiotów. Podważanie zaufania do autora jest najtańszym sposobem odwracania uwagi od tematu. No, a jak autor jest niewiarygodny, to per analogiam i tekst musi być fałszywy.

Pisanie rozmaitych bzdur nie wymaga podania żadnego dowodu. Proszę zauważyć, że takie wpisy nigdy nie powołują się na wyniki badań, na analizy epidemiologiczne itd. Dla takiego osobnika są natomiast źródłem łatwych pieniędzy. Gdyby musiał np. leczyć ludzi, to zawsze musiałby się liczyć z niepowodzeniem. A w przypadku pracy dla przemysłu liczy się sprzedaż, a nie dobro chorego. Więc może pisać i mówić największe głupoty i jest bezkarny.

Autor: dr Jerzy Jaśkowski

ZAWAŁ SERCA POWSTAJE ZUPEŁNIE INACZEJ!

Zawał serca: przyczyny, leczenie i profilaktyka

„Medycyna akademicka twierdzi, ujmując to w sposób uproszczony, że przyczyną zawału jest arterioskleroza (zatkanie żył). Zablokowane naczynie krwionośne nie może zaopatrywać przyległego terenu w krew, czego skutkiem jest niedobór tlenu i związany z tym zawał. Dużą rolę odgrywa przy tym ponoć cholesterol. Jego zbyt wysoki poziom przyspiesza powstawanie zatorów.

Bardzo wielu uznanych na całym świecie naukowców uważa to za oczywisty nonsens!

Przy ponad 10 000 obdukcji przeprowadzonych w USA stwierdzono, że tętnice były zatkane u podstawy serca, powodujące śmierć obumarcie tkanek miało jednak miejsce na szczytach serca. Udowodniono następnie, że zatory zazwyczaj powstawały dopiero po wystąpieniu zawału. Niezależnie od tego, pomimo stosowania dużej ilości „nowoczesnych” środków rozszerzających naczynia krwionośne, ilość zawałów ciągle wzrasta. Pomimo wszystkich apeli zdrowotnych i reklamy margaryny, pomimo fali joggowania i coraz bardziej zmniejszającej się liczby palaczy, coraz częściej dochodzi do zawału. Nie pomagają także takie nowe techniki jak katetery balonowe. Również i bypassy działają zazwyczaj tylko przez krótki czas.

Przedstawmy teraz obydwa spojrzenia na tę tematykę (medycyny akademickiej i tej przez nią zwalczanej):

Medycyna akademicka: Zawał powstaje na skutek zatkania ważnych tętnic. Ten zator tworzy się albo powoli i prowadzi do nasilającej się anginy pectoris (nagłe bóle serca w okolicy mostka, promieniujące w lewe ramię), po czym następuje całkowite zatkanie i dochodzi do zawału. Zator może jednak też powstać nagle, niepoprzedzony dolegliwościami, na skutek skrzepu krwi gwałtownie zamykającego światło naczynia i prowadzącego do zawału.

Udowodniona ostatnio teoria wielu uznanych naukowców mówi jednak: Zawał powstaje w 99% przypadków w lewym mięśniu serca. Ten mięsień jest zakwaszony (tak jak w przypadku bólu innych mięśni po wysiłku) przez zbyt dużą ilość kwasu mlekowego. Jednakże w przeciwieństwie do np. mięśnia nogi, serce nie potrafi w pewnych przypadkach tego kwasu odpowiednio szybko usunąć. Na skutek tego dochodzi do obumarcia komórek mięśni serca, w najgorszym przypadku – do zawału. Dolegliwości serca i związane z nimi symptomy powstają w uszkodzonej lewej komorze serca. Zwężone naczynia krwionośne nie prowadzą do zawału lecz zawał doprowadza w konsekwencji do zatkania się arterii. Na skutek zgrupowania obumarłych komórek krew przestaje płynąć i zaczyna krzepnąć.

Może ktoś teraz powiedzieć, że to wszystko jedno, w jakiej kolejności to następuje. Bynajmniej! Wynika z tego całkiem inne podejście do zapobiegania i leczenia.

Zawał jest killerem numer 1 na świecie. Co roku umiera na niego tylko w Niemczech 150.000 ludzi. Nie ma na Ziemi żadnej innej choroby, która tak niespotykanie się rozprzestrzeniła jak ta. AIDS jest w porównaniu z nią tylko małym problemem. Na przestrzeni ostatnich 50 lat liczba zgonów na skutek zawału zwiększyła się ponad 10-krotnie! Ilość śmiertelnych przypadków wśród chorych na raka w tym czasie jedynie się podwoiła. Liczba ludzi z naprawdę chorymi arteriami wzrosła w przeciągu ostatnich 100 lat (!) jedynie 2,5-krotnie. W tym samym czasie częstość powstawania zawału powiększyła się 100-krotnie. Co to oznacza? Częstość i intensywność zwapnienia naczyń krwionośnych zwiększyła się jedynie nieznacznie, dramatycznie wzrosła jednak liczba zawałów serca.

Ten nieprawdopodobny wzrost, ta prawdziwa plaga cywilizacyjna tym bardziej dziwi, gdy zdamy sobie sprawę z tego, ile stosujemy środków prewencyjnych i „pomocnych” lekarstw.

.

Medycyna przedstawia nam 7 czynników ryzyka lub też przyczyn zawału serca:

-Podwyższony poziom cholesterolu
-Za mało ruchu
-Podniesiony poziom mocznika we krwi
-Nadwaga
-Podwyższony poziom cukru we krwi
-Palenie
-Nadciśnienie

Ad 1: Cholesterol nie ma w ogóle żadnego wpływu na arteriosklerozę. Cała kampania na rzecz zdrowych, nienasyconych kwasów tłuszczowych jest olbrzymim posunięciem reklamowym przemysłu margarynowego. Do tego gigantycznego biznesu podłączył się następnie przemysł medyczny z lekarstwami obniżającymi poziom cholesterolu. Bezużyteczne, a często śmiertelnie groźne preparaty (np. Lipobay). Człowiek z podwyższonym poziomem cholesterolu nie jest zagrożony zawałem, ponieważ arterie nie są zatykane przez tłuszcz.

Ad 2: Inwalidzi, ludzie sparaliżowani, przykuci do łóżka, jeżdżący na wózkach inwalidzkich i ludzie, którzy nie uprawiają żadnego sportu, wcale nie mają więcej zawałów niż inni. To wyraźnie pokazuje statystyka. Poza tym, w ostatnim czasie coraz częściej słyszymy o nagłej a spowodowanej zawałem śmierci młodych sportowców.

Ad 3: Twierdzenie, że mocznik (mogący również wywołać gościec) podwyższa ryzyko zawału, nie wytrzymuje w dzisiejszych czasach krytyki i prawie całkowicie zniknęłó z listy argumentów medycyny.

Ad 4: Nawaga nie ma niczego wspólnego z uszkodzeniem mięśnia serca. Pewien niemiecki naukowiec wyszukał ze swego archiwum wszystkie przypadki pacjentów z zawałem. Stwierdził, że ci właśnie pacjenci, którymi zajmował się przecież przez kilka dziesiątek lat, charakteryzowali się średnio wagą poniżej idealnej.

Ad 5: Cukrzyca niesie ze sobą olbrzymie zakwaszenie organizmu. To zakwaszenie jest rzeczywiście niebezpieczne dla pacjentów. Ryzyko zawału jest wtedy większe, ale nie z powodu arteriosklerozy (medycyna akademicka) lecz z powodu niedostatecznego odkwaszenia mięśnia serca. Trzeba więc stosować zupełnie inną terapię.

Ad 6: Badania przeprowadzone na 15 000 pacjentach z zawałem nie wykazały żadnej różnicy. Można co prawda założyć, że palenie uszkadza nie naczynia wieńcowe lecz mięsień serca i dlatego prowadzi do zawału. Ale tak nie jest. Okazało się, że wśród pacjentów było nawet więcej osób niepalących niż palaczy. Aby uniknąć nieporozumień: nie ma to zachęcać do palenia. Palenie nie zwiększa ryzyka zawału, uszkadza za to inne organy i zwiększa ryzyko raka płuc lub krtani.

Ad 7: Również przy niskim ciśnieniu może wystąpić zawał. Nadciśnienie uszkadza na przestrzeni czasu mięsień serca, nie ma to jednak nic wspólnego z teorią zatkanych arterii. Jeśli ludzie cierpiący na nadciśnienie zadbają o to, by nie wystąpiło zakwaszenie organizmu, mogą długo żyć z tą dolegliwością. Lekarze radzą ograniczyć wtedy spożycie soli. W Japonii je się o wiele więcej soli niż u nas. Ilość zawałów jest tam jednak dużo niższa. W zasadzie trzeba by więc było spożywać więcej soli…!

Tę polemikę z „siedmiogłowym smokiem” prowadził dr Berthold Kern. Opublikował ją w książce „Mikrowellen und Herzinfarkt” (Mikrofale i zawał).

Doktor Kern był internistą i kardiologiem w Stuttgarcie. W swoich pracach badawczych i terapiach przeprowadzonych na tysiącach pacjentów udowodnił, że ani zawały, ani udary mózgu (wylewy) nie mają nic wspólnego z zatkanymi arteriami. Oczywiście, jego teoria i praktyka była w najostrzejszy sposób atakowana przez medycynę. Doktor Kern nie był jednak sam. Renomowany drezdeński naukowiec Manfred von Ardenne stał w pierwszym szeregu zwolenników przedstawionej powyżej odmiennej kolejności procesów podczas zawału.

.

Popatrzmy teraz, co stosuje medycyna akademicka w przypadku dolegliwości serca:

-Związki nitro przy bólach serca. To prawda, że nitro przynosi ulgę w bólu. Mamy tu jednak do czynienia z klasyczną trucizną dla komórek, a działanie wynika jedynie z faktu, że serce rozkłada kwas mlekowy aby chronić uszkodzone komórki. Związki nitro nie chronią przed zawałem, powodują za to jednak wypadanie włosów lub paradontozę (zanik dziąseł). Nitro pomaga tylko wtedy, gdy nie zaczęła się jeszcze reakcja łańcuchowa obumierania komórek mięśnia serca (zawał). Gdy ten katastrofalny proces już ruszył, nitro jest całkowicie nieskuteczne.

-Antagonisty wapnia są również stosowane przeciw bólom i łagodzą je, zmniejszając napięcie ścianki serca. Dzieje się tak poprzez utrudnienie wpływu wapnia do komórek mięśni serca. Obniża to ciśnienie krwi, osłabia jednak serce.

-Aby ponownie podnieść wydajność serca, podawany jest teraz zazwyczaj preparat digitalis. Ten środek, uzyskiwany z naparstnicy, skraca skurcze mięśnia serca, tzn. w pewnym zakresie podnosi jego wydolność, bo serce pracuje teraz szybciej. Tak jak koń wyścigowy popędzany pejczem. Na pewien czas wzrasta wydajność, aż do momentu załamania. Często dochodzi też do zatrucia digitalisem. Terapia z zastosowaniem tego środka nie powinna nigdy trwać dłużej niż 6 miesięcy, bo zmęczony koń roboczy nie może przecież być wiecznie popędzany batem. Niestety, w praktyce często wybiera się przeciwną drogę: gdy serce słabnie, podnosi się dawki digitalisu.

-Beta-blokery mają sens jedynie przy nadciśnieniu i obniżają ryzyko zawału jedynie u pacjentów cierpiących na tę dolegliwość. To nie są jednak wszyscy zagrożeni zawałem.

-Są jeszcze antykoagulanty (rozrzedzacze kwi), o których możemy jednak zapomnieć, bo zawał nie jest przecież spowodowany zamknięciem się arterii. Poza tym, są raczej niebezpieczne, bo obniżają krzepliwość krwi. Może się to okazać fatalne przy zranieniu lub wypadku. A poza tym, jaki miało by to sens? Krew krzepnie przecież po wyjściu z naczynia krwionośnego lub gdy dłuższy czas znajduje się w bezruchu w naczyniu. Jak długo krew płynie, nie dochodzi do jej krzepnięcia.

-Diuretyki (odwadniacze) działają zazwyczaj na początku efektownie, bo stosunkowo szybko znika obrzęk stóp itp. Jeżeli jednak nie uzupełniamy wymywanych z wodą minerałów (wapń, magnez, potas), prowadzi to do dodatkowego osłabienia serca. Powstaje niebezpieczeństwo nowego obrzęku (zbierania się wody w tkankach). Tak zamyka się błędne koło.

-Oprócz tego oczywiście operuje się. Ominięcie, czyli tzw. bypass, może złagodzić ciężkie dolegliwości, jeżeli naczynia krwionośne faktycznie tak się zawęziły, że nie ma innego wyjścia. Dzieje się to jednak o wiele rzadziej, niż można by było przypuszczać na podstawie olbrzymiej liczby operacji. W zdecydowanej większości przypadków (szacuje się ją na 98%) operacja bypassowa jest tak samo niepotrzebna, jak bzdurą by było wzywać hydraulika do wanny, w której przelewa się woda, zamiast wyciągnąć zatyczkę. Przyczyny dolegliwości serca leżą w uszkodzonej tkance lewego mięśnia serca i muszą być tam zwalczane, a nie przy dopływie, w arteriach.

Ostatnie rozwiązanie to przeszczep serca. W tych przypadkach tkanka jest bardzo często, również „dzięki” opisanym powyżej lekarstwom, już tak zniszczona, że nie ma innego wyjścia. Nie będziemy tutaj dyskutować, jakiej „jakości życia” można się potem spodziewać. Lepiej spróbować uniknąć tej ostateczności i co ważniejsze – zawału.

Istnieją metody poprawy, a nawet wyleczenia dolegliwości serca.

Medycyna nie korzysta z nich jednak. Również z ratującego życie preparatu, i to w czasach, gdy prawie połowa wszystkich zejść śmiertelnych jest spowodowana chorobami serca i systemu krążenia, a z tego znowu połowa to nagłe zawały serca. Są to kapsułki i każdy mógłby je przy sobie nosić i połknąć je natychmiast w przypadku ataku serca. Zapobiega on z największym prawdopodobieństwem śmiertelnemu przebiegowi zawału. Nie jest jednak przepisywany chorym, chyba że się tego uporczywie domagają! A wielu lekarzy ciągle nosi go przy sobie!

.

Strofantyna (Strophanthin) na zawał serca

Zanim przejdę do konkretnych wyliczeń, z których każdy powinien wyciągnąć wnioski dla samego siebie, jak może sobie sam pomóc, jeszcze krótkie stwierdzenie (dotyczące co prawda Niemiec, ale przypuszczam, że polskie prawodawstwo nie odbiega za bardzo od tego):

W Niemczech jest zabronione obiecywać komuś uleczenie. Następujące teraz opisy możliwości leczniczych przy różnych chorobach nie oznaczają, że znaleziony został kamień mądrości. Co prawda wiadomo, że podane tu rady w wielu przypadkach przyniosły poprawę lub wyleczenie, ale:

W przypadku żywych istot nie ma żadnej gwarancji jak w przypadku maszyn, w których wymienia się po prostu zepsutą część i wszystko musi znowu bezbłędnie funkcjonować. Żywe istoty reagują i rozwijają się czasami zupełnie inaczej, pomimo identycznych warunków, identycznego pożywienia czy tych samych lekarstw. Trzeba zamiast tego stwierdzić, że jest duże prawdopodobieństwo poprawy dzięki proponowanej metodzie. Obietnicy uzdrowienia nie można i nie wolno dawać.

Pomimo wszystkich rad dotyczących pożywienia i ruchu, liczba ciężkich chorób serca zwiększyła się stokrotnie w przeciągu ostatnich 50 lat. Ilość przypadków śmiertelnych jest 10 razy wyższa. To co w latach trzydziestych było jeszcze rzadkością, urosło dzisiaj do rangi śmiertelnej epidemii.

W lekarskich raportach dla ludności więcej miejsca poświęca się, o dziwo, epidemii AIDS, niż przyczynie śmierci numer 1 – niewydolności serca i układu krążenia. Powodu trzeba tu szukać w nieskuteczności wysiłków zmierzających do poprawy sytuacji. Ta porażka ma swoją przyczynę: niezrozumienie!

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje rocznie liczbę 50 milionów zgonów na zawał na świecie.

W obliczu tych dużych liczb jest zupełnie niezrozumiałe, dlaczego zignorowane zostało odkrycie heidelberskiego profesora Richarda Thomy, który już w 1880 roku dowiódł, że arterioskleroza nie jest w stanie wywołać zawału serca. Na wiosnę 1931 roku dziekan uniwersytetu w Düsseldorfie, profesor Edens, wystąpił na kongresie internistów w Wiesbaden i wyjaśnił, że problem zawału jest w zasadzie opanowany.

W roku 1928 odkrył on niezwykle pozytywne działanie strofantyny w przypadku anginy pectoris i zawału. Co prawda nie był wówczas w stanie wytłumaczyć dokładnych mechanizmów działania strofantyny, postępował jednak według zasady: „Bez względu na to, czy rozumiemy, co się tam dzieje, to przecież pomaga i powinno być stosowane”. Było to podejście krańcowo różne od dzisiejszego nastawienia medycyny akademickiej, która twierdzi: „Nie rozumiem tego, a więc precz z tym!”

Edens kurował wtedy strofantyną swoich wszystkich pacjentów, którzy mieli zawał serca lub cierpieli na anginę pectoris. Żaden z nich nie odczuwał żadnych dolegliwości, jak długo przyjmował ten specyfik.

Nie doszło do ani jednego zawału! Dopiero później udało się wyjaśnić zasadę działania strofantyny.

Na kongresie w Wiesbaden żaden z jego kolegów nie zainteresował się jego doświadczeniami i tezami. Przeciwnie – zaatakowano tego wówczas jednego z najsławniejszych i uznanych kardiologów. Jego wywody nie pasowały do obowiązjącej wówczas nauki! Od tego dnia traktowano Edensa jak dziwaka i ignorowano go.

Fakt, że zawał ma zupełnie inne przyczyny, a mianowicie leżące w mięśniu serca a nie w naczyniach wieńcowych, obłożony jest przez medycynę do dzisiejszego dnia tabu. Tak zaginęła wiedza doktora Edensa, a wraz z nią stosowane w niej lekarstwo.

Co prawda wstrzykuje się strofantynę do dziś dnia bezpośrednio po przybyciu karetki pogotowia do chorego, zazwyczaj jest wtedy jednak już za późno, ponieważ lekarz potrzebuje na dojazd 20 lub więcej minut. Wszyscy wiedzą, że los chorego rozstrzyga się w ciągu pierwszych 30 minut od wystąpienia zawału.

Medycyna posługuje się jeszcze jednym trikiem, aby zbagatelizować wspaniałe działanie strofantyny. Uczy, że ten specyfik działa tylko wstrzyknięty dożylnie, natomiast podany doustnie jest całkowicie bezskuteczny. Nie jest to prawdą, twierdzenie to znajdujemy jednak nawet w podręcznikach medycznych Heilpraktikerów (niemieckich lekarzy medycyny naturalnej). Są oni przecież głównie egzaminowani przez lekarzy.

Lekarskie komisje do spraw lekarstw przyłożyły starań do tego, by strofantyna mogła być sprzedawana tylko na receptę i w ten sposób niedostępna dla Heilpraktikerów. Pomimo to w handlu znajduje się strofantyna do ustnego stosowania. Dla ludzi cierpiących na serce lub tych, którzy mieli jeden lub więcej zawałów, istnieje Strodival mr, 3 mg. Jest on przeznaczony do długoterminowej terapii. W przypadku nagłych ataków był pobierany Stodival spezial 6mg, niestety wycofany z rynku niemieckiego.

Są to kapsułki, które należy nosić zawsze przy sobie. W przypadku ataku serca lub podejrzenia zawału należy natychmiast rozgryźć jedną do dwóch kapsułek.

W ciągu minuty przerywane jest wówczas postępowanie zawału! Zazwyczaj dochodzi też wkrótce do poprawy samopoczucia. Dr Berthold Kern, który prowadził dalej prace badawcze po profesorze Edensie, stosował strofantynę u około 15 000 pacjentów. Tylko 4% z nich dostało w czasie kuracji ponownego zawału, z których zaden nie zakończył się śmiertelnie!

Lekarstwo to wydaje się niestety na receptę, chociaż podczas czytania załączonej informacji stwierdzamy, że działania uboczne są zdecydowanie mniejsze niż w przypadku większości środków na ból głowy znajdujących się w wolnej sprzedaży. Nie należy się także obawiać przyzwyczajenia ani przedawkowania. Przeciwnie, dawka może już po krótkim czasie być zmniejszona, przeciwnie niż w przypadku Digitalis.

Nasze zadanie polega więc na tym, by znaleźć lekarza, który przepisze nam ten środek, chociaż niezgodnie z jego przekonaniem – w końcu nauczano go czegoś innego. W razie czego musimy chodzić od lekarza do lekarza, aż dostaniemy naszą receptę.

Jak wyjaśnił doktor Kern, nie ma dolegliwości serca mających swe źródło w naczyniach wieńcowych. Wszystkie pochodzą z mięśnia serca i są sygnałem ostrzegawczym, by najpóźniej teraz rozpocząć kurację strofantyną.

.

Katalog dolegliwości wygląda następująco:

-Lekkie kłucie lub ucisk, ciągnięcie, pieczenie, skurcze, aż do mocnego bólu anginy pectoris. Często bóle te promieniują, zazwyczaj z lewej strony, do ramienia, dłoni, pleców, piersi lub pachy.

-Zakłócenia snu, budzenie się i problemy z ponownym zaśnięciem, zaśnięcie dopiero nad ranem, zmory, pocenie się, łomotanie serca, brak powietrza. Potrzeba spania z głową na wysokiej poduszce.

-Problemy z leżeniem na lewym boku. Dochodzi wtedy do duszności, łomotania i bólu serca.

Te trzy kategorie nie muszą wskazywać na zmiany lewej komory serca, gdy jednak wystąpi na raz więcej symptomów, wzrasta prawdopodobieństwo takiej dolegliwości. Należy wtedy zbadać serce u dobrego kardiologa i rozpocząć kurację ze strofantyną.

.

Co powoduje strofantyna?

Dzięki doktorowi Bertholdowi Kernowi i Manfredowi von Ardenne wiemy dzisiaj, że przy uszkodzeniu lewej, wewnętrznej części mięśnia sercowego, mamy zawsze do czynienia z zakłóceniami przemiany materii. Zawsze dochodzi wtedy do zakwaszenia kwasem mlekowym. Można się tylko domyślać, dlaczego to zakwaszenie tak często występuje w ostatnich dziesięcioleciach. Nasuwa się jednak podejrzenie, że ten fenomen jest związany z gwałtownym wzrostem fal radiowych (radar, telewizja, telefonia komórkowa, satelity, itd).

Wygląda na to, że komórki funkcjonują jak anteny. Poprzez fale radiowe dochodzi do zakłóceń w procesie przemiany materii i komórki nie mogą już normalnie pracować. Zakłócenie przemiany materii prowadzi do dramatycznego wzrostu zakwaszenia w ciągu niewielu minut. Skutkiem tego jest reakcja łańcuchowa obumierania zespołów komórek. Uszkodzone serce wysyła sygnały bólu. Jeżeli organizm straci teraz kontrolę nad sytuacją, nie może już więcej reagować i dochodzi do tzw. katastrofy kwasowej. Dolegliwości narastają gwałtownie i mogą prowadzić do śmierci. Dochodzi do zawału.

Strofantyna jest środkiem nagle odkwaszającym komórki. Nie jest ona wytworem chemii – jest znanym od dawna produktem naturalnym. Przy już uszkodzonym sercu odkwaszenie następuje poprzez długoterminową doustną kurację Strodivalem mr. Na wypadek ataku, jak już wspomniane, też należy zawsze mieć przy sobie Strodival, nawet na szafce nocnej, ponieważ liczy się wtedy każda chwila. Kapsułki są rozgryzane i powodują poprzez błony śluzowe natychmiastowe odkwaszenie zagrożonych komórek serca. To odkwaszanie trwa tylko 2 do 10 minut. Postępowanie zawału zostaje przerwane.

Każdy z nas powinien mieć możliwość skorzystania z tego środka, tym bardziej, że nie możemy się ustrzec skutków nowoczesnej technologii – nie możemy uniknąć fal radiowych. Możemy natomiast uniknąć wynikających z tego konsekwencji. Nikt nie jest w stanie uzyskać nawet tylko przybliżonych rezultatów stosując lekarstwa na obniżenie poziomu cholesterolu, środki na pobudzenie ukrwienia, preparaty Digitalis, tabletki odwodniające i betablokery. Kto jako lekarz nie stosuje strofantyny przy dolegliwościach serca, ten popełnia błąd w sztuce lekarskiej!

Choroba serca nie musi wcale oznaczać przedwczesnego wyroku śmierci ani obniżenia jakości życia.

Autor: Jacek Skarbek, Heilpraktiker

Źródło: http://www.jsvital.de/Aktualnosci/Archiwum/archiwum.html#Zawal%20serca

Autor: Jarek Kefir

.

jarek kefir

Czy wiesz, że możesz wspomóc finansowo moje inicjatywy uświadamiające? Jest to forma wdzięczności za moją pracę i treści, które były dla Ciebie pozytywne i coś dobrego Ci dały. 🙂 Wsparcie umożliwia też zachowanie niezależności mojej strony.

Na konto bankowe:
Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek:

Zawał serca powstaje zupełnie inaczej!

Zawał serca: przyczyny

Komentarz Jarek Kefir: przed zastosowaniem tych porad, trzeba skontaktować się z zaufanym lekarzem, najlepiej takim który oprócz specjalizacji lekarskiej, jest specjalistą w dziedzinie medycyny naturalnej.

Cyt. „Medycyna akademicka twierdzi, ujmując to w sposób uproszczony, że przyczyną zawału jest arterioskleroza (zatkanie żył). Zablokowane naczynie krwionośne nie może zaopatrywać przyległego terenu w krew, czego skutkiem jest niedobór tlenu i związany z tym zawał. Dużą rolę odgrywa przy tym ponoć cholesterol. Jego zbyt wysoki poziom przyspiesza powstawanie zatorów.

Bardzo wielu uznanych na całym świecie naukowców uważa to za oczywisty nonsens!

Przy ponad 10 000 obdukcji przeprowadzonych w USA stwierdzono, że tętnice były zatkane u podstawy serca, powodujące śmierć obumarcie tkanek miało jednak miejsce na szczytach serca. Udowodniono następnie, że zatory zazwyczaj powstawały dopiero po wystąpieniu zawału. Niezależnie od tego, pomimo stosowania dużej ilości „nowoczesnych” środków rozszerzających naczynia krwionośne, ilość zawałów ciągle wzrasta. Pomimo wszystkich apeli zdrowotnych i reklamy margaryny, pomimo fali joggowania i coraz bardziej zmniejszającej się liczby palaczy, coraz częściej dochodzi do zawału. Nie pomagają także takie nowe techniki jak katetery balonowe. Również i bypassy działają zazwyczaj tylko przez krótki czas.

Przedstawmy teraz obydwa spojrzenia na tę tematykę (medycyny akademickiej i tej przez nią zwalczanej):

1. Medycyna akademicka: Zawał powstaje na skutek zatkania ważnych tętnic. Ten zator tworzy się albo powoli i prowadzi do nasilającej się anginy pectoris (nagłe bóle serca w okolicy mostka, promieniujące w lewe ramię), po czym następuje całkowite zatkanie i dochodzi do zawału. Zator może jednak też powstać nagle, niepoprzedzony dolegliwościami, na skutek skrzepu krwi gwałtownie zamykającego światło naczynia i prowadzącego do zawału.

2. Udowodniona ostatnio teoria wielu uznanych naukowców mówi jednak: Zawał powstaje w 99% przypadków w lewym mięśniu serca. Ten mięsień jest zakwaszony (tak jak w przypadku bólu innych mięśni po wysiłku) przez zbyt dużą ilość kwasu mlekowego. Jednakże w przeciwieństwie do np. mięśnia nogi, serce nie potrafi w pewnych przypadkach tego kwasu odpowiednio szybko usunąć. Na skutek tego dochodzi do obumarcia komórek mięśni serca, w najgorszym przypadku – do zawału. Dolegliwości serca i związane z nimi symptomy powstają w uszkodzonej lewej komorze serca. Zwężone naczynia krwionośne nie prowadzą do zawału lecz zawał doprowadza w konsekwencji do zatkania się arterii. Na skutek zgrupowania obumarłych komórek krew przestaje płynąć i zaczyna krzepnąć.

Może ktoś teraz powiedzieć, że to wszystko jedno, w jakiej kolejności to następuje. Bynajmniej! Wynika z tego całkiem inne podejście do zapobiegania i leczenia.

Zawał jest killerem numer 1 na świecie. Co roku umiera na niego tylko w Niemczech 150.000 ludzi. Nie ma na Ziemi żadnej innej choroby, która tak niespotykanie się rozprzestrzeniła jak ta. AIDS jest w porównaniu z nią tylko małym problemem. Na przestrzeni ostatnich 50 lat liczba zgonów na skutek zawału zwiększyła się ponad 10-krotnie! Ilość śmiertelnych przypadków wśród chorych na raka w tym czasie jedynie się podwoiła. Liczba ludzi z naprawdę chorymi arteriami wzrosła w przeciągu ostatnich 100 lat (!) jedynie 2,5-krotnie. W tym samym czasie częstość powstawania zawału powiększyła się 100-krotnie. Co to oznacza? Częstość i intensywność zwapnienia naczyń krwionośnych zwiększyła się jedynie nieznacznie, dramatycznie wzrosła jednak liczba zawałów serca.

Ten nieprawdopodobny wzrost, ta prawdziwa plaga cywilizacyjna tym bardziej dziwi, gdy zdamy sobie sprawę z tego, ile stosujemy środków prewencyjnych i „pomocnych” lekarstw.

Medycyna akademicka przedstawia nam 7 czynników ryzyka lub też przyczyn:
1. Podwyższony poziom cholesterolu
2. Za mało ruchu
3. Podniesiony poziom mocznika we krwi
4. Nadwaga
5. Podwyższony poziom cukru we krwi
6. Palenie
7. Nadciśnienie

Ad 1: Cholesterol nie ma w ogóle żadnego wpływu na arteriosklerozę. Cała kampania na rzecz zdrowych, nienasyconych kwasów tłuszczowych jest olbrzymim posunięciem reklamowym przemysłu margarynowego. Do tego gigantycznego biznesu podłączył się następnie przemysł farmaceutyczny z lekarstwami obniżającymi poziom cholesterolu. Bezużyteczne, a często śmiertelnie groźne preparaty (np. Lipobay). Człowiek z podwyższonym poziomem cholesterolu nie jest zagrożony zawałem, ponieważ arterie nie są zatykane przez tłuszcz.

Ad 2: Inwalidzi, ludzie sparaliżowani, przykuci do łóżka, jeżdżący na wózkach inwalidzkich i ludzie, którzy nie uprawiają żadnego sportu, wcale nie mają więcej zawałów niż inni. To wyraźnie pokazuje statystyka. Poza tym, w ostatnim czasie coraz częściej słyszymy o nagłej a spowodowanej zawałem śmierci młodych sportowców.

Ad 3: Twierdzenie, że mocznik (mogący również wywołać gościec) podwyższa ryzyko zawału, nie wytrzymuje w dzisiejszych czasach krytyki i prawie całkowicie zniknęłó z listy argumentów medycyny.

Ad 4: Nawaga nie ma niczego wspólnego z uszkodzeniem mięśnia serca. Pewien niemiecki naukowiec wyszukał ze swego archiwum wszystkie przypadki pacjentów z zawałem. Stwierdził, że ci właśnie pacjenci, którymi zajmował się przecież przez kilka dziesiątek lat, charakteryzowali się średnio wagą poniżej idealnej.

Ad 5: Cukrzyca niesie ze sobą olbrzymie zakwaszenie organizmu. To zakwaszenie jest rzeczywiście niebezpieczne dla pacjentów. Ryzyko zawału jest wtedy większe, ale nie z powodu arteriosklerozy (medycyna akademicka) lecz z powodu niedostatecznego odkwaszenia mięśnia serca. Trzeba więc stosować zupełnie inną terapię.

Ad 6: Badania przeprowadzone na 15 000 pacjentach z zawałem nie wykazały żadnej różnicy. Można co prawda założyć, że palenie uszkadza nie naczynia wieńcowe lecz mięsień serca i dlatego prowadzi do zawału. Ale tak nie jest. Okazało się, że wśród pacjentów było nawet więcej osób niepalących niż palaczy. Aby uniknąć nieporozumień: nie ma to zachęcać do palenia. Palenie nie zwiększa ryzyka zawału, uszkadza za to inne organy i zwiększa ryzyko raka płuc lub krtani.

Ad 7: Również przy niskim ciśnieniu może wystąpić zawał. Nadciśnienie uszkadza na przestrzeni czasu mięsień serca, nie ma to jednak nic wspólnego z teorią zatkanych arterii. Jeśli ludzie cierpiący na nadciśnienie zadbają o to, by nie wystąpiło zakwaszenie organizmu, mogą długo żyć z tą dolegliwością. Lekarze radzą ograniczyć wtedy spożycie soli. W Japonii je się o wiele więcej soli niż u nas. Ilość zawałów jest tam jednak dużo niższa. W zasadzie trzeba by więc było spożywać więcej soli…!

Tę polemikę z „siedmiogłowym smokiem” prowadził dr Berthold Kern. Opublikował ją w książce „Mikrowellen und Herzinfarkt” (Mikrofale i zawał).

Doktor Kern był internistą i kardiologiem w Stuttgarcie. W swoich pracach badawczych i terapiach przeprowadzonych na tysiącach pacjentów udowodnił, że ani zawały, ani udary mózgu (wylewy) nie mają nic wspólnego z zatkanymi arteriami. Oczywiście, jego teoria i praktyka była w najostrzejszy sposób atakowana przez medycynę. Doktor Kern nie był jednak sam. Renomowany drezdeński naukowiec Manfred von Ardenne stał w pierwszym szeregu zwolenników przedstawionej powyżej odmiennej kolejności procesów podczas zawału.

Popatrzmy teraz, co stosuje medycyna akademicka w przypadku dolegliwości serca:

1. Związki nitro przy bólach serca. To prawda, że nitro przynosi ulgę w bólu. Mamy tu jednak do czynienia z klasyczną trucizną dla komórek, a działanie wynika jedynie z faktu, że serce rozkłada kwas mlekowy aby chronić uszkodzone komórki. Związki nitro nie chronią przed zawałem, powodują za to jednak wypadanie włosów lub paradontozę (zanik dziąseł). Nitro pomaga tylko wtedy, gdy nie zaczęła się jeszcze reakcja łańcuchowa obumierania komórek mięśnia serca (zawał). Gdy ten katastrofalny proces już ruszył, nitro jest całkowicie nieskuteczne.

2. Antagonisty wapnia są również stosowane przeciw bólom i łagodzą je, zmniejszając napięcie ścianki serca. Dzieje się tak poprzez utrudnienie wpływu wapnia do komórek mięśni serca. Obniża to ciśnienie krwi, osłabia jednak serce.

3. Aby ponownie podnieść wydajność serca, podawany jest teraz zazwyczaj preparat digitalis. Ten środek, uzyskiwany z naparstnicy, skraca skurcze mięśnia serca, tzn. w pewnym zakresie podnosi jego wydolność, bo serce pracuje teraz szybciej. Tak jak koń wyścigowy popędzany pejczem. Na pewien czas wzrasta wydajność, aż do momentu załamania. Często dochodzi też do zatrucia digitalisem. Terapia z zastosowaniem tego środka nie powinna nigdy trwać dłużej niż 6 miesięcy, bo zmęczony koń roboczy nie może przecież być wiecznie popędzany batem. Niestety, w praktyce często wybiera się przeciwną drogę: gdy serce słabnie, podnosi się dawki digitalisu.

4. Beta-blokery mają sens jedynie przy nadciśnieniu i obniżają ryzyko zawału jedynie u pacjentów cierpiących na tę dolegliwość. To nie są jednak wszyscy zagrożeni zawałem.

5. Są jeszcze antykoagulanty (rozrzedzacze kwi), o których możemy jednak zapomnieć, bo zawał nie jest przecież spowodowany zamknięciem się arterii. Poza tym, są raczej niebezpieczne, bo obniżają krzepliwość krwi. Może się to okazać fatalne przy zranieniu lub wypadku. A poza tym, jaki miało by to sens? Krew krzepnie przecież po wyjściu z naczynia krwionośnego lub gdy dłuższy czas znajduje się w bezruchu w naczyniu. Jak długo krew płynie, nie dochodzi do jej krzepnięcia.

6. Diuretyki (odwadniacze) działają zazwyczaj na początku efektownie, bo stosunkowo szybko znika obrzęk stóp itp. Jeżeli jednak nie uzupełniamy wymywanych z wodą minerałów (wapń, magnez, potas), prowadzi to do dodatkowego osłabienia serca.

Powstaje niebezpieczeństwo nowego obrzęku (zbierania się wody w tkankach). Tak zamyka się błędne koło.

7. Oprócz tego oczywiście operuje się. Ominięcie, czyli tzw. bypass, może złagodzić ciężkie dolegliwości, jeżeli naczynia krwionośne faktycznie tak się zawęziły, że nie ma innego wyjścia. Dzieje się to jednak o wiele rzadziej, niż można by było przypuszczać na podstawie olbrzymiej liczby operacji. W zdecydowanej większości przypadków (szacuje się ją na 98%) operacja bypassowa jest tak samo niepotrzebna, jak bzdurą by było wzywać hydraulika do wanny, w której przelewa się woda, zamiast wyciągnąć zatyczkę. Przyczyny dolegliwości serca leżą w uszkodzonej tkance lewego mięśnia serca i muszą być tam zwalczane, a nie przy dopływie, w arteriach.

Ostatnie rozwiązanie to przeszczep serca. W tych przypadkach tkanka jest bardzo często, również „dzięki” opisanym powyżej lekarstwom, już tak zniszczona, że nie ma innego wyjścia. Nie będziemy tutaj dyskutować, jakiej „jakości życia” można się potem spodziewać. Lepiej spróbować uniknąć tej ostateczności i co ważniejsze – zawału.

Istnieją metody poprawy, a nawet wyleczenia dolegliwości serca.

Medycyna akademicka nie korzysta z nich jednak. Również z ratującego życie preparatu, i to w czasach, gdy prawie połowa wszystkich zejść śmiertelnych jest spowodowana chorobami serca i systemu krążenia, a z tego znowu połowa to nagłe zawały serca. Są to kapsułki i każdy mógłby je przy sobie nosić i połknąć je natychmiast w przypadku ataku serca. Zapobiega on z największym prawdopodobieństwem śmiertelnemu przebiegowi zawału. Nie jest jednak przepisywany chorym, chyba że się tego uporczywie domagają! A wielu lekarzy ciągle nosi go przy sobie!


Strofantyna (Strophanthin)

Zanim przejdę do konkretnych wyliczeń, z których każdy powinien wyciągnąć wnioski dla samego siebie, jak może sobie sam pomóc, jeszcze krótkie stwierdzenie (dotyczące co prawda Niemiec, ale przypuszczam, że polskie prawodawstwo nie odbiega za bardzo od tego):

W Niemczech jest zabronione obiecywać komuś uleczenie. Następujące teraz opisy możliwości leczniczych przy różnych chorobach nie oznaczają, że znaleziony został kamień mądrości. Co prawda wiadomo, że podane tu rady w wielu przypadkach przyniosły poprawę lub wyleczenie, ale:

W przypadku żywych istot nie ma żadnej gwarancji jak w przypadku maszyn, w których wymienia się po prostu zepsutą część i wszystko musi znowu bezbłędnie funkcjonować. Żywe istoty reagują i rozwijają się czasami zupełnie inaczej, pomimo identycznych warunków, identycznego pożywienia czy tych samych lekarstw. Trzeba zamiast tego stwierdzić, że jest duże prawdopodobieństwo poprawy dzięki proponowanej metodzie. Obietnicy uzdrowienia nie można i nie wolno dawać.

Pomimo wszystkich rad dotyczących pożywienia i ruchu, liczba ciężkich chorób serca zwiększyła się stokrotnie w przeciągu ostatnich 50 lat. Ilość przypadków śmiertelnych jest 10 razy wyższa. To co w latach trzydziestych było jeszcze rzadkością, urosło dzisiaj do rangi śmiertelnej epidemii.

W lekarskich raportach dla ludności więcej miejsca poświęca się, o dziwo, epidemii AIDS, niż przyczynie śmierci numer 1 – niewydolności serca i układu krążenia. Powodu trzeba tu szukać w nieskuteczności wysiłków zmierzających do poprawy sytuacji. Ta porażka ma swoją przyczynę: niezrozumienie!

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje rocznie liczbę 50 milionów zgonów na zawał na świecie.

W obliczu tych dużych liczb jest zupełnie niezrozumiałe, dlaczego zignorowane zostało odkrycie heidelberskiego profesora Richarda Thomy, który już w 1880 roku dowiódł, że arterioskleroza nie jest w stanie wywołać zawału serca. Na wiosnę 1931 roku dziekan uniwersytetu w Düsseldorfie, profesor Edens, wystąpił na kongresie internistów w Wiesbaden i wyjaśnił, że problem zawału jest w zasadzie opanowany. W roku 1928 odkrył on niezwykle pozytywne działanie strofantyny w przypadku anginy pectoris i zawału. Co prawda nie był wówczas w stanie wytłumaczyć dokładnych mechanizmów działania strofantyny, postępował jednak według zasady: „Bez względu na to, czy rozumiemy, co się tam dzieje, to przecież pomaga i powinno być stosowane”. Było to podejście krańcowo różne od dzisiejszego nastawienia medycyny akademickiej, która twierdzi: „Nie rozumiem tego, a więc precz z tym!”

Edens kurował wtedy strofantyną swoich wszystkich pacjentów, którzy mieli zawał serca lub cierpieli na anginę pectoris. Żaden z nich nie odczuwał żadnych dolegliwości, jak długo przyjmował ten specyfik.

Nie doszło do ani jednego zawału!

Dopiero później udało się wyjaśnić zasadę działania strofantyny.

Na kongresie w Wiesbaden żaden z jego kolegów nie zainteresował się jego doświadczeniami i tezami. Przeciwnie – zaatakowano tego wówczas jednego z najsławniejszych i uznanych kardiologów. Jego wywody nie pasowały do obowiązjącej wówczas nauki! Od tego dnia traktowano Edensa jak dziwaka i ignorowano go.

Fakt, że zawał ma zupełnie inne przyczyny, a mianowicie leżące w mięśniu serca a nie w naczyniach wieńcowych, obłożony jest przez medycynę do dzisiejszego dnia tabu. Tak zaginęła wiedza doktora Edensa, a wraz z nią stosowane w niej lekarstwo.

Co prawda wstrzykuje się strofantynę do dziś dnia bezpośrednio po przybyciu karetki pogotowia do chorego, zazwyczaj jest wtedy jednak już za późno, ponieważ lekarz potrzebuje na dojazd 20 lub więcej minut. Wszyscy wiedzą, że los chorego rozstrzyga się w ciągu pierwszych 30 minut od wystąpienia zawału.

Medycyna akademicka posługuje się jeszcze jednym trikiem, aby zbagatelizować wspaniałe działanie strofantyny. Uczy, że ten specyfik działa tylko wstrzyknięty dożylnie, natomiast podany doustnie jest całkowicie bezskuteczny. Nie jest to prawdą, twierdzenie to znajdujemy jednak nawet w podręcznikach medycznych Heilpraktikerów (niemieckich lekarzy medycyny naturalnej). Są oni przecież głównie egzaminowani przez lekarzy.

Lekarskie komisje do spraw lekarstw przyłożyły starań do tego, by strofantyna mogła być sprzedawana tylko na receptę i w ten sposób niedostępna dla Heilpraktikerów. Pomimo to w handlu znajduje się strofantyna do ustnego stosowania. Dla ludzi cierpiących na serce lub tych, którzy mieli jeden lub więcej zawałów, istnieje Strodival mr, 3 mg. Jest on przeznaczony do długoterminowej terapii. W przypadku nagłych ataków był pobierany Stodival spezial 6mg, niestety wycofany z rynku niemieckiego.

Są to kapsułki, które należy nosić zawsze przy sobie. W przypadku ataku serca lub podejrzenia zawału należy natychmiast rozgryźć jedną do dwóch kapsułek.

W ciągu minuty przerywane jest wówczas postępowanie zawału! Zazwyczaj dochodzi też wkrótce do poprawy samopoczucia. Dr Berthold Kern, który prowadził dalej prace badawcze po profesorze Edensie, stosował strofantynę u około 15 000 pacjentów. Tylko 4% z nich dostało w czasie kuracji ponownego zawału, z których zaden nie zakończył się śmiertelnie!

Lekarstwo to wydaje się niestety na receptę, chociaż podczas czytania załączonej informacji stwierdzamy, że działania uboczne są zdecydowanie mniejsze niż w przypadku większości środków na ból głowy znajdujących się w wolnej sprzedaży. Nie należy się także obawiać przyzwyczajenia ani przedawkowania. Przeciwnie, dawka może już po krótkim czasie być zmniejszona, przeciwnie niż w przypadku Digitalis.

Nasze zadanie polega więc na tym, by znaleźć lekarza, który przepisze nam ten środek, chociaż niezgodnie z jego przekonaniem – w końcu nauczano go czegoś innego. W razie czego musimy chodzić od lekarza do lekarza, aż dostaniemy naszą receptę.

Jak wyjaśnił doktor Kern, nie ma dolegliwości serca mających swe źródło w naczyniach wieńcowych. Wszystkie pochodzą z mięśnia serca i są sygnałem ostrzegawczym, by najpóźniej teraz rozpocząć kurację strofantyną.

Katalog dolegliwości wygląda następująco:

1. Lekkie kłucie lub ucisk, ciągnięcie, pieczenie, skurcze, aż do mocnego bólu anginy pectoris. Często bóle te promieniują, zazwyczaj z lewej strony, do ramienia, dłoni, pleców, piersi lub pachy.

2. Zakłócenia snu, budzenie się i problemy z ponownym zaśnięciem, zaśnięcie dopiero nad ranem, zmory, pocenie się, łomotanie serca, brak powietrza. Potrzeba spania z głową na wysokiej poduszce.

3. Problemy z leżeniem na lewym boku. Dochodzi wtedy do duszności, łomotania i bólu serca.

Te trzy kategorie nie muszą wskazywać na zmiany lewej komory serca, gdy jednak wystąpi na raz więcej symptomów, wzrasta prawdopodobieństwo takiej dolegliwości. Należy wtedy zbadać serce u dobrego kardiologa i rozpocząć kurację ze strofantyną.

Co powoduje strofantyna?

Dzięki doktorowi Bertholdowi Kernowi i Manfredowi von Ardenne wiemy dzisiaj, że przy uszkodzeniu lewej, wewnętrznej części mięśnia sercowego, mamy zawsze do czynienia z zakłóceniami przemiany materii. Zawsze dochodzi wtedy do zakwaszenia kwasem mlekowym. Można się tylko domyślać, dlaczego to zakwaszenie tak często występuje w ostatnich dziesięcioleciach. Nasuwa się jednak podejrzenie, że ten fenomen jest związany z gwałtownym wzrostem fal radiowych (radar, telewizja, telefonia komórkowa, satelity, itd).

Wygląda na to, że komórki funkcjonują jak anteny. Poprzez fale radiowe dochodzi do zakłóceń w procesie przemiany materii i komórki nie mogą już normalnie pracować. Zakłócenie przemiany materii prowadzi do dramatycznego wzrostu zakwaszenia w ciągu niewielu minut. Skutkiem tego jest reakcja łańcuchowa obumierania zespołów komórek. Uszkodzone serce wysyła sygnały bólu. Jeżeli organizm straci teraz kontrolę nad sytuacją, nie może już więcej reagować i dochodzi do tzw. katastrofy kwasowej. Dolegliwości narastają gwałtownie i mogą prowadzić do śmierci. Dochodzi do zawału.

Strofantyna jest środkiem nagle odkwaszającym komórki. Nie jest ona wytworem chemii – jest znanym od dawna produktem naturalnym. Przy już uszkodzonym sercu odkwaszenie następuje poprzez długoterminową doustną kurację Strodivalem mr. Na wypadek ataku, jak już wspomniane, też należy zawsze mieć przy sobie Strodival, nawet na szafce nocnej, ponieważ liczy się wtedy każda chwila. Kapsułki są rozgryzane i powodują poprzez błony śluzowe natychmiastowe odkwaszenie zagrożonych komórek serca. To odkwaszanie trwa tylko 2 do 10 minut. Postępowanie zawału zostaje przerwane.

Każdy z nas powinien mieć możliwość skorzystania z tego środka, tym bardziej, że nie możemy się ustrzec skutków nowoczesnej technologii – nie możemy uniknąć fal radiowych. Możemy natomiast uniknąć wynikających z tego konsekwencji. Nikt nie jest w stanie uzyskać nawet tylko przybliżonych rezultatów stosując lekarstwa na obniżenie poziomu cholesterolu, środki na pobudzenie ukrwienia, preparaty Digitalis, tabletki odwodniające i betablokery. Kto jako lekarz nie stosuje strofantyny przy dolegliwościach serca, ten popełnia błąd w sztuce lekarskiej!

Choroba serca nie musi wcale oznaczać przedwczesnego wyroku śmierci ani obniżenia jakości życia.

Przedstawione tu informacje nie są moimi osobistymi poglądami, lecz wynikami badań lekarskich opublikowanych w fachowych czasopismach.

Jacek Skarbek, Heilpraktiker

Źródła:

http://www.jsvital.de/Aktualnosci/Archiwum/archiwum.html#Zawal%20serca

Polecam także: Masz wysoki cholesterol? To dobrze, będziesz długo żył! Zanim dasz zarobić firmie farmaceutycznej – przeczytaj:

https://kefir2010.wordpress.com/2012/11/18/masz-wysoki-cholesterol-i-dobrze-bedziesz-dlugo-zyl-przekretow-mafii-farmaceutycznej-ciag-dalszy/